Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alara Hajre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alara Hajre. Pokaż wszystkie posty

27 lutego 2021

Od Alary - Walka z Rakornem

Sporych rozmiarów nieumarły ptasi potwór, którego trzewia płoną żywym ogniem. To w nich mieści się jego życiodajna energia. Jest praktycznie niewrażliwy na ból, na obrażenia, rozcięty jest w stanie poskładać się z powrotem, jednak ugaszenie płonącego w nim płomienia definitywnie zakończyłoby jego życie. Problem jest taki, że zwykle rezyduje z dala od wody oraz jest dość inteligentny, by unikać celów, skażonych tym żywiołem. Bowiem jakimś nadprzyrodzonym zmysłem wyczuwa nawet najdrobniejszą jego sygnaturę.
  Mały kamyk z cichym pluskiem uderzył w perfekcyjnie gładką taflę jeziora, wzbudzając na niej rozchodzące się w sposób kolisty fale.
- Lokalizacja faktycznie wygląda nieźle - przyznała Alara, kiwając głową do kuzyna. - Poza tym, że nad nami jest kilkanaście metrów skały. - Spojrzała na zwieszające się ze stropu stalagmity.
- Nie znaleźliśmy lepszego jeziora, odpowiadającego twoim wytycznym, pani. - Zarion Hajre wzruszył lekko ramionami, a wadera skarciła go wzrokiem.
- Więc magowie skalni będą musieli przebudować nieco strukturę. - Zamyśliła się. - Jak długo to zajmie?
- Z miesiąc, jak dobrze pójdzie.
- Nie mamy tyle. - Gwardzistka skrzywiła się. - Za tydzień odbędzie się przegląd. Jeśli ptak będzie żywy do tego czasu lordowi Możanowi może stać się krzywda.
- Co zatem proponujesz? - Zarion uniósł brew. Mimo pozorów oficjalnego zachowania wciąż wychodziło z niego wychowanie poza rodem. Alara nie miała mu tego za złe. Był dobrym Gwardzistą Grobowym. Mimo wszystko źle się czuła, widząc niektóre jego postawy.
- Kruszenie. Niech zmienią strukturę skał powyżej na sypką i przekierują na boki jaskini. Tylko część, niech pozostawią wąskie półki skalne. Pod każdą ładunki wybuchowe. Magnetyczne.
- To i tak potrwa.
- Mają tydzień.

[...] Alara biegła przez płonący las. Była bez zbroi. Praktycznie bezbronna. W bezpośredniej walce przeciwnik był dla niej niemożliwy do pokonania. Mimo wszystko musiała się go pozbyć. Przeskoczyła przez płonące krzaki, wybiła na upadającym pniu i przeleciała tuż pod ognistą kulą. Jej futro raz po raz stawało w płomieniach i raz po raz zamieniała jego strukturę w metaliczną, by je ugasić. Jednak temperatura wokół była zbyt duża i powoli czuła, jak opuszcza ją energia. Całe jej wnętrzności zaczynały się gotować. Wypadła na polanę. Nie miała szans z tym w lesie. Choć na polanie nie miała tym bardziej.
  Rozległ się ryk i olbrzymi, ptasi kształt opadł z nieba. Jego olbrzymie szpony zacisnęły się na ciele Alary, popełniając najgorszy błąd w tej walce. Wadera gwałtownie ściągnęła do siebie metal, ukryty w sypkiej nawierzchni polany, przybierając na wadze o kilka ton, jednocześnie pociągając w dół stwora i posyłając impuls magnetyczny.
  Ziemia zatrzęsła się, Rakorn zaryczał i oboje runęli w osypujące się skały, ściągane przez kogoś w korytarze na boki, zmierzając prosto do podziemnego jeziora. Potwór zamachał gwałtownie skrzydłami, czepiając się ścian krateru i próbując opóźnić swój upadek. Alara na chwilę poluźniła uchwyt, metal zawirował w powietrzu, szorując po ścianach dziury i uderzając w desperacko chwytające się ich kończyny. Kilka kości poleciało na boki, jednak stwór nie zamierzał dać za wygraną. Jego dziób wpadł w jeden z wyżłobionych tuneli i zaklinował się tam, jednocześnie osłonił go tym, co zostało ze skrzydeł, blokując większość siły ataku płytami. Gwardzistka przemieniła się w człowieka, zamieniając trzymane w rękach kawałki metalu w haki i wspinając się dzięki nim na grzbiet bestii. Widząc, a właściwie czując, co wadera próbuje zrobić, stwór wypuścił z siebie salwę płomieni, jednak Alara była zbyt daleko, by teraz się poddać. Przeskoczyła nad płomieniami. Przed jej oczami powoli pojawiały się czarne plamy, obraz zaczynał mazać. Czuła, że traci równowagę.
  Ostatni wysiłek. Dla Możana. Ten. Ostatni. Wysiłek. Rzuciła się do biegu, przemieniając w trakcie w wilka i przyciągając do siebie metal. Kilka odłamków przed nią ułożyło się w schody. Wskoczyła na nie i ściągnęła do siebie całą resztę, tworząc z siebie metalową kulę, która uderzyła w łeb Rakorna, krusząc czaszkę i pozbawiając go oparcia. Stwór runął jak długi prosto do podziemnego jeziorka. A za nim Alara.
Tekst opowiadania: 563 słów
Nagroda:
  • równowaga: + 400
  • 500 trefli

19 lutego 2021

Od Alary - Randka??!

   Dziwne poruszenie w zamku. Szepty wśród służby. Alara widziała nawet kilkukrotnie Karo, mimo że według grafiku nie powinien być na zamku. No i jeszcze ciągnął ze sobą tą nieupoważnioną. Małe rączki dziewczynki swoim subtelnym działaniem zmąciły sporo spokoju paranoicznej stronie gwardzistki. Coś było nie tak i wadera miała co do tego najgorsze przeczucia. Choć jej pan zdawał się niczego nie zauważać. Dla niego procesy w zamku niezwiązane z jego osobą działy się tylko w tle. Choć wadera wzdragała się od podejrzewania o zdradę własnego krewniaka, na dodatek dziedzica doradcy, jednak w ostatnim czasie miała już do czynienia z jednym Hajre, który odciął się od rodzinnych tradycji. Lepiej zawczasu odciąć chore gałęzie.

- Sir Karo Hajre? - Młodszy gwardzista uniósł pytająco brwi. - Nie wydaje mi się, by było w tym coś dziwnego. W końcu uczy się zarządzaniem Gwardią Zamkową, pewnie matka wydała mu sekretne rozkazy. 
- Na pewno sekretnym rozkazem jest przekazywanie naszych procedur szczeniakowi nie z rodu? - Alara uniosła brwi, a Cyris Hajre zamyślił się. Cyris nie był wiele młodszy od wadery, jednak był na tyle młody, by była w stanie złapać z nim jako taki kontakt podczas swojej służby jako giermek. To prawda, była skupiona na rywalizacji, jednak zdobywanie popularności było również jej częścią. Niestety Gleviss miała na tym polu znacznie lepsze wyniki.
- Pogadam z gwardią. - Basior skinął głową.

[...] - Mastrus Zalarar i Możan Rivers, pani. - Postać gwardzisty wyglądała na spiętą w towarzystwie Gwardzisty Królewskiego. Basior najwyraźniej był stosunkowo od niedawna członkiem gwardii, jednym z mieszczan, służących pod Gwardią Zamkową. Spoglądał na Alarę w oczekiwaniu na jej odpowiedź.
- Głupota - parsknęła. - To mogłoby być uznane za afront, wręcz za zdradę w stosunku do lorda Tytana. Od pokoleń walczymy z Watahą Zachodu, przodkowie Mastrus wielokrotnie czyni rodowi Rivers liczne krzywdy, niszcząc ich ziemie, własności i honor. Jak Karo może wogle rozważać to jako korzystne? 
- Cóż, pani... - gwardzista przemknął ślinę. - Połączenie watah mogłoby przynieść pokój...
- Raczej wojnę domową. - W głowie Alary zaczęły przesuwać się scenariusze, w których szlachta Karmazynowych kłóciła się z rodami Zachodnich, te, w których Mastrus oplatała sobie wokół palca Możana i przejmowała dla siebie całą watahę, a potem dusiła opór, a także te, w których Tytan uznawał brata za zdrajcę i ten uciekał do wrogiej watahy, by wypowiedzieć Królowi wojnę. Szczególnie ta ostatnia wizja zmroziła waderze krew w żyłach. Słowa starego gwardzisty, mural w mieście, strach w oczach Króla, ilekroć był z bratem w jednym pokoju, starania Możana. Pokręciła gwałtownie głową. To się nie mogło dziać. Nie mogło być prawdą. Ale jeśli... Nawet jeśli nie, nie mogła pozwolić, by pojawiła sie pokusa. - Jak to dokładnie ma wyglądać? - zapytała zwięźle.
- Z tego co wiem pani...

[...] - Matko, jakie są twoje rozkazy? - Alara stała wyprostowana jak struna. Cyris stał kilka kroków z tyłu. Zaświadczył jej słowa. Klavris Hajre zacisnęła zęby.
- Poddam pod rozwagę twoje zarzuty - oznajmiła. - I, jeśli coś takiego naprawdę miałoby się wydarzyć, otrzymujesz zezwolenie na użycie wszelkich godnych środków, by temu zaradzić. Jakem Hajre, nie dopuszczę, by z naszej winy sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej.
- Jak to, jeszcze bardziej, matko? - Wadera podchwyciła ostrożnie, przypatrując się uważnie surowemu pyskowi Doradcy. Klavirs warknęła i kłapnęła pyskiem, na co gwardzistka położyła uszy po sobie i wycofała się nieco. - Jak sobie życzysz, matko. - Skłoniła głowę. Zaczęła tyłem zmierzać w stronę drzwi.
- Jeszcze jedno. - Doradczyni zatrzymała ją w miejscu. - Nie ingeruj bezpośrednio. Nie może się wydać, że Karo działa na własną rękę. Oficjalnie dalej jest moim następcą. Póki nie ma dowodów przewinienia, jego ocena trwa. 
- Oczywiście, matko.

[...] - Wszystkie wiadomości do lorda Możana mają najpierw przejść przez moje łapy, a wszelkie wychodzące sprawdzone. Do niczego nie dojdzie, jeśli nie będą wiedzieć o spotkaniu.

-5% Możan jeśli list zostanie przechwycony przez Hajre
-5% Mastrus jeśli list zostanie przechwycony przez Hajre

Quest Randkowy 1

Napisz list miłosny od Możana do Mastrus/od Mastrus do Możana, który zachęci ją/jego do przyjechania i udziału w randce. Mile widziana oprawa graficzna.

Quest Randkowy 2

Dopilnuj, by napisany uprzednio przez kogoś/ciebie list dotarł do adresata. W tym celu stwórz bait na agentów Hajre. Forma baitu wedle twojego uznania.

09 lutego 2021

Od Alary - Walka z Hallevem

Zagorzały przeciwnik wszelkiej ustrukturyzowanej włądzy. Anarchista, podburzający wilki do walki ze sobą, sabotujący akcjie i obiekty, szlacheckie bale i ważne uroczystości państwowe. Przy tym wszystkim niezwykle czarujący, prawdopodobnie wydziela jakiś rodzaj feromonów, mu to ułatwiających. Swoje drobne operacje opiera na działalności rzesz wader i basiorów, którzy nie mogli się oprzeć jego urokowi, jego charyźmie. Jest typem przeciwnika, który woli załatwić sprawę przez seks, niż przez walkę. I jest w tym cholernie dobry.
  W niewielkiej sali na tyłach dworku zabrało się koło dwudziestu wilków obojga płci. Wszyscy w maskach i wszyscy z błyszczącym pożądaniem w oczach. Czekali, patrząc na siebie. Czekali, aż ON przyjdzie. Gdy rozległy się miękkie, sprężyste kroki, a powietrze wypełniło się zapachem. Tym jednym, specyficznym zapachem, wśród zgromadzonych zapanowało wyraźne poruszenie. Nerwowo ściskali i rozluźniali łapy, niektórzy się oblizywali, innych uszy strzygły czujnie. Kilka ogonów zaczęło z podniecenia szurać po podłodze. 
  Bezszelestnie wszedł między nich. Piękny, jak zawsze doskonale zadbany, jak zawsze z uśmiechem na pysku. Przechodząc, ocierał się o szyje wilków, przejeżdżał swoim ogonem po ich podbródkach, łapał kontakt wzrokowy i trącał lekko nosem. Gdy jego futro przejechało po krtani Alary, wadera ledwie powstrzymała się od wzdrygnięcia. Cała ta jego uwodzicielska gra anarchistyczna sprawiała, że chciało jej się wymiotować. A teraz była tak blisko jego. Jej metalowa maska lśniła delikatnie w blasku pochodni. Tylko ona mogła zasłonić tak charakterystyczny dla Hajre metalowy odłamek ciała przed oczami Halleva. I wiedziała, że będzie zmuszona użyć umiejętności, których nie posiadała. I że od tego zależy powodzenie misji.
  Bal miał się odbyć za godzinę. Do dworku zjechało już wielu ważnych oficjeli, jednak wszystkie przygotowania i tak dawno zostały zakończone. Przywódca przybył na sam koniec, by sprawdzić, jak się sprawy mają. Zaraz zresztą pewnie ruszy dalej. Gwardzistka nie mogła do tego dopuścić. Nie po tym jak zmuszona była znosić jego zapach przez te wszystkie dni. Paskudny odór feromonów zdrajcy. 
  Zakręciło jej się w głowie od intensywności woni, gdy basior otarł się swoim bokiem o jej bok.
- Nie będziesz potrzebna w dalszej części - wyszeptał do jej ucha niskim, uwodzicielskim głosem. Alara zesztywniała, próbując powstrzymać swoje serce od szybkiego bicia. Co on jej właśnie proponował? Jak powinna zareagować? Zaraz się zorientuje, że coś jest nie tak. - Choć ze mną.
  Długi ogon owinął się wokół szyi Hajre i pociągnął delikatnie w stronę drzwi. Gwardzistka dała się prowadzić, czując na sobie zazdrosne spojrzenia reszty grupy. Ostatecznie to ją wybrał, by z nim poszła. Była tak du... Nie! Poczuła gorąc na twarzy, gdy wyimaginowany Możan wymierzył jej cios w policzek. Niemal czuła metaliczne rysy po pazurach, a niezadowolenie na twarzy jej pana... zaczęło powoli odpływać w miękki, ciepły sen, w którym on, Hallev delikatnie pocierał swoim pyskiem o jej pysk. Łapy wadery ugięły się pod nią i powoli osunęła się na ziemię. Zaczynała czuć mieszaninę podniecenia i radości. Była najlepsza. W końcu ją wybrał. Ją właśnie, spośród wszystkich innych! Czule ocierał się o jej grzbiet, zmierzając w stronę tyłu. Był blisko.
  Nie sądziłem, że twoja wole jest aż tak słaba. Odległy głos Możana ledwie przebijał się przez miłosną mgiełkę. Mieli rację zamiast ciebie wybierając Gleviss. Wspomnienie siostry było jak kubeł zimnej wodu. Alara gwałtownie się poderwała, uderzając powoli sadowiącego się zalotnika w pierś i odrzucając na posadzkę obok. Upadł na bok i spróbował się szybko poderwać, jednak ocucona lodowatą wściekłością wadera skoczyła na niego, przybijając go do ziemi. W jednej chwili wymierzyła mu masywny cios w kark, kładąc go do snu.
  Resztą zajmie się straż miejska, gdy wejdą w przebraniach gości. Pozostawało teraz czekać.
Tekst opowiadania: 508 słów 
Nagroda:
  • Siła: +150
  • Moc: +150
  • 400 trefli

Od Alary cd. Możana

  Alara skłoniła się lekko i wyszła. Nie miała ochoty specjalnie oddalać się od namiotu swego pana. W okolicy już kręciło się sporo wilków i mimo że lord Engermaus wystawił swoich gwardzistów, wadera wcale nie czuła się spokojniejsza. I jeszcze miała udawać zwykłego gwardzistę. Z namysłem przejechała palcami po metalowej brodzie. Musiałaby chyba ubrać bandanę na twarz. Po prawdzie wydało jej się to dobrą myślą i żałowała, że nie wpadła na to wcześniej. Zrobiła ruch, jakby miała udać się do namiotu, gdy przypomniała sobie, że jej pan zabronił jej wchodzić. Westchnęła.
- Lady Hajre! - rozległo się przez plac. Gwardzistka zesztywniała. Przez błonia właśnie maszerowała energicznie wysoka kobieta, o brązowych włosach, na której czole widniał masywny róg. Jej tabard wyszywany był złotem oraz miedzią i mienił się w świetle słońca, zwracając na nią uwagę wszystkich dookoła. Na szyi miała masywny, złoty łańcuch, a przy jej biodrze zwisał elegancki, misternie rzeźbiony rapier o złotej rękojeści i w złotej pochwie. Bardziej od tego wszystkiego świecił się chyba tylko jej uśmiech.
  Powinna była liczyć czas od wyjścia z namiotu. Najkrótszy czas do porażki, jaki kiedykolwiek osiągnęła. Przedstawicielka rodu Warkańczyków zbliżała się powoli, a za nią, skąpany w jej blasku, szedł znacznie od niej wyższy młodzieniec o jasnych włosach i oczach, pewnie maszerując za kobietą wojskowym, równym krokiem. Zapewne jeden z rycerzy służących rodowi.
- Cieszę się pani, że na ciebie wpadłam. - Kobieta stanęła przed Alarą i dygnęła lekko, prezentując grację prawdziwej arystokratki. W odpowiedzi gwardzistka skłoniła się, dość sztywno czekając, aż tamta przejdzie do meritum. - Gdy tylko Gregory oznajmił mi, że do miasta przybyła członkini rodu Hajre z jakimś mężczyzną nie mogłam się doczekać, by się z tobą spotkać. To w końcu dość zaskakujące, by członkowie waszej rodziny opuszczali zamek lub grobowce, chyba że... - to mówiąc pochyliła się konspiracyjnie - chyba że eskortuje jakąś ważną osobistość na zlecenie władcy. A ptaszki ćwierkają. - Kobieta mrugnęła, odsuwając się nieco. Spojrzała na stojących przed namiotem gwardzistów. - Nie zaprosisz mnie pani do środka? 
- Proszę o wybaczenie, pani, ale mój lord nie życzy sobie z nikim rozmawiać. - Alara ucięła krótko, prostując się i zakładając ramiona na piersi. Tyle z pozbycia się zbroi płytowej i bycia "incognito".
- No tak, zapewne podróż z Rivangothu musiała być dla was bardzo męcząca. - Kobieta pokiwała głową z udawanym zmartwieniem. - Jednak twój... lord - ostatnie słowo powiedziała z naciskiem - powinien znaleźć chwilę dla tak znamienitej osobistości, jak ja. Oh, co z moimi manierami. Ginevre Delliwere Warkańczyk, trzecia w kolejności starszeństwa. - Wyciągnęła dłoń w stronę Alary, a ta pochwyciła ją lekko i pochyliła się, by ją ucałować. W tym samym czasie przez jej głowę przelatywały różne myśli. Od jak dawna byli śledzeni? Czy Warkańczycy wiedzieli już dokładnie, z kim podróżowała Alara? A może tylko podejrzewali i chcieli się upewnić? Co chcieli uzyskać na turnieju? I co ważniejsze, czemu wysłali tutaj akurat swoją trzecią córkę? - Lady Alaro, będziesz tak miła i zapowiesz mnie swojemu... lordowi?
  Gwardzistka wyprostowała się, spoglądając prosto w te złote, niewinne oczy przedstawicielki najbogatszego rodu na Delcie. Nikt nie jest bogaty tylko z powodu pięknych oczu. Ale lord Możan i tak będzie niezadowolony.
- Proszę mi dać chwilę, pani - oznajmiła, odwracając się na pięcie i ruszając z powrotem do namiotu. Na chwilę przystanęła przy płachcie.
- ...najlepiej, jak się tylko da. - To były słowa, które dotarły do gwardzistki, gdy dotarła do płachty w przedsionku. Z kim rozmawiał fuhrer? Z kimkolwiek rozmawiał, nie chciał, by wadera przy tym była. W końcu jej nie ufał. Po prawdzie nie miał powodu jej ufać. Zacisnęła lekko wargi. Odwróciła się plecami do kotary, by światło w środku nie dawało jej podpowiedzi na temat tożsamości rozmówcy.
- Panie - odezwała się po chwili milczenia. - Lady Ginevre Delliwere z rodu Warkańczyków rzyczy sobie z tobą rozmawiać.

Możan? Ups :P

Od Alary cd. Roselli

  Kamienna płyta opadła i jęki potworów umilkły. Alara powoli uspokajała oddech, wciągając metal z blach z powrotem w swoją zbroję. Dobrze było znowu poczuć magnetyczne pole, otaczające jej ciało i odciążyć ramiona z części wagi. Odwróciła się do towarzyszki. Ta siedziała na ziemi, również wyrównując oddech i majstrowała przy opatrunku na nodze.
- Co robisz? - warknęła gwardzistka, robiąc krok w jej stronę, nieco bardziej gniewnie, niż zamierzała. Jeśli Roselle teraz ściągnie opatrunek to cóż, drugiego tabardu kobieta nie miała. Tamta jednak pokręciła tylko głową i chyba próbowała coś wychrypieć, jednak jej struny głosowe nadal były w zbyt kiepskim stanie. Alara uklękła przy niej i chwyciła twardo jej rękę, odciągając ją od opatrunku. - Znowu zacznie krwawić. Nie mamy więcej materiału. Kobieta wyszarpnęła dłoń i pokręciła ponownie głową. Lekko odepchnęła kobietę, bez agresji. Przez chwilę się zawahała i wyciągnęła jedną z gałązek zza pasa, która w jej rękach zamieniła się w krótki nóż. Delikatnie przejechała nim po dłoni, robiąc czerwoną kreskę, która równie szybko jak się pojawiła - zniknęła. Gwardzistka zrozumiała wreszcie, o co tamtej chodzi. Wstała i założyła ręce na piersi. To wyjaśnia, czemu wcześniej wyrwała strzałę. Wilki z mocami regeneracyjnymi często zapominały, jak kruche jest ich ciało, gdy nie mogą ich używać. Wśród Hajre bardzo wielu rekrutów nie przywiązywało dużej wagi do nauki pierwszej pomocy. Gdy twoje ciało metalowieje w miejscu odcięcia nie specjalnie przejmujesz się opatrywaniem ran. 
  Roselle odwijała bandaż, a Alara zaczęła się rozglądać czujnie po pomieszczeniu. Tu, gdzie stały najwyraźniej było bezpiecznie, jednak kto wie, jak szybko ten stan rzeczy pozostanie niezmieniony. A teraz były tu zamknięte. Nawet jeśli znajdą te zapiski, znalezienie wyjścia na zewnątrz może okazać się problematyczne. Kobieta podeszła do bloku skały, który niedawno był drzwiami. Potem do włącznika. Nie była co prawda mechanikiem, ale nie wyglądało na to, by drzwi działały w dwie strony. Nacisnęła przycisk. Nic. Brak reakcji. Widać służył tylko do opuszczania. Może gdzie indziej był podnośnik? Może jakiś odgórny system otwierający drzwi? I czemu u diabła zamykało się je od środka?
  Na ostatnie pytanie akurat bardzo szybko znalazła odpowiedź. A było nią spojrzenie w głąb sali. Nie była specjalnie duża. Prostokątna, o ścianach wyposażonych we wnęki, aż po sufit i podsadce, na której umieszczonych zostało osiem sarkofagów. Wśród tego wszystkiego, siedząc bądź leżąc, rozłożone były wysuszone szczątki ludzi. 
  Gwardzistka ostrożnie, choć nie spodziewała się pułapek w pomieszczeniu grobowym, podeszła do najbliższego ciała. Pierwszym, najprostszym wnioskiem był fakt, że ewidentnie się nie ruszał. To był dobry fakt. Nie miał na sobie ubrania, cokolwiek nosił, musiał dawno rozsypać się w pył, jednak na jego szyi wciąż widniała złota obręcz z wygrawerowanymi runami.
- Mówiłaś coś o runach elfickich? - Alara zwróciła się do towarzyszki, która właśnie kończyła rozmasowywać nogę. Roselle skinęła głową. W półmroku wydawała się bardziej blada, niż była wcześniej, jednak bez trudu wstała, opierając równomiernie ciężar ciała na obu nogach. Moc godna pozazdroszczenia. Zamieniające się metal tkanki Hajre co prawda były równie poręczne, jednak wymagały dodatkowej uwagi przy animowaniu ciała. Często bardziej opłacało się kuśtykać, niż zmuszać do ruchu metalowe mięśnie. - Możesz to odczytać? - Pociągnęła lekko za obręcz, a głowa trupa zachwiała się, po czym odpadła od korpusu i potoczyła po posadzce, upadając na bok. Nie zrobiłoby to na kobiecie większego wrażenia, Hajre pogardzali białkowymi rodami, gdyby nie fakt, że ucho, które zostało w tym momencie wyeksponowane, ewidentnie było szpiczaste.

Roselle? Spadek do 555 xd wracamy do normalności :P

31 stycznia 2021

Od Alary - Walka z Erhartem Leitgebertem

Tajemniczy rycerz, który przychodzi znikąd, by rzucić wyzwanie najznamienitszym wojowników i zmierzyć się z nimi w pojedynku na śmierć i życie, poszukując tego, kto wreszcie skróci jego nędzną tułaczkę i położy do wiecznego spoczynku.

  Możan patrzył na wysoką, stojącą przed nim postać. Potem jego wzrok opadł na leżącą przed nim na ziemi rękawicę. Uśmiechnął się dumnie i wykonał ruch, jakby chciał się schylić. Jednak Alara była szybsza. Bez wahania uniosła rękawicę, stając przed swoim panem i rzucając wyzywające spojrzenie rycerzowi.
- Nie jesteś godzien rzucać wyzwania memu panu, ja będę twoim przeciwnikiem - zadeklarowała. Rycerz stał nieruchomo. W milczeniu. 
- Miałem ochotę pokazać temu idiocie, gdzie jego miejsce. - Fuhrer skrzywił się z niezadowoleniem. Gwardzistka odwróciła się i skłoniła głowę przed swoim panem.
- Panie, ostatnio zawiodłam w ochronie ciebie. Proszę pozwolić mi się zrehabilitować. - Alara wiedziała, że Możan wie, o czym mówi. Ostatnim razem odesłał ją od siebie i zaatakował go niedźwiedź. Oczywiście władca zabił tamtego potwora, jednak co, jeśli mu by się nie powiodło? Nie była to wina gwardzistki, wykonywała rozkazy, ale byłaby to wina gwardzistki, osądzona w obecności głowy jej rodu. Fuhrer musi zaakceptować, że jest chroniony, gdy jego udział w walce nie jest konieczny.
  Mężczyzna patrzył milcząco na kobietę, po czym machnął lekceważąco ręką.
- Rób, co musisz.
- Dziękuję, panie. - Alara ponownie skłoniła głowę i zrzuciła tarczę z pleców, odwracając się do czekającego nieruchomo rycerza. Jej przeciwnik w pełnej, złotej zbroi, stał kilka kroków od niej, opierając o prawe ramię masywny miecz dwuręczny. Tarcza w dłoni kobiety zmieniła swój kształt, przybierając formę młota bojowego. Na jej głowę nasunął się hełm. Wyprostowała się i uniosła młot pionowo przed swoją klatką piersiową, trzymając go z łatwością jedną ręką. Rycerz odwzajemnił ten gest. W jednym momencie oboje wykonali ceremonialny zawijas swoją bronią i w tej samej chwili wyskoczyli do przodu.
  Rycerz był nieco szybszy. Jego miecz poszybował w stronę kobiety, która z całej siły zbiła cięcie młotem, kierując ostrze w dół. Metal zazgrzytał o metal. Korzystając z niskiego wychylenia młota, Alara spróbowała gwałtownie go poderwać i wyrąbać jego końcem od dołu w brzuch przeciwnika. Ten jednak błyskawicznie odskoczył, wycofując się na dystans miecza i celując końcem ostrza w gwardzistkę, która zdążyła już przybrać postawę obronną. Przez chwilę obchodzili się, powoli poruszając się po okręgu. Gwałtownie rycerz zrobił wypad, by zaatakować od góry, a gdy młot kobiety poszybował, by znów zbić jego cięcie, gwałtownie zmienił kierunek i wbił się mocno pod jej pachą. Alara syknęła z bólu, tracąc czucie w ręku. Gwałtownie jej zbroja zacisnęła się na mieczu przeciwnika, więziony go w uścisku. Kobieta stanęła mocniej i w jednej chwili zakręciła młotem, uderzając od góry w głowę przeciwnika, wgniatając hełm i roztrzaskując czaszkę. A przynajmniej rozległ się trzask, a po chwili zbroja rozsypała się u stóp kobiety. Gwardzistka rozluźniła uścisk zbroi, pozwalając mieczowi mężczyzny upaść na ziemię i sama osunęła się na kolana, chwytając się za ranne miejsce i uciskając. 
- Medyk. - Możan machnął ręką w stronę świty. Alara rozluźniła zbroję na lewym ramieniu i pozwoliła jej opaść, odsłaniając karmazynowy tabard, na którym krew była niemal niewidoczna. A po chwili zajął się nią lekarz. Fuhrer jeszcze przez chwilę stał, patrząc na opatrywanie kobiety, po czym odwrócił się na pięcie i oddalił w stronę świty. Kobieta poczuła nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Co prawda wygrała walkę, jednak dała się ranić. Dodatkowo to on chciał walczyć. Zacisnęła zęby, gdy medykowi nieco ześlizgnęła się ręka. Następnym razem nie może zawieść swego pana. 

Tekst opowiadania: 538 słów

Nagroda:

  • zręczność: +200
  • moc: +100
  • 400 trefli

25 stycznia 2021

Od Alary - Walka z Pożeraczem

Dziwna, ciemna maź, która zalęgła się w ruinach dworku. W pierwszej chwili przypomina cień, podążający za tobą korytarzem, by nagle uchwycić twoje stopy swoimi lepkimi mackami i zacząć pochłaniać w swoje smoliste wnętrze z dużą siłą, odcinając powoli dopływ tlenu. Jest dość wrażliwe na światło, dlatego szczelnie zalepiło wszystkie wejścia do dworku, a pojawienie się dowolnego jego źródła wewnątrz od razu jest ugaszane. Czemu więc nie spalić tej rudery? Otóż w jej wnętrzu znajdują się liczne cenne przedmioty, należące do rodu Reiss, które ów ród chciałby odzyskać. W całości.
- Zgodnie z życzeniem lorda Możana, pański dworek zostanie oczyszczony lordzie Reiss. - Alara spojrzała twardo na szlachcica, ucinając tym samym dalszą dyskusję. Nie miała wcale ochoty zajmować się oczyszczaniem budynków tak plugawych rodów, jak Reiss, jednak najwyraźniej fuhrer miał o tym inne zdanie. Może chciał pozyskać sobie przychylność tego niewielkiego rodu, a może liczył na uzyskanie w zamian jakichś cennych artefaktów, których wytwarzaniem szczycili się Reissi. 
  Odwróciła się w stronę zabudowania. Budynek z zewnątrz wyglądał na zupełnie nienaruszony. Wszystkie okna były całe, drzwi stały twardo w zawiasach, nawet dachówki nie zaczęły się osuwać. Temu, co trzymało dworek, najwyraźniej zależało na utrzymaniu go w dobrym stanie. Co prawda wadera słyszała już, że ten plugawy śluz obawia się światła, niemniej nie sądziła, że istota będzie na tyle inteligentna, by z tego powodu zabezpieczyć sobie wszelkie potencjalne opcje na spotkanie ze słońcem.
  Cóż, to może i dobrze. W głowie wadery szybko uformował się prosty, choć dość ryzykowny plan. Spojrzała na lorda, którego niezadowolona mina nie zachęcała do zadawania pytań. Ale należała mu się wcześniej reprymenda.
- Lordzie Reiss, czemu żaden wilk światła nie podjął się puryfikacji? - spytała, przyglądając się uważnie wyrazowi jego pyska. Ten wykrzywił się nieznacznie mocniej, niż dotychczas.
- Nie twój interes, lady Hajre. 
  Skinęła głową. Najwyraźniej nie było chętnych wilków z tym żywiołem, z którymi Reiss mogliby podjąć współpracę. To dobrze, nie powinni zatem narzekać. Alara skinęła mu głową i ruszyła do wozu załadowanego metalowymi sztabkami.

[...] Wadera ostatni raz obeszła budynek, sprawdzając, czy wszystko jest rozłożone, jak należy. Spojrzała na powoli unoszące się nad drzewa słońce. Za chwilę powinno być dość wysoko, by dotrzeć do okien na parterze. Odetchnęła i podziękowała w duchu, że architektura szlachecka tworzona była w ten sposób, by przez jak największą część dnia, jak najwięcej okien było w stanie łapać promienie słoneczne.
  Wreszcie stanęła przed tylnymi drzwiami. Będzie musiała przedostać się kawałek, zanim dotrze do pierwszego okna, jednak było to optymalne wejście. Miała na sobie dziwny, kilkuwarstwowy pancerz, którego cienkie kawałki metalu wpasowywały się w siebie nawzajem - matrycę zrobioną specjalnie do tego zadania przez jej jednego z młodszych kuzynów. Uniosła magnetycznie taran i połączyła jego metalowe pierścienie z górą górnej warstwy zbroi. Głowę miała nisko pochyloną. Oddychała powoli.
  W jednej chwili rzuciła się do szarży, całą energię skupiając na utrzymaniu tarana. ŁUP. Drzwi dworku wyleciał z zawiasów, a kawał drewna został przez waderę odrzucony na bok. Wbiegła przez wyłom do dworku i, nie zatrzymując się, pognała w stronę frontu domostwa, gdzie w tym momencie na okna powinno padać słońce. Coś ciemnego przeskoczyło gdzieś na skraju jej świadomości. Zmieniła gwałtownie trajektorię biegu, robiąc odskok, a czarna macka, która wystrzeliła z sufitu, przejechała po jej pancerzu, z łatwością zdzierając najbardziej wystającą warstwę i oplatając ją w śluz. Zaraz potem wystrzelił kolejna. I kolejna. Raz za razem sklejając się ze zbroją Alary i odrywając ją, jednocześnie próbując dostać się pod jej łapy i je przykleić do podłoża. Trzy. Dwie. Wadera odliczała pozostałe płaty metalu, dzielące ją od sklejenia i pożarcia. Jest! Okno! Zrobiła kolejny unik, a ostatnie dwa płaty ze zbroi na jej lewym boku zostały przygniecione do ziemi. Dała susa w stronę zablokowanego otworu. Czarny stwór czując, że ma przewagę, dał susa za nią. Bingo.
  Maź oblazła waderę, przylepiając się do jej futra, chwytając za gardło, dusząc i wypuszczając soki trawienne. ŁUP. Magnetyczna siła Alary pociągnęła za rozlokowane po zewnętrznej stronie okna łomy, wywalając powierzchnię na zewnątrz budynku. Do dworku wlały się promienie słoneczne, skopując w swoim blasku stwora. Zdezorientowany pożerać wydał z siebie dziwny dźwięk. Ni to pisk, ni to skrzek, i skoczył do przodu, próbując uciec od blasku. 
  Jedno za drugim okno eksplodowało, coraz mocniej parząc jego ciało. Alara podniosła się i z uśmiechem przemieściła metalowe odłamki, znajdujące się teraz w domu, blokując stworowi drogi ucieczki. Po chwili, miotając się w szale, stwór zaskwierczał przeraźliwie i pozostała po nim jedynie czarna plama na jakimś drogim dywanie.
- Mam nadzieję, że nie był magiczny - mruknęła do siebie Alara, podchodząc bliżej by upewnić się, że problem został ostatecznie zażegnany.
Tekst opowiadania: 666 słów
Nagroda
  • technika: +200
  • moc: +100
  • 400 trefli

21 stycznia 2021

Od Alary - Walka z Gryfem

Sporych rozmiarów pół orzeł, pół lew, polujący głównie na trzodę. Raczej nie niebezpieczny dla wilków, jednak w poszukiwaniu zdobyczy zdarza mu się porwać jakieś szczenię. Nie specjalnie inteligentny. Zwykle stosuje strategię: złap i uciekaj - a swoją ofiarę zabiera do położonego wysoko w górach leża.
  Oficjalna eskorta nigdy nie była ulubionym obowiązkiem gwardzistki. Niemniej wiedziała, że jej rola jest szczególnie ważna właśnie podczas takich misji. Bo o ile we własnym zamku lord Możan był względnie bezpieczny, o tyle na traktach Delty mogło się wydarzyć... tak naprawdę cokolwiek. A groźba próby zamachu przez cały czas wisiała nad głową Fuhrera, niczym ostrze gilotyny, gotowe do opuszczenia w każdej chwili. 
  Kobieta jechała konno u boku karocy, rozglądając się czujnie. Pozostali gwardziści również sprawiali wrażenie spiętych. Tym razem misja miała być dość krótka i rutynowa, więc Alara była jedyną gwardzistką rodu Hajre w obstawie, a jako niedawno pasowanej gwardzistce nie ufano jej jeszcze tak, jakby chciała. Mimo jej ostatniego sukcesu w grobowcu Hajre wciąż jeszcze uważano, że nie posiada odpowiednio dużego doświadczenia w stosunku do swoich kolegów z innych rodów. 
  Las był cichy. Drzewa dawno pozbyły się wszystkich swoich liści, a cienka warstwa śniegu przykrywała podłoże traktu. Brak zarośli i liści znacząco zwiększał widoczność, a śnieg dawał adventage przy wykrywaniu niewidzialnego wroga, niemniej w atmosferze tego miejsca coś było nie tak. Gwardzistka przywykła do ciszy. Zmarli zawsze są milczący. Przywykła też do hałasu. Mieszkańcy zamku wydawali z siebie niezliczoną liczbę odgłosów. Nie przywykła jednak do tych tłumionych dźwięków zimowego lasu.
  Coś zaskrzeczało głośno w oddali. Brzmiało trochę jak orzeł, ale było zdecydowanie zbyt głośne, jak na orła. Alara dała sygnał gwardzistom, by zachowali czujność i nieco zmienili szyk obronny, po czym wysłała parę lepszych jeźdźców na zwiad.
  Poruszali się powoli aż do momentu, w którym rozległ się wrzask jednego ze zwiadowców. Gwardziści zostali postawieni w stan pełnej gotowości, karawana się zatrzymała. Możan wyjrzał ze środka pytająco.
- Wszystko jest pod kontrolą, panie - oznajmiła Alara, jednocześnie gestami wydając polecenia wojownikom. Na końcu traktu, dwa konne kształty z dużą prędkością galopowały z powrotem do eskorty. Ponownie rozległ się ryk i wszyscy byli w stanie zobaczyć w powietrzu za nimi masywny kształt pół orła, pół lwa, szybujący nad drzewami i przymierzający się do pikowania. Gwardzistka wiedziała, że jeśli zanurkuje w tak wąskim terenie conajmniej jeden ze zwiadowców pożegna się z życiem, a jej reputacja jako dowódcy spadnie jeszcze bardziej. Zacisnęła zęby i spięła konia.
- Za wszelką cenę chronić dorożki! - rozkazała, po czym zupełnie nie jak odpowiedzialny dowódca pełnym galopem ruszyła na spotkanie nadjeżdżającym. Pochylona w galopie skupiła wszystkie swoje siły na przemieszczaniu metalu ze zbroi od prawej dłoni i formowaniu w masywną kopię. Gdy była już w połowie drogi, a magicznie uformowana broń wyglądała na niemal ukończoną, gryf zanurkował. Alara pognała konia do cwału. Ostatnie kawałki metalu owinęły się na końcówce, tworząc ostry szpic. Magnetyczne pole z trudem utrzymywało broń nieruchomo. Ale musiała wytrzymać. Potwór był już dwa metry nad głową zwiadowcy, metr... Cała siła końskiej szarży odłożona w wąskim punkcie zakończenia kopii uderzyła prosto w pierś gryfa, nabijając go na lancę i przepychając znad zwiadowcy na pusty trakt, nim kobieta poczuła pełnię ciężarów potwora i upuściła broń. Stwór próbował jeszcze się podnieść, jednak końskie kopyta skutecznie wbiły go w ziemię. Alara zawróciła wierzchowca i dobyła miecza. Zawróciła i przejeżdżając koło gryfa, profilaktycznie ucięła mu mieczem łeb.
Tekst opowiadania: 508 słów
Nagroda
  • równowaga: +200
  • ukrycie: +50
  • moc: +50
  • 400 trefli

19 stycznia 2021

Od Alary cd. Możana

  Turniej rycerski. Alarze od razu stanął przed oczami incydent z księżną Elizabeth Alardunai. Przypomniała też sobie słowa króla. Oby następny nie był na naszym polu. Tym bardziej musiała być ostrożna. Szczególnie że nie było tajemnicą jak wiele rodów nie żywi prawdziwego szacunku do rodu Riversów. Nie miała co prawda podstaw, by podejrzewać nielojalności wśród rycerzy należących bezpośrednio do nich, jednak rycerze innych hrabiów, a co dopiero mówić o rycerzach z Watahy Zachodu. W walce o terytorium mogliby się pokusić o głowę fuhrera, co znacząco osłabiłoby watahę.
  Weszli do sali obrad. Była niezbyt duża, o kształcie ośmiokąta. Na jej środku ustawiony był masyny, również ośmiokątny, stół, otoczony przez osiem krzeseł. W tym momencie nad rozstawioną niewielką makietą warowni oraz otaczających ją pól stał niezbyt młody, barczysty mężczyzna o jasnobłękitnych włosach, zaczesanych do tyłu, ściętych nieco nad ramionami i wyglądających na nieco tłuste. Dłonią gładził krótką, kozią bródkę, wyraźnie zamyślony. Jego surowy wygląd podkreślała jeszcze masywna blizna, przechodząca przez policzek, rozcięta warga oraz brak jednego oka, skryty za prostą, acz elegancką opaską. Miał na sobie prosty, funkcjonalny pancerz oraz płaszcz w kolorze karmazynu, na którym widniał herba warowni - złoty miecz na tle liści laurowych.
- Zaczniemy musztrą warowni. Całej. Pokażemy tym sukinsynom, jak poruszają się dobrze wyszkoleni żołnierze. Bremis opracuje choreografię. Jols pracuje już nad orkiestrą. W takim razie trybuny ustawimy tu, tu i tu. Tego samego dnia zrobimy też turniej otwarty. Każdy, kto zechce, będzie mógł zawalczyć o tytuł mistrz. - Uśmiechnął się pod nosem. - Broń dowolna. 
- Widzę, że przygotowania idą pełną parą. - Można stanął przy samym stole i spojrzał na makietę. W tym momencie leżące na niej figurki zdawały się nie mieć żadnego sensu. 
  Głowa rycerza odwróciła się wreszcie do przybyszów.
- O, lord Możan. Mam nadzieję, że twoja podróż panie była bezpieczna. - W jego ustach ta formułka nie brzmiała zbyt służalczo. Zresztą od razu przeniósł wzrok z powrotem na makietę. - Dopilnuję, by był to najwspanialszy turniej, jaki widziała Delta. Jakem Engermaus Juggernout. 
- Nie wątpię. Rozumiem, że pierwszego dnia walki grupowe, co dalej?
- Drugiego tjost, konno na kopie. Tylko rycerze. Trzeciego zorganizujemy bohurt. W scenografii nizinno-bagiennej. Na czwarty będzie coś specjalnego. Spodoba ci się panie. - Rycerz pogładził z zadowoleniem brodę. - Ale na razie niech zostanie to tajemnicą. 
  Alara stała za swoim panem, a jej spojrzenie w milczeniu lustrowało makietę. Była dobrze wykonana, z wysoką starannością odwzorowując najdrobniejsze szczegóły terenu wokół warowni tak samo, jak samej warowni. Z łatwością była w stanie dojrzeć drobne okienka strzelnicze czy nawet manikuły na murach. Kolorystyka również była starannie dobrana, obiekty miały realistyczną fakturę i zdawało się, że da się dotknąć każdej cegły w murze zamku. Na wyjątkowo długą chwilę spojrzenie wadery zatrzymało się na bagnach. Z ust wyrwało jej się ciche westchnienie zachwytu. Materiał, z którego je wykonano był umagiczniony w specyficzny sposób, czyniący z tych specyficznych terenów zarówno ciecz jak i ciało stałe, w które jednocześnie mogłeś włożyć jednostki, a także bez problemu wyjąć, nie pozostawiając śladów na mozolnie modelowanej powłoce. Gwardzistka chciała kiedyś zdobyć tego materiału dla siebie, jednak był ciężko dostępny i niezwykle drogi, a przy tym modelowanie w nim wymagało olbrzymiej wprawy i próby, które podejmowała, jak dotąd skończyły się zniszczeniem kilku porcji. Westchnienie zwróciło na nią uwagę rycerza.
- Masz jakieś uwagi, rekrucie? - spytał Engermaus, unosząc brwi.
- Nie panie. - Alara spuściła wzrok, jak przyłapane na kradzieży cukierków dziecko, jednak szybko odzyskała swoją zwykłą, profesjonalną postawę. - Plan wygląda profesjonalnie.
- Oczywiście, że wygląda profesjonalnie. To będzie mój pomnik dla potomnych. Mój pożegnalny dar dla Denesy i jej żołnierzy. 
Możan?

Od Alary cd. Roselle

  Korytarz znowu był spokojny. Alara podniosła przyłbicę, oddychając ciężko. Pozbawiona magii magnetycznej wyraźnie poczuła ciężar metalu, niesionego na sobie. Dobrze, że części z niego się pozbyła, wyposażając towarzyszkę, dotwarzając tarczę. Przejechała palcami po zewnętrznej warstwie metalu w poszukiwaniu uszkodzeń, wyjątkowo niepewnie czując się z myślą, że jej druga skóra została uszkodzona, a do niej nie dotarł żaden sygnał. Ale zbroja wytrzymała. Solidna, bojowa matryca rzadko ją zawodziła i strzały nie były z reguły tym, co było w stanie się przebić. Co prawda te miały dość dużo siły, jednak ich groty nie były przystosowane do przebijania pancerza. W końcu kto normalny chodzi w czymś takim po pustyni?
  Kobieta zwróciła się ku towarzyszce, która właśnie jęknęła, wyrywając sobie strzałę z nogi. Zmroziło ją. Z rany poleciała gęsta krew. Rosella wyjęła szmatę z ust i przycisnęła do otworu. Alara z westchnięciem wyjęła nóż i sięgnęła pod zbroję.
- Nie trzeba było jej wyjmować - oznajmiła krótko, krzywiąc się lekko, próbując trafić na szwy ukrytego pod zbroją tabardu. Tamta obrzuciła ją pytającym spojrzeniem. Ciemnowłosa bez słowa wskazała głową jej ranę. Cienka bandana niemal całkowicie nasiąkła już krwią. Strugi cieczy spływały powoli po nodze dziewczyny, a piaskowiec u jej stóp zaczynał się robić już czerwony. Wreszcie trafiła i jednym szarpnięciem rozdarła jedno z ramion. Po chwil to samo zrobiła z drugim i już bez większych trudności wyciągnęła przez nogi ciemną szatę. Była przepocona i nie specjalnie nadawała się do przykładania do rany, jednak w tym momencie najważniejsze było zatamowanie krwotoku. Sprawnie podarła na pasy i uklękła przy towarzyszce, która skupiła się na mocniejszym przyciskaniu do dziury bandany. Odsunęła jej dłonie i z wprawą zaczęła robić kolejne warstwy opatrunku - obwiązując zwiniętą rolkę materiału pasem z tabardu, dokładając kolejne rolki i znowu obwiązując.
- Jako że jestem bardzo młoda jestem na świeżo z pierwszą pomocą na polu bitwy - mruknęła, nie patrząc w twarz Roselli, cały czas skupiona na wciąż przesiąkającej łydce.
  Ostatni rozdarła na końcu i zawiązała w mocny supeł. Opatrunek wyglądał komicznie i odstawał dobre kilkadziesiąt centymetrów za łydką. Na pewno nie był wygodny. Wstała i wyciągnęła dłoń do towarzyszki.
- Możesz wstać?
  Kobieta kiwnęła głową i chwyciła jej dłoń. Alara podciągnęła ją do góry, nagle bacznie obserwując jej twarz. Sięgnęła w stronę jej szyi. Kobieta gwałtownie cofnęła się, robiąc groźną minę, jednak nic nie powiedziała.
- Kołnierz nie wytrzymał. - Skinęła głową jakby do siebie. - Pozwól mi go odgiąć. Przynajmniej zminimalizuję ból.
  Rosella oparła dłonie na biodrach i spojrzała w oczy towarzyszki. Alara ponownie sięgnęła do jej szyi i znacznie delikatniej, niż wskazywałyby na to jej ciężkie, żołnierskie palce, odgięła uszkodzony metal. Skóra pod nią była czerwona, jednak nie wyglądało na to, by nastąpiło jakieś mocne uszkodzenie. Jednak Alara nie była medykiem. Dla niej wszelkie uszkodzenia na krtani oznaczały trupa, jeśli ranny nie trafi pod opiekę medyka.
- Nie jestem pewna, czy powinnyśmy iść dalej. 
  Kobieta nie była zwolenniczką narażania życia dla spraw, które nie były ważne. A w chwili, w której Roselle stała się ciężko ranna sprawa zbadania jakichś elfickich run straciła o kilka kategorii ważności. Jeśli miała ją wyprowadzić z tej pustyni, musiała być żywa. A każda rana była większą szansą na porażkę tego celu. Jednak wojowniczka wyglądała na zdecydowaną. 
- I jeszcze będziemy musiały wrócić - zauważyła Alara. W oczach tamtej zobaczyła wahanie. Odwróciła się i rozejrzała po dalszym korytarzu. Było dość jasno, choć nie paliła się żadna pochodnia. Promienie świetlne wpadały przez otwory, umieszczone na różnej wysokości z jednej strony korytarza wąskimi strugami, a kurz poruszony przez kobiety kłębił się delikatną mgiełką w blasku. Przejście było długie i proste, jednak nawet stąd gwardzistka była w stanie dostrzec pierwszą odnogę w głąb piramidy. Zrobiła kilka kroków do przodu i przykucnęła, rozglądając się uważnie po posadzce. Nieregularne kroki Roselli za nią dały jej znać, że i ta podeszła.
- Nie powiesz mi, ile wiesz o tej architekturze - mruknęła bardziej do siebie, niż do kobiety. Przejechała dłonią po piaskowych cegłach. - Te w cieniu wydają się trochę inaczej zamontowane. - Powiodła wzrokiem w głąb tunelu. - Któryś skręt jest nasz? - Spojrzała za siebie na kobietę, która wzruszyła ramionami. - Unikałabym tych nieoświetlonych. - Alara wstała. - Cegieł.
  Rosella kiwnęła. Ciężko zrobić coś mądrzejszego nie mając głosu. Nigdy nie zdajemy sobie sprawy, jak użyteczna jest mowa, póki nie jesteśmy zmuszeni milczeć. Kobieta zrobiła krok i stanęła palcami na podświetlonym bloku. Nic się nie stało. Zrobiła kolejny i następny. Poruszając się w ten śmieszny, krzywy sposób podeszła do pierwszego skrętu. Zupełna ciemność i stęchłe, zimne powietrze była... zachęcająca. Podczas swojej początkowej służby jako giermek pod okiem Flaviusa dużo czasu spędzała w podobnych, nieoświetlonych przejściach grobowców rodu, poznając każdy zakamarek labiryntu. To miejsce pachniało podobnie. Grobowcem. Gwardzistka odwróciła się do towarzyszki, która z niejakim trudem stawiała kroki, utrzymując jednak równowagę, mimo że widać było, jaki ból sprawia jej łydka. Godne podziwu oddanie. Ciekawe, jaką wartość musiały mieć dla niej owe zwoje?
Rosella?

13 stycznia 2021

Od Alary - Walka z Rodzeństwem Valhinów

Lwie rodzeństwo, nierozłączni i uzupełniający się pod każdym aspektem. Silna i fizycznie sprawna Tavara oraz jej starszy brat mag-intelektualista Rovert. Razem przeprowadzają duże skoki na skarbce, napadają karawany czy okradają cmentarze z ich bogactw. Nie ma dla nich świętości, a jedyne, co cenią to siebie nawzajem. Brat dla siostry skoczyłby w ogień. Siostra za bratem skoczyłaby w przepaść. Gdy jednemu coś grozi, drugi błyskawicznie rusza z odsieczą. Nie mają może więzi telepatycznej, ale posiadają coś na kształt linku mentalnego - zawsze wiedzą, gdy drugi jest w potrzebie.
- Lord Flavius? Zakładnikiem? - początkowe zdziwienie na twarzy wadery zaczynało ustępować wściekłości. - Jakim prawem te lwy ważą się brać zakładników? 
- Alaro, zachowaj spokój. - Klavris spojrzała zimno na córkę, a ta w odpowiedzi zacisnęła mocniej zęby. - Nie wezwałam cię po to, by słyszeć z twoich ust słowa gniewu. Wezwałam cię, bo Flavius był z tobą połączony telepatycznie podczas twojego treningu. Nie muszę chyba tłumaczyć, co to znaczy. - Gwardzistka skinęła krótko głową. - Możesz wybrać czterech Gwardzistów Zamkowych jako wsparcie, użyczę ci również piętnastu gwardzistów. Liczę, że podołasz zadaniu.

[...] Brama grobowca była zamknięta. To był raczej rzadki widok. Mimo niedostępności cmentarza rodu Gwardziści Grobowi pozostawiali bramę otwartą, by każdy członek rodu mógł w dowolnym momencie spotkać się ze swoimi przodkami. 
  Niewielki oddział, który towarzyszył Alarze, został kawałek dalej, czekając na dalsze rozkazy. Sama wadera, przyczajona na skraju lasu, obserwowała wejście, próbując przypomnieć sobie instrukcje Flaviusa, dotyczące nawiązywania połączenia. Po pierwsze - weź głęboki oddech. Po drugie - otwórz się na czyjeś myśli. Nie dasz rady, jeśli będziesz się tak spinać. Alaro... Musisz nasłuchiwać. Nie możesz być zbyt hał... Alaro. aśliwa. Wtedy twoje własne my... ALARO! Wadera zachłysnęła się powietrzem, przerywając swoją litanię. Dobrze. Przez głowę wadery przeleciał kilkanaście szybko migających, czarno-białych obrazów. I kontakt umilkł. Ale to było aż nadto. Wadera wróciła do żołnierzy.

[...] - Ja, Bremir Hajre, przybywam z polecenia lady Klavris Hajre. Oto złoto, którego żądaliście. - Po tych słowach basior dał znak łapą gwardzistom, niosącym na swoich grzbietach metalowe skrzynie. Postawili je przed wrotami i otworzyli wieka, prezentując blask złotych monet, znajdujących się wewnątrz.
  Przez chwilę nie było odpowiedzi, po czym nagle od strony grobowca zaczęły pełznąć po ziemi cieniste, wilkipodobne kształty, w stronę gwardzistów. 
  Wycofać się albo zakładnicy zginą. Grobowy szept, niósł się echem wśród zjaw. Bremir dał znak żołnierzom i grupa wycofała się spod bramy. Zostały tam jedynie otwarte skrzynie i wijące się cienie.
  Brama zgrzytnęła, jednak powiedzenie, że zrobiła to cicho, byłoby przesadą. Czarny lew pochylił się nad zawartością skrzyń i uśmiechnął. Zamknął wieka i magią telekinezy wciągnął je do środka. Alara wiedziała, że będzie mieć mało czasu. Wzmocniła pola magnetyczne wokół siebie i zaingerowała w złoto w jednej skrzyni, które szczęknęło metalicznie. Lew zatrzymał się i odstawił towar na ziemię, po czym gwałtownie otworzył klapę pojemnika. W tym samym momencie gwardzistka otworzyła swoją i z dużą siłą przygrzmociła tamtemu w tył głowy. Wyskoczyła ze skrzyni, a chwilę później swoje opuścili również pozostali dwaj Gwardziści Zamkowi. Nastąpiło szybkie przetasowania. Lew wylądował w jednym z pustych kufrów, złoto zostało przeniesione do pozostałych. Jeden z Gwardzistów Zamkowych przejął skrzynie i ruszył w ustalonym kierunku - w stronę sali, w której czekała lwia siostra.
  Alara, wraz z drugim gwardzistą wybrali okrężną, rzadko uczęszczaną ścieżkę, zaprojektowaną do szybkiego poruszania się członków rodu w razie ataku. Musieli odblokować kilka ołowianych zasuw, jednak nie było to problemem. Do sali zakładników dostali się przed sprzymierzeńcem. Biała lwica krążyła wokół związanych Gwardzistów Grobowych z triumfalnym uśmiechem na pysku, co jakiś czas uderzając jednego z nich, gdy ten próbował podnieść łeb.
  Z korytarza rozległ się brzęk skrzyni, co na chwilę odwróciło uwagę lwicy. Gwardzistka dała znak towarzyszowi, wskazując na skrępowanego Głównego opiekuna zmarłych. Tamten skinął i zeskoczył ze ścieżki. W tym samym momencie skoczyła i Alara, lecąc prosto na głowę lwicy. 
  Ta odskoczyła w ostatnim momencie i dzikim prychnięciem. Spojrzała Alarze w oczy i z uśmiechem zamachnęła się na najbliższego Gwardzistę. Jej łapa nie dotarła do celu. W połowie drogi chwycił ją metalowy pysk Gertranda Hajre, dalekiego przodka Alary. Lwica zaczęła się zszarpać, rozpaczliwie próbując wyrwać się z uścisku. Wadera jednak nie zamierzała pozwolić jej na to. Powlokła się metalem i zaszarżowała. Uderzenie w bok lwicy było tak mocne, że kość trzymana przez posąg pękła, wyzwalając się z uścisku, a kocica poleciała na ziemię. Nie zdążyła się podnieść. Kolejne uderzenie metalu pozbawiło ją przytomności.
Tekst opowiadania: 637 słów
Nagroda:
  • technika: +300
  • 400 trefli

11 stycznia 2021

Od Alary cd. Roselle

Rosella Malou, tak? Alarze to nazwisko nie kojarzyło się z żadnym znamienitym rodem, nie wydawało jej się też, by wyróżniał się kiedyś w przeszłości specjalną lojalnością czy podłą zdradą. Gdyby była bliżej domu zapewne nie omieszkałaby sprawdzić w księgach wieczystych genealogi wadery, jednak w obecnej sytuacji... bycie na pustyni nie pomagało generalnie w sprawdzaniu czegokolwiek. No i niezależnie od pochodzenia była jej dłużna życie. I nie była w stanie samotnie przeżyć przeprawy przez pustynię. A na dodatek nie mogła sobie dobrze przypomnieć, po co została wysłana w ten zapomniany przez przodków fragment świata. Elfickie zwoje, znak najdawniejszej przeszłości, rasy, która była przed nami.
  Wadera spróbowała ułożyć się wygodniej na szorstkiej trawie. Nie specjalnie wyszło. Wciąż wycieńczony organizm odmawiał jej nawet chwili wytchnienia we śnie. Leżała więc tylko, próbując rozluźnić członki.
  Młodszy wilczek przyniósł jej nieco owoców, które przyjęła z wdzięcznością. Przyjazny pyszczek szczeniaka emanował wprost ekscytacją z uzyskania nowego towarzysza przygody. Każde wydarzenie na trasie jest kolejnym, co można później opowiedzieć potomkom. A Alara szanowała zamiłowanie do historii.
  Słońce powoli przestawało prażyć, a cienie palm stawały nieco dłuższe. Gwardzistka podniosła się i z trudem poczłapała w stronę wody. Jeśli miała przeżyć na pustyni, będzie jej potrzebowała. Przywołała w pamięci matrycę bukłaka i pozwoliła, by część zbroi z łap spłynęła do wody, formując się w butlę. Po namyśle stworzyła jeszcze cztery i magnetycznie uniosła w stronę boków, gdzie stopiły się gładko z płytami. Spojrzała w stronę przyglądającej się jej wadery.
- Życzyliście sobie wyruszyć, jeszcze zanim słońce zajdzie - zauważyła, wskazując głową nieboskłon. - To może być dobra pora.
- Jesteś pewna, że czujesz się na siłach, by iść?
  Alara skinęła głową. Już i tak zmarnowała dużo czasu przez swoją słabość. Jej wspomnienia były mętne, ale była pewna, że miała coś do zrobienia w tej okolicy. I Tytan wie, czy elfickie runy nie miały nawet czegoś wspólnego z jej własną misją. A nawet jeśli nie, zawsze były jakimś punktem orientacyjnym.
- Piramidy powinny być w tamtą stronę. - Ellio wskazał nieco na lewo od zachodzącego słońca. 
- Piramidy? - Gwardzistka uniosła brwi. Może i jej wiedza architektoniczna nie była specjalnie rozległa, jednak nie przypominała sobie nic o takim obiekcie. Z elfickiej architektury po prawdzie kojarzyła jedynie wieże, które zostały potem zajęte przez wilki z watah stron świata.
- Widzieliśmy je jakiś czas temu na horyzoncie, zanim odbiliśmy do oazy - wyjaśniła Rosella.
- Co to za obiekty?
- Prawdopodobnie grobowce dawnych elfickich władców, którzy... - Ellio spojrzał na towarzyszkę, jakby nagle się wahając - no, którzy tu byli. Dawno temu. Wyglądają jak góry, ale gładsze.
  Przez pamięć wadery przebiegły złote sylwetki trójkątów, wystających spośród wysp. Zbliżały się. Słońce odbijało się w złotym wierzchołku, na szczycie najwyższej z nich. Musiała nieświadomie zrobić głupią minę, bo zasłużyła sobie na pytające spojrzenie wadery. Pokręciła głową.
- Elfickie budowle nie są mi szczególnie dobrze znane - oznajmiła. - Zdaję się na was.
Roselle?

10 stycznia 2021

Od Alary cd. Roselli

  Piasek na powiekach. Nieznośny upał. Duchota. Myśli wadery błądziły dość luźno, nie mogąc się skupić na niczym konkretnym. Niespodziewany powiew wodnej mgiełki osiadł na ciepłym metalu, spływając po nim i parując. Alara poruszyła lekko głową i wzięła głębszy oddech. Gwałtowne poruszenie w wodzie i ponowne zniknięcie mgiełki zaalarmowały wreszcie zwykle przewrażliwione zmysły gwardzistki. Poderwała się błyskawicznie. Przynajmniej wydawało jej się, że poderwała się błyskawicznie i syknęła, gdy źle kontrolowana aluminiowa skorupa dotknęła jej skóry karku. Opuściła łeb groźnie, stając na sztywnych łapach i powiodła dzikim wzrokiem dookoła. Z jej pyska dobył się cichy warkot, przerwany gwałtownym kaszlem i pluciem piaskiem. 
  Przed sobą miała smukłą, ciemną sylwetkę wilka. Coś jej nie grało. Jakaś część zmysłów alarmowała dalej, jednak cała reszta przegrzanego organizmu nie była w stanie odczytać sygnałów. Zrobiła chwiejni krok w stronę wilka.
- Panie... - wymamrotała, stawiając kolejny krok w stronę osobnika. - Tak... się bałam... - Kolejny krok. - Koty... morskie... one...
  Wilk coś mówił, ale Alara nie rozpoznawała słów. Jego głos był kojący i spokojny. Bardzo starała się wysilić umysł. Zrobiła kolejny krok w stronę tej postaci. Jej łapa nie natrafiła na twardy grunt. Zaskoczona spróbowała się wycofać, jednak jej zmęczone ciało przeważyło i poleciała do przodu, prosto w stronę jeziorka. Jego zbocze było strome, a dno daleko. Wadera czuła, jak ciężka zbroja ciągnie ją na dno. Rozpaczliwym wysiłkiem próbowała się szarpać i wypłynąć, jednak mimo zagrożenia życia miała zbyt mało sił. Czuła, jak jej płuca domagają się tlenu, jak masy wody napierają na nią ze wszystkich stron. Odpiła się tylnymi nogami od podłoża, kłapiąc bezmyślnie w wodzie zębami i wypuszczając bąbelki cennego tlenu. Woda znalazła swoją drogę do wnętrza wadery, a ostatnim, co ujrzała przed ponownym straceniem przytomności, była ponownie ciemna sylwetka tamtego wilka.

[...] Czuła chłodne powietrze, muskające jej włosy na pysku. Nadal czuła się beznadziejnie, jednak odejście upałów pomogło jej nieco wrócić do siebie. Otworzyła oczy. Była w oazie. Chyba dopiero teraz była w stanie dobrze stwierdzić, czym było miejsce, do którego zdołała się doczołgać ostatkiem sił. Kilka palm, niewielkie jeziorko. Gdy się poruszyła, zimny okład spadł z jej czoła. Przed chwilą nawet nie zdawała sobie sprawy, że go tam ma. Nie do końca przytomnie patrzyła, jak kawałek materiału opada na gęstą, ostrą trawę.
  Rozległ się cichy szelest i Alara uniosła wzrok na zbliżającą się w jej stronę postać. Był to ciemny, smukły wilk, zapewne ten sam co wcześniej, jednak tym razem gwardzistka nie miała wątpliwości. Nie był to Możan. Fuhrer... próbowała sobie przypomnieć, co dokładnie się wydarzyło. Była na statku, miała coś zrobić... jej pana nawet nie było tam z nią. Został w zamku. Czemu pomyślała, że miałby tu być?
- Lepiej się czujesz? - spytał nieznajomy wilk, przysiadając w rozsądnej odległości przed waderą. 
- Tak. Zawdzięczam ci życie. - Alara skłoniła głowę. - Dzięki ci, nieznajomy wilku. Na pewno spłacę swój dług.
- Noszenie zbroi na pustyni nie jest najlepszym pomysłem. - Nieznajoma przyglądała się uważnie waderze. - Skądś kojarzę ten krój, choć nie widuje się go często. 
- Wybacz moje maniery. Jestem Alara z rodu Hajre, Gwardzista Zamku Rivangoth. -  Wadera wiedziała, że ryzykuje. Wiedziała jednak również, że jeśli rozmówczyni jest wrogiem jej przynależność do rodu i tak prędzej czy później zdoła odgadnąć. Jej metalowe znamię Hajre było zbytnio widoczne.
Rosella? Daj mi więcej twojego stylu wypowiadania się xd Nie mam pojęcia jak rozgrywać rozmowę

08 stycznia 2021

Od Alary cd. Możana

  Kobieta poprawiła kołnierz skórzni, czując nieprzyjemny dreszcz, przebiegający jej przez palce. Zgodnie z opinią służącej branie na sobie więcej metalu, niż ten w napierśniku zbytnio będzie odstawało od normy, nawet w Denesie. Cienka kolczuga, którą wciągnęła na sobie pod wierzchnie ubranie wogle się nie liczyła. Nie dawała nawet jednej tysięcznej właściwego obciążenia. Chodząc, Alara czuła się, jakby miała zaraz odlecieć. I nie podobało się jej to uczucie.
  Zarzuciła na ramię plecak i poczuła się trochę lepiej. Pakunek od spodu po klapę wyładowany był sztabkami żelaza. Nie były dobrze rozłożone, ale dawały echo wrażenia noszenia zbroi. Spojrzała na zbliżającego się Możana. Mieszczańskie ciuchy dobrze na nim leżały, a swobodna postawa wyraźnie wskazywała, że robił to już nie raz. On również miał swój pakunek ze sprzętem. 
- Gotowa? - spytał dość pogodnie. Wadera skinęła głową.
- Panie, wezmę twoje rzeczy - zaproponowała, wskazując na plecak lorda. 
- Nie. To będzie dziwnie wyglądać. I nie tytułuj mnie "panem" w mieście. - Alara w pierwszej chwili się skrzywiła, jednak szybko ukryła ten nieprzemyślany wyraz skłonieniem głowy. To zdanie przypomniało jej sytuację z mianowania gwardzistą. - Jak mówiłem, mamy się nie rzucać w oczy. Swoją drogą, nie zdjęłaś części zbroi. - zauważył.
  Kobieta powiodła spojrzeniem w dół, na swoją pierś. Położyła dłoń na napierśniku. Metal rozerwał się w połowie i pod jej palcami uformował w niewielką sztabkę, po czym poszybował do plecaka. Nie czuła się z tym dobrze. Teraz czuła się już absolutnie goła. Spojrzała na Możana.
- Tak może być, p... Tak może być? - zapytała, inwestując olbrzymi wysiłek woli w zastosowanie się do polecenia Führera.
- Od razu lepiej, ruszajmy.

[...] Miasto tętniło życiem. Głównymi ulicami poruszało się mnóstwo ludzi, przemieszczając od kramu do kramu, oglądając broń, zbroje, bransolety, kłócąc się i targując. Był strasznie głośno, a ciągły ruch stawiał paranoiczne zmysły Alary w stanie podwyższonej gotowości. Każdy zataczający się w ich stronę przechodzień, każdy dobyty z pochwy i oglądany przez kupującego miecz, każdy świst strzały, uderzającej w tarczę strzelniczą... to miejsce wydawało sie stworzone jako narzędzie tortur dla paranoika. I doskonałe miejsce do próby zamachu dla kogoś, kto wiedział, że Führer będzie tak słabo chroniony. Jedynym, co uspakajało kobietę, był fakt, że w razie czegokolwiek wszędzie było tyle metalu, że w przeciągu chwili byłaby w stanie zrekompensować sobie brak pancerza. Ale czy będzie dość szybka, by to zrobić?
  Mimo tego wszystkiego Możan nie wyglądał, jakby mu się spieszyło. Spacerował, oglądał, nieraz zatrzymywał się przy stoiskach i zagadywał sprzedawców o ich towary. Przy takim władcy na pewno niedane będzie mi się nudzić. Ta myśl, w tym momencie Alara nie była pewna czy była dla niej czymś pozytywnym, czy negatywnym. Na razie po prostu była. 
  Ponury, murowany główny budynek warowni był coraz bliżej. Jaki kryła problem tak istotny, by zapraszać samego brata władcy w swoje mury?
Możan?

05 stycznia 2021

Od Alary - Walka z Ghost Hund cz. 3

 Niewielki gang młodzieżowy, którego cechą charakterystyczną jest zdolność do przybierania widmowego kształtu. Przemierzają nocami tereny delty, niszcząc obiekty związane z dowolnymi prawami, dziedzictwem, przeszłością, jednością watahy - nie ważne której. Naruszają cmentarze, walą pomniki, rozdzierają flagi, łamią herby, niszczą dworki szlacheckie i wydzierają w cegle oraz pniach drzew sprośne symbole, oraz swój firmowy znak - wyszczeżonej wilczej czaszki. Za dnia prawdopodobnie są zwyczajnymi, młodocianymi członkami którejś z watah. Zapewne uczą się jak wszystkie młode wilki, czasem wykonują jakiś zawód. Przynależność do gangu wykazują tylko w nocy i tylko w swojej widmowej formie. Każdy członek gangu poza widmową mocą ma swoje, odziedziczone od rodziców. 
- Co się z nią stanie, matko? - Alara patrzyła ponuro na Klavris Hajre, której groźny pysk nie wyrażał w tym momencie żadnych emocji.
- Dowiemy się, czemu śmiała sprzeciwiać się rodowi i rehabilitujemy ją, jeśli to możliwe. - Doradczyni wpatrywała się nieruchomo w wilczą postać, leżącą na posadzce w całości rzeźbionej w lapisie celi więziennej. - Dobrze się spisałaś Alaro. A teraz powinnaś wracać do boku swego pana. Zajmiemy się resztą.
- Matko, a co jeśli więcej Hajre... - wadera zawiesiła głos, nie mogąc wymówić reszty tego zdania.
- Oddelegują do tego stosowne osoby - ucięła krótko. Gwardzistka skłoniła pokornie głowę i odeszła.

[...] - Masz zarysowanie na zbroi - zauważył mimochodem Możan, spoglądając na gwardzistkę zza stołu w bibliotece.
- Proszę o wybaczenie, panie. - Skłoniła się i metal na jej ciele zafalował lekko, naprawiając odchyły od matrycy. Zupełnie nie zauważyła. Nie powinna nie zauważać takich rzeczy. Niedbalstwo w stroju prowadzi do niedbalstwa w pracy, a to do narażania życia władcy. Nie mogła sobie na to pozwolić.
- Zwykle ci się to nie zdarza, martwi cię coś?
- To nic istotnego, panie. Drobne problemy rodzinne. To nie będzie miało wpływu na moją służbę. - Wyprostowała się sztywno. Musiała skupić myśli. 
- Jeśli są jakieś problemy w rodzie Hajre to może być to dla mnie istotne, nie sądzisz? - zauważył spokojnie.
- Jest możliwe - Alara zawahała się, ale tylko przez moment - że kilku rekrutów dopuściło się przestępstw przeciwko koronie.
- Obawiasz się, że coś mi grozi?
- Nie panie. Ale mój umysł trapi myśl, że moi bracia mogliby dopuścić się zdrady. To hańba dla całego rodu. - Gwardzistka nieco się nastroszyła, a część jej włosków zmieniło się w metalowe igiełki.
- Zdrada to faktycznie coś, o czym władca powinien wiedzieć - powiedział twardo. - Co dokładnie masz na myśli?

[...] - Jesteś pewien panie? Lady Klavris oświadczyła, że zajmie się tym problemem. To tylko niepotrzebnie cię naraża. - Alara spojrzała na fuhrera.
- Kilku grafficiarzy, wandale pomników i wioskowi krzykacze? Nie będą dla mnie zagrożeniem. - Możan dumnie wypiął pierś. Nie powinnaś we mnie wątpić.
- Oczywiście, panie. - Gwardzistka skłoniła głowę i zamilkła.
  Czekali. Artem, w swojej widmowej postaci, mazał po ścianie budynku kolejną karykaturalną postać Tytana - tym razem jako waderę z silnym makijażem i w wystawnej, różowej sukni, posyłającego widzowi buziaczka. Wadera czuła się conajmniej zniesmaczona tym widokiem, za to Możanowi najwyraźniej podobał się kierunek, w którym zmierzała sztuka.
- Niezły jest, chyba powinienem go zatrudnić jako nadwornego malarza - mruknął do siebie, gdy kolejny ruch puszki podkreślał słodkie oczka jego brata.
- Widzę, że znowu tworzysz co, Art? - z cienia wyłonił się widmowy kształt i stanął przy grafficiarzu.
- Sztuka nie może być powstrzymana. - Basior uśmiechnął się, jednak nawet stąd Alara widziała, jak nerwowy jest jego uśmiech. Coś było nie tak.
- Nie może być powstrzymana, kontrolowana... - przybysz zaczął obchodzić artystę dookoła - zastraszana...
  Po tych słowach kilka rzeczy stało się jednocześnie. Widmowy pies zanurkował w cieniu, by wyłonić się tuż za rozmówcą, Alara jak taran wystrzeliła z krzaków, zataczając w powietrzu łuk tarczą. Artem zaskowyczał i rozproszył wokół siebie duże ilości farby w sprayu, a Możan zwiotczał, opuszczając swoje ciało. Wadera wpadła w kolorową chmurę, rozciągając wokół siebie pole magnetyczne, by wyczuć otoczenie. Jej tarcza coś trafiła. Nie była jednak w stanie stwierdzić czy był to sojusznik, czy wróg. Ale we mgle była tylko jedna postać. Chwyciła ją zębami i wyciągnęła. Zwykle barwne futro Artema teraz wyglądało niemal jak jedno z jego groteskowych dzieł. Gwardzistka rzuciła spojrzeniem naokoło. Gwałtownie wilczy kształt zmaterializował się tuż pod jej lewą łopatką, celując w odsłonięty punkt między pancerzem łapy a tym na klatce piersiowej, jednak został odrzucony przez szybką niewidzialną siłę i wylądował na ścianie. Nie czekając, aż ponownie zniknie, wadera dopadła go w dwóch susach i, nauczona doświadczeniem, unieruchomiła jego łapy specjalnie do tego wcześniej przygotowanymi kajdanami z lapisu. Próbował się miotać i zniknąć ponownie, jednak materiał skutecznie blokował jego magię.
  Ze swojej kryjówki wyszedł Możan. Spojrzał na nieprzytomnego Artema, po czym bez słowa podszedł do więźnia. Spojrzał pytająco na Alarę, jednak ta pokręciła głową.
(Możan? Oddaję ci przesłuchanie i chwytanie kolejnego :P)

Tekst opowiadania: 683 słów
Nagroda:
  • zręczność: + 100
  • 200 trefl

29 grudnia 2020

Od Alary - Walka z Ghost Hundem cz. 2

Niewielki gang młodzieżowy, którego cechą charakterystyczną jest zdolność do przybierania widmowego kształtu. Przemierzają nocami tereny delty, niszcząc obiekty związane z dowolnymi prawami, dziedzictwem, przeszłością, jednością watahy - nie ważne której. Naruszają cmentarze, walą pomniki, rozdzierają flagi, łamią herby, niszczą dworki szlacheckie i wydzierają w cegle oraz pniach drzew sprośne symbole, oraz swój firmowy znak - wyszczeżonej wilczej czaszki. Za dnia prawdopodobnie są zwyczajnymi, młodocianymi członkami którejś z watah. Zapewne uczą się jak wszystkie młode wilki, czasem wykonują jakiś zawód. Przynależność do gangu wykazują tylko w nocy i tylko w swojej widmowej formie. Każdy członek gangu poza widmową mocą ma swoje, odziedziczone od rodziców. 
- Musisz pani mieć na myśli Widmowe Psy. - Kapitan straży patrzył na Alarę znad dokumentów. - Ostatnio są faktycznie dość uciążliwi. Zaczęło się dość niewinnie, przewracanie śmietników, sprośne napisy. Potem były te murale, a teraz pomnik Tytana. Strach pomyśleć, co będzie następne.
  Wadera pokiwała głową.
- Przesłuchano tamtego artystę? - spytała, a basior westchnął. 
- Próbowano. Ale nie wygląda na to, by bez tortur powiedział coś więcej. A też... - Kapitan wyglądał na zakłopotanego. 
- Trzeba ukrócić to bluźnierstwo, kapitanie. Nawet jeśli to tylko dzieciak, dopuścił się zbrodni przeciw rodowi miłościwie nam panujących Riversów. - Gawrdzistka podniosła nieco głos. - Najpierw śmieci, potem murale, pomnik, a co jeśli następny będzie jego wysokość Tytan lub jego brat Możan? Nie wolno tolerować herezji, kapitanie.
- Z tego co wiemy o Widmowych Psach, nie koniecznie muszą znać tożsamość swoją nawzajem - zaczął, ostrożnie dobierając słowa, oficer.  - Na takie wypadki raczej spotykają się tylko w widmowej formie i nie kontaktują za dnia.
- W takim razie trzeba to będzie zrobić inaczej. - Alara zamyśliła się.

[...] Krata celi szczęknęła i młodzieniec poderwał się z ziemi z przerażeniem w oczach. Był drobnym, jasnowłosym wilkiem, na oko piętnastoletnim, o kanciastych, różnobarwnych wzorach, pokrywających jego ciało w nieregularny sposób. 
- P-przyszłaś mnie zabić? - wyjęczał, kładąc uszy po sobie i przyciskając się do ściany. Alara patrzyła w milczeniu. Strach był uczuciem, które mogła wykorzystać. 
  Dzieciak był z mieszczańskiej rodziny. Jego rodzice prowadzili niewielki, garncarski biznes. Ponoć jego matka malowała najpiękniejsze wzory na glinianej zastawie w mieście. Byli przykładnymi obywatelami. Nigdy nie przejawiali anty-Riversowych zapędów. Czemu ten dzieciak je miał?
- Bardzo bym nie chciała, ale... - pozwoliła, by te słowa na chwilę zawisły w powietrzu. - To zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Chyba chciałbyś jeszcze zobaczyć rodziców?
  W oczach basiora narastał lęk. Nie pisał się na to. Widać było, że się na to nie pisał. Z jakiegokolwiek powodu robił murale, nigdy nie chciał konsekwencji.
- Ja... nie znam nawet pozostałych. - Wyznał.
- Ale możesz mnie do nich zaprowadzić.

[...] Jeśli będzie miał okazję, zdradzi mnie. Alara stała w cieniu uliczki, razem z Artemem. Basior dalej wyglądał na przerażonego, jednak trochę zebrał się w sobie. Nerwowo poprawiał pas z farbami, raz po raz spoglądając na gwardzistkę.
  Słońce powoli zachodziło. Cienie domów stawały się coraz dłuższe, topiąc ulice miasta.
- Pamiętaj, jeśli spróbujesz uciec, twoi rodzice odpowiedzą za współudział w twojej zdradzie - zaznaczyła, patrząc na młodzieńca twardo. - Pamiętasz, co masz zrobić?
- Tak. Zostawiać znaki, znaleźć i czekać. - Przełknął ślinę.
- I nie próbować mnie wykiwać. 
  Pokiwał głową, a ostatnie promienie słońca błysnęły nad horyzontem. Białe futro chłopaka powoli zaczynało być przeźroczyste, a im ciemniej się robiło, tym mniej przypominało jego. Artem wciągnął powietrze przez nozdrza w czaszce i bez choćby pisku ruszył biegiem.

[...] Gwardzistka podążała za niewielkimi symbolami czaszki, zostawianymi przez Artema na murach. Nie było opcji, by dogoniła jego widmową formę w inny sposób.
  Ślad prowadził w głąb dzielnicy szlachty. Wadera minęła Plac Potęgi Burz, zbudowany na cześć władcy watahy, na którym pomnik Tytana zasłonięty był przed widokiem publicznym płachtami. Zwykle piękny, złoty monument, teraz oszpecony był przez deformacje.
  Przebiegła przez Plac Południa, Plac Wschodzących Gwiazd, Plac Pokoju. Przed Placem Wodnika się zatrzymała. Niewielkie graffiti zrobione w tej uliczce było inne, niż poprzednie. Miało zielone oczy. Wadera przycisnęła się do ściany i wyglądnęła z uliczki. Na środku placu, na pomniku Clifforda Sansun stała dwójka postaci. Chyba rozmawiały, bo wpatrywały się w siebie. Jedna z nich miała puszki ze sprayem przy pasku.
  Wzrok Alary zwrócił się ku rzeźbie protoplasty rodu Sansun. Była zrobiona z brązu, zielonkawa już od upływu lat. Długi ogon Clifforda leżał luźno, owinięty wokół jego łap. Wadera uśmiechnęła się do siebie i posłała energię magnetyzmu w stronę ogona. Ten łatwo poddał się jej woli. Brąz był miękkim materiałem. Lekko skrzypnął, jednak nim Widmowe Psy zdążyły zareagować, oplótł bliższego z nich twardym uściskiem. Wadera wystartowała w jego stronę, podczas gdy drugi z przerażeniem wysofał się z monumentu. 
  Gwałtownie uwięziony uwolnił własną falę magnetyzmu, roztrzaskując ogon w kawałki i pchnął rzeźbę w stronę gwardzistki, ją również eksplodując. Wadera jednak zdołała wychwycić odłamki i posłać je w ślad za uciekinierem. Grad pocisków zbombardował jego widmowe ciało, przelatując przez nie w każdym miejscu prócz czaszki. Uderzony w nią pies zawył.
  Korzystając z chwili, gwardzistka skróciła dystans i całym swoim ciężarem rzuciła się na niego. Jej zęby sięgnęły po czaszkę i mocno się na niej zacisnęły, ciągnąć go w dół. Pies próbował się wyrywać, jednak metal pyska Alary zespolił się na jego materialnej części. A po kilku uderzeniach w bruk stracił przytomność.
  Kolejny pomnik trzeba będzie odnowić, jednak przynajmniej będzie to ostatni... to, co w tym momencie martwiło Alarę najbardziej była tożsamość Widmowego Psa. Wadera pochodziła z rodu Hajre.
Tekst opowiadania: 787 słów
Nagroda:
  • zręczność: +100
  • 200 trefl

28 grudnia 2020

Od Alary cd. Możana

  Król wyszedł, owiewając stojącą przy wejściu Alarę zapachem ozonu. Gleviss, mijając rywalkę, miała uniesiona dumnie głowę, świecąc wciąż jasną broszą i złotymi zdobieniami na pancerzu. Jej zbroja była inna, niż gwardii zamkowej, ale nie wyglądała też jak zbroja poprzedniego gwardzisty władcy. Na oko Alary została zrobiona na miarę wadery. Dostosowana do jej umaszczenia i figury. Jej wzór był trudny i efektowny, zapewne nauczenie się go zajmie Gleviss sporo czasu, jednak jego reprezentacyjny wygląd budził respekt niezwykłym kunsztem. 
  Tytan i jego gwardzistka zniknęli z pola widzenia wadery, pozostawiając ją samą z Możanem w tym luksusowo urządzonym pokoju. W głowie gwardzistki zapaliła się czerwona lampka. Skoro król nie chciał ich widzieć, skąd wiadomość, że mają się tutaj stawić? Król był spięty, nie miał nawet przy sobie Gleviss. A powietrze między braćmi zawsze wydawało się znacznie bardziej wzburzone. Ktoś chciał wystawić króla Możanowi? A może doszło do zwykłego nieporozumienia.
- Skończmy, co zaczęliśmy, Alaro - zarządził Fuhrer, przechodząc koło niej, lekko muskając jej pierś końcówką długiego ogona.
- Tak, panie - odparła, rzucając ostatnie baczne spojrzenie po komnacie władcy. Widziała ją po raz pierwszy, ale wszystko wydawało się być w porządku. 

[...] Możan rozciągał grzbiet, patrząc jak Alara włącza osłony magiczne placu treningowego. Wadera czuła się z tym niezbyt dobrze. Wyglądało na to, że jej pan chce użyć mocy w tym sparingu, a używanie mocy zawsze czyniło rzeczy bardziej letalnymi. 
- Gotowe? - zapytał, gdy wadera uruchamiała właśnie ostatnią pieczęć.
- Tak, panie. - Gwardzistka odwróciła się do Fuhrera. - Jesteś pewien, panie, że chcesz walczyć z użyciem magii? 
- Bez magii nie będzie zabawy - zauważył pogodnie. Alara skinęła. 
- Czy mam pozwolenie na użycie pełni moich możliwości? - spytała, a przez zbroję przeszła magnetyczna fala, poruszając lekko płytami.
- Zgadza się. 
  Skinęła głową, a metal na jej karku zaczął się przemieszczać, formując w płyty, osłaniające podgardle i kark oraz pełen, wilczy hełm. Jej futro przebiegła fala ołowiu, nadając mu metaliczny poblask, a pierścienie na ogonie przesunęły się w stronę końca, formując na nim twardą kulę. Ciężki, runiczny pawęż wzniósł się nad ziemię, osłaniając lewy bok Alary.
- Zaczynaj, gdy będziesz gotowa. - Możan wyglądał na pewnego siebie. Był ewidentnie podekscytowany możliwością walki. Już wcześniej wyglądał na podnieconego tą perspektywą. A sytuacja z bratem tylko podjudziła jego zapał. 
  Bardzo szczupły, bardzo wysoki. Nie wyglądał jednak, jakby miał problem z koordynacją łap. A swoim ogonem jest w stanie manewrować równie sprawnie, jak dłońmi. Połowę twarzy osłania. Alara widziała tam fragment blizn. Nie widziała za to drugiego białka. Brak oka? O mocy Riversa poza tym, że ma własności nekromantyczne wiedziała, że mają związek z elektrycznością oraz krwią.
  Ziemia placu treningowego jest twarda, uklepana, nieco pylasta. Powierzchnia niewielka. Warunki pogodowe zostały wyłączone. Słońce świeci z boku. 
- Jestem, panie - powiedziała i z nieruchomej pozycji zerwała się do szarży, nastawiając tarczę w stronę basiora. Wszystkie jego mięśnie się spięły. Odskoczy w lewo. Wadera wykonała szybki zwrot tarczą, przerzucając ją przed pyskiem i zbierając promienie słońca na jej powierzchnię i posyłając prosto w oczy basiora, jednocześnie gwałtownie wbiła kulę, kończąca jej ogon w ziemię, korygując kurs, by znów osłaniać się tarczą. Władca zmrużył oczy na sekundę, tracąc widoczność. Tą sekundą stracił perfekcyjny moment odskoku i gdy jego łapy odrywały się od ziemi, w jego lewą kończynę uderzyła rozpędzona, kilkakrotnie większa, niż sugerowałaby płynność poruszania się wadery, masa żelaza. Rozpędzona Alara zatrzymała się dopiero przy barierze, uderzając w nią tarczą i magnetyzmem zmuszając swoje ciało do stanięcia. Błyskawicznie się odwróciła, przeciągając tarcze w powietrzu i blokując atak lecącej kosy. Między artefaktami błysnęły iskry. Kosa odleciała na chwilę i jak bumerang spróbowała ataku z drugiej strony. Wadera rozszerzyła pole magnetyczne i wrzuciła tarczę na automatyczne parowanie przy zakłóceniach pola, gdy coś błysnęło przed nią. Instynktownie zaślepiła wizjery, jednocześnie przekierowując dużą partię metalu do ochrony karku i głowy. Rozległ się huk, jednak nie poczuła uderzenia. Odblokowała widoczność, przesunęła gwałtownie tarczą w powietrzu i odskoczyła, patrząc uważnie na zbierającego się z ziemi przeciwnika. Była spięta, pole magnetyczne wokół niej trzeszczało cicho, naładowane elektrycznie. Możan potknął się, opierając na lewej łapie. Jego futro wciąż iskrzyło lekko. Spojrzał w stronę wadery, a ta poczuła zgrzyt pazurów na zbroi, nim ciało Alphy osunęło się na ziemię. Serce jej zabiło. Rana była tak ciężka? Impet wywołał omdlenie? Rozkręciła tarczę, opędzając się od niewidocznego dla niej i niezwykle szybkiego przeciwnika i ruszyła w stronę basiora. Jego ciało było bezwładne, leżało blisko bariery. Został zaatakowany? Skrytobójca był z nimi w bańce? Gwardzistka błyskawicznie deformowała pancerz, zrywając go ze swojego ciała w olbrzymią tarczę i zaryła pazurami, stając bokiem do swojego pana i odgradzając siebie oraz jego od napastnika. Coś jeszcze raz zaryło w metalu pazurami i ustało. Coś przemknęło po skraju pola z dużą prędkością. Alara wytężyła je, próbując wyszukać niespodziewanego przeciwnika. W tym czasie za jej plecami Fuhrer powoli się podniósł, powróciwszy do swojego ciała. Zauważyła, jednak on był dużo od niej szybszy. Skoczył, celując w gardło. Zbiła go żelazną łapą, przekierowując impet skoku w ziemię i przyduszając swoim ciężarem do pyłu. Nie był nieprzytomny. To była sztuczka. Rozluźniła się nieco. Poluzowała uścisk, a Możan wykorzystał tę chwilę. Odrzucił ją, prosto w jej prowizoryczną tarczę z pancerza i skoczył w jej stronę. Spletli się w uścisku walczących wilków. Jego wątłe ciało, jego delikatne kończyny. Czuła, jak słabo napierają na jej własne barki. Czuła jak jego szczęka ślizga się po metalu na jej ciele.
  Naprawdę nie powinnam walczyć ze swoim panem...
  Wykonali jeszcze jeden koziołek. Była na górze, przygniatała go do ziemi. Słyszała świst powietrza. Czuła odkształcenie w polu magnetycznym. Jej tarcza była w zasięgu. Pierwszy instynkt poderwał ją nawet na centymetr z ziemi. Opanowała się. Patrzyła nieruchomo z góry na Fuhrera, a ten patrzył na nią z dołu z uśmiechem tryumfu.
- Wygrałem - powiedział z satysfakcją.
- Wygrałeś, panie - przyznała Alara, czując, jak magiczna kosa delikatnie muska jej gardło.
  Powoli zeszła z niego, pozwalając mu wstać. Zbierając się widziała, jak delikatnie stawia lewą łapę. Przypadła nisko do ziemi.
- Moje zachowanie było karygodne. Przyjmę każdą karę. - I w milczeniu, nie unosząc wzroku czekała na odpowiedź władcy.
(Możan?)

22 grudnia 2020

Od Alary - Walka z Ghost Hundem cz. 1

Niewielki gang młodzieżowy, którego cechą charakterystyczną jest zdolność do przybierania widmowego kształtu. Przemierzają nocami tereny delty, niszcząc obiekty związane z dowolnymi prawami, dziedzictwem, przeszłością, jednością watahy - nie ważne której. Naruszają cmentarze, walą pomniki, rozdzierają flagi, łamią herby, niszczą dworki szlacheckie i wydzierają w cegle oraz pniach drzew sprośne symbole, oraz swój firmowy znak - wyszczeżonej wilczej czaszki. Za dnia prawdopodobnie są zwyczajnymi, młodocianymi członkami którejś z watah. Zapewne uczą się jak wszystkie młode wilki, czasem wykonują jakiś zawód. Przynależność do gangu wykazują tylko w nocy i tylko w swojej widmowej formie. Każdy członek gangu poza widmową mocą ma swoje, odziedziczone od rodziców. 
- Co, znowu? - Uszy Alary wychwyciły niezadowolony ton gwardzistów, stojących przy murze, a jej oczy poświęciły sekundę na spojrzenie w ich stronę. 
- Trzeci raz w tym miesiącu. - Wadera wychwyciła na ścianie wieży kolosalnej wielkości mural, przedstawiający Tytana, przypominającego rozdęty balon i unoszącego się kilkanaście metrów nad ziemią na sznurkach, trzymanych przez karykaturalne głowy rodów. W blasku zachodzącego słońca złote pręgi na jego łapach oraz ogonie błyszczały intensywnie. - Lady Klavris się wścieknie. Już po pierwszym kazała podwoić straże. Ściągnęła nawet dodatkowych Hajre, jak widać, jednak gówno to dało. 
- Całkiem dobry obraz - mruknął Możan, przystając na chwilę i spoglądając na nadętą twarz brata. - Podobieństwo niemal jeden do jednego.
  Alara nic nie odpowiedziała. Niepokoił ją. Był wewnątrz zamku, w widocznym miejscu. A przeciwnik mógł być zagrożeniem dla jej pana i całego rodu Rivers. A jego wyraźny brak szacunku do króla personalnie irytował waderę.
  Mural stopniowo znikał z pola widzenia gwardzistki, gdy zbliżali się kościoła Mrokańskiego. Ponura budowla na obrzeżu miasta nigdy nie była specjalnie lubiana przez waderę. W jej pobliżu przechodziły ją ciarki.
  Przed samym wejściem Możan przystanął i spojrzał na gwardzistkę.
- Właściwie nie spytałem, jesteś wierząca?
- Wierzę w duchy przodków, panie - oznajmiła wadera zwięźle.
- W takim razie lepiej będzie, jeśli nie przekroczysz murów świątyni. Do rana powinienem skończyć. Bądź tu o świcie. 
- Moja wiara nie jest istotna, panie - nieśmiało sprzeciwiła się wadera. - Podążę za tobą choćby do kręgów piekielnych.
- Rozkazałem ci odejść - uciął Führer stanowczo, a wadera skłoniła się głęboko pod mocą tych słów. Po chwili basior zniknął w czeluściach kościoła. Gwardzistka jeszcze przez chwilę wpatrywała sie w ciemność, w której zniknął jej pan. Na pobliskim drzewie usiadł kruk i wydał z siebie przeciągły skrzek. Spojrzenie wadery padło na dziwny osad z boku muru. Ruszyła w tamtym kierunku, a gdy minęła załom, a jej oczom ukazał się kolejny pokraczny mural. Ten przedstawiał Możana, wychudzonego do granic możliwości, stojącego tyłem do widza, jednak odwracającego pysk ze świecącymi czerwienią oczami, wciąż trzymający oderwaną głowę króla. Po murze spływała zastygła krew, a nos wadery mówił, że jest prawdziwa. Alara zazgrzytała metalowymi zębami i podeszła bliżej. Nie przeszkadzało jej plugawienie i tak splugawionej mrokiem świątyni, ale wizja przedstawiona przez artystę przyprawiała ją o ciarki na plecach. Tak nie mogło być. Nie mogła pozwolić, by artysta bezkarnie tworzył swoje plugawe dzieła. Powąchała farbę. Chemiczny zapach nie specjalnie wiele jej mówił, jednak wiedziała, komu będzie. Usiadła przed muralem i zamknęła oczy.
- Wzywam cię, przodku sprzed pięciu pokoleń, Balaaru z mieszczaństwa, ojcze mej babci sprzed czterech pokoleń, powołując się na więzy krwi i zobowiązania rodów. Przybądź i wesprzyj mnie w poszukiwaniach tego, kto plugawi sztukę, kto jest hańbą dla artystów. Pomóż mi oczyścić miasto z tych, których... - nagle poczuła uderzenie w klatkę piersiową, które na chwilę pozbawiło jej tchu. Oczy zaszły jej mgłą, a ciało zrobiło lekkie.
  "Zeeeemsta." wysyczał głos w jej wnętrzu, a ciało Alary wygięło się nienaturalnie, wstając na tylne łapy i zawyło złowieszczo. Od jej ogona, przez całe ciało przebiegł zielonym widmowy blask, pozostawiając po sobie półprzeźroczyste, widmowe ciało i omotując się wokół głowy, którą przykryła wilcza, ślepa czaszka z białego złota. Również żuchwa wadery przybrała formę czaszki, a jej zmysły wyostrzyły się gwałtownie. Na pół świadomie, na pół w transie uderzyła łapami o mural i przeorała go, pozostawiając w kamieniu masywne rysy.
  "Zemsta. Zemsta. Dorwać. Ścigać. Wgryźć się. Zniszczyć. Zdrajcy. Zdrajcy!" Przywarła do farby i zaczęła węszyć. "Kto? Kto? Taaak. Wiem. Widzę. Widzę. Pamiętam. PAMIĘTAM. On tam był. Zdradził. Zdradził." Ciałem wadery ponownie miotnęło, upadła na ziemię i w spazmach przeturlała z powrotem na łapy. "Węszyć. Węszyć. Szukać. Znaleźć." Dochodzące do niej bodźce pobudzały w jej ciele tak żywe emocje, jakich jeszcze nigdy nie czuła. "Łowić. Polować. Złapać. Złapać!" Przywarła mocniej do ziemi, czując znajomy zapach. Znajomy? Nie dla niej znajomy. "Jest. Jest! Gonić! Dorwać!" Puściła się biegiem, podświadomie chwytając trop, którego nie miała prawa czuć. Jej łapy ledwie muskały ziemię, jednocześnie materialne i twarde jak metal i widmowe. Nie widziała dokładnie, dokąd biegnie, nie czuła upływu czasu. "Pogoń. Bieg!". Ulice miasta w zapadającym zmroku zdawały się być tak znajome, tak przyjazne. Wskoczyła na śmietnik, na balkon, na dach. Jej pazury zrzuciły kilka dachówek. Biegła dachami. Księżyc patrzył na nią z uśmiechem. "Blisko. Blisko." Zielony, widmowy blask zalśnił na dachach kilka przecznic dalej. Wszystko wewnątrz Alary się zagotowało. "JEST". Przyśpieszyła jeszcze, a jej ciało z każdą chwilą oddalało się od swojego materialnego kształtu.
  Biegnący nieco z boku chyba ją zauważył. Skierował się w jej stronę. Był widmowy, tak samo widmowy jak ona. I również miał czaszkę zamiast głowy. Jego postawa zdawała się przyjazna. Biegł na spotkanie przyjaciela. Nie szybko coś go zaniepokoiło. Byli ledwie dwa dachy od siebie. Gwałtownie zatrzymał się i skręcił. Alara skróciła dystans, lądując na sąsiednim dachu, a ścigany zanurkował w uliczkę. Zanurkowała za nim i widmowym blasku pomknęła między śmieciami. Jej podniecenie rosło. "Zemsta! ZEMSTA!". Skręcił. Ona za nim. Wskoczył w kanalizację. Ona za nim. Wyskoczył. Kolejne uliczki. Wadera skróciła dystans. Siedziała mu niemal na ogonie. Widmowe światło błysnęło, a jej ciało zrobiło się jeszcze lżejsze. Skoczyła. "Złapany. Zabić! ZABIĆ!" Przygniotła widmowe cielsko swoim ciężarem. Jej stalowe szczęki z czystą rządzą mordu, zniżyły się ku karkowi tamtego. Próbował się wyrywać, skowyczeć, jednak żelazny uścisk gwardzistki był zbyt mocny. Zacisnęła z lubością kły, powoli zatapiając je w widmowe cielsko...
   Gdy słońce zaczęło wschodzić. "Zaaaabij..." rozległ się jeszcze cichy syk avatara, gdy ciężkie, okute w metal ciało wadery było powoli opuszczane przez widmo. Mgła spadła z jej oczu, a pod kłami zauważyła młodego, przerażonego wilka. Jego futro było poplamione farbami, śmierdziało znajomo. Jednak jego zbrodnia nie zasługiwała na śmierć. Rozluźniła uścisk i uniosła łeb.
- Jesteś aresztowany w imieniu króla Tytana z rodu Rivers za niszczenie mienia państwowego i znieważanie władcy - powiedziała z trudem, tłamsząc w sobie chęć wykonania samosądu. - Masz prawo zachować milczenie.
  Część metalu spłynęła ze zbroi wadery, formując się w kajdany. Skutego i nadal przerażonego basiora doprowadziła na straż miejską. A tam zajęły się nim miejscowe władze.

Tekst opowiadania: 997 słów
Nagroda: 
  • zręczność +100
  • 200 trefli

Od Alary cd. Możana

  Führer uśmiechnął się pod nosem i gwardzistka była pewna, że zrobił to zupełnie nieświadomie. Widać nieobecność brata była dla drugiego syna rodu Rivers dobrą wiadomością. Dla Alary jednak nie miało to specjalnie znaczenia. Nie było jej obowiązkiem znać się na polityce, a i ta nigdy jej nie bawiła. Odłożyła drewniany miecz na stojak. Bardziej interesowała ją walka Davisem. Dał jej fory. I to solidne. Zastanawiała się, jaki był tego cel. Rzuciła mu pytające spojrzenie, korzystając z chwilowego zamyślenia swego pana. Czemu starszy gwardzista nie poszedł z nią na poważnie? Wytrzymałaby, nawet gdyby musiała się zacząć osłaniać metalową skórą. Tamten tylko dyskretnie wzruszył ramionami i uśmiechnął się tajemniczo.
- Niech będzie, że "sprawy służbowe". - skomentował Możan i spojrzał na gwardzistkę. - Na razie odłożymy nasz taniec. To nie powinno zająć długo.
  Alara skłoniła głowę i z cichym szczękiem modelowanej stali przeobraziła się w wilka. Podniosła tarczę i wyprostowała się wyczekująco w postawie zasadniczej.
- To pożegnanie Davisie. - Führer podszedł do starszego gwardzisty. - Mam nadzieję, że odwiedzisz mnie jeszcze... - w powietrzu zawisły niewypowiedziane słowa. Słowa, których znaczenia Alara nie znała, a które wydawały się oczywiste dla dawnych towarzyszy.
- Oczywiście, mój... panie. - Również Davis wydawał się, jakby chciał powiedzieć coś innego. Wcześniej powiedział o nim, jako o "swoim królu". Czy to na pewno było tylko przejęzyczenie? Czy objaw nielojalności? Na serce Alary padły pierwsze ziarna lęku, w jej nieskazitelnej wierze w ród Riversów znajdując słabe i kamieniste podłoże, w którym jednak powstała już pierwsza rysa. 
  Skinęli sobie głowami i Führer dał znać swojej nowej gwardzistce, by poszła za nim. Ta wyminęła wuja i dostosowała rytm kroków do długich, powolnych stawianych przez jej lorda. Nie była niska, a jej ciało było zdecydowanie bardziej masywne od ciała Możana, jednak ten mimo wszystko górował nad nią swoją anorektyczną posturą. Ich przemarsz przez zamek musiał wyglądać wręcz dość zabawnie. Był jak piórko, jak trzcina, która mogła się zaraz złamać. Co tak naprawdę kryło się pod tą wyniszczoną powłoką?
  Weszli do prywatnych komnat króla. Tytan, w swojej ludzkiej formie, przywdziewał właśnie coś, co wyglądało jak wyjątkowo nieporęczny, ale bogato zdobiony kaftan podróżny. W pierwszej chwili nie zwrócił na przybyszów uwagi, przyglądając się swojemu obliczu w lustrze.
- I przynieś jeszcze naszyjnik z brylantami. Ten układający się w wzór gwiazd - zwrócił się do pomagającej mu służki, a ta pośpiesznie ruszyła wykonać jego zadanie. Dopiero wtedy, nie odwracając się nawet od lustra, zwrócił się do brata. - Czego chcesz?
- Podobno chciałeś mnie widzieć - zauważył Możan, a w jego głosie czuć było cień irytacji. Jakby samo przebywanie w pobliżu króla w jakiś magiczny sposób wpływało na nastrój Führera.
- Ja? Nic podobnego. - Tytan poprawił luźno opadające na ramiona włosy i powędrował dłońmi w stronę korony. Dotknął ją opuszkami palców i lekko pogładził. - Leży doskonale. Jak zawsze. - Po czym zwrócił się do brata. - Jeśli nic ode mnie nie chcesz, to mój szambelan zapewne o wszystkim ci powiedział. O szczegóły pytaj moich doradców. Bądź grzeczny braciszku, jak mnie nie będzie. Będą mieli cię na oku.

(Możan? Well, znowu zostawiam cię z bratem i guess? A, i jeśli będziesz chciał zacząć pojedynek z Alarą w następnym to daj mi go dokończyć :3 też chcę trochę walki.)
Zyskujesz Bojaźń - Alara
Szablon wykonała Fragonia na rzecz bloga Wataha Karmazynowej Nocy. || Credits