Towarzysz - Ring

Imię Towarzysza: Ring
Właściciel: Venus
Rasa Towarzysza: Wilk - zjawa
Level: 1
Opis: Przyjaźnie nastawione szczenie. Bardzo energiczne i  żywiołowe oraz lojalne. Ma dystans do wszystkich oprócz Venus. Podczas ekstremalnych sytuacji staje się poważny i wykonuje wszystkie jej rozkazy. Jest dla niego najważniejsza i nie pozwoli jej skrzywdzić, chyba że Venus karze przystopować. Jako dorosły osobnik zginął brutalne przez kamień śmierci, który sprawił że stał się zjawą rządną zemsty. Dopiero gdy Venus dała mu specjalny naszyjnik blokujący klątwę kamienia, stał się żywym szczenięciem i przyrzekł jej lojalność.
Modyfikacje Genetyczne: Posiada trzy ogony. Jako zjawa posiada także skrzydła.
Magiczne zdolności:
    - Uwalnia klątwę kamienia i staje się potężną zjawą
    - Jako zjawa lata i przenika przez ściany.
    - Rzuca klątwę na wrogów ograniczając ich pole widzenia lub wywołując strach przed wszystkim.
      Siła: 5 Szybkość: 20 Wytrzymałość: 5 Magia: 30

      Od Haylee "Walka z Lycrusem" 12+

      Haylee właśnie szła przez moczary, choć właściwszym słowem byłoby "błądziła".  Od pewnego czasu nie czuła się najlepiej. Nerwy związane z prowadzeniem WZ dawały o sobie znać. Hay chciała się kolokwialnie mówiąc się odjebać. Nie mogła jednak zrobić niczego u siebie. Jej nimfomantyczne zapędy już wystarczająco osłabiały jej władzę. Gdyby wataha dowiedziałaby się o jej problemie z narkotykami jej reputacja poszybowałaby jeszcze bardziej w dół. Niemniej jednak do jej uszu dotarła wieść o nowym, dobrym dealerze, którego siedziba znajduje się na moczarach.. Tak więc czemu by nie spróbować jego trawy?
                             W końcu po wielogodzinnej wędrówce dostrzegła drewnianą chatę osadzoną na czterech palach. Brunetka podeszła bliżej budowli i obsewzy ją kilkukrotnie wokół dostrzegła sznurowaną drabinę. Jeszcze chwile siłując się z błotem, które za żadne skarby nie chciało ją puścić udała się na górę.
      - H-halo? Jest tu kto? - zapytała niepewnie pukając w drzwi, które pod jej naporem uchyliły się z głośnym jękiem. Brunetka wzruszyła ramionami i pewna siebie weszła do środka. W pomieszczeniu panowała nieprzemierzona ciemność oraz smród stęchlizny. Intuicja podpowiadała Haylee aby jak najszybciej się zmywać stamtąd  tak więc dziewczyna westchnęła i gdy miała już wyjść ktoś uderzył ją w głowę tym samym wysyłając ją w krainę snów.
                           Gdy Haylee odzyskała przytomność miała zawiązane oczy, s silny ból uderzył jej głowę. Dopiero po chwili przypomniała sobie co się stało. Spróbowała wstać lecz daremnie. Coś krępowało jej ruchy. W tle słyszała jak ktoś stąpa po spróchniałych deskach chaty. Kilkukrotnie do jej uszu dotarł także dźwięk przewracanych kartek. Nagle napastnik zaczął się do niej zbliżać.
      - Czego ode mnie chcesz?! - warknęła na co w odpowiedzi usłyszała gardłowy śmiech. Oprawca złapał ją za szczękę i siłą ją otworzył wkładając jej do przełyku rurkę z lejkiem. Następnie dziewczyna poczuła jak coś , przypuszczalnie igła strzykawki, wbija się w jej żyłę i to kilkukrotnie. Oprawca mruknął coś po czym zrosił skórę dziewczyny i naciął ją w różnych miejscach. Napastnik zaczął wlewać do lejka jakiś specyfik, którego smak byłby wstanie obudzić zmarłego lecz mimo to nim się Haylee spostrzegła zmorzył ją sen.
                                                                   *    *     *
      Po raz kolejny Haylee zbudziła się na podłodze tym razem jednak całe jej ciało paliło ją. od środka.  W jej żołądku rozgrywała się istna rewolucja. Dziewczyna nie była wstanie znieść bólu przez co zaczęła się wiercić. Nieświadomie Haylee zawadziła o skalpel rozcinając tym samym ręce. "Szybko" ściągnęła opaskę z oczu oraz rozwiązała linę u nóg. W rzeczywistości jej reakcje na bodźce były mocno spowolnione z powodu środków. Brunetka, opierając się o ścianę, zdołała wstać. Akurat do na górę wszedł gadopodobny stwór. Dostrzegłszy dziewczynę pomknął w jej stronę. Rozgorzała walka, którą brunetka w owym stanie miała przegrać.  Podczas wymiany ciosów półka znajdująca się wysoko nad palnikiem spadła. Nie minęło sporo czasów nim dom stanął w płomieniach, lecz oni walczyli. Dopiero gdy ogień odgrodził im wszystkie wyjścia zdali sobie powagę z sytuacji. Haylee rozpostarła wokół siebie pole siłowe. Z trudem była wstanie je utrzymać. Czuła, że w każdej chwili mogła znów odpłynąć co w obecnym stanie skończyłoby się śmiercią. Na szczęście. dotrwała do końca. Normalnie widok palącej się żywcem istoty zrobiłby na niej wrażenie ale w tamtej chwili jej świadomość wymykała się gdzieś daleko...
                                                     *              *            *
      Po kilkudniowej nieobecności alphy wszyscy zaczęli się niepokoić Również dotyczyło to Ai. Wraz z Charlotte udało jej się zlokalizować przyjaciółkę. Była w okropnym stanie. Cała jej skóra przybrała kolor trupio blady. W okolicach blizn od skalpela pojawiły się zmiany naskórne w postaci dużych ropiejących,  żółtozielonkawych bąbli. W losowych miejscach pojawiały się również guzki. Przerażona anielica zabrała prędko wychudzoną przyjaciółkę z powrotem na tereny WZ. Przez następne dni starannie się nią opiekowała, dzięki czemu już wciągu trzech dób odzyskała przytomność chodź nadal była półświadoma. Większość bąbli po długich zmaganiach zniknęło, nieliczne pękając pozostawiły po sobie oparzenia. Gorzej było z guzkami, które nie chciały odejść. Nie raz nie pozwalały dziewczynie z bólu zmrużyć oka. Ostatecznie, dzięki tonie chemii którą zastosowała, wadera i tego problemu się pozbyła. Prawie... Został jeden, uparty guzek, który zamiast zniknąć rozrastał się. W ciągu następnych tygodni wydłużył się oraz wykształciło się coś podobnego do kości. W końcowej fazie rozrostu to dziwne coś zaczęło przypominać ogon. Co gorsza to coś nie znikało po zmianie w wilka. W ten oto sposób Haylee dorobiła się drugiego persopodobnego ogona w naturalnym kolorze jej włosów... 

      -----------------------------------------------------------------------
      Biedna, jak się teraz pokaże Miyashi? Tyksu jesteś okropna, ale ogon i tak lepszy od twojego drugiego pomysłu (3ciej ręki) TAK WIĘC! 
      Należy się:
      • sztylecik co daje +15 do wszystkiego, 
      • diament,
      • 300 monet,
      • +200 do siły,
      • +300 do mocy,
      Miłego dodawania Est :P

      1. Tylko ja mogę podpisywać się niebieskim!!! >.< 2. Zrobione~ >///<
      Nwm o czym ty mówisz :#

      Od Feliksa "Quest 10"

      Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej, więc Feliks postanowił to wykorzystać w 100%. Z samego rana zrobił typowe "wiosenne porządki" w aktualnym miejscu zamieszkania. Prędzej czy później przyjdzie mu pożegnać się ze starą chatką, w której nie było żadnego ogrzewania, ani żadnej elektroniki, co mu w zupełności odpowiadało. Znalazł tam nawet kilka zakurzonych książek z tematyką romansu, przez co ucieszył się ogromnie. Drewniany domek składał się z malutkiego przedpokoiku, od którego od razu wchodziło się do również małego salonu, w którym cudem znalazło się miejsce na kominek. Idąc dalej była tylko malutka łazienka, kuchnio-jadalnia i mała sypialnia. Ale to właśnie w głównym pokoju lubił przebywać najbardziej. Zasiąść wieczorem przy cieplutkim ogniu, otulając się mięciusim kocykiem i oddając się lekturze. W tym momencie właśnie odkurzał zmiotką podłogę przy swoim ulubionym miejscu z małym uśmiechem na twarzy. Później dopiero przeniósł się do innych pomieszczeń. Chatka była już dawno opuszczona i ledwo się trzymała, ale on o nią dbał, mieszkał w niej tymczasowo, więc opiekował się nią jak tylko mógł. Robił tak z każdym domem, ale ten miał w sobie coś wyjątkowego. Mianowicie ten kominek. A po skończonych porządkach coś przekąsił i ruszał dalej. Wyszedł na zewnątrz i zasłonił oczy od słońca, mocno je mrużąc. Mimo iż był w lesie, to nie zmieniało to faktu, że słońce świeciło mu w twarz. W końcu jednak przeszedł na tyły budowli, gdzie już wcześniej znalazł dużo belek drewna na opał. A gdy przyszedł wieczór musiał zostawić domostwo na jakiś czas bez opieki. Korzystając z pięknej pogody urządził sobie bieg po lesie. Z początku było lekko, przyjemny wiatr we włosach i świeże powietrze. W końcu jednak zaczął coraz bardziej się męczyć, coraz ciężej oddychać. Cieszył go fakt, że strasznie bolą go dolne kończyny, chciał już tylko wrócić do chatki i by teraz to ona zaopiekowała się nim. Żeby mógł zasiąść na starym fotelu, wypić ciepły napój, potem by otulił się kocem i zaczął czytać. Robił tak dosyć często, ale powoli zaczynało mu już brakować książek. Minął charakterystyczne drzewo po czym już zobaczył swoją chatkę, czekała na niego, cała i zdrowa. Zwolnił tępa aż w końcu kompletnie się zatrzymał. Oparł dłonie o kolana pochylając się do przodu. Ciężko mu było wziąć porządny wdech, ale to uczucie było takie miłe, ekscytujące. Gdy już odrobinę się uspokoił i przeczesał mokrą grzywkę, która nieprzyjemnie sklejała mu się z czołem, do tyłu mógł podejść do małego strumyczka nieopodal. Błyskawicznie przemienił swą postać w pięknego jelenia i pochylił się nad źródełkiem wody. Wypił kilka łyków gasząc pragnienie i piekące go już od dłuższego czasu gardło. Długo nie chciał być w ciele futrzatego zwierzaka, więc powrócił do formy człowieka. Wstał z siadu powoli podpierając się rękoma z tyłu. Mimo iż wiatr był przyjemny, chciał już znaleźć się w małym budynku, o który tak ostatnio dbał. Podszedł do drzwi i położył dłoń na chłodnawej klamce, następnie ją naciskając, i pchając do przodu opierające się drzwi. To co jednak tam zobaczył sprawiło, że przeszła mu ochota na jakiekolwiek czytanie przy kominku. To wszystko co robił dzisiaj rano najwyraźniej nie wystarczyło by utrzymał biedną chatkę i czuł się z tego powodu winny. Ale kto wie, czy może to ktoś specjalnie nie zmasakrował jego domu? A on biedny sie za to obwinia, jak przy każdym mieszkanku, które prędzej czy później po prostu sie burzy, nie wytrzymuje. Patrzył z szeroko otwartymi oczami na dym jeszcze unoszący się w powietrzu, a następnie wszedł do środka przeszukując gruzy zawalonych desek. W końcu dogrzebał się do upragnionej książki, której nie dane mu było jeszcze skończyć. Uśmiechnął się lekko i wyszedł z chatki

      -To czas szukać nowego mieszkania..

      Mruknął do siebie mijając to samo drzewo, co parę chwil wcześniej, kiedy jeszcze nieświadomie pił wodę dla ostudzenia. Teraz po raz kolejny ruszał dalej, przecież nigdzie nie zostawał na stałe.
       ------------------------
      - 400 monet
      ~Wstawiłam. - Est.

      Od Est cd. Kasai

      Est przyglądając się wilczycy, zaczęła powoli odsuwać się do tyłu. Nie spodziewała się spotkać drugiego żywego stworzenia w tych częściach lasu. Zwierzę obdarzyło niebieskooką zdziwionym spojrzeniem. Z niewiadomej przyczyny wilk pojawił się tuż przed Est, co wystraszyło waderę tak bardzo, że skuliła się w kłębek, czekając na ból jaki miał zadać jej przeciwnik. Nic, jednak nie nadeszło.
      - Wszystko w porządku? Pierwszy raz cię tu widzę. - Spytała zaciekawiona nieznajoma, próbując być jak najbardziej delikatną, widząc strach dziewczyny. Est wreszcie podniosła głowę, przyglądając się szarej istocie dokładnie. Ciepłe niebiesko, złote oczy wyrażały współczucie i zaciekawienie osobą Est. Szare futro pokrywały gdzieniegdzie bandaże, pod którymi musiały ukrywać się duże rany, gdyż opatrunki były prawie całe przesiąknięte krwią. Niebieskooka zamrugała kilka razy, po czym stwierdziła:
      - Ze mną jest wszystko w najlepszym ładzie. - Wstała i wyprostowała się, pokazując waderze, że jest o wiele większa od niej, chcąc ją tym odstraszyć. Est przybrała trochę poważniejszej miny, udając, że sytuacja z przed chwili nigdy się nie wydarzyła. - Ale czy z tobą wszystko w porządku. Krwawisz... - Powiedziała oschle. Wadera uśmiechnęła się wesoło.
      - Ze mną jest okay! Tak czy inaczej jestem Kasai, a ty? - dziewczyna brzmiała na wesołą i ciekawską wobec świata, co odstraszało trochę niebieskooką od jej postawy. Najwyraźniej nie przestraszyła się Est, co nie spodobało się niebieskiej.
      - Jestem Est.
      (Kasaiś? xD)

      Zmniejszona Aktywność

      Cześć. Z tej strony dobrze znana wam istotka - Tyks. Chciałabym wam zgłosić nieobecność z powodu:
      • A) zaległości związanych z aktualizacją
      • B) zaległości na SOTT (muszę wykonać jeszcze dwa zamówienia, które naprawdę długo czekają)
      • C) Ograniczonym komputerem (ekhem, ty zawsze masz ograniczony net).
      Prosiłabym nie wysyłać do mnie opowiadań, ani tym bardziej questów. Dziękuję, jeżeli pojawi się wpis fabularny, oznacza to, że wracam do starej aktywności.

      Od Isaac'a C.D Zdrajca

      Basior jak gdyby na normalną rzecz przyglądał się bójce. Lwica, opanowana złymi emocjami zrzuciła "Kruka" z drzewa. Miała nad nim przewagę. Znaczy nie do końca. Tak wygladała, lecz przeciwnik bardzo dobrze sobie radził. Raz ona przewracała go na grzbiet, raz on ją nie dopuszczając do dotknięcie pazurów z jego ciałem. Chcąc zwrócić na siebie uwagę "Ciastko" wycelowałem pomiędzy nich potężnym łańcuchem. Żelazny sznur wytwożył duży hałas i nieprzyjemnym dźwiękiem, po uderzeniu spadł na ziemie.
      -Już, już...-warknął nowy. Próbował w jakiś sposób ich rozdzielić, jednocześnie nie nadwyrężając sobie swoich zapracowanych łapek.
      Nazwana dziwką, wcale nie chciała przestać. W sumie padły mocne słowa, których nie wybacza sie od tak.
      -Pokazujesz przybyszowi zły przykład!
      Fragoni bulgotało w gardle.
      -Weź ją przeproś-poradził "koledze".
      On popatrzył na radzącego spojrzeniem à'la "zamknij mordę i sie nie wymądrzać". Coś we wnętrzu Isaac'a jednak kazało mu załagodzić sytuacje, bo gdyby nie spytał o te całe imiona, nie byłoby afery. Chwila kolejnego chaosu.
      -Nie zmienisz faktu, że Darkness miał mnóstwo kochanek. Mogę go nazwać Alfonsem.
      -Mojego mistrza?!-lwica niemal wybuchnęła. Oszołomiona miała teraz w głowie tylko i wyłącznie "zniszczyć" Zdrajcę.
      Tak, drugi basior dalej gapił się jak skończony idiota na pojedynek. Wkrótce do jego durnego łba wdarł sie jakiś pomysł.
      -Demony! Demony! Lucyfer !!!-darł sie na całe gardło.
      Ogłupieni zerwali sie na równe łapy. Gdy zobaczyli, że to tylko ściema gniew wylał sie na "Herbatnika".

      <Kruk? Nie miałam pomysłu ;-; Weź wymyśl żeby sie coś działo>

      Od Feliksa "Quest 3"

      Obserwował go z wielkim skupieniem. Jak wgryzał ząbki w pożywienie, którego z związku z tym, z każdą następną chwilą ubywało. Nie wytrzymał, musiał to zrobić, teraz! Skoczył wysoko w górę, przez co z za krzaka wyłonił się średniej wielkości, szary wilk. Zanim mały zajączek zdążył zareagować, ten otworzył już paszczę i wbił kły w jego ciałko, rozszarpując je chwilę później. Usłyszał głośny pisk zwierzaka, który urwał się wraz z jego śmiercią. Wypluł zająca całego we krwi, od której lepiła mu się sierść, a następnie pochylił obok niego łeb i złapał w zęby niedokończoną marchewkę. Zaczął ją jeść, przy czym mlaskał jak to robią dzikie zwierzęta. Ale to było za mało.. Warzywo w mały sposób zaspokoiło głód wilka, więc ze względu na swój prawie wegetarianizm musiał pokusić się i na swoją zdobycz w postaci niewinnego zająca. Także w nim zatopił swoje kły, ale nie zdążył wziąć nawet jednego kęsa. Coś mu przeszkodziło. Coś odepchnęło go kilka metrów w bok. Szybko zmienił swą postać w człowieka i uniósł głowę by zobaczyć napastnika. Otworzył szerzej oczy i podniósł do góry ręce by się obronić, gdy w jego stronę skoczył smok. Raczej ogromne smoczątko wielkości jego samego. Mały potwór trafił zębiskami w rękę Feliksa i mimo, że był on jeszcze młodym osobnikiem, to strasznie go to bolało. Maluch najwyraźniej zaangażował się w tę czynność bardzo, gdyż po krótkim czasie udało mu się dogryźć dość głęboko, by brunetowi zaczęła powoli lecieć krew ze świeżej rany, która z chwili na chwilę piekła coraz mocniej. Chłopak skrzywił się. Przecież to jeszcze dziecko, nie mogło być tak groźne. Więc Feliks musiał myśleć. Co by rozproszyło małego? Jak się go pozbyć? Zaczął się rozglądać gdzieś w dali, a po pewnym momencie dostrzegł coś interesującego. Ze strony, z której zaatakowała bestyjka zobaczył o wiele większą bestie. Matka małego stworka, które z pewnością chciało się popisać przed rodzicielką jakąś dużą zdobyczą. Jednak ona była odwrócona do nich tyłem, nie zwracała na nich aktualnie uwagi. Za to kiedy w którymś momencie z kieszeni bruneta wypadło małe drewienko, smoczątko jakby przestało się nim interesować. Wyjął powoli zęby z ciała chłopaka na co ten syknął z bólu i złapał ostrożnie rane drugą dłonią. Drewniana figurka wylądowała w pewnym momencie w pysku potworka, który zaczął używać jej jak gryzaka.

      -Hej! Zos-staw..!

      Zająkał się niekontrolowanie i podniósł gwałtonie głowę. Gdy stwór nie zwracał już na niego uwagi, tylko odwrócił sie do niego tyłem i poszedł w stronę matki, Feliks wstał szybko, chwiejąc się. Ranną rękę trzymał ugiętą przy klatce piersiowej, drugą zaś wyciągnął w stronę zwierzaka gdy podszedł do niego kilka kroków. Chciał go w jakiś sposób zatrzymać, zawrócić. Figurka od "siostry" nie mogła przepaść w taki sposób, chciał ją odratować. Jego zwierzęcy instynkt kazał mu zaatakować. Zrobił to. Skoczył, mimo bólu, przed siebie, upadając na smoczysko przed sobą. W sumie nie wiedział co ma zrobić, nie chciał stracić jedynej pamiątki po rodzinie. Pod wpływem chwili wsunął rękę między zębami potwora, do jego paszczy. Ten myślał pewnie, że to jakaś zabawa, ale dla niego było to bardzo ważne, zbyt ważne. Złapał mokry od śliny stwora kawałek drewna. Mały wbijał kły jak na młodego bardzo uporczywie, więc wyrwanie figurki nie było takim prostym zadaniem. A i trzeba było zachować odpowiednią ciszę, by przypadkiem mama smok nie odwróciła się, i nie zaatakowała biednego Feliksa, który siłował sie z jego dzieckiem. Szans na wygraną w tej walce nie miał praktycznie w ogóle, jednak mimo to sie nie poddawał. Ranną ręką dodatkowo zaczął odpychać łeb zwierzęcia, co spowodowało ponowny ból tej kończyny, ale to się nie liczyło. Ważne było.. Drewno. I wtedy gdy myślał, że już smok odpuścił, dał za wygraną, tak naprawdę usiadł, tak po prostu. Siedział przed brunetem patrząc się na niego, aż w pewnym momencie zrobił coś dla chłopaka nieoczekiwanego. Maluch otworzył szeroko pysk i skierował go ku górze, a kilka sekund później wydał z siebie donośny okrzyk rozpaczy, na tyle głośny jak na małego, by zdenerwowana rodzicielka zaczęła się martwić. Odwróciła się w błyskawicznym tempie i ze wściekłością w jej zwierzęcych oczach podleciała do człowieczka. Feliks miał już w dłoni to na czym tak bardzo mu zależało, teraz chciał tylko uciec. Młody przedstawiciel gatunku uspokoił sie już i jakby popatrzył zwycięsko na chłopaka, jakby to wszystko było planem, zemstą za zabranie zdobyczy. Matka zgarnęła małego za siebie chroniąc go, jednak Feliks nie miał wcale złych zamiarów. Siedział z głową uniesioną ku górze w osłupieniu. Nigdy by nie pomyślał, że napotka się na rozwścieczonego smoka, chroniącego własne dziecko. Życie była zaskakujące. Tak więc i brunet gdy zaczął już normalniej funkcjonować, myśleć "tu i teraz", przemienił szybko swą formę w małego, szarego króliczka. W tej posturze mógł spokojnie zawrócić się i ukryć w lesie, co również uczynił. Głębiej, między ciemnymi drzewami ponownie mógł spokojnie chodzić jako człowiek. Mimo przyspieszonego oddechu i mocnego bicia serca czuł, że w jakiś sposób wygrał. Spojrzał na uszkodzoną, drewnianą figurkę i uśmiechnął sie do niej lekko. Właśnie uratował Annie przed ponowną śmiercią, przynajmniej on to tak odczuwał.

      Od Kasai Do Est

      Wszystkie ostatnie sytuację sprawiły w mojej głowie, potworne zamieszanie. Nasza Alfa miała wiele do załatwienia, a przez ostatnie wydarzenia dała mi wolną łapę, a jak to ja mimo ron i paru bandarzy na ciele postanowiłam się wybrać sięvna dłuższy spacer. Ruszyłam przed siebie, niewiem jak długo szłam, ale po dłuższym czasie trafiła na wilka a raczej wilczyce, która przyglądała mi się z jaks 5 metrów.
      [Następnym razem pisz trochę dłuższe opowiadania]

      Od Johna do Kirisa i Venus

      Przechodząc przez las spotkałem pewnego wilka. Nie znałem jego imienia, lecz wydawał się bardzo łagodny, szybko się okazało że jestem na terenie Watahy Zachodu. Dotychczas nie znałem tej okolicy jedyne co rzucało się w oczy to  dziewczyna z wiadrem krwi, szybko do niej podbiegłem i zapytałem się kim jest ten nieznajomy dziewczyna z wiadrem krwi o imieniu Venus
      odparła że to jest kiris jest jednym z członków Watahy Zachodu . Jest łowcą ciemności lepiej z nim nie zadzierać bo jego słodki wygląd to tyko przykrywka i lepiej z nim nie zadzierać po chwili zorientowałem się że się zgubiłem nie wiedziałem czy spytać się Venus o drogę czy kirisa który może mnie zabić przy bliższym kontakcie. Więc zdecydowałem się że podejdę do kirisa nie dał mi nic powiedzieć i odpowiedział mi że jestem obcy i nie mam prawa tu przebywać zaczęła się walka po chwili razem wpadliśmy do studni i straciłem przytomność.

      <Kiris? Venus?>

      Od Shadow'a C.D Viper ,,Misja nr.2 - Zdobywanie artefaktów"

      Łażę sobie dookoła mojej jaskini, zbieram drewno na główną ścianę i drzwi, a przy okazji zbieram owoce. Po pewnym czasie przyszły krasnoludy z meblami  (pozdro dla tych, co czytali  questa 4).
      -Gdzie mamy to postawić? -Zapytał wódz krasnoludów.
      -Postawcie to przed jaskinią, potem to poukładam. Dziękuję za pomoc.
      -My też jeszcze raz dziękujemy za pomoc w wiosce.
      Wszystkie krasnoludy położyły meble obok jaskini i wracały do portalu. Przeczyściłem jaskinię od środka, wniosłem wszystkie meble do środka, a na stole postawiłem świecę, by było wszystko dokładnie widać. Gdy wszystko było na swoim miejscu, zacząłem tworzyć drzwi wejściowe. Gdy były ładnie złożone, złożyłem główną ścianę, umocowałem między kamieniami, by się ładnie trzymała i umieściłem drzwi. Wreszcie jaskinia jakoś wyglądała, wiatr nie wiał do środka, w środku było jasno od świecy i przytulnie dzięki meblom. Wreszcie miałem miejsce, w którym mogłem na stałe zamieszkać.  Położyłem się na łóżku i uciąłem sobie drzemkę, z której po pewnym czasie wybudziło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłem drzwi, za którymi stał jakiś biały wilk.
      -Dzień dobry, czy pan to Shadow? -Zapytał.
      -Tak, to ja. O co chodzi?
      -Przysyła mnie Viper. Prosi cię, byś załatwił dla niego trochę broni oraz pozłacane pergaminy.
      -Dobrze, a jak mogę je zdobyć?
      -Są gdzieś w zamku Rivangoth. Gdzie dokładnie nie powiem, bo nikt z naszych się tam nie zapuszcza.
      -Broń, rozumiem; ale po co mu pergaminy?
      -Nie wiem, ty musisz go o to zapytać. Życzę powodzenia, złożę mu meldunek, że się zgadzasz.
      -Tego nie powiedziałem, ale okay. Dam radę. Dziękuję.
      Basior odszedł, a ja wróciłem do drzemki.
      Rano zjadłem owoce na śniadanie, wyjąłem moją torbę z szafy, włożyłem do niej księgę, mapę oraz plecak (był pusty, zmieścił się w torbie) na broń.
      Do buta włożyłem sztylet, po czym wyszedłem z jaskini.
      -Rivangoth? Oj, to kawałek drogi stąd. Wytrzymałości mi wystarczy na dojście i zaniesienie rzeczy do szefa.
      Szedłem lasem na południe, a następnie wzdłuż rzeki. Po kilku kilometrach było już widać mury. Przeszedłem przez rzekę, a potem krążyłem dookoła, by znaleźć główną bramę. Zaczęło się zmierzchać, położyłem się w wysokiej trawie i czekałem na całkowitą noc. Gdy się ściemniło, przeskoczyłem przez bramę, a następnie wskoczyłem na dach budynku. Skakałem po dachach domów wieśniaków aż do głównego zamku. Dookoła było pełno krukonów, na szczęście żaden mnie nie widział. Do zamku wszedłem przez otwarte okno, gdy byłem na korytarzu, zacząłem szukać jakichkolwiek znaków do zbrojowni bądź do biblioteki. Szedłem wzdłuż korytarza, uchylałem każde drzwi i patrzyłem, co jest za nimi. Wydawało się, że krążę w kółko. Wszedłem cicho schodami na drugie piętro i powtórzyłem czynność. Po minięciu piątych drzwi natrafiłem na te z napisem biblioteka. Po wejściu do środka natrafiłem na krukona czytającego książkę.
      -Ejejej, nie ma włóczenia się w nocy po zamku. W ogóle, gdzie twój uniform? -Zapytał zdenerwowany krukon.
      -Uniform? Aaa tak, emm... zostawiłem w pralni. Przyszedłem tu wziąć jakąś ciekawą książkę.
      -No dobrze, ale dlaczego w nocy?
      -Bo nie mogę zasnąć.
      -Niech ci będzie, ale następnym razem przyjdź w szatach. Dobrze?
      -Dobrze, dziękuję.
      Odszedłem od niego i poszedłem do regału z książkami.
      -Nie wierzę, że mnie nie rozpoznał. Naprawdę jestem aż tak podobny? -Myślałem.
      Przeszukiwałem każdy regał z myślą, że gdzieś tu są pozłacane zwoje. Same książki i zwykłe zwoje. Zastanawiałem się, czy jest tu jeszcze jakaś biblioteka. Ale jednak... po kilku minutach szukania wyciągnąłem z regału książkę o czarnej magii. Za nią było coś w rodzaju kolejnej półki. Zacząłem wyciągać wszystkie książki z tego regału, by zajrzeć do półki za nimi. Były tam, było ich 5. Ładne, pozłacane zwoje, na rogu każdego był nawet podpis Vipera. Wyjąłem z torby plecak, założyłem na plecy, a do torby dyskretnie włożyłem zwoje, tak by krukon nie widział. Następnie wyciągnąłem z półki losową książkę, by nie było, że nic nie wziąłem. Wyszedłem z biblioteki, a krukon nawet nie zauważył, że mam plecak. Włożyłem książkę do torby i zacząłem szukać zbrojowni. Powtórka z rozrywki, znów krążenie dookoła zamku. Nic, brak zbrojowni. Wszedłem schodami na trzecie piętro i szukałem zbrojowni, też nic. Zdałem sobie sprawę z tego, że może był gdzieś w piwnicy. Zszedłem schodami dwa piętra w dół i szukałem jakichś schodów w dół. Były one za drzwiami w jednym z pokojów, zszedłem nimi w dół. Było tam pełno broni, zbroi  oraz amunicji. Zdjąłem plecak i zacząłem pakować do niego noże, sztylety i te inne. Do większej kieszeni spakowałem 8 mieczy, które niestety wystawały z plecaka. Gdy miałem wychodzić z pełnym ekwipunkiem, zobaczyłem przy wyjściu włócznię, której wcześniej nie zauważyłem. Była piękna, długa, ostra, wyglądała jak wykuta z mroku. Bardzo mi się spodobała, chciałem sobie ją wziąć. Nie było łatwo, ale jakoś umieściłem ją między plecami a plecakiem. Wybiegłem na górę, wyskoczyłem przez okno i z powrotem po dachach za bramę.
      Po udanej misji szedłem do jaskini portalu, przy której już czekał na mnie Viper.
      ~Viper? 

      Od Alex'a do Venus

      Od ostatniej "narady" w domu Vipera minęło dość sporo czasu. Nieco trudno było mi wytłumaczyć się z połamanego i posklejanego na nowo stołu, jednak oprócz zrezygnowanego spojrzenia chłopaka oraz kary w postaci wyniesienia resztek mebla z pokoju nic innego nie świadczyło o zdenerwowaniu Alphy. Podejrzewałem nawet, że cieszył się z tego, że pod jego nieobecność dom nie poszedł z dymem. Resztki po butelkach posprzątałem jeszcze tej samej nocy, tak więc pozostawało mi wierzyć w to, iż gospodarz niezbyt szybko zorientuje się w jak dużym stopniu zmniejszyliśmy jego zapasy alkoholu. Próbowałem także często nie zerkać na zawieszoną pod salonowym sufitem lampę, nie tyle co krzywo wiszącą oraz wygiętą, ale także otoczoną siateczką pęknięć wokół podstawy stykającej się z tynkiem. Niestety, nie miałem usprawiedliwienia na wyważone drzwi prowadzące do łazienki, lecz właściciel lokum chyba sam domyślił się, co też mogło się tam wydarzyć. Po skończonym kazaniu zostałem niezbyt uprzejmie wyrzucony z domu, przy okazji zyskując zaszczyt wyniesienia śmieci.
      Teraz - niemal dwa tygodnie po tym wszystkim - ciągle zastanawiam się, co nam odwaliło. Poprawka: co mnie odwaliło, zakładając się z początku z innym członkiem WKJN o to, który z nas ma mocniejszą głowę, a potem... no właśnie. Co było później? To samo pytanie zadawałem sobie przez kilka następnych dni, zamiast koncentrować się na pracy. Jak jednak rozumieć zniknięcie dziewczyny z pokoju jeszcze przed porankiem, po tej jakże długiej "naradzie" wcześniejszej nocy? Nie wiem nawet kiedy wyszła, mimo iż do białego rana chodziłem po lokum i próbowałem przywrócić go do stanu względnej czystości, z małym skutkiem oraz jeszcze mniejszym rezultatem niestety. Gdy więc poszedłem zobaczyć, czy jeszcze śpi, zastałem jedynie puste łóżko, nieco pogniecioną narzutę, a także porzucony na podłodze koc. Żadnego śladu jej obecności, żadnej informacji, nic. Nie spotkałem jej ani tamtego dnia, ani następnego, ani przez cały następny tydzień. Skłamałbym, gdybym powiedział, że w ogóle o niej nie myślałem. To samo przydarzyło mi się i tym razem, kiedy moja głowa była bardziej zaprzątnięta rozmyślaniem o tej z pozoru zwyczajnej dziewczynie niż pracą.
      - Młody, prowiant się skończył! Masz wolne, idź do sklepu!
      Skrzywiłem się, słysząc tą niezbyt przyjemną dla ucha i wygodnej pozycji w nagrzanym fotelu prośbę. Mając więc cichą nadzieję, odkrzyknąłem w odpowiedzi swojemu pracodawcy, który nawiasem mówiąc siedział kilka metrów ode mnie:
      - Teraz pracuję, pójdę za jakieś dwie godziny! Wytrzymasz tyle!
      Ze strony Max'a dało się słyszeć dość kpiarskie prychnięcie, po czym rzucił:
      - Siedzisz nad tym od godziny, a nawet nie zrobiłeś konturów. Te gryzmołki po bokach raczej szkicem nie są, więc nie wciskaj mi tutaj kitu z pracowaniem. Kasa jest tam gdzie zawsze, ilość ta sama. Do sklepu, ale już. - widząc brak reakcji z mojej strony, dodał - Bo obetnę ci i tak już marną wypłatę oraz nie dam wolnego, kiedy ciebie najdzie taka ochota. Zastanów się nad tym.
      Spojrzałem na to, co zdaniem mojego "szefa" przypominało zwykły zbiór kółek i kresek. W moich oczach wyglądały one natomiast jak scena z wojny secesyjnej toczącej się po obu stronach kartki, środek pozostawiając pusty. Westchnąłem głęboko, patrząc na ciągle przeskakujący między moimi palcami ołówek, lepsze dni mający już dawno za sobą. W następnej sekundzie trzymany przeze mnie szkicownik wylądował z cichym "klaps!" na pobliskiej szafce, a ja - ignorując karcące spojrzenie - ruszyłem w stronę kuchni. Otworzyłem szafkę zawieszoną przy lodówce, sięgając po pudełko z kaszą i wyciągając z niego banknot o dość dużym nominale. Dlaczego pieniądze są ukryte w opakowaniu po jęczmiennej? A jaki normalny złodziej szukałby tam gotówki albo chciał ukraść tą z pozoru zwykłą oraz zawierającą tanią zawartość paczkę? Pokręciłem lekko głową, zatrzaskując szafkę i idąc w stronę wyjścia. Po drodze zauważyłem pełne triumfu spojrzenie współpracownika, myślącego zapewne o swojej udanej próbie szantażu. Prawda jest jednak taka, że mało obchodziły mnie jego groźby. Od dłuższego czasu rozmyślam o zmianie pracy, a co za tym idzie - mieszkania. Lecz najpierw muszę jeszcze znaleźć inne miejsce zarobku, a z tym kiepsko w mieście. Przynajmniej dla ludzi mojego pokroju. Wychodząc, przy okazji trzasnąłem drzwiami. Następnie ruszyłem przed siebie z niemałym zadowoleniem wymalowanym na twarzy, którego powodem było głośno wypowiedziane przekleństwo autorstwa faceta pozostawionego w mieszkaniu. Radość nie trwała jednak długo, gdyż dobry humor opuścił mnie wraz z momentem wyjścia na zewnątrz, gdzie odległość została ograniczona do kilku metrów z powodu zacinającego deszczu. Westchnąłem z irytacją, naciągając na głowę kaptur oraz wkładając ręce do kieszeni, następnie ruszając dość żwawym krokiem w stronę najbliższego sklepu. W czasie drogi rozmyślałem o tym, czy jest sposób na wsypanie do zamkniętej puszki z piwem sody oczyszczonej i jaki byłby tego efekt. W końcu doszedłem jednak do wniosku, że ja też będę musiał kiedyś skorzystać z łazienki, a przez moją małą "zemstę" mógłbym nie mieć takiej okazji. Zanim myśli po raz kolejny zwróciły się w kierunku tamtego pijackiego wieczoru, zobaczyłem neonowy wręcz napis obwieszczający dotarcie do sklepu. Wbiegłem po ślizgich stopniach, omal nie zaliczając całkowitej gleby, lecz w tamtej chwili chciałem jak najszybciej ukryć się przed ulewą. Wewnątrz lokalu powitało mnie przyjemne ciepło oraz przede wszystkim zerowa kolejka przy kasie. Niestety miało to też minus, gdyż wkrótce znów stałem na deszczu. I albo zaczynałem świrować, albo ktoś podążał tą samą drogą co ja. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że owa osoba, której kroki rozbrzmiewały kilka metrów za mną wraz z każdym pokonanym przeze mnie metrem, nakładała drogi w tym deszczu. Kiedy więc skręciłem w kolejną - równoległą do mojej prawdziwej drogi do domu - aleję, przyspieszyłem i wszedłem w uliczkę będącą skrótem łączącym sąsiednie dzielnice. Torbę z zakupami pozostawiłem pośrodku wybrukowanego, wąskiego przejścia, sam chowając się w cieniu futryny pobliskich drzwi wejściowych czyjegoś domu. Zabrałem głęboki, aczkolwiek cichy oddech, wsłuchując się w odgłosy ciągle trwającej ulewy i zamykając oczy w celu większego skupienia. Jednak jedynymi dźwiękami nie były same krople czy też bębnienie w dach, ale też te same kroki co wcześniej. Ucichły one na moment zapewne w chwili, gdy owa postać stanęła u wylotu dróżki. Przez chwilę panowała cisza, lecz niebawem odgłos się powtórzył, z każdym cichym "kap!" będąc bliżej mnie. Nie mam nawet pojęcia, kiedy w dłoniach znalazły się dwa noże. Nie zwracałem jednak na to większej uwagi, poprawiając uścisk lewej dłoni, pewniej chwytając broń. Otworzyłem oczy na sekundę przed tym, nim owa tajemnicza postać zatrzymała się przed pozostawioną przeze mnie torbą, następnie obracając się przez lewe ramię i przeczesując wzrokiem otoczenie. I być może zabrzmi to nieco dziwnie, ale nie rozpoznałem dziewczyny dzięki twarzy, która nawiasem mówiąc była zakryta przez kaptur. Mój wzrok zawiesił się na jej butach, jakże oryginalnych oraz nie dających się zapomnieć. Podobnie zresztą jak o ich właścicielce.
      - Wystarczyło podejść i się przywitać. - Rzuciłem, wychodząc z ukrycia na spotkanie z deszczem oraz postacią.
      Po drodze schowałem ostrza na ich poprzednie miejsce, nie spuszczając nawet na sekundę wzroku z Venus.

      <Wybacz bezsens, ale tak jakoś nie było pomysłu na to, jak zacząć>

      Od Apolla i Artemidy cd Evangeline

      Rodzeństwo wymieniło się porozumiewawczymi spojrzeniami. Apollo chciał już coś odpyskować jednak siostra szybko skarciła go w myślach.- Zgoda... - powiedział zrezygnowany chłopiec po czym szybko dodał dziarsko – Ale jeśli tylko zrobis coś Tedzie ne okaze litości!
      Czarownica przewróciła tylko oczami po czym cała trójka znalazła się w środku jej domu. Kobieta usiadła na sofie. Naprzeciwko niej spoczął Apollo mocno tuląc do siebie kocią siostrę. Po chwili na żądanie dziewczynki brat położył ją obok. Ta zmieniła się w człowieka i oparła się wygodnie. Spojrzała pytająco na wiedźmę i gdy w końcu miała coś powiedzieć brat uprzedził ją:
      - Wiec co od nas chces? - zapytał podejrzliwie marszcząc brwi, jednak nie czekał na odpowiedź, gdyż coś przykuło jego uwagę. Zsunął się żwawo z kanapy i szybko podszedł do znajdującego się nieopodal trofeum. Z zaciekawieniem przyjrzał się długim wystającym ze ściany rogom.
      - Podobają ci się? - zaczęła Evangeline
      - Co to takiego? - zawołał głosem pełnym ekscytacji. - Teda, chodź zobaczyć!
      - Dostałam to za swoją pierwszą misję. Gdyby nie sentyment, już dawno wylądowałoby w koszu...
      <Gdy ni masz pomysłu na opko ;-;>

      Podróż do Piekieł (Od Darknessa "Walka z Dante")

          Czarny wilk kroczył dumnie przed siebie, mijając potępione dusze, które raz po raz wyrywały się demonom i wyciągały rękę ku mężczyźnie. Niestety, czarny nie mógł nic zdziałać. Nawet gdyby chciał, dusze nie należały już do niego, a do Książąt. Obok niego pojawił się Lucyfer, również w swojej wilczo-koziej formie. Wyglądałoby to nawet zabawnie, gdyby był to tylko niegroźny do zmiażdżenia kurdupel.
          - Miło cię znowu widzieć. - na pysku diabła pojawił się okrutny uśmiech.
          - Chciałeś czegoś, czy po prostu się nudziłeś.
          - Dowcipny, jak zawsze. - prychnął wilk. - Ostatnio twój przyjaciel pojawił się tu u mnie i zrobił mi niezłe szkody. Dante jest wściekły.
          Darkness tylko przewrócił niecierpliwie oczami. Przyjaciel. Czyli na pewno chodziło Lucyferowi o Zdrajcę. WIlkobójca już od dawna dał sobie z nim spokój, bo wiedział, że to walka z wiatrakiem. Musiał skupić się ponownie na treningu Mroku i postarać się wrócić do poprzedniej formy. Najchętniej raz na zawsze zniknąłby w przeszłości, jednak to byłoby podkulenie ogona. Wzięli by go za tchórza, którym Darkness wcale nie był. Hunter, duży pies Darknessa, skakał wokół niego i Lucyfera, radośnie merdając ogonkiem.
          Wilkobójca wziął go na wszelki wypadek, żeby ten nie rozniósł mu domu. I przy okazji mógł pomóc w walce z demonem, który posunąłby się do ataku. Wiele istot tutaj czyhało na jego duszę. I jednym z nich był Dante, z którym miał okazje się potem rozprawić.
          Droga obojgu dłużyła się niemiłosiernie, i dopiero kiedy Darkness dotarł nad rzekę, drugi wilk cofnął się. Uśmiech nie znikał z jego pyska. Był pewny, że tym razem ten bydlak mu nie zwieje. Tak cenna dusza jaką był Darkess nie mogła mu od tak uciec.

      ***
         I cisza. Jakoś niespecjalnie efektowne było to wejście czarnowłosego. Spodziewał się tłumów, a przed nim stała tylko jedna osoba. Ubrana na czarno, z rękami skrzyżowanymi na piersi. W rękach trzymał swoje pazury. Wilk zmienił swoją postać.
        - Noo.. co tam? Długo czekałeś?
        Mężczyzna zrobił krok w stronę czarnowłosego. Darkness kpiarsko uśmiechnął się w stronę Dantego. Przynajmniej będzie trochę zabawy.  Bez słowa, Dante zaatakował. Nie miał o czym dyskutować z Darknessem. Znał go dobrze. Był dla niego tylko namolnym dupkiem, którego dusza powinna należeć do Lucyfera.
        Wilkobójca cofnął się trochę i zniknął przed jego nosem w wytworzonym sekundę wcześniej portalu. Wyskoczył za nim, i wbił z całej siły kosę w ramię przeciwnika. Dante wyrwał sobie jednak broń Darknessa i zaatakował go szponami. Wilkobójca uchylił się przed śmiertelnym ciosem. Rana demona zdołała się już zaklepać.
        Tym razem czarnowłosy zaatakował pierwszy, co było jego błędem. Książę wbił mu swoje pazury w bok. Wilkobójca próbował je wyjąć ze swojego ciała, jednak broń była wbita zbyt głęboko. Mężczyzna wpadł więc na inny pomysł. Niech jego dusze obrócą się przeciwko niemu.
        Oko basiora zaświeciło się na czerwono. Dusze, które były uwięzione w kręgu Dantego, powoli zaczęły się uwalniać, słysząc wołanie Darknessa. Umarli, pod wpływem Wisielca, zaatakowali jego wroga. Wilkobójca skutecznie odwrócił ich uwagę. Wziął kosę i zamachnął się, a po chwili głowa demona potoczyła się po korytarzu. Dusze uciekły.

      Od KTS (Quest 14) [+12]

      Głód się podnosi, a kasy mało. Nowy York to ogólnie bogate miasto, ceny są wysokie; nie mając wyboru, poszedłem Bronx (jednej z najbiedniejszych dzielnic tego miasta). Na dzielnicy było pełno niebezpiecznych ludzi, na chodnikach spali bezdomni, prawdę mówiąc-bieda. Wbiłem do baru wyglądającego lepiej od innych w tej dzielnicy. Podszedłem do lady
      -Witam, macie coś sytego i taniego? U mnie trochę krucho z kasą. -Zapytałem.
      -Mogą być pierogi? 10 sztuk za 20 zł. -Odpowiedział sprzedawca.
      Usiadłem przy stole (jeżeli można to nazwać stołem), by poczekać na jedzenie. 
      Gdy kelner powiedział, że zaraz będzie, do baru wszedł jakiś koleś w czarnych szatach; podszedł do mnie i zapytał:
      -Ty jesteś tym mordercą na zlecenie?
      -Na zlecenie nie, a kto pyta?
      -Mam propozycję. *Dał mi kartkę z informacjami i zdjęciem jakiejś kobiety* Kojarzysz ją?
      -Nie bardzo, ale chyba kiedyś widziałem ją w tłumie.
      -To dobrze. Na kartce masz informacje gdzie mieszka, co ostatnio robiła i te inne. Mógłbyś się jej pozbyć?
      -A o jakiej kwocie mówimy?
      -Pół tysiąca. Zabij ją, za tydzień przyjdź tu ze zdjęciami jej martwego ciała. Wtedy dostaniesz nagrodę. Tylko nie daj się złapać!
      -Załatwione, przyjdź za tydzień o 14:00. Dostaniesz te zdjęcia, a może nawet jej głowę.
      -Niech będzie, wierze w ciebie.
      Po chwili mężczyzna wstał od stołu i wyszedł jak gdyby nigdy nic. Nawet się nie przedstawił. Kelner przyniósł pierogi; były zbyt lekkie, nie można się było najeść. Ta kasa bardzo by mi się przydała. 
      Nie zwlekając, odniosłem pusty talerz i poszedłem do mojej ,,Bazy" by obmyślić jakiś plan. Moja miejscówka nie była zbyt bogata. Wybrałem ją tylko dlatego, że dookoła było wielu niebezpiecznych ludzi, złodzieje i ci inni się tub nie kręcili. Drzwi w niej próchniały, okna były zabite deskami, jedynym plusem była temperatura w środku i brak przecieków. Jedyne co się w środku niej znajdywało to stare łóżko, niedziałająca lodówka i krzesło przed biurkiem, na którym trzymałem papiery. 
      Wziąłem do ręki kartkę, którą dał mi tajemniczy mężczyzna i ją przeczytałem.

      Angelika ********
      Urodzona 14.05.****
      Mieszka na ul. ********** 7
      Piętro 3

      Nie było zbyt wiele informacji, ale wystarczył mi fakt, że wiem gdzie ją szukać. Następnego dnia zrobiłem obchód wokół ulicy, przy której mieszka, wyciągnąłem lornetkę i patrzyłem we wszystkie okna w budynku na trzecim piętrze. Niestety zdawała się być poza domem. 

      *3 Godziny później*

      Siedziałem znudzony na ławce niedaleko tego domu. Zauważyłem, że kobieta wchodzi do środka i na górę. Normalnie pobiegłbym do niej od razu, ale to byłoby strasznie podejrzane, tym bardziej że nikt tu nie kojarzył, bym tu mieszkał. Nadszedł zmierzch; ludzie zaczęli schodzić z ulic, lampy zaczęły się powoli zapalać. Poszedłem po cichu na 3 piętro budynku. Wyjąłem z kieszeni wytrych, otworzyłem po cichu drzwi i wszedłem do środka. Rozglądałem się po domu, by znaleźć cel zadania; kobieta leżała padnięta na kanapie, spała. Przytrzymałem jej ręką usta, by nie krzyczała, a drugą rozciąłem jej gardło. Gdy poczuła nóż w szyi, zaczęła się wiercić, próbowała krzyczeć, ale rana i ucisk były zbyt wielkie; zmarła po kilkunastu sekundach. Zapaliłem światło od pokoju i zrobiłem kilka zdjęć, po czym zgasiłem światło, zamknąłem drzwi i szybko zeszedłem na dół. 

      *Radio: Był kolejny napad, tym razem w dzielnicy Bronx. Ciało 23-letniej Angeliki *********** zostało znalezione w salonie w jej własnym domu. Miała poderżnięte gardło i zakrwawione oczy. Ślad na jej szyi wygląda jak ślad znaleziony na ciałach ofiar sprzed kilku tygodni, to prawdopodobnie ten sam morderca. Prosimy nie oddalać się zbytnio od domów do zakończenia sprawy. Policja w ramach zwiększonej ochrony będzie patrolować wszystkie dzielnice Nowego Yorku*

      Tydzień później wszedłem do tego samego baru, zamówiłem te same pierogi, usiadłem w tym samym stoliku i czekałem na tego samego gościa. Z lekkim spóźnieniem, ale pojawił się.
      -I co? Udało ci się? -Zapytał.
      -Jasne, tu masz zdjęcia. *Pokazałem mu mój telefon*.
      -Dobra, wszystko się zgadza. Masz tu pieniądze, dziękuję za pomoc. -Dał mi grubą kopertę, po czym poszedł sobie*.
      Otworzyłem ją, przeliczyłem pieniądze, było nawet więcej, niż miał mi dać. Włożyłem je do kieszeni, oddałem pusty talerz i wyszedłem.

      Od Alex'a cd. Enuri, Viper


      Jedyne, o czym teraz marzyłem, to wrócić do domu i odespać ostatnie noce, w czasie których poświęcałem czas na szukanie dziewczynki albo robiłem inne, mało ważne teraz rzeczy. Los nie był jednak dla mnie zbyt łaskawy, gdyż wizja niedalekiego snu została zniszczona w tym samym momencie, gdy Viper pobiegł jak na złamanie karku w bliżej nieokreślonym kierunku. Jednocześnie z Enuri poszliśmy w jego ślady tylko i wyłącznie po to, by na końcu drogi spotkać wilka w towarzystwie trupa krukona. W głowie pojawiło się pewne mgliste wspomnienie, odrzucone przez myśli poprzez lekkie potrząśnięcie pyskiem. Wspólnie z białą waderą podszedłem bliżej ciała, próbując odczytać cokolwiek pod warstwą świeżej jeszcze krwi. I mimo iż byłem dość kiepski w tłumaczeniu języków obcych zrozumiałem dość, by wiedzieć, że to wszystko jest o wiele bardziej pokręcone niż myślałem wcześniej. Nim jednak Alpha zdążył dokończyć zdanie, uwagę moją i basiora przykuł pewien ruch w głębi pobliskiej jaskini. Oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę, śledząc każde wykonane w naszym kierunku posunięcie, autorstwa owej istoty. Stojąca obok wilczyca, słysząc zbliżające się kroki, poderwała gwałtownie wzrok utkwiony jeszcze kilka sekund temu w szyi truposza, aktualnie zawieszając go na nieznajomym. Po jej postawie widać było, że chciała coś powiedzieć, lecz zanim zdążyła się odezwać, Viper zasłonił Enu widok na postać wychodzącą właśnie z groty. Przez narzucony na jej ciele płaszcz oraz naciągnięty na opuszczoną głowę kaptur nie dało się rozpoznać, z kim mamy do czynienia. Wątpliwości nie ulegał jednak fakt, iż owa istota nie grzeszyła wzrostem, ponieważ była ona ledwo kilka centymetrów wyższa ode mnie w wilczej formie, a w porównaniu do Alphy stojącego pomiędzy nami wypadła dość blado. Na chwilę zapadła grobowa cisza, w czasie której mierzyliśmy się z nieznajomym dość nieufnym wzrokiem. Nie miałem bowiem żadnych wątpliwości co do tego, że postać w kapturze również przyglądała się naszej trójce. Zerknąłem kątem oka na stojącą w pobliżu białą waderę, podobnie jak ja nie wiedzącą, co teraz zrobić. Z tej niepewności wyrwał nas głos basiora, zwracającego się w stronę owej tajemniczej postaci.
      - Kim jesteś i czego tu szukasz?
      Stworzenie odpowiedziało mu niemal natychmiast, lecz w zupełnie obcym języku. Przypominał on nieco seplenienie słabo kontaktującego ze światem człowieka z wieloma pustymi butelkami w tle. I mimo iż nie byłem w stanie przetłumaczyć przynajmniej połowy z wypowiadanych wyrazów, zrozumiałem jedno zasadnicze słowo będące imieniem samego Vipera. Enuri najwyraźniej też to usłyszała, bowiem podobnie jak ja utkwiła wzrok w wilku stojącym przed nami. On patrzył natomiast z lekkim zdziwieniem na ową postać, ciągle wypowiadającą te dziwaczne słowa nie mające większego sensu. Podejrzewałem jednak, że Alpha doskonale zdawał sobie sprawę z tego, o czym wciąż opowiadało mu to humanoidalne stworzenie. W pewnym momencie monolog jednak się urwał, lecz cisza nie trwała długo. Wkrótce basior odpowiedział mu, korzystając z tego samego, dziwacznego słownictwa, będącego chyba językiem hiszpańskim.
      - Alex... Nic z tego nie rozumiem. O czym oni rozmawiają? Możesz to przetłumaczyć?
      Cicho wypowiedziane pytanie białej wilczycy przypomniało mi zarówno o jej obecności jak i o tym, jaki był prawdziwy cel naszego przyjścia tutaj. Spojrzałem na waderę i nie mogąc powstrzymać sarkazmu, rzuciłem mimochodem:
      - A czy ja ci przypominam słownik? Nie mam bladego pojęcia, o czym tak sobie gadają. Jak jesteś taka ciekawa, sama się ich spytaj. Na pewno znajdą czas, by ci odpowiedzieć.
      Enu, najwyraźniej biorąc to do siebie, odwróciła teatralnie pysk w stronę tego dziwnego stworzenia oraz Alphy, biorąc głęboki wdech i jednocześnie robiąc pierwszy krok w ich stronę. Nim jednak zdążyła wykonać kolejny, moja szczęka zaciskająca się na jej karku uniemożliwiła jej dalszy ruch.
      - Co ty, sarkazmu nie wyczułaś? Ah... Muszę cię jeszcze wiele nauczyć. - Odpowiedziałem na jej pytające i zarazem wściekłe spojrzenie zaraz po tym, kiedy ją puściłem.
      - Nie chcę się niczego od ciebie uczyć. Poza tym, nie masz nic ciekawego do zaoferowania.
      Pokręciłem pyskiem z dezaprobatą, ponownie spoglądając na Vipera. Po chwili poszedłem w jego ślady, podobnie jak on siadając na chłodnej ziemi. Rozmowa trwała dalej, lecz teraz nie było już niemal tylko i wyłącznie monologów, ale i dialogi.
      - Usiądź. Coś czuję, że zbyt szybko to się nie skończy, a bez niego nigdzie nie idziemy. - Rzuciłem w stronę ciągle obrażonej wadery.
      Ta posłuchała dopiero po chwili, zajmując miejsce obok mnie. Nie spojrzała jednak nawet w moją stronę, wbijając wzrok w jakiś odległy punkt. Westchnąłem głęboko, ponownie skupiając uwagę na rozmawiających. Przysłuchiwałem się temu seplenieniu jeszcze kilka minut, nudząc się strasznie przy okazji. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że zapadła cisza. Zamrugałem gwałtownie, wracając do rzeczywistości, w której oczy zarówno Vipera, jak i tamtej tajemniczej istoty, były utkwione we mnie oraz wilczycy obok.

      <Enuri? Viper? Wybaczcie ogólny bezsens, ale brak pomysłu, a nie chcę nic zepsuć. Może któreś z was będzie miało lepszy pomysł>

      Od Evangelnie C.D. Zdrajcy

      Tak więc, jak zaproponował mój czarnowłosy towarzysz, ruszyliśmy w stronę mojego domu. Z  każdym krokiem, mój umysł nieco się rozjaśniał. Najpierw jakieś dziwne i nieuporządkowane litery pojawiły się w moim umyśle. K U J A E C I. Dość długą chwilę zajęło mi dotarcie, co to za słowo. Uciekaj. No bardzo to pomocne. Potem kolejne słowa. Ale. Ukryliśmy. Znajdziesz. Razie. Się. Najpierw. Gdy podeszliśmy do progu mojego domu, otrzymałam zwiększoną dawkę bezsensownych jak na razie wyrazów. Musisz. Z. Coś. Skontaktuj. Dla. A. Z. Mnie. Wbiegłam do domu i błyskawicznie znalazłam kartkę do pisania. Zdrajca chyba był nieco zaskoczony moją gwałtownością, ale podążył za mną, podczas gdy ja spisywałam słowa. Ojcem. To. Każdym. Teraz. Ojcem. Posłuchać. Ciebie. Andromedą. W.
      -Coś się stało? - zapytał czarnowłosy, patrząc dziwnym wzrokiem to na kartkę, to na mnie.
      -Nie, nie zwariowałam - odpowiedziałam, ale nie na pytanie, które zadał. - Daj mi chwilę - zabrałam się za układanie słów, we właściwej kolejności. Przez chwilę, przed oczami mignęła mi twarz mojej matki. Wzdrygnęłam się lekko, czując dreszcz na plecach. - Mam! - krzyknęłam nagle, a Zdrajca podskoczył zaskoczony. - Słuchaj! - zaczęłam zadowolona z własnych umiejętności układania wyrazów (jakkolwiek głupio to nie brzmi) - Ale najpierw musisz mnie posłuchać. Z ojcem ukryliśmy coś dla ciebie. Znajdziesz to... W każdym razie skontaktuj się z Andromedą. A teraz uciekaj! Oto to, co usłyszałam podczas wizji. 
      -Znasz jakąś Andromedę? - zapytał mnie Zdrajca – Bo ja raczej nie słyszałem o żadnej.
      -Hmmm... - mruknęłam – W sumie znałam kiedyś jedną. Mieszkała kilka kilometrów od miasta, w którym się urodziłam. Taki typ szalonej pustelniczki. Czasami odwiedzała moich rodziców. Nie wiem, czy jeszcze żyje, ale jej córka na pewno. Nazywała się Vee Glassfeather. Śliczniutka była – uśmiechnęłam się na wspomnienie dzieciństwa – Wyjadę jeszcze dzisiaj.
      -...
      (Zdrajca? Nie będzie mnie w domu w dniach 29.04 – 07.05, więc nie wiem jak będzie z odpisywaniem (internet, te sprawy). I przepraszam, że musiałaś tak długo czekać, ale ostatnio trochę mi ciężko)

      To jest już koniec...

      ..ale nie bloga! Gdzie tam! To już koniec mojej pracy nad szablonem!
      ^Tak prezentuje się nasz nowy szablon. Widzicie jakieś niedociągnięcie? Coś wam nie pasuje? A może wolelibyście coś dodać jeszcze do szablonu (np. Efekt do Tekstu, tak jak tutaj, albo efekt do "Numerków"). Liczę na to, że wam się spodoba, tym bardziej, że starałam się i próbowałam spełnić każdą waszą prośbę. 

      Proszę też o zwiększenie aktywności, gdyż ostatnio na blogu zaczyna się robić zbyt cicho. Niedługo wpis, a co za tym idzie - uśmiercenie nieaktywnych!

      Czas na zmiany.

      Cóż, ostatnio nie było za ciekawie. Mówię o mojej aktywności. Po prostu zawiodłam. Miałam zajmować się watahą a jedynie co robię, to użalam się nad sobą i nad swoim życiem. To nie jest wobec was fair, za co przepraszam.
      Postanowiłam w końcu wziąć się za siebie i za was. Od dzisiaj prawdopodobnie miła, opierdalająca się Tyks zniknie na zawsze. Od teraz stoicie przed wymagającym adminem (yhy, no na pewno). W pierwszej kolejności chcę zorganizować wam coś, czego tak wiele osób nie lubi:

      Czystka!!! 😈

      Powiem wprost: należy pod postem napisać, jakie wdzielibyście zmiany na blogu. I nie, nie przyjmuję takich rzeczy jak "wataha jest idealna!". Coś na stówę musi wam się nie podobać D: (a levele do towarzyszy dodam. Chyba.) Jeżeli już na pewno nie widzicie na blogu żadnych zmian, to chociaż napiszcie, jaki chcielibyście szablon (mam już pewną koncepcję, a ten nowy, który pokazywałam na skype prawdopodobnie nie zaistnieje, gdyż uważam go za zbyt ponury). Wpisywać się można do 27 kwietnia. Termin jest dosyć krótki, jak na poprzednie czystki. Jest to również okazja do powrotu niektórych członków. Jeżeli nadal chcesz należeć do watahy lub powrócić, po prostu wpisz się w komentarzu (Od falki na dole wymień swoje postacie, które mają zostać np. ~Darkness, Fragonia, Viper, Tytania itp.)
      Kolejna sprawa - zapraszam we wtorek (ten) PO ŚWIĘTACH o godzinie 20.00 na chat RPG. I jeżeli TYLKO pojawi się orgia, bądź te rozbieranie się, to uduszę ;w; (tak, tyczy się to szczególnie Haylee).

      I jeszcze jedno info: wpis fabularny, ze względu na czystkę i remonty, zostanie lekko opóźniony, za co przepraszam. A co do remontów - być może po czystce wataha zostanie zawieszona od 2 do 7 dni (strona zostanie zablokowana na ten czas, jednak chat na skype nadal będzie działał!). Po prostu chcę, aby admini zajęli się chwilowo wprowadzaniem tych królestw. 
      Dziękuję za uwagę.

      Wasza Tygz, maskotka bloga, w skórze Darka.
      Znowu chce wyróżnić się spośród tłumu i pokazać, 
      że ona ten blog zrobiła i ona 
      go poprowadzi 
      do końca.  

      Od Est cd. Darknessa [+12]

      Niebieskooka zaczerwieniła się jak burak, a jej oczach było widać zawstydzenie. Sans za to ledwo powstrzymywał się od śmiechu, widząc Darknessa w hotelu dla osób "niepełnosprawnych". Tak przynajmniej nazywała to Est, bo tak właśnie myślała o parkach, które tu przychodzą.
      - Bo... my ten... jakby to... - Est próbowała coś powiedzieć, jednak przez stres i zawstydzenie nic a nic nie mogło przyjść jej do głowy. - My... na wycieczce jesteśmy! - zaczęła tłumaczyć, wymachując przy tym rękoma w różne kierunki. Niestety, jednak to nie była odpowiedź na pytanie Darknessa.
      - Słuchaj, Est Miyamae. - Warknął Darkness trochę już zirytowany zachowaniem niebieskowłosej. -Totalnie nie obchodzi mnie jakie wy tu "przyjemności" zamierzacie sobie robić. - Przerwał na chwilę, patrząc jak Est rozszerzyła oczy a na jej twarzy wstąpiła złość przeplatana z zażenowaniem i zawstydzeniem. - Chcę wiedzieć czemu kurwa ryzykujesz, że zostaniemy odkryci przez ludzi. Nie powinno was tu być, co z NRS? - spytał wreszcie. Niebieskooka wzięła głęboki oddech, a jej mina przybrała naprawdę poważny wyraz twarzy. Nim ktokolwiek zauważył Sans teleportował się za mężczyznę i ruszył w głąb korytarza. Coś zaczęło go niepokoić, więc postanowił sprawdzić na czym stoi. Wracając do dwójki wciąż dyskutujących ludzi, Est wzięła się na odwagę, chcąc wytłumaczyć czarnowłosemu całą zaistniałą sytuację.
      - Jak pewnie nie zauważyłeś, dzisiaj jest karnawał. Pełno ludzi jest przebrana w różne stroje i paraduje po ulicy.. Jest to jedyny dzień w roku kiedy normalnie możemy wyjść na zewnątrz bez niepotrzebnej uwagi ludzi. Postanowiliśmy, więc wyjść na miasto. Zrobiło się późno, byłam zmęczona, a to był jedyny wolny hotel. No i.. tak się jakoś skończyło. - Zaśmiała się niezręcznie.
      <spoko xD Mi to nie przeszkadza, bo ja pisać nie potrafię xD>

      Pani i Szkielet (Od Darknessa do Est Miyamae)

         Mężczyzna powoli otworzył oczy. Obok niego leżała wysoka, cycata blondynka, z którą wczoraj tańczył. Właśnie.. która była godzina? Jak długo byli już w tym hotelu? Mężczyzna sięgnął na oślep ręką w poszukiwaniu swojej części garderoby i jakiegoś zegarka. Kiedy natrafił na telefon kobiety, spojrzał na godzinę. Była szósta.Odpowiednia pora, żeby w końcu  ruszyć swojej cztery litery, zanim ona zdoła wstać.
         Kiedy czarnowłosy zdołał się w końcu ogarnąć, wyciągnął nóż i stanął nad śpiącą dziewczyną zastanawiając się, czy ją zadźgać, czy poderżnąć gardło, czy.. zostawić ją przy życiu. Zdradziła nieraz swojego męża, który był jej wierny i kochał ją nad życie. Pomiatała swoimi podwładnymi w firmie a sama gówno robiła. Wilkobójca nie należał do litościwych, więc jego decyzja nie trwała długo. Poderżnął jej gardło i zakrył blondynę pościelą. 
           Ile to już minęło od ostatniego spotkania z domem? Frago pewnie musiała się martwić o czarnowłosego, tym bardziej, że ostatnio wracał wtedy, kiedy ona jeszcze spała, i wychodził również, kiedy była nieprzytomna. Jedynymi śladami obecności mężczyzny był karteczki z poleceniami dla czternastolatki. Teraz zerwał cztery dni. Nie było to dużo, ale nie poinformował dziewczynki o chwilowym zawieszeniu. Tyle było ostatnio rzeczy do zrobienia, że wieczór w klubie mógł jedynie załagodzić nerwy czarnowłosego. 
           Wychodząc, zostawił na drzwiach swój znak. Robił to już odruchowo. Ludzie i tak zaczynali się obawiać owego, tajemniczego mordercy. Darkness nawet nie starał się przy zabijaniu. Magia robiła wszystko, dzięki czemu policja po prostu nie była w stanie go wykryć. Chociaż i to zaczynało być trochę nudne.
           Właśnie. Ostatnio nic tylko rutyna i nuda. Może by tak powrócić na Deltę? 
          Czarnowłosy już miał otworzyć drzwi, kiedy nagle usłyszał kroki. Zatrzymał się, trzymając kurczowo klamkę. Kiedy kroki ucichły, Wilkobójca w końcu mógł wyjść z pokoju i szybko zatrzasnąć drzwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przypatruje mu się niebiesko włosa dziewczyna. Obok niej szedł szkielet. 
            - Zdajesz sobie sprawę, że łażenie z nim nie jest dobrym pomysłem, tym bardziej, że mgła już nie działa? Co ty odwalasz, Est Miyamae? 


      <Eztu? Bez ładu i składu, ale tak jak mówiłam - nie potrafię zaczynać xp>

      WALKA Z TEEMO od Venus

      Szłam krętymi ścieżkami Smoczej Doliny. Ciągnąc po nierównych skałach swój długi, czarny jak noc ogon i całe wygłodzone i wyczerpane ciało, próbowałam coś upolować. Już nieważne czy smaczne czy nie -po prostu chciałam zaspokoić, zżerający moje wnętrzności, głód, gdy nagle moje ciało znieruchomiało na widok olbrzymiego... robala?! Zaczął się coraz bardziej zbliżać, a ja cofać, dopóki nie trafiłam na ścianę. Owy natręt podszedł, popatrzył na mnie, chyba maślanymi oczami, i pokazywał mi swoje szkaradne oblicze. Robal miał groźnie wyglądające szpony, a ja z braku sił wolałam nie zaczynać walki. Stwór wpatrywał się swoimi hipnotyzującymi oczami głęboko w moje, próbując włamać się do mojego umysłu rozlewając swoje myśli i obrazy po mej głowie. Odpierałam te ataki, zajmując myśli bardziej interesującymi i ważniejszymi dla mnie rzeczami, takimi jak: "Czy jeśli zjem kamień to się najem? No ale jak mam go przyrządzić?!". Ale potwór nie odpuszczał, więc pomyślałam że mogłabym go zjeść, w końcu jestem smokiem i powinnam dać radę. No ale żeby to zrobić musiałabym go zabić, a przecież nie mam na to sił. W takim wypadku mogłabym zagrać w jego grę, rozkochać i zabić. Tak, to będzie świetny pomysł! W ten oplotłam ogonem ciało natręta próbując go przekonać, abyśmy gdzieś poszli. Mało inteligentny osobnik bez namysłu ruszył za mną. Co chwila musiałam oglądać się za siebie i rzucać mu zalotne spojrzenie (smok, zalotnym, no ja nie wiem jak to ma działać, ale mniejsza). Szliśmy tak, dopóki nie dotarliśmy na skraj wąwozu, w tedy pomachałam zachęcająco głową w stronę dziury chcąc mu coś pokazać. On bez namysłu wykonał moją prośbę i spojrzał w nieprzejrzysty mrok. Wykorzystałam to, z trudem podniosłam ogon i oplotłam go wokół tułowia szkarady i zrzucając się w mrok otchłani razem z nim. Dopiero w tedy robal zdał sobie sprawę z moich czynów, zaczął się ze mną siłować i wymachiwać szponami, przecinając powietrze. Szybko rozłożyłam skrzydła i zaczęłam wiercić się w powietrzu, czy odbijać od ścian wąwozu, aby oswobodzić się z trzymającego mój ogon natręta. W końcu się udało, ześlizgnął się i spadł w czeluść otchłani. Szybko rzuciłam się za nim, a gdy spadł na ziemię, przebiłam jego twarde, chitynowe ciało szponami. W ten widząc szkarłatną krew wypływającą z jego ciała, nie dałam rady powstrzymać głodu i żądzy krwi. Zaczęłam rozrywać jego ciało, zaspokajając tym samym okropny głód. Dopiero gdy skończyłam jeść, zdałam sobie sprawę co zrobiłam i jakie to było ohydne.

      Od Sarah cd Kiris, Haylee

      Patrzyłam to na siostrę to na Kirisa. Ręką już od dłuższego czasu gładziłam czuprynę chłopaka, co trochę mnie uspokajało.
      - Nie wiem czy była specjalna konieczność odwiedzin o tak późnej porze. Spojrzałam na zegarek i z poirytowaniem znów wbiłam znużone ślepia w siostrę. 
      - Oczywiście że była !! Myślałaś że będziemy narażać się na niebezpieczeństwo czekając na ciebie przed domem ?? Oj, ty to jednak nie myślisz. Kibisz, co ty sobie za dziewczynę znalazłeś... Spojrzałam zdziwiona na Haylee.
       - Że kto ??
       - Ehh... no widzisz Kajbisz, własna dziewczyna nawet cię nie zna... - Mówiąc to wymachiwała rękoma we wszystkie strony. 
      - A może odpoczniecie chwilę, zjecie coś, a może tylko pogadamy o ważniejszych sprawach. Gdy to powiedziałam lekko zdziwiłam się reakcją Hay. Kierując się w stronę kuchni podeszła do lodówki i zaczęła wybierać jedzenie od czasu do czasu narzekając na prawie to wszystkie rzeczy się w niej znajdujące. Wracając rzuciła stek pod nogi basiora, a sama zabrała się za jedzenie jakiegoś kurczaka. - Kabas zjedz to, jeśli chcesz mieć siły.
       On tylko popatrzył na mnie. Lekko pokiwałam głową na zgodę i już od razu zabrał się za posiłek. Po około 5 minutach moja jakże kochana siostrzyczka wyszła z mojego domu tak szybko jak tutaj weszła. Świadoma tego że już i tak nie zasnę, wyszłam za nią i za Kirisem, gdyż on też już wyszedł. Skierowałam się w stronę drzwi po czym przeszłam przez nie. Gdy wyszłam na świeże powietrze zobaczyłam tylko przez jakiś czas w drzewach w oddali ciemny cień, lecz chwilę potem zniknął bez śladu. Dogoniłam Hay i troszkę żałowałam decyzji zobaczenia jak jest z jej watahą. Cała droga mijała o wiele dłużej jak się idzie z tą dziewczyną...

      Kiris? Hay?

      Towarzysz - Nightmare

      IMIĘ: Nightmare
      RASA: Demon
      LEVEL: 1
      WŁAŚCICIEL: Dreamer
      OPIS:  Demon potrafiący wpływać na sny innych w zły sposób. Mimo nazwy, jest bardzo miłym demonem, lubi sobie żartować z innych i lubi dobrą zabawę.
      MODYFIKACJE GENETYCZNE:  Cień
      MOC: Przemiana w formę cienia, wpływanie na sny innych, tworzenie kul ognia.

      Punkty
       Siła: 15  Szybkość: 15 Wytrzymałość: 10 
      Magia: 20

      Marzycielu...

      ...nigdy nie przestawaj marzyć
      Obraz w treści 1
      GODNOŚĆ: Dreamer/Salvation Demon
      PRZYNALEŻNOŚĆ: Samotnik
      PŁEĆ: Basior/Facet
      ORIENTACJA: Hetero
      WIEK: 7 lat jako wilk/16 lat jako człowiek
      SYMPATIA: Jeszcze Brak
      Obraz w treści 2
      RODZINA: Jego ojciec jest Demonem, a matka pół aniołem. Ma też siostrę, ale ona nie dorosła do samodzielnej podróży. Wszyscy żyją w świecie ludzi. Oprócz bliskiej rodziny ma też wujostwo z wymiaru snów.
      STANOWISKO: W świecie ludzi był psychoterapeutą, czasami dorabiał sobie u kumpla na targach.
      CHARAKTER: Nazwa sugeruje, że jest osobą spokojną, jednak nie jest tak zawsze. W sytuacji zagrożenia życia swojego bądź swoich przyjaciół może być bardzo agresywny. Ogólnie jest bardzo uczuciowy, charyzmatyczny, często obsypuje komplementami bliskie sobie osoby. Jest duszą towarzystwa, lubi imprezować, szaleć, spotykać się z przyjaciółmi, ale ma takie dni kiedy lubi przesiedzieć gdzieś w samotności. Potrafi też być bardzo leniwy.
      APARYCJA: Jego źrenice są czarne, świecą na niebiesko gdy używa mocy.
      Na brzuchu ma znamię w kształcie gwiazdy.
      ŻYWIOŁY: Sen, światło, powietrze.
      MOCE:
      • Latanie
      • Przewidywanie przyszłości
      • Miotanie niebieskim ogniem (jak smok)
      • Teleportacja (Też między wymiarami)
      • Wpływanie na sny innych
      • Oddychanie pod wodą
      • Telekineza
      ZAINTERESOWANIA/TALENTY: Dreamer bardzo lubi podróże i mniejsze wędrówki. Potrafi żonglować ostrymi przedmiotami bez skaleczenia się, jest bardzo dobrym sprinterem; lubi gry wideo, oglądanie tv; lubi uczestniczyć na imprezach. Lubi sobie pospać/położyć się gdzieś i zrelaksować przy muzyce. W wolnym czasie, czasami pomaga innym.
      MOC SPECJALNA:
      Prawdziwy sen-może przyjmować formę ducha i przenikać przez różne rzeczy.
      HISTORIA: Miał 3 lata gdy odkrył w sobie pierwsze umiejętności odziedziczone po rodzicach. W dniu 5 urodzin dostał misję od Boga Snów, by patrolować świat ludzi i sprawdzać czy nie mają koszmarów. Otrzymał też Miecz od Boga. Gdy miał 6 lat spotkał Nightmare, z którym niedługo się zaprzyjaźnił (Nightmare nie stanowił zagrożenia dla ludzi, był miły). Po pewnym czasie znajomości, pewien starzec opowiedział mu o Delcie, a Dreamer wraz z Nightmare wyruszyli na Deltę by poznać wszystkie jej sekrety, zwyczaje itp.
      PRZEDMIOTY:
      • Odtwarzacz mp.
      • Słuchawki
      • Magiczny miecz
      PAMIĄTKI: Zdjęcie rodzinne
      BANK: 200$
      TOWARZYSZ: Nightmare
      CHAT: Kudllacz (Shadow i KTS będą mieli tą samą nazwę)
      STATYSTYKI:
      Siła: 500 Szybkość: 500 Zwinność:300 Moc: 500
      Technika: 250 Równowaga: 250 Zręczność: 400 Ukrycie: 300

      Pożegnanie (Od Evangeline C.D Shadow)

      Między nami panowała cisza, ale nie była ona niezręczna. Takie chodzenie w milczeniu było nawet przyjemne. Nasz cel był coraz bliżej. I w końcu przyszedł ten czas. Czas rozstania i pożegnania.
      -Jeszcze raz dziękuję - powiedział Shadow, gdy uścisnęliśmy sobie dłonie.
      -Nie ma za co - machnęłam lekceważąco ręką - Pozdrów Vipera ode mnie - kiwnął głową - I nie leż tak więcej w środku lasu, jeszcze kleszczy nałapiesz - uśmiechnęłam się figlarnie. Pomachałam mu dłonią, po czym odwróciłam się.
      -Ach! I jeszcze jedno - wykonałam w tył zwrot - Jakby, co, to wiesz gdzie mnie znaleźć. Najpewniej nie będzie mnie w domu, więc pytaj w karczmie o Białą Wiedźmę albo o Nikogo do wynajęcia. Karczmarz na pewno będzie wiedział o co chodzi. No to tego. Do kiedyśtam - tym razem naprawdę odeszłam. I w ten oto sposób dotarliśmy do rozwidlenia naszych życiowych dróg. Ale kto wie, może splotą się znów?
      (Shadow? Nie musisz odpisywać na to opowiadanie ;D Możesz wrócić do niego, kiedy będziesz miał czas, wenę i ochotę albo potraktować je jako zakończenie. Miło się z Tobą pisało ^^) 

      Od Vipera C.D Enuri, Alex

       Cała trójka zdołała wyjść na zewnątrz. Alex prowadził Enuri, aby ta przez przypadek znowu się nie urwała i nie pognała sobie.. gdzieś. Viper wpatrywał się w wilki idące tuż przed nim. Westchnął cicho i pochylił łeb. Cóż, radził sobie jeszcze gorzej, niż ostatnio. 
       Alez zauważył, że Alpha spowolnił. Szepnął coś do ucha Enuri, która pognała naprzód, skacząc i wywijając koziołki. Typowy, niedorozwinięty szczeniak, lubiący popisywać się przed dorosłymi. 
       - Stary.. - zaczął Alex, blokując drogę Viperowi. - Co ty odwaliłeś tam na dole?
       - Hę? - basior podniósł wzrok.- A to.. widzisz, odkąd straciłem... pewną bliską dla mnie osobę, takie ataki zdarzają mi się coraz częściej. Byłem z tym u ojca. Ponoć odezwały się geny.
       Brązowy basior nagle podniósł łeb. Źrenice przybrały kształt małych, przekrzywionych spodków, a słuch wyostrzył. Wyczuł krew. Ranne, zabite zwierzę. Nie zważając na nic wilk pognał do przodu. 
       - VIPER! - zawołała Enuri, kiedy basior ją wyprzedził.
       Instynkt. Teraz on kierował się tylko nim. Pędził cały czas na przód, nie zważając na żadne przeszkody. Musiał dopaść trupa pierwszy. Znalazł się po chwili przy kałuży krwi. Na środku szkarłatnej kałuży leżał zabity krukon. Mężczyzna wpatrywał się w jeden punkt na niebie. Na jego szyi była wiadomość, napisana pismem runicznym. 
       Mroku, i jak, tęskniłaś skarbie? Mam nadzieję, że będziesz się ze mną świenie bawiła. Podobnie jak i z Darknessem. Mam dla ciebie w podarku tego truposza. Wspaniały, nieprawdaż? Czekam na ciebie jutro w południe, pod tym samym krzewem, co zwykle. Nie spóźnij się! G.
       Viper potrząsnął łbem, jakby chciał się w ten sposób obudzić. Nie podziałało. Trup leżał przed nim. Percy podszedł do martwego mężczyzny i spojrzał w niebo, jakby spodziewał się ujrzeć jego mordercę. Niestety, albo stety, na niebie niczego nie było. W każdym razie niczego interesującego. 
       Obok basiora po chwili pojawił się zdyszany Alex, wraz z białą waderą. Oboje spojrzeli na trupa, a Alpha wskazał łapą na wiadomość. 
       - Widocznie nie tylko Darkness jest wrogiem Mroku. - powiedział beznamiętnym głosem Alex po odczytaniu wiadomości. 
       - Tylko kto.. 
        Po chwili z pobliskiej jaskini coś wyszło.

      <Alex? Enu? Przepraszam za długość.>

      Od Shadow'a C.D. Evangeline

      Słońce zaczęło powoli wchodzić. Kończyliśmy jeść rybę, a w międzyczasie myślałem gdzie się osiedlić. Zastanawiałem się też nad nowym rodzajem treningu by ulepszyć swoje zdolności na kolejne starcie z Onarem. Z któtkiego zamyślenia wyrwał mnie głos Evangeline.
      -O czym tak rozmyślasz? -Zapytała.
      -A czy to takie ważne? -Odpowiedziałem pytaniem.
      -Niby nie, ale tak w ogóle, co ten koleś miał na myśli mówiąc, że Cię zna?
      -Nie mam pojęcia. -Po odpowiedzi zastanawiałem się jak zakończyć ten temat.
      -Jeżeli chcesz, mogę się dowiedzieć. Znam tutaj kilka osób, więc myślę, że udało by mi się ustalić parę rzeczy. Oczywiście jeśli chcesz. -Zaproponowała Ev.
      Chwilę nad tym rozmyślałem nad tym. Z jednej strony fajnie by było poznać tą dziwną osobę, ale z drugiej strony miałem większe zmartwienia na głowie. 
      -Dziękuję za propozycję, to miło z twojej strony. Ale chyba podziękuję. Prędzej czy później się tego dowiem, ale na razie mi się nie śpieszy. Nie ma po co się tym zaręczać. Lepiej kończ jeść.
      Po skończeniu jedzenia poszliśmy na południe. Tego dnia szybko wstało słońce, po śniadaniu było już widoczne na niebie. Znów nie zanosiło się na deszcz. Szliśmy między rzeką a Smoczmym lasem aż do Zmierzchu. W tamtym regionie było trochę chłodniej, ale nadal słonecznie. Przed Zmierzchem nadchodzącą pora na rozstanie.


      ~Nie mam pomysłu na zakończenie. Ev, zostawiam to w twoich rękach.

      Od Haylee cd NRS "Czas Rozstań i Powrotów"

                                     Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak też i było z nimi. Czas spędzony z Miyashi był najwspanialszy w życiu Haylee. Niestety musiała już wracać chociażby na wzgląd Ai, która prawdopodobnie strasznie się zamartwiała. Ale obiecały sobie, że wróci do niej jak tylko odejdzie z Sekty. Wtedy miała dołączyć do NRS i już zawsze być razem z ukochaną. Nie wiedziały, że przewrotny los potoczy się nieco inaczej.
                                    Haylee zatrzymała się przed wyjściem, za nią stała Miyashi. Mimo że brunetka nie była wstanie znać  uczuć ukochanej dobrze wiedziała, że mała musiała to strasznie przeżywać. Sama też nie chętnie chciała odejść. Gotowa już do wyścia szybko odwróciła się na pięcie i gwałtownie przytuliła Miyashi.
      - Wrócę do ciebie. Przyżekam. Więc proszę... Czekaj na mnie. Nie potrwa to dłużej niż miesiąc. - szepnęła czule do uszka mniejszej brunetki, która odwzajemniła uścisk.
      - B-będę... - odpowiedziała. Jej głos w niektórych momentach łamał się. Obie z trudem powstrzymywały się od płaczu. Po zakończonym uścisku, który swoją drogą trwał długo, Hay powoli udała się w stronę dzwi. Gdy zniknęła za nimi, Miyashi chciała za nią pobiec lecz jakaś niewidzialna siła powstrzymywała ją. Została sama w korytarzu...
                                 Lecz w trakcie przygotowywań wybuchła wojna z Mroku. Dom Haylee został doszczętnie zniszczony podczas pewnej walki z krukonami. Nie miała już po co tam być, a tym samym jedyny powód należenia do Sekty zniknął. Chciała wrócić do Miyashi jednak portal prowadzący na Ziemię został obstawiony przez krukonów. Haylee bardzo martwiło, że któryś z nich mógłby jej coś zrobić, gdyby zechciała odwiedzić Deltę. Niestety wówczas była za słaba, by się przebić.  Za tymczasową bazę obrała sobie chatę na terenie WZ, które wówczas było w totalnym rozkładzie. Członkowie ciągle się sprzeczali jak i panował straszny chaos. Prawdopodobnie wciąż nie pozbierali się po stracie starej alphy zaś nowego przywódcy nikt nie słuchał. Nic dziwnego, że odkrycie intruza na ich terenie, który powiedzmy szczerze w ogóle się nie ukrywał, zajęło im sporo czasu. Haylee dostrzegła w tym promień nadziei. Dzięki ich pomocy mogłaby się dostać na Ziemię. Szybko wkupiła się w ich łaski, a dzięki kilku udanym akcjom Kleofas zrezygnował ze swojego stanowiska na rzecz nowej. Tak oto nimfomanka została alphą Watahy Zachodu. Jako pierwszy cel obrała sobie odblokowanie przejścia na Ziemię. Oczywiście zadanie zakończyło się sukcesem. Według planu w tamtej chwili miała odejść od WZ na rzecz NRS ale podejrzewała, że wówczas WZ znów znalazłoby się w stanie rozkładu. Mimo wszystko Haylee posiada coś na wzór sumienia. Postanowiła więc odłożyć tą decyzję na później jednak nie zrezygnowała ze spotkania z Miyashi. Udawszy się na Ziemię zobaczyła Miyu całą i zdrową. Haylee nie miała jednak odwagi jej się pokazać. Złamała przyrzeczenie złożone ukochanej. Jak niby miała spojrzeć w oczy swej ukochanej? Wróciła więc na Ziemię, gdzie poprowadziła swą watahę do zwycięstwa. Wojna w końcu się zakończyła. Haylee nie chciała spotkać się z Miyashi. Liczyła że pomyśli iż zginęła podczas wojny. Niestety świat nie jest tak dobry a plotki o jej dowództwie szybko się roznosiły. Domniemywała, że dotarły one do uszu Miyashi. Jednak Haylee wciąż bała się konfrontacji. Zamiast tego niekompetentna alpha zajęła się renowacją WZ przez co aktualnie przypomina to bardziej jej harem niż watahę. Rekrutowała także  nowych członków. Nie raz zmuszała ich do nocnych przygód czy innych tego typu rzeczy byleby zapomnieć o ukochanej. Bezskutecznie. Z czasem zgraja brunetki stała się bardzo... hałaśliwa, a kilkorgu z nim zdarzyło się zaatakować wilki z WKJN przez co stosunki z nimi stały się bardzo niestabilne. Nie chcąc by taka sytuacja powtórzyła się z Republiką, Haylee postanowiła zawiązać sojusz. W końcu nie chciała pewnego dnia obudzić się wiedząc, że będzie walczyć z watahą swojej ukochanej. Tylko... jak tu się z nimi skontaktować?
                                 Zdaniem Kirisa, jak to mówi Haylee jej przydupasa, powinni znaleźć kraskę lilopierśną. Tia... wielkie watahowe łapanie ptaszorów! Pod hasłem integracji Hay przymusiła wszystkich do łapania tychże ptaków. A zwycięzcą tego przedsięwzięcia został nie kto inny jak Cane!
      Tak więc wysławszy wiadomość do NRS wkrótce otrzymała list zwrotny, w którym napisane było, że wyrażają zgodę na spotkanie. Kilka dni później nastał wyczekiwany czas. Haylee udała się na umówione miejsce. Sama. Tak jak zawsze nie ważne od sprawy brała ze sobą Kirisa tak tym razem nie mogła. Za bardzo się bała konfrontacji. Nie byłaby wstanie ciągle udawać wesołej.
                                 Dziewczyna stanęła przed dzwiami i wzięła głęboki oddech. Przybrała poważną minę po czym pewnym krokiem weszła do środka, gdzie znajdował się już Zdrajca wraz z Est. Brunetka uważnie się rozejrzała. Na szczęście nigdzie nie było Miyashi. Czyli jednak uszanowali jej prośbę?
      - Zatem przedstawię wam powód naszego dzisiejszego zebrania - zaczęła Haylee gdy w ten przerwał jej Zdrajca
      - Zaczekaj! Nie jesteśmy w komplecie.
      - Ale... Jak to? - zaczęła niepewnie wadera. Miała nadzieję, że Zdrajca nie powie tego co myślała, że powie. Niestety jej obawy się ziściły.
      - Święta Trójca nie byłaby "Trójcą" gdyby składała się z dwóch osób. Jeśli to taka ważna sprawa, że poprosiłaś o spotkanie z nami twarzą w twarz nie może zabraknąć Miyashi. Nie wiem co między wami zaszło ale- w ten z tyłu Haylee skrzypnęły drzwi a do sali ktoś wszedł. Brunetka miała wrażenie, że ze strachu serce zaraz wyskoczy jej z piersi.
      - L-lusia..? - usłyszała delikatny głosik swojej ukochanej.

      Miyashi? Estu?? Zdrajco???

      Od Shadow'a (Quest 4)

      W nocy obudził mnie chłodny wiatr wiejący ze strony Czarnej Zatoki. Odpoczynek w leśnej jaskini otwartej w tę stronę był złym pomysłem. W dodatku byłem już zbyt rozbudzony, aby spać. Przybrałem ludzką postać i wziąłem moją torbę, do której spakowałem moją książkę, sztylet i kilka rzeczy do jedzenia, po czym wyszedłem z jaskini. Po kilkunastu minutach drogi wyszedłem z DragonWatch nad rzekę Krtań, gdzie przemyłem twarz zimną wodą, by czasem nie paść w drodze. Następnie poszedłem dokończyć spacer w Czarnoigle. Ten teren w nocy był bardzo cichy i spokojny, nie było widać nikogo w okolicy. Jednak po kilku kilometrach zobaczyłem malutkie światełka lecące przez ścieżkę w głąb lasu. Nie zwlekając, poszedłem za nimi, aby zobaczyć co to. Moje zdziwienie było większe, gdy po kilku metrach była spora przestrzeń bez drzew. Pośrodku tego miejsca stała studnia, a światełka latały dookoła niej. Co mogło być w niej takiego interesującego, że światła były nią zachwycone? - Nie wiedziałem, więc podszedłem bliżej, aby się jej przyjrzeć. Nieszczęście chciało, aby ludzkie ciało mniej widziało w ciemności i nie zauważyło kamienia leżącego zaraz obok studni. Byłem krok od studni, gdy się o niego potknąłem i poleciałem do środka głową w dół. Po sekundzie poczułem dziwny, ciepły podmuch wiadru, a po drugiej sekundzie przywaliłem o ziemię i straciłem na chwilę przytomność. Jednak po kilku minutach, świadomość do mnie wróciła. Studnia wydawała się mniej głęboka, niż kiedy do niej wleciałem. Miałem farta, że nie było w niej wody, bo ciężko byłoby się szybko wysuszyć. Wspiąłem się po jej ścianach aż na samą górę. Kiedy z niej wyszedłem, nie byłem pewny, czy dalej leżę, czy już nie śpię. Studnia nie była w tamtym lesie, tylko w centrum jakiejś cichej wioski, obok której szerzyły się góry, a daleko od niej widać było kawałek liściastego lasu.
      -Halo! Jest tu ktoś? -Krzyknąłem, ale nikt nie odpowiedział.
      Przez wygląd domów, ich drzwi, okien itp. wnioskowałem, że ta wioska należała do krasnoludów. Zacząłem pukać do każdych drzwi w wiosce, ale nikt nie otwierał, nikt nic nie mówił, absolutna cisza. Rośliny w malutkich polach obok domków były zasuszone, a same domy były oblezione pajęczynami, jakby nikogo tu od dawna nie było. Miałem nadzieję, że to tylko sen, jednak moje podejrzenia okazały się błędne, gdy przeciąłem sobie sztyletem kawałek skóry. Bolało i lekko krwawiło, więc to wszystko było prawdziwe. Tylko co się stało? Oddaliłem się od wioski, wdrapałem się na pobliskie drzewo i stanąłem na gałęzi, aby sprawdzić, czy w okolicy nic innego nie ma. Miałem farta, bo jakiś dystans ode mnie zobaczyłem dym, prawdopodobnie z ogniska. Poszedłem w jego stronę. Za lasem zobaczyłem szałasy, ognisko, o którym myślałem i większą grupę krasnoludów.
      -Hej, będziecie mili i odpowiecie mi na kilka pytań? -Głośno zapytałem, kierując wzrok w krasnoludy odwrócone w stronę ogniska.
      -A kto to?... O mój bożę, chowajcie się wszyscy, to demon!!! -Krzyczał jeden z krasnoludów po zobaczeniu mnie, a reszta zaczęła uciekać w stronę pobliskich drzew.
      -Nie jestem demonem! Nie bójcie się, szukam tylko pomocy. Zgubiłem się! -Krzyczałem do chowających się karłów.
      Jeden z nich wyjrzał za drzewa i patrzył się w moją stronę, po czym zapytał:
      -Masz dowód, że nie jesteś demonem i nie chcesz nas zjeść lub zabić?
      Pomyślałem chwilę...
      -W sumie, to chyba nie, ale możecie mnie przeszukać, tylko proszę was, pomóżcie. -Powiedziałem do niego łagodnie, powoli podchodząc.
      Wszystkie krasnoludy wyszły zza drzew i patrzyły się w moją stronę, a ten, z którym rozmawiałem, stanął przede mną i z nieufnością zapytał:
      -Jak nie jesteś zły, to co tu robisz?
      -Też chciałbym to wiedzieć. Idę sobie spokojnie leśną ścieżką, skręcam w stronę suchej studni, potykam się, po czym wpadam do niej, a w rezultacie po wyjściu z niej, jestem w wiosce. -Odpowiedziałem.
      -Do tej wiosce zza tym lasem? -Zapytał.
      -Tak, w tej.
      Ta studnia służyła nam do pobierania wody, ale gdy ona wyschła, wróżki zaczarowały ją i stała się odbiornikiem portalów. -Powiedział, po czym zaczął dalej o niej opowiadać.
      -Dziękuję za informacje, ale właściwie co tu robicie, zamiast zajmować się wioską? -Zapytałem.
      -Nasza wioska stoi obok gór, w których zamieszkuje Yama-uba. Co noc przychodziła do niej i porywała jednego krasnoluda. Nie dawała nam spokoju, więc uciekliśmy w trosce o nasze życie. -Odpowiedział
      -Yama-uba?
      -To demon zwany inaczej górską wiedźmą. Dręczy naszą wioskę oraz wabi wędrownych, przyjmując postać bliskiej dla wędrownego osoby, po czym wabi ją do swojego domu. Gdy ta osoba zaśnie, wiedźma łapie ją swoimi włosami, po czym zjada.
      -Jest was dużo, nie mogliście się jej postawić i się jej pozbyć? -Zapytałem
      -Kilku naszych tam poszło, ale byli zbyt słabi i nie wrócili. -Odpowiedział.
      Po kilku minutach siedzenia przy ognisku i rozmowie o tym miejscu powiedział:
      -Mam propozycję. Pokażemy ci drugi, działający portal do twojego świata, a ty pozbędziesz się jej raz na zawsze. Co ty na to?
      -Łowcą demonów nie jestem, ale trochę się na nich znam. Pomogę wam. -Odpowiedziałem i poszedłem do wioski.
      Wyciągnąłem książkę demonologiczną i zacząłem szukać jakieś informacji o tej wiedźmie. Jeden wpis przykuł moją uwagę: ,,Część opowieści sugeruje, iż jest to stworzenie nocne, niemogące poruszać się w świetle dziennym. Inne mówią, iż jej jedyną słabością jest kwiat, który trzyma jej ducha w naszym świecie. Tylko wtedy, gdy zostanie on zniszczony, wiedźma zginie". Zastanawiałem się tylko, jak ten kwiat wygląda i czy nie lepiej szukać go w dzień. Na końcu książki był wpis o tym kwiecie. ,,Jest on jasnoniebieski z czerwoną kropką na zielonej, kolczastej łodydze. Znajduje się on obok jaskini wiedźmy".
      Nie myśląc długo, wszedłem na ścieżkę prowadzącą w góry.
      Szukanie jaskini jednak nie zajęło długiego czasu, była jednak pusta, omijając zestaw starych mebli. Gdy wpatrywałem się w nią, usłyszałem znajomy głos, którego nie słyszałem od długiego okresu czasu. Odwróciłem się, aby zobaczyć jego źródło. Widok wdał mnie w lekki paraliż.
      -Haven? Co ty tu...
      -Hej Shadow, dawno się nie widzieliśmy.
      Zrobiłem krok naprzód, ale jednak się zatrzymałem.
      -Zaraz... ty nie żyjesz, chciałbym, aby to, co widzę, było prawdą, ale nie, ty nie żyjesz. Mój brat nie żyję!!! -Krzyknąłem i wyjąłem z torby sztylet, z którym pobiegłem w jego stronę. Szybko zrobiłem zamach i wbiłem go w niego. Postać straciła szybko swój wygląd i zaczęła wyglądać jak odrażająca staruszka.
      -Głupcze, nie wiesz, w co się wpakowałeś! -Powiedziała do mnie, po czym zniknęła.
      Nawet gdyby Haven żył, nie trudno było się domyślić, że to nie on tylko demon. W jego oczach było pełno nienawiści. Mimo że nie cieszyłem się, że wiedźma przybrała jego postać, to jednak miło było znów zobaczyć jego twarz. Wdrapałem się na szczyt jaskini, a tam rósł ten kwiatek. Nie czekając, aż wiedźma przyjdzie, zerwałem go i trzymając go w rękach, spaliłem czarnym ogniem. Po sekundzie wiedźma stała metr ode mnie i krzyczała w jakimś innym języku. Po dosłownie kilku sekundach zamieniła się w proch.
      -Ehh, nie wiedziałem, że to będzie takie łatwe. -Powiedziałem sam do siebie.
      Zlazłem w dół do jaskini i rozglądałem się. Już do nikogo nienależące meble zaczęły wyglądać o wiele młodziej. Zegar z kukułką, duży stół, krzesła, łóżko, wszystko mogło już być moje.
      -Może krasnoludy pomogą mi je przenieść przez portal i zanieść do mojej jaskini. W końcu muszę się w niej jakoś urządzić. Wejście też zabuduję i będę miał, prawię normalne mieszkanie. -Myślałem.
      Poinformowałem wodza krasnoludów o wykonanym zadaniu, o tym, że nie muszą się już bać, a one zaprowadziły mnie do portalu, którym okazała się jaskinia. Nie musiałem zbytnio prosić, a ich lud zgodził się na ich przeniesienie. Miały być u mnie za kilka dni. Pożegnałem się ze wszystkimi i wszedłem do portalu. Znów poczułem ciepły podmuch wiatru i znalazłem się na ziemi obok studni. Wszystko zadziałało, znów byłem na Delcie. Mimo że długo mnie nie było, czas na Delcie był prawie niezmieniony.
      -Tyle wrażeń jak na dziś mi wystarczy. Pora się położyć. -Powiedziałem sam do siebie i udałem się w drogę powrotną do jaskini.

      Oferta (Od Evangeline C.D Shadow)

      Tak naprawdę, to miałam gdzieś, czy ten mężczyzna, jakkolwiek się nazywał znowu będzie nas nachodził. Niewiele obchodziły mnie jego groźby, bo brzmiały jak groźby przedszkolaka. "Właśnie zapieczętowałaś swój los". Tak tak, już się boję. Człowieku!(czy kimkolwiek tam sobie jesteś) Przez chwilę byłam Śmiercią, mam gdzieś groźby kogoś, kogo nawet nie znam! (jakby co jest to nawiązanie do opka do Zdrajcy, nw czy czytałeś - dop.Aut.). W tym momencie przyszedł Shadow ze świeżo złowionymi rybami. Upiekliśmy je, a ja tymczasem w myślach układałam plan zemsty na znikającym nieznajomym, co zdecydowanie poprawiło mi humor. Ale najpierw odprowadzę Shadowa na teren jego watahy. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Zerknęłam na czarnowłosego. Miał nieco zamglone oczy i zamyślony wyraz twarzy. Postanowiłam to przerwać:
      -O czym tak rozmyślasz? - zapytałam.
      -A czy to takie ważne? - odpowiedział, po chwili, gdy odszedł już z pałacu swoich myśli.
      -Niby nie. A tak w ogóle, co ten koleś miał na myśli mówiąc, że cię zna?
      -Nie mam pojęcia - odpowiedział, a ja nie doszukałam się w nim żadnych oznak kłamstwa.
      -Jeżeli chcesz, mogę się dowiedzieć - rzekłam po chwili - Znam tu kilka osób, więc myślę, że udałoby mi się ustalić parę rzeczy. Oczywiście jeśli chcesz... - spojrzałam na niego z wyczekiwaniem.
      -...
      (Shadow? Przepraszam, że tak długo czekałeś i jest tak krótko, ale aktualnie jestem kluskobudyniem niezdolnym do zmuszenia się do zrobienia czegokolwiek ;-;)
      P.S. Takie info na przyszłość: Ev jest troszkę(*dużo) bardziej cierpliwa i nie ucina wszystkim od razu głów xD :D

      Od Zdrajcy cd. Evangeline ~Wielki Powrót (jeśli można to tak nazwać)

        NO TO TEN. TEGO. BĘDĘ SIĘ ZBIERAĆ, BO TROCHĘ BURDEL SIĘ ZROBIŁ PRZEZ TO CAŁE ZAMIESZANIE. Fox skrzywiła się, czując promienie słoneczne, przyjemnie ogrzewające jej plecy. TRZO BYDZIE TO OGARNĄĆ. OH WELL. JEŚLI CHODZI O CIEBIE EV TO, CÓŻ... WYGLODO NA TO, ŻY NI MO CI JUŻ W REJESTRZE, SOOŁ... CHYBA JESTEŚ NIŚMIETYLNA. ALBO W KOŻDYM BĄDŹ ROZIE NIE MI SIĘ TYM MARTWIĆ. ZDROJCA ZOŚ... CIEBIE WOGLE DA SIĘ ZABIĆ?
      - Trudne pytanie. - Zdrajca uśmiechnął się nieco smutno z cienia, w którym znalazł się od razu po pojawieniu na Delcie.
        WHO CARE. ŻEGNOJCIE ZATEM, OBYŚMY SIĘ WINCYJ NI ZOBOCZYLI, BO MI ZNOWU KŁOPOTÓW NOROBICIE.
        Fox uniosła dłoń w pożegnalnym geście i odeszła w losowym kierunku, mając nadzieję ogarnąć po drodze moce Śmierci na tyle, by wrócić do domu i wziąć porządną, gorącą kąpiel...
        Evangeline i Zdrajca zostali sami.
      - Więc? - Białowłosa obróciła się w kierunku towarzysza. - Masz mi coś do powiedzenia?
      - Dziękuję? - zaryzykował, patrząc na nią z cienia.
      - Nie, nie o to mi chodzi! - warknęła. - Skąd ci w ogóle przyszedł do głowy taki pomysł? Naczytałeś się romansów czy co?
      - To była moja wina... - Już mówiąc to Zdrajca wiedział, jaka będzie odpowiedź.
      - W twoich snach! To ja się nie ogarnęłam i próbowałam ci zwiać, a następnie zostałam pogryziona przez tą pluskwę! W którym miejscu to była twoja wina?! - Co zabawne, pomimo ostrych słów Evangeline wcale nie wyglądała na zdenerwowaną. Wręcz przeciwnie. Jakby cieszyła się tą "kłótnią". Po ostatnich wydarzeniach musiało jej bardzo ulżyć, że mogła się teraz tak beztrosko przekomarzać ze Zdrajcą. Czarnowłosemu też ulżyło. Evangeline żyła i nikt ich już nie ścigał. Byli... bezpieczni?
      - A właśnie, Ev, nie opowiedziałaś mi jeszcze o tym, co się wydarzyło, gdy dotknęłaś artefaktu. - Człowiek gwałtownie zmienił temat na pierwszy, którzy przyszedł mu na myśl.
      - Nie próbuj się wymigać! - Białowłosa usiadła na trawie przed towarzyszem z udawanie naburmuszoną miną. Po chwili przerodziła się ona jednak w wyraz zamyślenia, a gdy spojrzała na Zdrajcę, jej twarzy była poważna. - Mniejsza już o to, co sobie myślałeś. Głupku. Mętnie sobie przypominam, że w artefakcie coś widziałam. Ktoś mi coś zlecił... ale nie mogę sobie teraz przypomnieć co. Choć wydaje mi się, że było to coś ważnego...
      - Brzmi dobrze. - Czarnowłosy uśmiechnął się. - Może powinniśmy wrócić do twojej rezydencji? Być może to ci pomoże sobie przypomnieć.
      (Evangeline? Jedna fabuła zamknięta, wracamy do tej drugiej XD) 

      Od Foxa cd. Fragonii i Darknessa

      - Wielkie! - I rzeczywiście. Grota, w której wylądowały dziewczyny była na prawdę sporych rozmiarów, przynajmniej na tyle, na ile umiały ocenić w świetle, wpadającym z otworu, którym się tu dostały.
      - Możesz ze mnie zejść? - spytała Fragonia cicho, a Fox szybko pozbierała się z dziewczyny, drapiąc się po karku z zakłopotaniem.
      - Uhm, tak... wybacz. Żem nie zauważyła. - Rudowłosa uśmiechnęła się nieco głupio. 
        Z góry rozległ się hurkot i na podłodze groty wylądował Darkness. Nie spojrzał nawet na dziewczyny, tylko zapatrzył się w ciemność. Być może był jedyną osobą, która cokolwiek w tych warunkach widziała. A być może widział dokładnie tyle samo co pozostali, tylko udawał, że jest inaczej. Jakkolwiek by nie było mężczyzna wyglądał, jakby rozglądał się za źródłem światła.
      - Wybierać się w jaskinie i latarek ni wziąść. Panie, coś chyba nie działa w tym twoim planie - oznajmiła Fox, krzywiąc się. Fragonia westchnęła i schyliła się by pogrzebać chwilę w plecaku. Zaraz po tem wyjęła z niego trzy sztuki latarek, różnego rozmiaru i kształtu. 
      - Mam nadzieję, że wszystkie działają. - To mówiąc, podała je towarzyszom. Była chyba jedyną osobą przygotowaną na prawdę dobrze na przygodę. Zważywszy na to, że Darkness był zbyt dumny, by martwić się drobiazgami, a Fox zbyt daleko od domu, by wykombinować sobie jakiś sprzęt.
      - Dzienki. - Elektroniczne światło rozjaśniło posadzkę groty, jednak strop zdawał się niknąć w nadnaturalnym mroku. - Choć nadal nie brzmi to zbyt fajno. 
      - Nie marudź. Idziemy - warknął Darkness, ruszając przodem. Pewnie. Najwyraźniej za wszelką cenę chciał pokazać, kto tutaj rządzi. Typowy mężczyzna. Dziewczyny w milczeniu podążyły za nim. 
        Początkowo nie działo się nic. Panowała dudniąca echem cisza, właściwa dla miejsc takich jak to, jednak potem... Fox zaczęła słyszeć odgłosy przemykających na granicy widoczności stworów i jakby śmiechy demonów. Widać było, że wkraczają na jeden z tych śmiesznych terenów pogranicza, na którym potwory czuły się jak u siebie w domu. Z którego raczej nie wielu wędrowców wracało.
        Mimo dość ponurych myśli właściwie nie wątpiła, że wrócą. Bo gdyby było inaczej to przecież za pewne przy okazji dostałaby klepsydrę Frago, nie wspominając już o tym, że Śmierć przypomniałby sobie o Darknessie. Dlatego też była dość spokojna. 
        Nagle...
      (Frago? Trochę szajs, ale jestem przymulona)