Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Możan Rivers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Możan Rivers. Pokaż wszystkie posty

30 sierpnia 2021

Od Możana C.D Alary

  - Poinformuj mnie, proszę, jak ze stanem żywności i co będzie podane na ucztę po turnieju i w trakcie jego trwania?
 - Potrawy przyrządzać ma Van Hen'si, kucharz z zachodniej watahy, jednak towarzyszą mu nasi zaawansowani cukiernicy, a składniki są dokładnie sprawdzane. Nie ma mowy o... jakiś nieścisłościach. - Ujął to najdelikatniej jak tylko się dało, nie uspokajając jednak swojego przełożonego, który od razu zainteresował się właśnie tym elementem przygotowań. Polecił Alarze, aby zamknęła szczelnie namiot i pobiegła wraz z nim do kuchni.
  - Menu kucharz przedstawi na miejscu. Mamy również wynajętych smakoszów, którzy będą degustować potrawy przed podaniem ich na stół. Prócz tego podczas samych igrzysk wystawiona zostanie lada z najlepszymi trunkami oraz przekąskami. Z tego co wiem pokazane mają zostać między innymi winogrona, pomarańcze, borówki, truskawki, banany, szaszłyki prosto z grilla pilnowanego przez najlepszych kuchcików Watahy Karmazynowej Nocy, a do tego różnej maści sery, szynki, chleby. Dla niepijących i dzieci przygotowana została krystalicznie czysta woda, ale również soki owocowe, więc o to też król nie powinien się bać.
Król. Niby nieistotne przejęzyczenie, a jednak...
  - Więc książę może mu przekazać, że wszystko w najlepszym porządku.
   Humor od razu odmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Basior prychnął, nawet nie udając, że jest zadowolony z wypowiedzi strażnika. Mimo to zaoszczędził słów i tylko ominął szerokim łukiem basiora, zastanawiającego się, czy powiedział coś nie tak. Alara nie dogadywała niepotrzebnie. Znała już Możana na tyle, aby wiedzieć, że w takim momencie powinna udawać, iż nic się nie stało. Drobnym krokiem, aby nie wyprzedzać swojego przełożonego. [...]

   W kuchni pierwsze, co rzuciło się Możanowi w oczy, było nienagannie czyste stanowisko pracy, z przygotowanymi warzywami różnego typu. Mięsa nie dostrzegł, co mogło być spowodowane przetrzymywaniem go w chłodniejszym pomieszczeniu. Lub myśliwi jeszcze nie dowieźli. Najbardziej i tak interesowały go drogie trunki, które będą mieli do zaoferowania. Bardziej niż jakością jedzenia przejmował się kucharzem, którego w ogóle nie znał i któremu nie ufał.
  - Popytaj dyskretnie jego pomocników i sprawdź składniki. Ja lecę zobaczyć menu. - rozkazał Alarze. 


Znajdziesz coś podejrzanego, ziom?

03 lipca 2021

Od Możana C.D Dian

    Nie spodziewał się tak druzgocącej dla niego wiadomości. Nie sypiał ostatnio z nikim. Nawet Alara oddaliła się od niego, a popęd seksualny zmalał. Nie wyobrażał sobie zostać ojcem. Nie w tym wypadku. Coś takiego jak poczęcie z ducha świętego nie istniało, a przynajmniej nie według Możana. Mógł równie dobrze zostać wykorzystany i nawet nic nie pamiętać. Albo któraś ze służących zataiła to przed nim, lub Dian robi sobie z niego jaja. Równie dobrze mógł sobie pomyśleć o tym, że przecież ta kobieta nie myliła się w wielu sprawach, jednak Darius miał nieco inny tok rozumowania - zdawał sobie sprawę. Aby spróbować oderwać swoje myśli od zbyt ciężkiej i przytłaczającej rzeczywistości - postanowił wpić coś mocniejszego, najlepiej w dużej ilości.
    Głowa bolała jak po ostrym melanżu jeszcze przed rozpoczęciem picia. Skulił się w łóżku, nie wiedząc, co tak właściwie dzieje się wokół niego. Jakby nie był sobą po tym całym rytuale.
   To był błąd, zadudniło w jego głowie. [...]

   Bogowie swego czasu zebrali się na smoczym szkielecie, zaproszeni na seans. Wybierają sobie raz na jakiś czas ofiarę [lub ofiary], aby móc naparzać się nieszczęściami i tworzyć im trudności, z których takowi mogliby wyjść. Fascynujące i pożądane w tym środowisku było również wiązanie ze sobą różnych, rzekomo przypadkowych osób. Tworzenie relacji jest bardzo fascynujące, począwszy od tych wrogich, kończąc na przyjaźniach i związkach. To zdecydowanie było ulubionym zajęciem w trakcie czasu wolnego.
   Tak też tłumaczyli to sobie deltończycy, kiedy działo się coś nie do wyjaśnienia. Mało kto w tym świecie naprawdę wierzył w przypadki. Zwłaszcza, jeżeli takowy miał wydarzyć się z powodu skutku ubocznego, który wydarzyć się może raz na kilkanaście tysięcy stuleci, w skutek czego...
   Nastąpiła zamiana. I nazwać można to w przeróżny sposób: jedni twierdzą, że chodzi tu o przeinaczenie umysłów, drudzy, że dusze po prostu się wymieniły. Koniec końców władca obudził się w ciele kobiety o znanych sobie dobrze kształtach. Derealizacja uderzyła mu tak mocno do głowy, iż nie zorientował się, że już nie śni. Przewrócił się na drugi bok, a wszechobecna światłość uderzyła mu do głowy. Gdzie ja jestem?
   Ostro zakręciło się w jego [jej?] głowie. Natychmiast podniósł łepetynę, a zawartość żołądka wylądowała na trawie. Irytujący ból brzucha, mimo zabiegu oczyszczającego, nie przechodził. Podobnie zresztą jak i mózgownicy. Rozmasowanie bolących części ciała nie przyniosło długotrwałych efektów. Dawno nie czuł się tak paskudnie. Nie wiedział, co w takiej sytuacji należy robić. Nie pozostało nic innego, jak tylko czekać na cud.
   Nie pojawiło się jednak nic innego, prócz deszczu, zmywającego wymioty przybranej Dian. Ta [ten?] wpatrywała się beznamiętnie w niewielki strumień, który już po chwili utworzyła ulewa. Spadające krople przynosiły coś w rodzaju ukojenia, a dezorientacja i niepewność co do własnego bytu. Uczucie dziwne, ale jakże błogie.
   A jeszcze przyjemniejsze stało się, kiedy odkrył, że posiada melony na klatce piersiowej.

Dian?

04 czerwca 2021

Od Możana C.D Akiro

   Podręcznik napisany był w starszej mowie, a Akiro nie wyglądała na osobę obytą z tego typu tytułami, więc niechętnie wręczył jej ogromny atlas botaniczny z zaznaczoną stroną. Na kartce z numerem 274 znaleźć można było dokładny opis róży. Jakież było jednak zdziwienie lisowatego stworzenia, kiedy zobaczył fragment naderwanej stronnicy, poświęconej roślinie. Nie chciała, a może nie miała odwagi, pytać o to. Całość miała ponad tysiąc stron, więc mała miała problem z udźwignięciem całości. Chwiała się przy tym, nieomal potykając się o leżący na podłodze miecz (miała szczęście, że nie zdołała wywołać reakcji łańcuchowej, w wyniku której pokój przestałby istnieć).
   - Zapoznaj się z tym do jutra i odnieś mi egzemplarz. Pierdoliłem się kilka godzin szukając go na targu, więc nie radzę poniszczyć. Nie przejmuj się ewentualnymi brakami - jak wiadomo, każde starsze tomidło musi być w mniejszym lub większym stopniu jakkolwiek zniszczone. W razie pytań kontaktuj się ze mną jutro, bo dzisiaj będę zajęty i lepiej mnie już nie denerwować.
   Jego ogon drgał niespokojnie, uderzając co chwilę o ziemię. Podprogowo próbował powiedzieć Akiro, że nie jest już tutaj mile widziana, a przynajmniej nie teraz. Wystarczyło, że przekroczyła próg, aby drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem. Lisiątko podskoczyło, przestraszone nagłą reakcją. Nadal, chwiejąc się na boki, targała za sobą opasły tom w nadziei, że znajdzie coś wartego uwagi na temat tajemniczego kwiecia, z którym zostawiła swojego pana.
   W głowie kotłowało się milion myśli na temat tajemniczej rośliny.
    Możan usiadł, nadając sobie wilczy kształt. Jego ponure spojrzenie skupiało się na szaroburym widoku za oknem, zwiastującym burze. Ponoć podczas ulewnej burzy kwiat potrafił rozwinąć dodatkowe pąki, a gdy postawić go za oknem, jest w stanie przechowywać ładunki elektryczne...
   - Bujda.
   Delikatny głos poniósł się echem po komnacie. Czarny uśmiechnął się delikatnie, wpatrując się w postać o ciemnym kształcie. Pojawiła się zaraz za różą, kiedy niebo zatraciło swój piękny, błękitny kolor. Zniknęła, kiedy tylko przymrużył oczy. 

Akiro?

30 maja 2021

Od Możana C.D Azgula

    Zamek na chwilę został oddany w ręce Tytana. Tego dnia hrabia postanowił udać się na polowanie, korzystając z czasu wolnego. Nie poinformował jednak o tym nikogo. Wolał trzymać Alarę na ten czas z dala od własnej osoby, próbując przy okazji zdać się sam na siebie. Towarzystwo ochroniarzy, magów i służby sprawiło, że uniesamodzielnił się nieco. Zmęczenie ciągłym chrzątaniem się po domostwie innych wilków z dnia na dzień powodowało coraz to poważniejsze skutki w postaci nagłych wybuchów złości oraz ciągłego zmęczenia.
   Wreszcie był w stanie odreagować to, rozdzierając ghula na strzępy i delektując się nieco gorzkim syropem, wypływającym z żył potwora. Szarpał się tylko przez chwilę, a pod wpływem ciężaru smukłego wilka nie był w stanie poruszyć żadną z kończyn, kiedy chciał się bronić przed oprawcą. Szybko został pozbawiony sporej ilości mięsa, a głębokie rany nie pozwalały już mu na jakikolwiek ruch. Zginął, dławiąc się krwią ku uciesze rywala.
   A to była jedna z niewielu ofiar, które planował Możan tej nocy. Plany te pokrzyżował mu jednak stwór o budowie podobnej do pokonanego stwora. Rzucił się na basiora, próbując go powalić tym samym sposobem, w który on uprzednio uziemił trupojada. Basior jednak był na tyle doświadczony, że uniknął skoku. Wywołał przez to złość u wroga.
   A przynajmniej tak myślał. Oczy, które miały mu wyrazić najwięcej emocji o bestii, nie istniały. Nie widział więc ubarwienia Możana i być może nawet nie zdawał sobie sprawy, z kim ma do czynienia. Nie mógł być nawet pewien co do tego, czy stworzenie jest rozumne. Na zastanawianie się zbyt dużo czasu nie miał. Ile sił pędził w stronę napastnika.
   Wziął zamach. Pazury ledwo drasnęły głowę. Bestia była równie szybka co on w unikach. Należało postarać się bardziej. Śmierć dodała mu siły, aby zmierzyć się i z tym dziwadłem. Przegryzł łapę wrogowi  powodując przy okazji brzydką, rozległą ranę. Obficie krwawił. Mimo to wola walki tkwiła w nim aż do samego końca. Póki nie został obezwładniony przez wyższego, choć nieco słabszego wilka. Magią władał on większą. I był zdecydowanie bardziej zaawansowany w boju.
   Zaciągnął się zapachem zgniłego mięsa, wciąż wydobywającym się z jego cielska. Nie był mimo to martwy. Swego rodzaju... przynęta na trupojady?
   - Bardzo dobry kamuflaż. - rzekł, przyciskając pazury mocniej i powodując przez to wyciek krwi. Podniecił się, a jego oddech przyspieszył. Dawno nie czuł tak ogromnej satysfakcji, chociaż niejednego wilczka przecież zabijał.
   - Musisz być zaawansowany w tym, co robisz. A teraz wycharcz mi, jakim stworzeniem jesteś...
   - TUTAJ! - zawołał ktoś, wprawiając w osłupienie Dariusa. Poczuł zagrożenie ze strony nadchodzących "przyjaciół". Śmierdzieli zachodem, co na dłuższą metę nie zwiastowało nic dobrego. A nie chciał się zdradzać.
   - Nie przejmuj się słodziutki. Jeszcze się spotkamy. - nachylił się, aby szepnąć mu do ucha i odskoczyć na bok, zostawiając swoją ofiarę z tyłu, chowając się do krzaków. Przez chwilę czekał, aż wyciągnie jakieś ciekawe wnioski z całego spotkania, jednakże cała gromadka szybko zniknęła mu z oczu, wraz z najbardziej interesującym go osobnikiem. Poczuł niedosyt, jednak jakaś jego część blokowała go przed działaniem. Pozostawił więc po sobie kilka kresek wyrzeźbionych na kawałku kory. Porzucił go i odszedł powolnym krokiem w swoją drogę, starając się nie wydawać żadnego hałasu. 
  Wystarczyło tylko jednak nadepnięcie na gałąź, która pękła z głuchym trzaskiem, aby od razu zwrócić na siebie uwagę przeciwników. Zadrżał zdezorientowany i w duchu zaczął przeklinać swoją głupotę. Tamci już się zbliżali, a on aż poczuł chłód wydobywający się z głębi serca. To się chyba nazywał strach.
  - Co to było? - zapytał jeden z nich, wyszczerzając zęby i nadstawiając ucha. Być może królik, a być może jakieś inne monstrum, jeszcze siedziało w krzakach i czyhało na ich życie. Ustawił się w pozycji bojowej, gotów w razie czego doskoczyć do najbliższych chaszczy i rozwalić łeb stworzeniu. Możan skulił się więc, wystawiając zęby i ostrożnie, powolnym krokiem, próbując się zmyć. Udało mu się to, nim Azgul stwierdził, że to musiał być zając. [...]

 Powrócił z walki, dzierżąc dumnie trofeum w postaci łba wyverny. Zakrwawionego, brudzącego intensywnie posadzkę.
  - Cholera jasna, co żeś tutaj sprowadził! - wykrzyknął brat, kiedy zostali sami. - Powinieneś...
  - Nie mów mi, co powinienem. Wiem dobrze, co należy robić. Jutro też wybieram się na polowanie i nic mnie przed tym nie zatrzyma.
   - Może chociaż pomógłbyś mi w królewskich obowiązkach, jeżeli tak bardzo łapiesz się tronu, braciszku?
   Możan odwrócił wzrok od Tytana, podśmiechując się cicho. A jak przyszłoby co do czego, to i tak z tronu nie zobaczyłby nic. 
 
Trochę mi to zajęło. Azgul?

12 maja 2021

Od Możana C.D Dian

   Nienormalna, stwierdził. W dodatku bezczelna gówniara. Możan bardzo nie lubił tego typu dziewuch i nie zamierzał dłużej zadawać się z Dian... Miał jednak świadomość, że mu pomogła i mimo tłumienia w sobie ogromnych pokładów wściekłości musiał spojrzeć prawdzie w oczy - gdyby nie ona, albo postradałby zmysły, albo faktycznie doprowadziłby się do wykończenia. Takiego zachowania jednak nie mógł tolerować, więc nagroda za jakąkolwiek zasługę, w tym chociażby za podziękowania, nie wchodziły w grę. Czy należało ją jednak zostawi...
   - Mój panie, wszystko dobrze?!
   Do komnaty wpadła rozdygotana dziewczyna o białych jak śnieg włosach i niebieskich oczętach. Wargi jej drżały, kiedy wpatrywała się w swojego pana. Krzyknęła, dostrzegając również i leżącą kobietę, nad którą czarnowłosy klęczał, nie wiedząc tak właściwie, co należy robić. Służąca jednak, spod znaku krzyża oznaczającego pomoc medyczną, wiedziała, że kobiecie należy pomóc. Możan milczał nawet wtedy, kiedy jego dziewczę uklękło przy Dian, sprawdzając jej puls. Oznajmiła ze spokojem w głosie, że jest raczej w stanie stabilnym, a na zły stan ciała wpłynęła zbyt ogromna ilość magii.
  - Zanieś ją... do sali szpitalnej. - rzekł tylko, nim wyruszył w stronę wyjścia.
   Nawet nie pytała o to, czy należy informować go o stanie dziewczyny. Nie obchodziło go już, czy zdechnie, czy nie. Najlepszym wyjściem z tej sytuacji było udanie się do ustronnego miejsca i zaczerpniecie oddechu. Miał dosyć jak na ostatnie mordercze godziny. Życzył sobie zniknięcia tylko młodej damy z jego życia i to jak najszybciej. Serce uspokoiło już swój rytm, a kiedy położył się na łóżku - poczuł błogi spokój. Nie miał siły nawet wzywać pielęgniarki, która zapewne nadal czuwała przy Dian, aby uprosić ją, że kiedy pacjentka tylko się obudzi - ma natychmiast opuścić zamek. Należało też poinformować o "groźbie" rzuconej przez to babsko w stronę brata Możana. Ta cholera mogła równie dobrze sama wywołać jego gorsze samopoczucie, aby na tym zyskać. Nie ufał jej, nie tolerował.
   Sen zmorzył go dosyć szybko, a pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Zamek bowiem toczył ogromny chaos, a słudzy o przeraźliwym spojrzeniu rozglądali się dookoła, zapominając o księciu, który ledwo stał na nogach. Jeszcze nie do końca był w stanie odczuwać odpowiednio mocno. Jego mózg nie pojmował, co działo się wokół. Na przemian - zmysły wyostrzały się i cichły. Pulsacyjny ból łba przesycił jego czaszkę, rozdzierając ją na dwie części.
    Przetarł łapą fragment pyska. Było mu za mało. Potrzebował do tego jeszcze łyka alkoholu oraz wsadzenia nosa do lodowatej wody. Gwarantowało to natychmiastowe wstanie na łapy.
   I tak kręcił się zdezorientowany, podczas, kiedy wilki i ich ludzkie formy przebiegały przez korytarze, krzycząc coś niezrozumiałego dla samego fuhrera. Wyniuchał dobrą wódkę z jednej z szaf kuchennych. Nie zdziwił go nawet fakt, iż o tej porze wyjątkowo nikogo nie było w pomieszczeniu, które zazwyczaj roiło się od innych postaci. Na chwilę obecną liczyło się tylko orzeźwienie i obudzenie. Być może Dian osłabiła go dodatkowo swoim zaklęciem i to właśnie był skutek uboczny.
    Łyk wystarczył. Nawet nie potrzebne było zanurzanie się w zimnej wodzie. Od razu poczuł się jak nowo narodzony. Przeciągnął się leniwie i otrząsnął. Krzyki zaczynały do niego powoli docierać. Słyszał hałasy dobiegające zza drzwi. Zainteresowało go to.
   Zaczepił więc pierwszego lepszego kolesia od straży. Nie kojarzył nazwiska widniejącego na plakietce, jednak wyjątkowo się tym nie przejął. Być może ktoś nowo zatrudniony przez brata... Brata.
   - Co się dzieje? Gdzie jest wasz dowódca?! - głos fuhrera stawał się coraz bardziej przytomny, a przy tym - rozwścieczony. Powoli docierało do niego, co się wydarzyło.
   - Król dzisiaj w nocy zaczął się dusić, panie. Zesłano do niego najlepszych magów i medyków. Stan stabilny. Obecnie - śpi. Szukamy winnych. Podejrzewam, że kiedy pan się obudzi, będzie koniecznie chciał z tobą rozmawiać, hrabio.
   Głos nieznajomego strażnika nie napawał optymizmem Dariusa.
  - Pójdzie pan ze mną. - z tyłu rozległ się donośny głos kapitana. Wilk nie zorientował się, że chodzi o niego, póki dorosły mężczyzna nie złapał go za ogon, uwłaczając godności. Poczuł się źle, i odruchowo wyszczerzył zęby. W zamian za to otrzymał sporą dawkę żelaza na ryj w postaci niewygodnego kagańca. Nie wiedział, co się dzieje. Próbował użyć magii, tyle że... cholera.
   - Jesteś aresztowany, Możanie Dariusu Rivers z powodu próby zamordowania miłościwie nam panującego króla Tytana Trzeciego Riversa. Radzę zachować milczenie gdyż każde słowo wypowiedziane może obrócić się przeciw panu. Ma pan prawo do adwokata w areszcie oraz krótkiej rozmowy z wybranym przez pana świadkiem w obecności strażnika przed rozprawą. Rozmowa ma trwać nie dłużej niż trzydzieści minut.
    - Pierdol się, Golden. - warknął fuhrer. - Pierdol się zdrajco.

Dian?

08 maja 2021

Od Możana C.D Akiro

   - Nie mam nic więcej do zaoferowania. Większość z tych kwiatów zdechła dawno temu, chociaż nie zaszkodziłoby przynieść tutaj również i innych, cennych roślin. Kto wie, może Orchidea pasowałaby do tego wnętrza, jak myślisz?
   - Pozostałabym przy różach. - stwierdziła spokojnie Akiro, muskając delikatny kwiat wodą. Nigdy w życiu nie widziała takiego połączenia w postaci czarno-czerwonych kwiatów. Nie śmiała jednak skomentować nietypowego dla niej wyglądu. Po prostu wykonywała rozkaz polegający na pielęgnacji rośliny. Nie wyglądała na chorą ani osłabioną, wręcz przeciwnie - mogłaby rozwinąć wkrótce dodatkowe pączki i rozrosnąć się jeszcze bardziej. Wyglądało to tak, jakby to właśnie ona była powodem śmierci pozostałych, mimo iż nie była pasożytem. Chociaż kto wie, czy Darius nie wyhodował jakiegoś specyficznego rodzaju?
   - Dobrze wiem, że nie wygląda to najciekawiej. - rzekł, obracając się wokół rośliny. - A jednak widzisz, testy z atramentem jednak robią swoje. Nie masz się czym przyjmować. Do komnaty wpuszczać się będę między godziną osiemnastą piętnaście a osiemnastą minut trzydzieści. Nie dostaniesz więcej czasu nawet w razie spóźnienia, o ile nie dasz mi wcześniej znać, że zaszły jakieś problemy. Nabrać wody możesz nawet z mojej prywatnej łazienki obok. I w żadnym wypadku nie zdradzaj nikomu, co tutaj robisz i czym się zajmujesz. Wystarczy odpowiedź, że jesteś tu na moje polecenie i nie powinni cię zaczepiać podczas pracy. Jeżeli jednak, to zakoduj sobie, że będą mieli ze mną do czynienia i nie masz prawa się tłumaczyć. Instrukcję na temat tej róży możesz przeczytać tylko tutaj. Nie wynoś jej poza pole tego pokoju, rozumiesz?
   Kwiat kichnął.

Akiro? To nie jest zwykła róża! Mam chyba pomysł wreszcie na coś

30 kwietnia 2021

Od Możana C.D Akiro

   - Nie patrz na mnie. - rzekł cicho. - Odwróć oczy. Zajmij się kwieciem. Po prostu nie patrz na mnie.
  Był przygnębiony i nie potrafił się z tym kryć. Jego ogon drgał niespokojnie, a zęby trzymał zaciśnięte, jakby próbował się powstrzymać przed atakiem. Zastanawiał go lis niecodziennej urody. Nigdy wcześniej nie widział go w tych okolicach. A brat nie wspominał nic o nowym ogrodniku. Z drugiej strony - po co by miał? Przecież, do cholery, robił wiele różnych takich rzeczy.
   - Długo tutaj pracujesz? - zapytał ją, podnosząc się niespodziewanie i obwąchując jej ogon.
  - Nie, panie. - rzekła. Zdaniem Darknessa głos wadery kompletnie nie pasował do jej wyglądu. Cała ta hybryda była najdziwniejszym wilkiem jakiego w życiu widział. Być może miał równie interesującą osobowość.
  - Potrafiłabyś zająć się może moimi różami? - zapytał. - Otrzymałem niedawno, ale nie mam kiedy się nimi zająć, a nie chcę, aby zaśmiecały mi pracowni, będąc martwe. Zatrudniam cię, młoda damo, jako prywatnego ogrodnika, bo nie ma po co siedzieć tutaj i martwić się o patyczaki króla. Ten najlepiej wie, jak się powinno nimi zajmować.
   Skinęła potulnie głową, nie wiedząc, jak właściciwe zachować się w tej sytuacji. Poczuła, jak potężny basior obejmuje ją ogonem, robiąc kilka kroków do przodu. Zachęcona, zaczęła kroczyć wraz z nim - ramie w ramię.
   - I nie bój się, usprawiedliwie twoją nieobecność.

Aki?

21 kwietnia 2021

Od Możana C.D Akiro

    Było tego dnia zimno, jak na wiosenny poranek. Wiatr nieprzyjemnie targał jego grzywę, odsłaniając rozdrapane do krwi lico. Tego dnia miał wypadek. Służąca, która po potknięciu spowodowała dodatkowy uraz twarzy wilka, została wywalona pracy na zbity pysk, tracąc przedtem kilka palców u rąk, aby już nigdy więcej  nie ośmieliła się cokolwiek skrzywdzić. Nie dochodził do tego, czy zrobiła to specjalnie, czy może był to zwykły wypadek (chociaż on sam zakładał jedynkę jako bardziej prawdopodobną opcję). Miał zostać opatrzony, jednak był zbyt agresywny wobec medyków, aby ci mogli podjąć jakiekolwiek działania. Sam wyciągnął sobie szkło z pyska, starając się przy okazji nie wybuchnąć. Łzy aż kręciły się w oczach, jednak nie zalał się nimi jak mały szczeniak. Czuł się okropnie z faktem, że to właśnie pysk został naruszony... Przynajmniej w niewielkiej części.
    Miał dosyć ludzi, więc wyszedł do drugiej części ogrodu, zapominając o tym, że ktoś jeszcze tutaj był. Jak mógł zapomnieć o nowo zatrudnionym ogrodniku, który podlizał się Tytanowi, dostając dzięki temu brak dozoru, co nie spodobało się samemu Dariusowi.
   Woda uderzyła do mu głowy, kiedy tylko zauważył rogacza. Budowę miał ni to waderzą, ni to basiorową. Nie interesowała go jednak płeć, a sam fakt, że lisowaty zwrócił uwagę czarnego, prowokując go przy tym. Bo wystarczyło tylko spojrzenie na pysk, aby od razu uderzyła go myśl o szyderstwach kotłujących się w głowie nieznajomego. Patrzy na twarz. Widzi rany. Widzi jego ohydne cięcia. On to wszystko widzi...
    Widział też to, że Możan nieumiejętnie opatrzył całość.
    - NIE GAP SIĘ. - głos następcy, załamany i wrogi, obił się echem po ogrodzie.

Aki? Seria szybkich opek?

Od Możana C.D Kościopsa

    - Och, cóż to za zamieszanie?
   Goście rozstąpili się w popłochu, nie spodziewając się pewnego jegomościa, kroczącego dumnie w stronę baru. Część z nich - ukłoniła się w przestrachu, okazując tym samym głęboki szacunek. Wszyscy, poza Kościopsem, zareagowali głębokim niepokojem. Zaś on, wyjątkowo, nie potrafił. Nie był królem, a jedynie księciem... Dlaczego wszyscy reagowali więc z większym przestrachem niż na widok Tytana? Coś tu musiało być ewidentnie nie tak.
   - Nie musicie... - rzekł Możan, wyszczerzając zęby w nieprzyjemnym uśmiechu i poruszając przy tym łbem, przez co odsłonił część swojej brzydkiej facjaty, wywołując u niejednego mdłości lub wymioty, w zależności od wytrzymałości. Odwracali wzrok, kpili w żywe oczy, lub wyszydzali po cichu, przy Dariusu próbując zachować najwyższą formę szacunku. Dwulicowi, podli, zakłamani. Takimi otaczał się najczęściej fuhrer, dlatego tęż z pogardą wpatrywał się w każdego, kto wykonał ukłon z nisko opuszczoną głową. Kościopies w swoim braku kultury wydawał mu się w tym momencie najbardziej szczery, jednak mimo to nie robił dobrego wrażenia swoją pychą (jak to odebrał wilk). Bardziej niż kłamców basior nienawidził osób przepełnionych dumą, które nie mają pojęcia, kiedy należy schować się przed następcą tronu. Mimo to nie przybrał wrogiej postawy wobec przybysza, a jego głos wydawał się po chwili kojąco przyjemny dla ucha:
   - Nie przejmuj się moimi ludźmi. Nie są przyzwyczajeni do gościnności. Chodź, usiądźmy i pogadajmy. Jak mam się do ciebie zwracać, przybyszu?
   - Kość... Kościopies. - rzekł spokojnym głosem, nieufnie śledząc wzrokiem ruchy czarnego, który zbliżał się coraz szybciej w jego stronę. Uczucie bycia osaczonym paraliżowało go, więc czuł, że mógł robić tylko tyle, na ile pozwalał mu sam Możan. Kiedy ten zasiadł więc do stołu i ruchem głowy zachęcił go do podejścia, ten wykonał rozkaz bez najmniejszego zawachania. Był z jednej strony przerażony, a z drugiej zaintrygowany tym, co ma mu do przekazania wyżej położony basior.
   - Opuśćcie nas. Zajmę się naszym gościem. - rzekł do służby, zrzucając wilczą skórę. W ludzkiej formie był równie odpychający z wyglądu, chociaż dało się zauważyć, że kiedyś nie dało się od niego oderwać wzroku. W lewej ręce trzymał puchar wypełniony po brzegi winem. Kość nawet nie zdołał zauważyć, kiedy kelner mu je zaoferował. Chociaż istniało też prawdopodobieństwo, że ktoś po ludzku, ze strachu, postanowił je odstąpić.
  - A więc jesteś tu tubylcem. - rzekł cicho, kiedy powoli jego poddani zaczęli się wycofywać z pomieszczenia. Nawet karczmarz oraz poboczni goście postanowili dać sobie spokój i gruby basior zza laty postanowił przepłoszyć wszystkich i zaprosić na jutrzejszą promocję, bo dzisiaj nie było już czego szukać w tym barze. Wiatr wył nieprzyjemnie, poruszając drzewami złowrogo. Dało się odnieść wrażenie, że zaraz nastąpi coś okropnego.
   A mimo to jedynie fuhrer rzekł:
   - To nie miejsce dla cudzoziemców.

Kość?

13 kwietnia 2021

Od Możana C.D Dian

    Nie zamierzał dawać się ponieść emocjom. Nie myślał o Dian w dniu jej "pozornego" zniknięcia z pałacu. Było już po wszystkim, a przynajmniej taka myśl krążyła wokół jego głowy. Służka podała czarną szatę, aby ten mógł się bez problemu przebrać, kiedy wreszcie wyjdzie z wanny. Woda stała się już bowiem nieprzyjemnie zimna, co jakby nie przeszkadzało Możanowi. Ten bowiem nienawidził gorących kąpieli.
  Skóra nieprzyjemnie paliła go, kiedy próbował wejść do wody. Po daniu srogiego opierdolu swojej służce i dolaniu nieco kostek lodu, wanna stawała się chłodniejsza. Wystarczyło jeszcze pół godziny, aby niejeden uciekł z krzykiem - tak bardzo bowiem było zimno. Brat jego dziwił się niejednokrotnie z tego powodu, jednak strażnicy i poddani przywykli już do tego, że ciepło w większym natężeniu sprawiało mu ogromną przykrość nie tylko w znaczeniu fizycznym.
  Dzień dzisiejszy nie zapowiadał nic interesującego. Ot, świeciło słońce, Alara wyruszyła do rodziny, a on sam nie miał nic do roboty, poza stukaniem palców o klawisze pianina, aby wydobyć z nich słodkie dźwięki, które były w stanie go zrelaksować. Zanim jednak podejdzie do instrumentu należało odpowiednio się wystroić i poinformować służbę, że dzisiaj nie będzie wychodził poza teren swojego pokoju, a każdy kto naruszy jego spokój niech idzie do diabła.
   Nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez ciało basiora. Przystanął na chwilę, zaprzestając ubierania ostatniej części garderoby - koszuli. To dziwne uczucie nie potrafiło z niego zejść. Odwrócił się nagle, myśląc, że zastanie w drzwiach nieodprawioną kobiecinę, jednak napotkał tylko swoje odbicie w lustrze. Przewrócił oczy i dokończył co miał do zrobienia.
   Bez wyrzutów wobec samego siebie mógł wreszcie opuścić łazienkę, kierując się na dół. Usłyszał kroki, więc cofnął się, sięgając ręką do kieszeni w nadziei na...
   Cholera, przecież nikogo nie było. Wystarczył rzut oka za sobą, aby się upewnić. No i miał racje. Dziwne jest to wszystko. Być może przemęczenie daje już o sobie srodze znać - w końcu ma za sobą kolejną, nieprzespaną noc i zimną kąpiel. Byłoby lepiej dla niego, gdyby poszedł spać, zamiast męczył się sam ze sobą, próbując zagrać jakaś znaną melodię (bo własnej ułożyć nie potrafił).
   Widmo jednak nie zamierzało dawać mu spokoju. Krocząc powoli w stronę mężczyzny, wyciągnęło rękę. Dotyk przeszył młodego fuhrera, a ten momentalnie odwrócił się, łapiąc za pobliski wazon. Jego oczom okazało się nic.
   Prawdopodobnie psychoza, przeszło mu przez myśl, kiedy odstawiał wazon na bok, ocierając z czoła krople potu. Albo nawdychał się jakiś toksycznych oparów, wrzuconych do jego wanny Próba otrucia? Jeżeli tak, to znajdzie brata i zabije go. Wściekłość wręcz go roznosiła, jednak zamiast odreagować w jakikolwiek sposób - po prostu uśmiechnął się pod nosem, ponownie dotykając swojego czoła, już suchego. Przyspieszył kroku, aby móc się wreszcie zamknąć w swoich czterech ścianach. Zajęło mu to ledwo kilka minut. Głośny trzask klamki uspokoił kołatające dziko serce. Wypił szklankę wody, pozostawioną wcześniej na noc. Nie poczuł się jednak po tym ani odrobinę lepiej. Może to nie trucizna, a urok? Wszystko może się zdarzyć. Jeżeli trucizna, to jakiego rodzaju? Należało sprawdzić to najrychlej, za pomocą zaufanego doradcy, bo w przeciwnym wypadku - padnie trupem. Zegar wiec poszedł w ruch i zbudził ze snu Elizabethian, smacznie drzemiąca sobie w wilczej formie. Uderzenie gwałtownie podniosło ją na nogi, a dwa kolejne zmusiły do pośpiechu w stronę swojego pana, który czuł się coraz gorzej.
  Wyciągnął kartkę i zdołał nakreślić odpowiednie słowa, po czym wsunął je przez drzwi do biegnącej Eli. Wadera przystanęła, widząc nieskładny, krzywy napis.

Trujące opary. Wanna. 3 łazienka królewska. Sprawdź???

   Pan nigdy nie potrafił ładnie pisać i zawsze wadera miała problem z rozczytaniem się. Teraz jego drżące ręce jeszcze mocniej utrudniły jej robotę. Próbując to rozszyfrować, jednocześnie drapała intensywnie drzwi, mając nadzieję, że  zdoła do niego dotrzeć.
   - WEZWAĆ STRAŻ? LEKARZA?
   - Mhm...
   A więc sprawa była poważna. Po zrozumieniu, o co mogło chodzić Możanowi, ta natychmiast próbowała się wycofać i spróbować dotrzeć do łazienki, rozpaczliwie wołając i stawiając na nogi cały zamek, wołając o pomoc. Panika ogarnęła strażników oraz służących, którzy próbowali określić, co się dokładnie wydarzyło podczas ich nieobecności przy paniczu.
    To nie była trucizna. Mimo przetrząśnięcia wzdłuż i wszerz całej łazienki nikt nie był w stanie odkryć powodu złego samopoczucia Dariusa. Badania krwi nie wykazały żadnych nieprawidłowości, a lekarz zalecił po prostu odpoczynek, co nie zadowoliło mężczyzny ani trochę, bo kto wie - może próbują strugać z niego wariata i wychodzi jak wychodzi?
    Przegryzł nerwowo wargę, odwracając się na łóżku po raz kolejny i uważnie wpatrując się w służkę, która na polecenie jego brata miała zajmować się basiorem, odwracając od niego nerwowo wzrok, ilekroć ten mierzył ją złowrogo, jakby jedyną rzeczą na jaką miał ochotę, byłoby wyrzucenie jej za okno. No ale cóż, teraz będzie pod ścisłą kontrolą przez to straszenie innych. A to uczucie nadal nie mogło go opuścić.

Dian?

27 lutego 2021

Od Możana C.D Alary

   Pragnął spokoju. Jedyne, czego pragnął w tej chwili to spokoju. Odwrócił się w stronę Alary, unosząc brew i nie pokazując na twarzy żadnej emocji. Warczyńscy? Po cholerę mieli oni... Co ich interesowała osobowość pochodząca z watahy karmazynowej nocy, tak wysoko położona? Domyślili się, cholera jasna, że wraz z Alarą przebywają tutaj. Skoro jednak już wydało się, nie należało zignorować całego tego zajścia. Tym bardziej, że strona ta czekała tylko na jakikolwiek sygnał od Możana, aby wypatrzeć okazję nie do odrzucenia. I być może dlatego też zainteresowali się młodzieńcem. Cholera wie.
   - Możesz ich wpuścić. I tak już... zakończyłem sesję.
   A nawet jej dobrze nie rozpoczął. Poprosił jedynie Alarę, aby pozwoliła mu się przygotować pod pretekstem złego wyglądu. Po dodaniu mu kilku minut na spokojnie zająć się mógł zabraniem sprzętu i schowaniem go pod łóżko, aby nie wzbudzać zbędnych podejrzeń. Hrabina nie będzie przejmować się jego nieładem pod posłaniem.
   Kiedy przyszła, zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewał. Uśmiechem i dostojną, wyprostowaną postawą. Alara w tym momencie nie chciała zostawić swojego przełożonego, więc postanowiła stanąć obok niego, przyjmując pozę typowego ochroniarza, od czasu do czasu poruszając nieznacznie głową. Bogowie, co też pragną zaoferować...
   - Przychodzę tutaj z ofertą. O ile dobrze wiem, jest pan organizatorem turnieju, prawda?
   - Nie jestem organizatorem, a sponsorem, a to duża różnica, moja droga. - rzekł, sięgając po kieliszki i podając jeden z nich pani z rodziny szlacheckiej. Nie mógł spuścić wzroku z jej bogato zdobionego rogu, tak bardzo typowego dla złotej rodziny. Panienka nie miała serca odmówić dobrego trunku, nadstawiając szklane naczynie, które po chwili napełnione zostało czerwonym napojem.
   - Wystawia pan może swojego kandydata?
   A mówiąc to, spojrzała na Alarę zaciekawionym wzrokiem. Możan zamilkł na chwilę, zastanawiając się. Szybko doszedł jednak do wniosku, że wystawienie własnego gwardzisty nie należało do rozsądnych planów.
   - Nie zamierzam narażać własnej osoby ani mojej Gwardzistki. Ród Hajre jest zbyt zajęty, ażeby...
   - Rozumiem. - informacja ta nie sprawiła zawodu panny spod żółtego herba. Wręcz wydawała się bardziej usatysfakcjonowana, niż przed informacją. Skinęła głową, spoglądając na żelazną gwardzistkę z szerokim uśmiechem. Nie został on jednak odwzajemniony. - Ale słyszał pan może o naszym reprezentancie? Papa... znaczy, głowa rodu byłaby zaszczycona, gdyby król zechciał udzielić błogosławieństwa przyszłemu zwycięscy. Jak wiadomo, przychylne słowo od przyszłego króla będzie dla nas zaszczytem!
   I teraz Dariusa naszło potencjalne pytanie: a gdzie w tym wszystkim miał tkwić haczyk? Nie powinno chodzić bowiem tylko o zwykłe, nieszkodliwe życzenie powodzenia. Zastanawiając się tak nad tym myślał o rodzinie mocno skłóconej z Warkańczyńskimi. Zapewne krążyli gdzieś blisko, licząc na to, że i ich kandydat miałby chęć na przychylne słowo?
   - Zresztą, ach... - panienka odłożyła na bok pusty kieliszek. - A jak tam miewa się starszy z rodzeństwa, nasz cudowny władca? Czy przyjedzie on na rozpoczęcie turnieju i zechce porozmawiać z głową rodziny?
   W mgnieniu oka twarz Możana stała się pochmurna, niczym zwiastun nadciągającej burzy. Wyraz ten zmartwił panienkę, która od razu pomyślała o najgorszym możliwym scenariuszu. Uśmiech więc i z jej twarzy zniknął. Już miała zadać pytanie odnośnie Tytana, kiedy to uprzedził ją młodszy z braci.
   - Obawiam się, że niestety nie będzie on obecny wśród nas podczas rozpoczęcia. Dlatego też przysłał mnie, aby zająć się najważniejszymi sprawami. Mam być jego oczyma podczas całego święta, więc w razie pytań panienka będzie musiała zgłaszać się do mnie. A błogosławieństwa udzielę, jeżeli jutro przed dwunastą w nocy pojawi się wasz reprezentant. A póki co panienka wybaczy, ale pragnę iść i dopilnować przygotowań. Proszę przekazać pozdrowienia ojcu i powiedzieć, że jeżeli chciałby porozmawiać z bratem, to musi udać się do pałacu.
   - Z tego co wiem mają się spotkać za kilka dni. Ach, to naprawdę szkoda, że król nie uraczy nas swoją obecnością, jednak w pełni rozumiem nawał obowiązków. No nic, w takim razie odezwiemy się później i dziękujemy za miłe przyjęcie.
    Goście opuścili namiot, nie wykazując już najmniejszego zainteresowania Możanem. A więc jak zwykle nie chodziło o niego, a o brata. Trudno było ukryć mu zawód z tym związany, ale cóż poradzić... Narastająca w nim wściekłość tylko stworzyła dodatkową motywację. Ruchem głowy zachęcił Alarę do wyjścia z nim.
   - Jaki stosunek do Hajre ma rodzina Warkańczyńskich? - zapytał. Po raz pierwszy od niezbyt długiej znajomości między parką, wykazał prawdziwe zainteresowanie w stosunku do niej. Zgodnie z wewnętrznym przekonaniem, młoda gwardzistka odpowiedziała. 

Alara?

26 lutego 2021

Od Możana - Walka z Białą Sową

 Nie pojawia się nigdy za dnia. Mówi się, że jest ucieleśnieniem promieni księżyca, spadającymi z jego jasnej tarczy na niczego nie spodziewających się podróżników, obozujących nocą na otwartej przestrzeni. Gdy spada z nieboskłonu jest niemal nie widoczna, dopóki nie zatopi swoich pazurów w ofierze. Jej przybycie co prawda można przewidzieć. Okolica robi się cicha, małe stworzenia trwożnie chowają się do swoich norek, trawy przestają chwiać na wietrze, a na księżycu przy dokładnym przyjrzeniu się można zauważyć coś na kształt oczu i dzioba.

   Noc jest najlepszą porą na polowanie. Kolejne już w tym miesiącu. Zdobywanie umiejętności jest bardzo ważne w przypadku Wilkobójcy, aby, jako młody i niedoświadczony przyszły król, mógł się na spokojnie rozwijać. Stanowczo postawił na niemiłosierne treningi, odrywając się przy tym od polityki oraz osób, które dawniej mógłby nazwać mianem przyjaciół (albo przynajmniej dobrych kolegów).
   Było zimno. Wiatr wył, wprawiając w ruch suche gałęzie, pozbawione już dawno liści. Zima była w tym roku jednak wyjątkowo łaskawa, bowiem śnieg, jak rok temu, nie wywołał ogromnego unieruchomienia wsi i miast. Nie zostali odcięci od świata a największym niebezpieczeństwem okazywały się nie lawiny, ale zamrożone kałuże, na których bardzo łatwo można się było poślizgnąć. Basior jednak trzymał się twardo na przednich łapach, przegryzając nerwowo język. Ogon drgał niespokojnie, kiedy czekał na swoją ofiarę.
    Jedynym jego punktem zaczepienia okazała się być młoda kobieta, wędrująca w środku nocy na spotkanie z upragnionym kochankiem. Księżyc świecił w pełni, kiedy ta sunęła powoli przed siebie, zbierając przy okazji drewno na opał z uśmiechem na ustach. Wyglądała, jakby tańczyła oczarowana nocną aurą, rozpościerając szeroko ramiona i wzdychając. Jakiej była rasy - tego basior nigdy nie miał okazji się dowiedzieć. Zniknęła jakby uniesiona do góry z głośnym krzykiem. Dopiero teraz Darius zdołał zobaczyć przyszłą ofiarę w postaci świetlistej, pięknej sowy, niosącej martwą już dziewicę.
   Wilk ruszył przed siebie, nerwowo przebierając łapami do przodu, starając się wtopić w tło tak, jak zrobił to poprzednio ptak. Jego czarna sierść ułatwiała to zadanie, co jednak nie oznaczało pełnego ukrycia. Ptak miał bowiem doskonały słuch i wiedział, że jest śledzony. Wbił się przez to nieznacznie bardziej w górę, trzepocząc potężnymi skrzydłami i rozświetlając dolinę, nie pozostawiając pożywienia, które powoli zaczynało ciążyć.
   Darius przyspieszył, czekając, aż ptak zniży swój lot aby móc wbić zęby w sowie mięso. Przeskoczył przez zawadzający mu pień, próbując złapać trupa za nogę i podciągnąć się za pomocą pazurów ku ptasiemu wojownikowi. Niewiele brakło, a już ofiara tkwiłaby w wilczych zębach. Potrzeba jednak było przebiec jeszcze więcej kilometrów szaleńczo przebierając łapami. Oddech fuhrera stawał się coraz głośniejszy.
   Przed dwójką dolina zakończyła się ogromnym urwiskiem. Ptak zniżył lot, przemęczony dźwiganiem swojej ofiary, mając nadzieję, że basior nie odważy się na skok w przepaść. Urwisko bowiem kończyło się ostrymi jak zębiska rekina skalniakami pokrytymi do połowy wodą. Jeżeli nie nadzieje się na skałę - zapewne utonie.
   Przecenił możliwości króla, który w ostatnim momencie rzucił się na sowę, wbijając z całej siły pazury w zakrwawioną kobietę. Oczy przesłoniła mu czerwona posoka ściekająca z jej kostek, jednak nie zamierzał się poddawać. Blisko był uśmiercenia sowy.
   Przeciwniczka, z ogromnym bólem, puściła ciało, aby to wraz z Możanem spadło w przepaść i roztrzaskało się.  Tylne łapy basior zachaczył o sukienkę niewiasty, aby odbić się i pochwycić sowę. Chwilowo znalazł się na jej łasce, kiedy ptaka pazury pochwyciły przednie łapy napastnika. Podciągnął się nieco do góry, próbując zatopić kły w klatce piersiowej. Ogon uderzył niczym bicz w przód bestii, dezorientując ją. Skrzydła załamały się. Oboje nie mieli już siły, jednak to nie Darius targał przez kilkadziesiąt metrów (a może kilometrów?) pięćdziesięciokilową pannicę. Ptak stracił łeb, kiedy tylko wilk zatopił kły w jego cielsku. Resztką sił odbił się od sowy i zahaczył o skalną półkę. Nie miał siły nawet próbować wydostać się na górę i chwilowo brak jakiejkolwiek energii odebrał mu instynkt przetrwania. Położył się na ziemi. 

Nagroda:
  • Technika: +200
    Zręczność: +100
    Trefle: +400

21 lutego 2021

Od Możana - Przygotowanie do randki

    Niby nie pomyślałby, że w jego zamku będzie takie poruszenie w związku z wizytą Mastrus Zalarar. Co gorsza: wadera przebywała nie w sprawie podpisania traktatu pokojowego, wypowiedzenia wojny, paktowania na temat ewentualnej współpracy w związku z rozwścieczoną Wywerną szalejącą na zachodzie. [psyt, zatrzymaj się człowieku! Chcesz wiedzieć coś apropo Wywerny? No to pomóż wojskowym się przygotować do walki! Stwórz opis bestii do bestiariusza i zdobądź punkty procentowe dla Mastrus oraz, dodatkowo, 100 punktów do rozdania! Najciekawszy pomysł trafi do zakładki z wrogami :D].
   Chodziło tutaj o RANDKĘ, w dodatku o charakterze mocno uroczystym. Jeżeli się ona nie powiedzie - być może basior zostanie raz na zawsze skreślony z listy potencjalnych sojuszników. Gdyby chociaż jego brat przejął ten obowiązek - jak wiadomo, przecież to on a nie Możan znał się na tego typu wystąpieniach. Biały świetnie zagadałby waderę, a ogrom charyzmy rozszedłby się nawet wśród jej strażników. Tak to cholera wie, jak mogłoby się to skończyć. Zapewne - katastrofą. Należało być przygotowanym na najgorsze, dlatego też od początku ów dnia chodził przygnębiony bardziej niż zazwyczaj, zastanawiając się nad wszystkimi, możliwymi opcjami.
   Do randki zamierzał się przygotować w formie zarówno wilczej jak i ludzkiej. Strój przygotować miał jego krawiec i plotki chodziły, że już od wczoraj wieczór pracował starannie nad uszyciem odpowiedniego surduta w stylu wiktoriańskim. Pobrał wymiary dwa dni przed rozpoczęciem oficjalnych przygotowań, kiedy tylko dowiedział się o tym, co szykuje reszta sług. Brat nie zamierzał pomóc Możanowi. Wolał patrzeć z daleka, jak oszpecony mężczyzna męczy się sam z przygotowaniami do całej imprezy, popijając wysokoprocentowe trunki ze swoimi przyjaciółmi w części ogrodowej, do której nie miał wstępu nikt. Oddał cały zamek do dyspozycji randkowiczom poza tą jedną częścią, bojąc się o ponowne rozsianie zniszczeń. Jeszcze nie pozbierał się psychicznie po wykończeniu jego ukochanej ławy kwiecistej... Mimowolnie, przypominając sobie blade lico króla na widok zniszczeń, zaczął się uśmiechać pod nosem, co zwróciło uwagę jego pomocnika. Nie śmiał się jednak odezwać, aby nie urazić panicza. W uśmiechu jego blizna wyglądała wyjątkowo paskudnie...
   Należało przysłonić połowę twarzy panicza, aby nie zniechęcać Mastrus na samym początku znajomości. Nie musiał o tym nawet wspominać, bowiem Darius dobrze o tym pamiętał. Maskę chciał jednak załatwić na samym końcu, myśląc wpierw o surducie. Skierował się w stronę pracowni krawca. Odczekał dwadzieścia sekund i zapukał do drzwi, oczekując na donośny głos swojego poddanego. Po otrzymaniu jawnego pozwolenia na wejście, przekroczył wreszcie próg. W jego oczy rzuciły się trzy stroje w trzech, różnorakich kolorystykach. Najbardziej spodobał mu się krwistoczerwony surdut ze srebrnymi zdobieniami oraz szmaragdową broszką przypiętą do kaftanika. Spodnie wyglądały jednakowo, więc nie musiał się nawet dłużej zastanawiać. Chciał jednak wysłuchać tego, co ma do powiedzenia sam mistrz mody.
   - Wpierw prezentuję panu szmaragdowy frak, uszyty z łusek wyverny zielonej. Twardy, wytrzymały na ewentualne pociski, bo, jak wiadomo panie, niczego nie można być dzisiaj pewien. Kolorystyka może kojarzyć się z herbem watahy zachodu i mile ucieszy oko pani Mastrus. Nie jestem jednak pewny, czy będzie to do pana pasować... Dodatkowo wysadzany jest drogocennymi kamieniami.
    Możan delikatnie pochwycił kawałek materiału i skrzywił się. Dawał całkiem niezłe wrażenie, jednakże nie był do końca pewien, czy ubranie będzie dobrze leżało na jego sylwetce. Pozwolił więc przysłuchać się, co ma do powiedzenia na temat dwóch pozostałych.
   - Kolejny, w kolorystyce czarnej, utworzony z jedwabiu.  Neutralny, pasujący do każdej sylwetki, niewyróżniający się na tle pozostałych, więc wrażenia na panience Mastrus raczej nie zrobi. Jest jednak bardzo wygodny, przewiewny. Nie powinien krępować ruchów w porównaniu do dwóch pozostałych. Bardzo wygodny, a zabrudzeń nie będzie widać. Ewentualnych ataków jednak nie zatrzyma. Dodatkowo wysadzany jest srebrnymi nićmi, które tworzą bardzo miłe dla oka wzory. Czy coś jeszcze... nici mogą się pruć, ale jak posiada pan igiełkę, nie powinno być problemu.
   - A co mi powiesz na temat tego czerwonego?
   - Nieudany projekt, cóż rzecz. - westchnął zdezorientowany. - wątpię, aby spodobał się panience Mastrus. Może być trochę... drapiący. Kolorystyka zrobiona była z myślą o naszym dziedzictwie. Nie jestem jednak zadowolony z wykończenia, coś mi w nim nie pasuje... Ja mogę co najwyżej doradzić, ale ostateczna decyzja odnośnie stroju panie, jest tylko twoja.
   Pewny na początku odczuł nagle zdezorientowanie. Okrążał surduty i oglądał je z każdej strony, co rusz podnosząc materiał i pocierając go o swoją dłoń, oceniając jakość wykonania. Nie namyślał się jednak specjalnie długo. Wskazał wybrany strój i zaklaskał, prosząc o ewentualne poprawki już na jego ciele.
    Odpuścił sobie chodzenie w uroczystym wdzianku po komnatach królewskich. A jaki strój wybrał, wiedziała już tylko Mastrus. [...]

   Maska została odpowiednio dobrana do jego kształtu twarzy i urody. Nie posiadała żadnych zdobień. Biała, z wycięciem na drugie oko. Do tego należało zmienić fryzurę, bo nie musiała już ukrywać szpetnych blizn. Fryzjer postanowił nieco przyciąć zniszczone końcówki i zawiązać kucyk z dłuższych kudłów fuhrera, dopasowując do kształtu twarzy. Poszło to raczej sprawnie, gdyż już wcześniej Darius dbał o swoje włosy. Sierść została wyczyszczona jeszcze wcześniej, a przyjemne, męskie perfumy uderzały w nozdrza niejednego zachwyconego postawą Możana. Póki mógł - starał się uczestniczyć w przygotowaniach pozostałych członków ekipy, przynajmniej stojąc i obserwując z boku, jak to wygląda. Wolał zwracać osobiście uwagę na każdy, nawet najdrobniejszy i nieprzyjemny szczegół, niż pozwolić jakiemuś facetowi projektować jego kolację. Chociaż starał się słuchać rad krążących wokół niego doradców, to ostatecznie on sam podejmował decyzję, będąc pewny swego.
   - Jak myślisz... - zapytał się w oddali jeden z rycerzy, obserwując z ukrycia swojego pana. - To może wypalić?
   - Pożyjemy, zobaczymy. - rzekła służąca, polerując starannie herb watahy zachodu. Po raz pierwszy odkąd pamiętała oba sygnety wisieć będą obok siebie, zdobiąc salę balową. Dla wielu szlachciców wydawało się to cholernie niedorzeczne i głośno wyrażali sprzeciw wobec tej całej "maszkaradzie". Niektóre jednak rody nie były w stanie rzec nic złego na temat samego spotkania, ba, osoby będące za rozejmem nie mogły się doczekać dzisiejszego wieczoru.
   - Jedno jest pewne - kontynuowała. - takiego wydarzenia nie było od setek lat, aby się następca chciał żenić z alphą przeciwnej watahy. Kto wie, jeżeli im się powiedzie, może nastaną jakieś prawdziwe zmiany na Delcie?
    Napotykając na wzrok swojego pana służka zlękła się i przestała prawić do rycerza, który sztywno stanął na baczność przed wyżej położonym i jego doradcą, nerwowo machającym rękoma. Maska przysłaniająca połowę jego lica sprawiała, że po raz pierwszy od nieszczęsnego wypadku Możan poczuł się naprawdę piękny. 

Ma-ma-mastrus! Jak zobaczysz Darka opisz jego strój oraz własne, wewnętrzne wrażenia. Pozwól jednak wpierw innym dokończyć przygotowania :)

09 lutego 2021

Od Możana - Walka z Krillią

Lisia zjawa, która straciła wszystkie swoje dzieci w pożarze lasu. Od tego czasu wabi młode wilczki w ciemne zarośla, gdzie delikatnie śpiewa im hipnotyczny sen, po którym wydaje im się, że są jej dziećmi. Zjawa opiekuje się maluchami w ukrytej gawrze, a pod jej opieką młode stopniowo przybierają rudo-białe umaszczenie. Ich ciało przybiera lisi kształt, a gdy proces dobiegnie końca, do tak uformowanego ciałka zostaje wciśnięta dusza jednego ze zmarłych dzieci lisicy.

   Lisica była przebiegła. Dziecię, które pozostawione zostało pod opieką jednego ze strażników - zaginęło po kilku dniach. Dwadzieścia cztery godziny błąkali się w poszukiwaniu chłopca, który stawić się miał u swojego wuja o tej pieprzonej szóstej rano. O ósmej zaczął się niepokój i pierwsze poszukiwania. Cała ta sprawa nie zainteresowałaby może Możana, gdyby nie fakt, że było to dziecko jednego z baronów, a nierozważnym wujem był Kapitan Gwardii. Całe więc królestwo zaczęło poszukiwać młodziaka. Zaś poproszony (przymuszony) przez brata Darius pozostał przydzielony do jednej z grup poszukiwawczych. Był dobrym łowcą i gdyby nie miał królewskich genów, zapewne pozostałby jednym z tych, którzy zajmują się na co dzień łapaniem i patroszeniem królików na potrawki.
   Chociaż i tak bardziej ciągnęłoby go do pozostania magiem. Mógłby pojawić się w świątyni mrokańskiej i od kapłanów zaczerpnąć niezbędną mu wiedzę do dalszej nauki. Ale że los potoczył się tak a nie inaczej - na chwilę obecną książę musiał zabawić się w poszukiwacza małego dzieciątka. I czuł, że jest już bardzo blisko swojego celu, kiedy pozostał sam w ciemnym lesie, gdzie rzekomo tubylcy widzieli malucha po raz ostatni. Otoczony tysiącem malutkich, świecących oczu.
   A przynajmniej tak mu się wydawało.
   Kto wie, może już dla malucha jest za późno i najprawdopodobniej został pożarty przez rozwścieczonego ghula, który to zabłądził. Albo pająka. Albo sami bogowie wiedzą, co jeszcze czyha w tym lasku, nieopodal wsi.
     Taka Krilla chociażby, z którą przyszło mu się zmierzyć po kilku godzinach błądzenia. Dziecko kobieciny w formie lisa śledziło cały czas basiora, odkąd tylko pojawił się na jej terytorium. Był jednym z tych setek błyszczących ślepi w ciemności, które niejednemu bachorowi spędzały sen z powiek. Wydało się przypadkiem, że ktoś za nim podąża, kiedy za psowatym załamała się gałąź, a rudy upadł na ziemię, kalecząc się.
     Darius odwrócił się i spojrzał na ciałko, leżące przed nim nieruchomo. Dotknął ostrożnie noskiem sztywne dziecię, wywołując tym samym bolesny, głośny krzyk wydobywający się w środku lasu. Nie zabił malca, jednak lisica o tym nie wiedziała. Wyczuwała tylko obecność przy ciele jej niedawno stworzonego dziecka. I pojawiła się tam niemal natychmiast po całym wydarzeniu.
    Nie mówiła nic. Wydawała z siebie syczące odgłosy. Posturę przybrała ludzką, przyzdobioną w elfie uszy. Była piękna i zarazem przerażająca, a jej mała armia szczerzyła kły wpatrując się w rzekomego zabójcę ich brata. Za nimi stał ktoś jeszcze - chłopiec o blond fryzurze i wesoło świecących się oczach. Trzymał za rękę swoją nową opiekunkę o łagodnym spojrzeniu. Widok ten rozczuliłby serce niejednego odważnego, który zapewne szybko dostałby się w ręce Krilli.
    - Dziecko to jest własnością Barona Ekh'gen z rodu Sansun. Popełniłaś przestępstwo, porywając jego dziedzica a na to... nie ma usprawiedliwienia. Za ten czyn wymierzam ci karę śmierci, jakem Możan Darius z rodu Rivers!
   A mówiąc to, skoczył, przeobrażony. Nie zamierzał pieprzyć się w tańcu z waderą, która zaskoczona, rzuciła się na dorosłego samca, broniąc swoich szczeniąt. Było to o tyle problematyczne, że pomagały jej młodziaki. Matka jednak, swoimi przeciągłymi jękami, próbowała zniechęcić do ataku swoje młode, obawiając się o ich życie tak samo, jak wcześniej obawiała się o martwego już syna. Wiedziała, że nie skończy się to dobrze, jednak pragnęła umrzeć godnie.
    Tak też się stało. Skonała, a z jej gardła wydobyły się dwa, bardzo ciche słowa. Zaopiekuj się. I tak, chodzić tutaj mogło o dusze lisków, które, obawiając się basiora, zaczęły nerwowo uciekać w popłochu. Wycieńczony walką basior zdołał wykrzesać z siebie ostatek umiejętności, aby zwabić je do siebie. Dusze, nie ciała. Ciała pozostały porzucone i część dzieci albo zmarła, albo przeobraziła się z powrotem w poprzednią formę. Ogniki zaś niespokojnie krążyły nad Możanem, nie atakując go.
    Nim odszedł z małym w kierunku jego ojca, zdołał zatrzymać przy sobie cztery dusze lisich dzieci, tak mocno zmanipulowanych za pomocą magii, że myślały, iż mają do czynienia z własną matką. 

Nagroda:
  • Technika: +200
  • Szybkość: +100
  • 400 trefli

Zaktualizowano formularz basiora o nową ciekawostkę! 

03 lutego 2021

Od Możana - Walka z Hopeless

Kobieta, która zabłądziła na Deltę ze świata ludzi, razem z młodszym rodzeństwem. Jej pierwsze spotkania z tym światem były co najmniej tragiczne. Uciekając przed wilczym patrolem trafiła do lasu Nariel, gdzie roślinność zabiła jej siostrę oraz brata. Następnie próbowała schronić się w skałkach, jednak odnalazła ją mantikora po płaczu ostatniej siostry  Hope. Żeby ją uciszyć ściskała ją tak mocno, że ją udusiła. Potem opuściła skałki i trafiła w łapy Kultu Wiecznego Światła, który wyciągnął do niej pomocną dłoń. Hope przyjęła pomoc, wyglądało nawet, że integruje się ze społecznością. Aż do momentu, w którym nie ubzdurała sobie, że oni również chcą ją zabić. Szkolona przez kult do walki, wykożystała ich własne metody, by zabić pozostałych rektutów i uciec. Pożerana przez paranoję i zaburzenia psychiczne podróżuje przez Deltę, zachowując się w sposób nieobliczalny i niebezpieczny, mimo że sprawia niewinne wrażenie.

   Była niewinna. Tak o niej mówiono. Niewinna, słodziutka i uśmiechnięta dziewczyna pozostawiła za sobą stertę trupów, ostrząc miecz o ich czaszki. Taką informację przekazał mu ostatni z żyjących basiorów, którego łeb nie został odrąbany. Udawał trupa, leżąc na ziemi z wywalonym jęzorem, dopóki dziewczyna tanecznym krokiem nie oddaliła się od niego, wywijając tyłkiem jak wesolutka tancereczka. Zapomniała o tym jednym, który, pozbawiony łapy, wykrwawiał się na uboczu. Do rany wdało się zakażenie i zaczęło nieprzyjemnie śmierdzieć. Był przekonany, że nadchodzi jego koniec, więc jedyne, co mógł zrobić, to spisać notatkę dotyczącą pogromu. Nie musiał.
    Szybko został odnaleziony przez Możana Calveite-Rivers. Zanim zdołał skonać, przekazał wszystkie informacje dotyczące młodej wojowniczy o pięknym uśmiechu. Pod koniec - splunął na ziemię, przeklinając imię tej, której została dostarczona pomoc, a która okazała się być niewdzięczną suczą. Biedaczyna, zdechł, nim skończył wymieniać wszystkie wulgarne wyrazy na jej temat. Zgodnie z tradycją władca zamknął jego oczy i bezceremonialnie przeszedł nad ciałem. Należało zająć się później grzebaniem zmarłego i pozwolić mu spokojnie odpocząć. Basior był tego świadom i z uśmiechem rozejrzał się po okolicy, szukając oznak tego, że dziewczę dosłownie kilka dni temu przybyło na te tereny. Jedną z interesujących go rzeczy był zapach krwi, wydobywający się z rozkładających się szczątków. Wyczytać z nich mógł naprawdę wiele informacji. Nie było jednak tego, czego najbardziej oczekiwał. Kurwa mać.
   A może...
   Fragment ucha nie należący do wilczej istotki i dało się to od razu wyczuć. Zaintrygowany basior podążył śladem, jaki pozostał jeszcze w powietrzu. Przyjemny zapach krwi pozwolił na odnalezienie kryjówki zmęczonej dziewczyny w niekrótkim czasie. Była wycieńczona dopiero co zakończoną walką, więc mogła od razu zauważyć kolejnego przeciwnika. Przecierała spocone czoło i wypiła wodę ze strumienia, która dała ukojenie chociaż na chwilę. Wpatrywanie się w jej dalsze poczynania wydawało się Możanowi bezcelowe, zważywszy na to, że zaraz może zdać sobie sprawę z jego obecności. Łapa osunęła się i natrafiła na kamień, który to potoczył się w głąb jaskini, wywołując nieprzyjemny jazgot, który to od razu pobudził zmysły Hope.
    Dziewczę zarzuciło miecz na plecy i uśmiechając się szaleńczo, spojrzało w oczęta basiorowi o dzielnym, walecznym sercu, gotowym w każdej chwili doskoczyć do gardła dziewczęcia. Ta jednak otwarcie bez walki nie zamierzała się poddać. Miała przy sobie, prócz mieczy, również kilka eliksirów wzmacniających oraz sztylety, które szybko zaczęły opuszczać swoje pochwy. Zwinnym uskokiem jednak Możan pozwolił sobie na uniki, dziarsko uśmiechając się i krocząc, tym razem jako mężczyzna. Bardzo dawno nie używał owej formy, a szkoda, bo tęsknił.
   Powłoka ludzka bywa bardzo krucha, jednak jeżeli szanse powinny być wyrównane, należało dostosować się do przeciwnika. Zrobił to, pozwalając sobie na posiadanie rąk. Broń była mu zbędna.
   - Nie walcz, dziecino. Nie osiągniesz tym niczego.
   - Będę... broniła! Tak tak, broniła! - wykrzyknęła głośno, przybierając dziarską, bojową pozę. - Nie złapie mnie! Nikt mnie nie złapie! Nikt mnie nie zabije!!!
    Swoimi czynami zamiast odwlekając własną śmierć tylko sprawiała, że zaczęła się ona zbliżać nieustannymi krokami w postaci czarnowłosego mężczyzny.  Opuszczenie ciała zajęło ledwo kilka sekund, a zmęczenie kobiety sprawiło, że samo wtargnięcie i uderzenie w klatkę piersiową nie było czymś szczególnie trudnym. Po ukończeniu owej czynności, zabrał noże, wbite głęboko w ziemię. Dokończył to, co rozpoczęła panienka, podrzynając gardło wijącej się z bólu. Wcześniej zabrana od truposzów energia była doskonałym uzupełnieniem przed samą walką. A teraz, blade ciało z otwartymi oczyma i wciąż nieznikającym uśmiechem, wyglądało przepięknie. 

Nagroda:

  • Szybkość: +200
  • Technika: +100
  • 400 trefli

Od Możana C.D Alary

    - Wasz namiot jest już przygotowany, Lordzie. Liczę na to, że miło spędzony z nami czas przyjemnie odbije się na dalszych zarządzeniach w sprawie finansów na wojskowość. Twoja gwardzistka może zasiąść w namiocie sztabowym.
    - Wolałabym, aby Alara zagnieździła się w moim. Jeżeli nie ma miejsca - każ swoim sługom zanieść do niego dodatkowe łoże i rozstawić baldachim na dworze. Nie zamierzam spać bez swojej pomocniczki.
    - Nie powinno być z tym problemu. - odparł mężczyzna, skłaniając się nisko i gwiżdżąc w kierunku stojących nieopodal rycerzy, przerywając im partyjkę black jacka. Nie wyglądali na zadowolonych z tego powodu, jednak nie mogli sprzeciwić się rozkazom swojego dowódcy, bo jednak partyjka ukochanej gry nie była warta późniejszej chłosty i eliminacji w turnieju. A każdy, prawdziwy wojownik chciał koniecznie mieć swoje pięć minut na scenie.
    - Zapisy zostały już zakończone? Ile zgłosiło się oficjalnie ochotników?
    - Zależy, do jakich dyscyplin, ale naliczono dwie setki żołdaków. Nadal jednak starają się dostać. Na spokojnie panie, najsłabsi odpadną już pierwszego dnia, a liczę, że będzie to nieco ponad połowa. Nie powinno to jednak zmniejszyć zainteresowania samymi igrzyskami. Pod koniec pozostają jednostki najsilniejsze, gotowe do prawdziwej walki o honor. Zwycięzca turnieju pozostanie wywyższony i otrzyma nagrodę ufundowaną przez szlachtę oraz obiecaną wcześniej prywatną audiencję u królewskiego potomka, uzgodnioną z bratem lorda. Liczymy więc na owocną współpracę i miły pobyt w gronie dzielnych wojowników. Jeżeli książę ma do mnie jeszcze jakieś pytania, może je zadawać już teraz. Jeżeli nie, pan pozwoli, że się oddalę i dopilnuję niektórych rzeczy osobiście, bo, jak wiadomo, różnie bywa, kiedy oddaje się komuś władzę nad poszczególnymi zleceniami. Najlepiej jest zrobić wszystko po swojemu.
     Basior jedynie skinął głową i zaprzeczył, jakoby potrzebował więcej wytłumaczeń. Dwójka rycerzy, posłana wcześniej przez swojego dowódcę, już zajmowała się ulepszaniem namiotu królewskiego. Jak się okazało, był on na tyle wielki, że nie odczuwali potrzeby powiększać go o dodatkowy baldachim.
   - Masz czas dla siebie, jeżeli chcesz. Na razie zbierać się będą wszyscy goście i zapisywać do księgi. Wataha Zachodu, a raczej jej reprezentanci, przybędą o świcie. Ja zamierzam postudiować jeszcze kilka ksiąg i spróbować skontaktować się z doradcą. Nie oddalaj się zbytnio od naszego obozowiska i nie dawaj po sobie poznać, że jesteś wyżej położoną gwardzistką. W przeciwnym wypadku może skończyć się to niewygodnymi pytaniami. Nie odzywaj się, jeżeli będziesz słyszała zaczepki w swoją stronę. Przysłuchuj się innym, a może wyciągniesz z poszczególnych rozmów coś ciekawego. Jeżeli tak - niezwłocznie mnie o tym poinformuj. Nie szukaj bójek. A poza tym baw się dobrze i nie zdradzaj informacji dotyczących mojej osoby i losów królestwa bez mojej zgody. Jeżeli nie potrzebujesz sobie pochodzić, możesz zostać. Nie wchodź tylko do namiotu, bo potrzebuję skontaktować się z doradcą sam.
   Wadera nawet nie zamierzała otwarcie protestować. Pozostawiła władcę samego, jednak bardzo niepewnie. Przecież wiadomo, że różni ludzie kręcą się po obozowisku i niekoniecznie mają czyste intencje wobec samego fuhrera. Zamknął się w swojej pieczy, pilnując, aby nikt go nie zaskoczył. Usiadł na ziemi i zaczął kreślić runę, mając nadzieję, że jego doradza postanowi odnowić kontakt i połączyć się ze swoim panem, widząc, że ten już czeka. Pochylił łeb do przodu, dotykając środka koślawej gwiazdy, próbując w jakikolwiek sposób wyczuć obecność pachołka.
   Odezwał się ledwo po kilku minutach, uspokajając drżące serce Możana. Jego ciepły głos przyjemnie ukoił nerwy zatraconego w myślach.
    - Przygotuj mi raport na temat ostatnich wydatków i postaraj się zaoszczędzić trochę na dotacje dla turnieju rycerskiego. Zamierzam wyjść jak mój brat przez szlachtą - najlepiej jak się tylko da. Nie będę tolerował nieposłuszeństwa. Jeżeli turniej upadnie to mogę ci przysiąść, że ktoś mi za to zapłaci. 

Alaro?

27 stycznia 2021

Od Możana - Walka z Gryzzłym

   Dzień nie był jak co dzień. Odbyło się polowanie. Dawniej zwyczaj często pielęgnowany wśród władców, a obecnie nic niezobowiązująca rozrywka dla niektórych. Tytan nie miał ochoty patrzeć na śmierć zwierzęcia podczas strzelaniny, woląc udawać, że mięso bierze się z roślinek. Możan zaś miał większą smykałkę do tego. Mógłby latać ze strzelbą lub gołymi pazurami, rozszarpując mięso jakiegoś jelenia lub królika, w zależności od szczęścia, które jednak było potrzebne podczas łowów. Zazwyczaj wolał nie zabierać ze sobą nikogo, jednak tego dnia postanowił, że Alara będzie mu towarzyszyć. Po pierwsze: był to jej obowiązek i naciskałaby na władcę, który byłby odsłonięty w trakcie ów sportu. A po drugie i tak ostatnimi czasy dawali o sobie znać różni zbójcy, a przepowiednia Dian oraz ostrzeżenie jego pani sprawiło, że Możan poczuł się zagrożony. Sam uważał, że świetnie dałby sobie radę w walce łeb w łeb, jednak najemnicy nie działali w ten sposób. Nawet najmniejszy ruch w krzakach mógł świadczyć o obecności potencjalnego zabójcy.
   Dlatego też i tak i tak potrzebował jej obecności.
   - Jakbyś naszykowała mi nieco run, byłbym wdzięczny. Przydałaby się dodatkowa ochrona i osłabienie przeciwnika spod znaku burzy, bo oczywiście, cóż innego mógłbym używać?
    Alara stała jak wryta, nie wiedząc na początku, o co ją tak właściwie poprosił Możan. Rzuciła ciężką księgę na ziemię, spoglądając podejrzliwie na kamienie. Magia wymuszana nie była jej specjalnością, ale skoro on prosił...
     Chociaż nie potrzebował...
     ...i doskonale o tym wiedziała.
     Fuhrer pragnął się po prostu odłączyć się od wadery, która miała myśleć, że właśnie tworzy coś pożytecznego dla swojego mistrza, podczas gdy on już szykował pierwsze zaklęcie, rozglądając się na wszystkie strony. Magia piorunu okazywała się najbardziej użyteczna podczas łowów. Robisz szybki sprint, namierzasz cel, po czym ten pada, zwęglony na popiół. Bo nie liczyło się mięso, a sama zabawa i trening. Jeżeli ostanie się jakaś skóra - w porządku, chociaż nie to liczyło się najbardziej. Zostawi sobie coś na pamiątkę po tym pięknym dniu.
    Na przykład głowę niedźwiedzia, który smacznie spał sobie w krzakach, skulony. Chrapał cicho, jednak nie na tyle, aby dało się go łatwo przeoczyć. Łowca szybko dostrzegł swoją ofiarę i rzucił się ku niej, zmieniając w mgnieniu oka. Błyskawica uderzyła w złym kierunku, podpalając przy okazji drzewo. Płomień sparaliżował basiora, który podkulił ogon niczym przerażone szczenię, wyglądając zabawnie przy górującym, rozwścieczonym zwierzęciu.
    Które najwidoczniej chęć miało na rozerwanie kogoś. A jako iż napatoczył się przerażony, sparaliżowany władca, to postanowił skorzystać z okazji i rozerwać jego bark, chwytając pazurami za łopatkę basiora, żłobiąc w mięsie niczym w glinie. Rozlewająca się fala bólu zmusiła do wysiłku młodego Riversa, który odwrócił się do przeciwnika, gryząc go z całej siły w łapę. W ustach poczuł bardzo przyjemny smak krwi, który zmotywował do następnego ruchu. Rana powoli zaczęła się spajać, jednak energia użyta po uskoku nadal nie mogła się zregenerować do tego stopnia, aby użyć następnej, ważnej dla niego umiejętności. Słyszał głośny szczęk metalu i otworzył szerzej oczy, wiedząc, kogo zaraz zastanie. Alara przybyła z odsieczą, aby pomóc swojemu panu. Dosłownie na chwilę odwróciła uwagę bestii, aby Możan mógł głębiej wsadzić pazury w pierś niedźwiedzia i szaleńczo wywijać łapami. Energia wędrująca z krwi Gryzzłego pozwoliła mu na przemianę w ducha i przebicie go dzięki temu na wylot. Padli obaj, z czego niedźwiedź martwy. 

Nagroda
  • Zręczność: +200
    Szybkość: +100
  • 400 trefli

23 stycznia 2021

Od Możana C.D Dian

    Modlił się cicho, nie pozwalając, aby ktokolwiek śmiał przeszkodzić w uroczystej rozmowie. Przed basiorem wisiał obraz. Mężczyzna na nim tulił do siebie czarnego ptaka z rozłożonymi skrzydłami. Krukowi jakby nie bardzo się to podobało. W oczach lśnił mały płomień, przez co wydawał się żywy. Próbował niewerbalnie przekazać coś swojemu "rozmówcy". Ptak był najpiękniejszym stworzeniem, jakiego w życiu widział Możan. Nie został bowiem narysowany ręką wilczą, ni elfią. Dało się wyczuć aurę ciemności bijącą od malowidła, zaś niewidzialna dla nikogo (prócz następcy) ręka wystająca z arcydzieła. Widniało na niej oko. Czerwone, przekrwione, otoczone płatkami nieznanej nikomu rośliny. Zjawiskowe, a jednocześnie przerażające widzenie, które niejednemu spędziłoby sen z powiek. On jednak był już przyzwyczajony do obecności istoty z mrocznego rdzenia. Przynajmniej w jakimś stopniu.
   Bowiem wciąż odczuwał niepokój, ilekroć zmuszony był z nią pogadać. Nie przepadał za tym, jednak odczuwał determinację, aby z nią porozmawiać. W sercu jego od dawna zaczęło kiełkować ziarenko nienawiści. Teraz urosło do większych rozmiarów, odkąd pojawiła się jeszcze pani przepowiednia. Zaczął niekomfortowo czuć się w jej towarzystwie, zastanawiając się dniami i nocami, czy faktycznie ma jakiś większy wpływ na życie jego i brata.
   Zrobiłby wszystko, aby uwolnić się od pieklącej nienawiści wobec jego osoby. Nie pragnął pogodzenia. Pragnął spokoju, który tylko Pan Mrocznej Otchłani mógł mu zapewnić. I nie ważne, jakim sposobem, czy zdjęciem pierdolonej klątwy, która jawnie mówiła o tym, że jeden z nich podniesie rękę na drugiego, czy wygnaniem drugiej strony. Najbardziej liczył się tron i święty spokój. A nawet gdyby Darius odegnał brata i pozwolił sobie na chwilę relaksu, ten zaraz wróciłby z armią z watahy zachodu, bo wszyscy dobrze wiedzą, jakie miał z nimi stosunki od czasu wypadku z Kościopsem. On sam uważał, że próby przylizania się do sąsiedniej watahy były aktem tchórzostwa. Gdyby posiadali na tyle dobrą armię mogliby trzymać swoich sąsiadów na dystans, ale ta, oczywiście, nie miała odpowiedniego dofinansowania. Zawód żółnierza w Watasze Karmazynowej Nocy wiązał się z istną mordęgą. W dodatku cholernie niewdzięczną. Opłacało się być tak właściwie tylko mieszkańcem stolicy (a potem był płacz, że inne miasta powoli zaczynają się rozpadać) i to w dodatku krwi szlacheckiej. Z tego powodu Możan odczuwał bezsilną wściekłość wobec rządów swojego brata, bowiem zależało mu na udoskonaleniu specjalizacji wojskowej. I magicznej również.
   Magowie w dzisiejszych czasach się przydadzą, a jeżeli Wataha Zachodu i tak prześcignie ich w technologii wojennej i wyszkoleniu lepszych rekrutów, to chociaż magia pozwoli sąsiedniemu królestwu przetrwać ewentualny kryzys. I właśnie to ku niej wiodła teraz ścieżka młodego basiora. Aby móc się doskonalić zmuszony był oddawać hołd komuś o lepszych zdolnościach i większemu, wrodzonemu talentowi.
   - Panie, oto jestem. Przecież mnie wzywałeś. - rzekł basior, podnosząc swój pysk ku ogromnej tęczówce, płonącej wrogim blaskiem koloru karmazynowego. Mroku przybrał go, odkąd zaczął paktować z Riversami.
   - Miło, żeś raczył przybyć. Sprawa tyczy się twojego brata. Nie podoba mi się to, że pojawiła się wieszczka, która ma zamiar ostrzegać go przed moimi zamiarami. Musisz jak najszybciej odciągnąć go od niej, a najlepiej - pozbyć się na stałe Dian. Będzie tylko upierdliwym komarem dla naszej dwójki, a jeżeli chcesz jak najszybciej objąć tron, to musisz mi zaufać.
   - Doszły mnie słuchy, że ostatnio poradziła sobie z pewnym problemem dotyczącym brata jakiegoś młodego szczyla z mieszczaństwa. Wieść szybko rozeszła się po różnych dzielnicach stolicy, a teraz ma ona poparcie wśród ludu. Nie spodoba im się fakt, że ich ukochana uzdrowicielka mogłaby nagle zniknąć.
   - Jeżeli zdołasz zablokować część jej magii, nie powinno być z tym problemu. Spróbuj ją również odciągnąć od obowiązków. Muszę cię jednak ostrzec, bowiem nie współpracuje sama. Kontaktuje się z duchami, co ją umacnia. Z tym nie powinieneś mieć problemu, bo dobrze wiem, jakie masz zdolności. Moi poddani będą twoimi oczyma, zaś ja zapewnię ci ochronę przed ewentualnym odkryciem. Nie bądź pochopny w swoich działaniach, pamiętaj o tym, czego cię uczyłem.
   Aura dochodząca od Dian na początku nie wydawała się Możanowi niczym wartym uwagi, dlatego też zignorował fakt, że mogłaby mieć obok siebie kogoś, kto jej pomaga. Czasami są to niegroźne stworzenia, które tylko szepczą niezrozumiale do słuchacza, jednak jeżeli owa istota skrywa w sobie więcej energii, faktycznie basior mógłby się tym zainteresować. Spróbować... poznać wieszczkę.
    Rozmówca utracił łączność. A może specjalnie postanowił zniknąć z pola widzenia mężczyzny, aby dać mu chwilowy czas do namysłu i jeszcze dodatkową, krótką modlitwę. Miał odebrać wkrótce to, co zostało mu obiecane. W dodatku powinien zmusić się jeszcze do treningów, aby przystąpić do egzaminu setki ścieżek. Był pewien, że jeżeli się nie postara, sam umrze. I być może to miało zostać mu przeznaczone przez pana. Czuł się paskudnie zniewolony.
    Wyjścia jednak innego nie miał. Potrzebował silniejszych sojuszników w tej walce. Bo to właśnie Tytan posiadał większe wsparcie od ludu. Szlachta go uwielbiała. Nawet mieszczuchy. Prychało tylko wojsko i kapłani, a tych pod swój dach przygarnął fuhrer. Po cóż mu jednak byli wojownicy, którzy i tak zostali zmuszeni do słuchania rozkazów szlachty oraz księża, którzy nie potrafili zaoferować mu nic, poza błogosławieństwem i życzliwym uśmiechem, oraz ewentualnym głosem. Cholera trafia to wszystko.
    Po dwóch godzinach medytacji zasłonił wreszcie obraz i wyszedł z miejsca rozmowy, zamykając drzwi na klucz. Wokół panował nieprzyjazny półmrok. Alara czekała przy drzwiach świątyni, wciąż stojąc na baczność. Basior był zdumiony faktem, iż ta jeszcze nie przymrużyła oczu. Niejeden gwardzista po prostu odpadał podczas modlitwy. Trzeba będzie jej chyba nadać nowe miano.
   - Stalówka, wracamy do domu.
    Głupio to brzmiało. Wadera z początku nie zorientowała się, że może chodzić o nią. Rozglądnęła się na boki, jakby poszukiwała drugiego towarzysza. Zajęło jej kilka sekund, aby zorientować się, że mówił do niej. Zebrała swoje rzeczy.
   - Wolałbym przed świtem móc znowu położyć się w swojej komnacie. Sama też będziesz musiała zmrużyć oko. Powiem tylko komuś ze służby, aby przyszykował nam kakao oraz ciepły kocyk. To ostatnie plany na dzisiaj, moja droga. Mam nadzieję, że nikt nam nie przeszkodzi tego wieczoru.
    Alara, jak zwykle, nie protestowała. Przyjemną perspektywą wydawał się relaks po czynnej służbie na zamku. Nie wiedziała, iż tej nocy basior miał jeszcze inne plany do zrealizowania, kiedy ta tylko zmruży oczy. Basior bowiem liczył na kontakt z Dian. Miał nadzieję, że skoro brat przydzielił jej komnatę, zastanie ją w zamku, słodko śpiącą po wyczerpującym dniu. Liczył na to, że uda mu się zamienić z nią parę słów.

Dian?

15 stycznia 2021

Od Możana C.D Alary

    Tak. To było to. Miejsce, w którym odetchnąć mógł świeżym powietrzem. Nie miał w zwyczaju zostawać  długo w zamku, chociaż równie mocno nie lubił brudzić sobie łap osobiście. Czasami jednak trzeba przypilnować innych, mając nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jako iż brat oficjalnie nie chciał się fatygować i wolał raczej udawać, że ufa swoim posłańcom w stu procentach (a potem często wynikały z tego niepożądane efekty uboczne), ten musiał wybrnąć z tego za niego. Była to dobra okazja to pozbycia się zbędnego balasu w postaci marudzenia pierworodnego i możliwość do rozejrzenia się po miastach. Trzeba mimo wszystko przyznać, że dawało to swego rodzaju nowe doświadczenia. Fascynujące.
   Fascynujące było również to miasto, jakby wykute z żelaza. Raj dla wojowników z rodu Hajre oraz innych, przebywających do miasta rycerzy. Minęli tablicę ogłoszeniową, na której napisane było ogłoszenie dotyczące rozpoczynającego się wkrótce turnieju rycerskiego pod patronatem Tytana Riversa, który miał się zjawić w owym dniu. I być może właśnie o jego obecność chodziło głównodowodzącemu garnizonem. Brat w tym samym dniu był przecież na spotkaniu ze szlachtą rodu Warczyńskich. Nie było najmniejszych szans na pojawienie się króla we własnej osobie. Zapewne zechce posłać tam brata. Jeżeli faktycznie planował zamach na życie Możana byłaby to doskonała okazja. Rycerze mogliby się naprawdę zdenerwować, jeżeli zabrakłoby kogoś z rodziny królewskiej. A jak wiadomo, na takich turniejach wypadki chodzą po ludziach.
   Pamiętał dobrze ten słynny incydent z księżną Alardunai, jeszcze za czasów rządów ów rodu, kiedy o Riversach nikt nie wspominał. Mimo iż historia ta miała przepaść, to ojciec dwójki braci dopilnował, aby każdy z nich wiedział o rodzie Alardunai. Trzeba przecież znakomicie poznać swojego wroga na wypadek ataku. Ci przysięgli, że kiedyś powrócą na tereny i zabiorą, co jest im przeznaczone. Możan mógł mieć nadzieję, że nie odbędzie się to w tym stuleciu, bo brakowałoby mu tylko starców na białych rumakach w złotej koronie.
    W każdym razie incydent z księżną Elizabeth Alardunai odbył się pięćset lat temu, podczas pierwszego takowego turnieju rycerskiego i ostatniego za panowania świetlistych. Jeden z rycerzy chybił wówczas podczas rzutu włócznią, chociaż niektórzy uważają, że było to celowe. Księżna nie miała wystarczająco odpowiedniej ochrony, zaś oszczep był wzmocniony nieznanego pochodzenia zaklęciem, przez to przeszył mózg wadery na wylot. W ten sposób jeden z młodych książąt stracił swoją oblubienicę i powiesił się kilka dni po całym incydencie. Rycerza skazano na publiczną chłostę i karę śmierci, chociaż zebrało się wtedy wielu wojaków, którzy byli przekonani, iż ten nie był odpowiedzialny za wypadek. Turnieje odwołano. Jedynie pomniejsze eventy organizowane były na terenie garnizonu, jednak z udziałem znacznie uszczuplonej publiczności.
   I dopiero wspaniałomyślna rodzina Rivers przywróciła ten cudowny zwyczaj do łask. Dlatego też mieli tak dobre stosunki z rycerskim stanem, chociaż Tytan Rivers jakby specjalnie próbował je zniszczyć, czy to odcinając finanse na rzecz swoich ogrodów (uważał wówczas, że nie potrzeba inwestować tyle pieniędzy w szkolenia nowych rekrutów, skoro i tak nie prowadzimy żadnej wojny) i dodatkowo nie pojawiając się we własnym osobie na ufundowane przez siebie igrzyska, co dla rodu rycerskiego wiązało się z hańbą. Posłał więc swojego brata zapewne, aby sam to załatwił. Wiedział, że Możan będzie chętny.
    I nie mylił się.
   - Proszę za mną. - poinformował ich jeden ze strażników, kiedy przekroczyli mury wielkiej warowni na środku miasta. - Trzeba będzie omówic szczegóły dotyczące turnieju rycerskiego. W tym roku mamy 50 rocznicę, więc wypadałoby zrobić coś spektakularnego. O wszystkim dowiedzie się ze strony dowódcy.
   Czy spektakularne byłoby ewentualne wystawienie samej gwardzistki królewskiej na bój z innymi wilczętami? Jako iż Alara była u boku Możana to samo w sobie powodowało swego rodzaju umocnienie. Niejeden rycerz mógł poczuć się zazdrosny wobec wadery wykutej z żelaza. Mogliby chcieć stanąć do walki, aby udowodnić swoją wyższość, a basior poczułby dumę, kiedy ta rozpłatałaby kilka pysków, pokazując swoją dominację nad byle rycerzykami.
    Rozum jednak nie mógł na to pozwolić. Gdyby coś stało się Alarze ten musiałby sam znieść upokorzenie, które mogło się za tym nieść. Przecież wadera była jego reprezentantem. Co pomyśleliby strażnicy, gdyby się okazało, że gwardzistka jest tak krucha? Przecież wyśmialiby ją i cały ród Hajre, co mogłoby się skończyć naprawdę haniebnie. Chociaż Dariusa nie bardzo obchodziła pod tym względem sama Alara. Bardziej martwił się o swoją reputację oraz o ewentualnie skrytego w murach zamachowca, który, kiedy tylko wadera oddaliłaby się od niego, mógłby podnieść rękę na basiora. Perspektywa wygranej wadery jednak cholernie go kusiła...
   - Będą również rekruci z Watahy Zachodu?
    - Prawdopodobnie. Zaproszenie zostało wysłane i do ich warowni głównej, ale nie mamy pewności co do przybycia wilków. Kto wie, może jakiś się skusi, a to mogłoby umocnić więź między konkurencyjną watahą, wasza wysokość.
    Cóż to były za cudowne słowa na zakończenie wypowiedzi. 

Alara?

12 stycznia 2021

Od Możana C.D Dian

     Ze swojego doświadczenia wiedział, jak to bywa z wieszczkami. Bardzo łatwy sposób zarobku na naiwnych panach. Jeżeli jednak faktycznie ma się dar widzenia często potrafiły ocalić niejedno życie. Czasem też wizja była na tyle niejasna i tajemnicza, że z pozoru groźna burza zamieniała się w łagodną zamieć. Wszystko zależało od języka, jakim posługiwały się wszystkowidzące panie. W naturze Możan  był nieufny wobec takich zabiegów i sceptycznie spoglądał na każdego guślarza, szamana, wieszcza, wróżbiarza... Jego brat zaś, podatny na wpływy innych, ale przy tym siedzący ponad Darknessem, był bardziej skory do wysłuchania tego, co miała mu do przekazania panienka. Dlatego też natychmiast kazał ją przetransportować do sali tronowej, pomijając inicjację w stylu zaproponowania jej posłania, lepszych ubrań, ciepłej kąpieli (a wadera śmierdziała rybami, co było odczuwalne w całym zamczysku).
     Przygnębiająca atmosfera uderzała nieprzyjemnie wędrowców. Dzisiejszy dzień miał okazać się iście paskudny nie tylko przez pogodę. Możan obudził się dzisiaj z ogromną niechęcią i pewnością, że wolałby ten dzień przespać, aniżeli niepotrzebnie wkurwiać się na brata. Gdyby był kobietą służący z pewnością łatwo mogliby to podsumować jednym słowem: "okres". Wszystko to przez niespokojne zachowanie, zamknięcie w sobie, oraz kwaśną minę. Wyjaśnienie tego zjawiska było jednak dużo bardziej proste: przeczucie. Czasami niektórzy tak miewali. Ktoś przewidział śmierć własnego psa, a ten chociaż zawsze trzymał się blisko i byliście o niego spokojni, tego dnia wpadł pod samochód. Zastanawialiście się godzinę przed tragedią, czy jednak ten jeden raz nie warto było go uwiązać. A potem przez resztę dnia coś męczy, coś gryzie. Bo można było coś zdziałać i posłuchać intuicji, która wręcz krzyczała, aby nie stać bezczynnie, bo zaraz coś się wydarzy. I nagle pojawia się problem, ból.
    Być może to przeczucie świadczyło o nadejściu gościa z zewnątrz. Gościa, który miał przynieść im złą nowinę. A być może chodziło tutaj o to, że sama wadera jest złą nowiną. Być może przybyła tutaj, aby dokonać żywota jednego z braci i o to chodziło w tej całej "przepowiedni". Za dużo myślał dzisiaj. Zdecydowanie za dużo.
   - Najlepiej będzie, jeżeli przejdziemy do sali. Zawołam Glaviss, aby nam potowarzyszyła. Z tego co wiem, to Alara jest na treningu, więc nie będzie mogła się zjawić, czyż nie?
    Tytan wydawał się być usatysfakcjonowany tym faktem. Mając przy sobie waderę, która dodawała Możanowi dodatkowych punktów do wrogości, czuł się zdecydowanie zbyt przytłoczony. Alara, o ile wydawała mu się całkiem... ciekawą partią, to będąc przy Możanie odnosić można było wrażenie, że jest gotowa w każdej chwili, na polecenie jego brata, rozerwać królowi gardło. Bardziej jej się to opłacało. Za wszelką cenę nie mógł dopuścić do ich zbliżenia, gdyż w takim przypadku szybko mogliby zdominować najwyższego basiora w królestwie.
   - Nie lepiej, abyśmy załatwili to we dwójkę? - Darius nie był zadowolony perspektywą bycia nieuzbrojonym przy gwardzistce brata. - Albo w kilku, dodatkowych strażników? Nigdy nie wiadomo, co może się stać...
    - Tak będzie lepiej. - wtrąciła się wadera, ruchem głowy pospieszając dodatkowo dwójkę Riversów, którzy ponownie ruszyli do powolnego truchtu. Tytna dał tym samym za wygraną i po drodze zaczepił wraz z bratem trójkę mężczyzn, którzy znudzeni postanowili sobie zagrać w karty. Zbroje na ich ciele wydawały się nieprzyjemnie ciążyć, ale przy tym dodawać im powagi. Wyglądali już na zmęczeni ciągłym obserwowaniem służących, bo przecież włamywaczy nie było tutaj od dłuższego czasu.
    - Panowie, służba wzywa. Prosimy o dyskrecję podczas spotkania z wieszczką. Za rozmowy dotyczące poruszanych tematów wyciągnięte będą bardzo surowe konsekwencje nie tylko w formie obcięcia opłat. Przy okazji, w razie czego, będzie można rozruszać kości.
     Najwyższy ze strażników podniósł się leniwie ze stołka, który wydawał się przy nim śmiesznie malutki. Skinął głową na swoich kompanów, pospieszając ich żwawym ruchem dłoni. Nie musiał czekać zbyt długo. Po chwili cała trójka gotowa była udać się do sali obrad, która zaraz miała pozostać zamknięta na klucz przed ewentualnymi, niechcianymi świadkami.
     Pomimo obecności dodatkowych druchów Tytan i tak czuł się bardzo nieswojo. Strach przed bratem potrafił czasami sparaliżować jego łapy i język. Nawet świetliste kończyny drgały wtedy nerwowo, a on sam nie potrafił nic z tym poradzić. Mógł jedynie czekać, aż to samo ustąpi, po czym przystroić swój pysk uśmiechem. Myślał sobie wtedy o uldze, którą mogłaby mu przynieść śmierć braciszka. Możan czuł z kolei tylko bezsilną nienawiść wobec pierworodnego. Wielokrotnie zostawał z nim sam, a mimo to i tak nie potrafił zdobyć się na ulżenie sobie. Pani mu powiedziała: jeszcze nie czas. I on jej wierzył, powstrzymując się od gestów, za które musiałby pokutować przez następne lata.

Dian?

Szablon wykonała Fragonia na rzecz bloga Wataha Karmazynowej Nocy. || Credits