Oficjalne Pożegnanie

  Tak, zdajecie sobie sprawę, co to chyba oznacza. Przede wszystkim jednak należą się wytłumaczenia tym nielicznym, którzy zostali... 
    Diki już dawno upadło. Blog ten zniszczyły kłótnie, niespokojne czasy, mój brak weny, ciągnięcie tego wszystkiego na siłę. Wiele osób radziło mi już dawno to zrobić - zamknąć ten rozdział. A ja czułam, że ciągnę już coraz bardziej to wszystko na siłę. I ciągnęłam. Ciągnęłam. Ciągnęłam... 
    Aż w końcu postanowiłam powiedzieć stop. Zaraz po powrocie ze szpitala chciałam to wszystko naprawić, ale widząc ten blog... po prostu już nie mogłam zabrać się do pracy. Decyzję tą podjęłam z dnia na dzień. Nie ukrywam, że będzie mi cholernie brakować tego miejsca, ale czułam, że tak trzeba. 

Powodzenia
Tyks

Od Artura, CD Jeanette

Jak szybko przybyłem z powrotem do domu, tak szybko musiałem się zmywać. Kto by pomyślał, że w tak krótkim okresie czasu (kurwa, parę godzin mieli, jak mogli tak szybko wszystko spierdolić?), wyszło na to, że całkiem sporo spraw wymknęło się spod kontroli. Jeden zamach, drugi zamach, szpieg Mroku w naszych szeregach, ujawnienie naszych szpiegów w szeregach Mroku i WKJ. Tyle mi, kurwa, było z całej tej zasranej neutralności, wiary w lepsze dobro, ogarniania świata, ale nade wszystko największe wrażenie wywarła na mnie jedna informacja. Mała, drobna karteczka, wyraźnie wskazująca obecne położenie Hanki i tej suki, która myślała, że będzie w stanie przede mną uciec. Gdybym nie spieszył się, aż tak mocno, może nawet wybuchnąłbym śmiechem, ale póki co? 
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, mrużąc oczy i prawie całkowicie zapominając o zostawionej w ostatnim domu Jeanette. Mogłaby zniknąć, zdechnąć, wcale o to nie dbałem, myśląc tylko o tym, co zrobię tamtej wariatce, gdy dostanę ją w swoje łapy. 
Głupia terapeutka też nie była warta funta kłaków, próbując odwieść mnie od mojej upragnionej zemsty, gdy w końcu miałem możliwość dotarcia do niej. W spokoju ruszyłem przed siebie na spotkanie z przeznaczeniem, z powrotem babrząc się w emocjach. 
Znalazłem je i dopilnowałem, żeby zabrać je ostatecznie ze sobą do samego piekła, wsłuchując się w cudowne krzyki Haneczki. Hania, Hannah, no, nie bądź taka, czemu uciekasz od ojca? 
A potem są tylko głosy, jest tylko światło i przecież od zawsze wiedziałem, że Młoda miała ten sam potencjał magiczny, co jej niewydarzona matka. 


X x X x X 

Jak ja dawno odcięłam się od koncepcji DIKI, że teraz nie wiedziałam nawet, w jakim kierunku się rzucić. Tym przykrótkim akcentem ślę gorące pozdrowienia każdej osóbce, z którą pisałam przez ten czas. Artur, Nana i Hanka zostaną przeniesieni na kolejne blogi, a tutaj się żegnam i życzę wszystkim miłych wątków, doborowych wrażeń i szczęścia w rozwijaniu ich tworów! :) 
 Szczególne pozdrowienia dla Jezy i Wołkowa, kocham was pełnym serduszkiem i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś wspólnie napiszemy. <3

Towarzysz - Agnus

Imię: Agnus
Level: 1
Właściciel: Antales
Rasa: Wąż
Opis: Niejadowity gad, o twardych i ostrych łuskach, w barwie czarnego onyksu. Nie jest niebezpieczny, dopóki nie zbliżysz się do jego właściciela, gdy tenże ówcześnie wydał odpowiednią komendę. Łączy go dziwna więź z dzieciakiem, ponieważ rozumieją się bez słów, których to wąż nie potrafi wypowiadać. Wierny swojemu właścicielowi, obroni go nawet za cenę własnego życia.
Ze względu na swe rzadkie występowanie oraz piękną skórę wiele kolekcjonerów pragnie zdobyć taki okaz dla siebie.
Często przebywa na szyi Antalesa.
Moce: Gad potrafi zmieniać swą wielkość. Od paru centymetrów do nawet kilkunastu metrów, bez utraty grama skóry.


Siła: 5 | Szybkość: 25 | Wytrzymałość: 25 | Magia: 5

Od Jeanette

     Nie wiedziała, jak to zrobiła. Kiedy zobaczyła swoją szansę, działała jak w jakimś upiornym transie. Zrobiła co musiała, wzięła co musiała i ruszyła przed siebie jak kukła, którą ktoś steruje. Po prostu parła przed siebie, nie oglądając się na nic. Nie zwracała uwagi na swoje obolałe ciało, na to, że każdy kolejny krok sprawiał jej ból, a ubrania za czasów porwania zdecydowanie nie nadają się na tę pogodę, którą bogowie raczyli zesłać na Ziemię w ten piękny dzień. Kiedy poczuła świeże chłodne powietrze na swojej twarzy, miała ochotę się śmiać. Oh, bogowie.. Myślała, że już nigdy nie wyjdzie z tamtego więzienia, a tu proszę. Stała na zewnątrz, wolna, a w jej oczach błyskały wesołe iskierki. Rozłożyła ręce na bok, pozwalając by wiatr rozbudził ją do końca. A potem ruszyła biegiem przed siebie. Na oślep. Byleby jak najdalej od tego strasznego miejsca. Chociaż buty raniły jej nogi, nie zatrzymywała się. Kilka razy traciła równowagę, przez co się potykała i jej tempo malało, ale nie poddawała się. Walczyła całą sobą. Najbardziej jak mogła. Czuła, jakby rodziła się na nowo. Nic już w niej nie umarło, tak jak za pierwszym wybawieniem, kiedy uratowała ją grupa policjantów. Nie straciła żadnej cząstki siebie, ba, właściwie to mogłaby powiedzieć, że stała się jeszcze silniejsza. Myślała, że będzie miała już spokój.
       Ale tak się nie stało.
       Nie wiedziała, ile udało jej się przebiec. Na pewno była już daleko od domu tamtego mężczyzny, jednak kompletnie nie wiedziała, co się stało, ani gdzie jest. Była noc, było ciemno, a ją powoli opuszczała siła. Widziała, jak kłęby pary wydobywające się z jej ust zamieniają się w białe, karykaturalne kształty na zimnym powietrzu. Bogowie, zgubiła się. Tak bardzo się zgubiła. Adrenalina opuszczała ją z każdym kolejnym krokiem na przód, coraz mocniej odczuwała ból w spiętych mięśniach. Przemoczone ubrania zdawały się ściągać dziewczynę w dół. Może to było majaczenie wycieńczonej osoby, jednak mogłaby przysiąc, że w oddali widziała reflektory samochodów. Nie, to nie było przewidzenie. W jej stronę naprawdę zbliżało się kilka samochodów. I właśnie wtedy spanikowała, niepewna czy uciekać, czy pobiec w ich stronę. Nie wiedziała, kto to jest. Czy odsiecz, czy ludzie tamtego faceta. Czuła się jak jeleń na środku ulicy uwięziony w snopie światła, nie mogła wykonać najmniejszego ruchu. Czuła tylko, jak jej serce tłucze o żebra, sprawiając jej niemalże ból. Sekundy zdawały się ciągnąć w nieskończoność, wydłużając tylko moment paniki, w którym czuła się tak przerażająco słaba. Aż w końcu samochody ją otoczyły, a z nich wyszła grupa ludzi z pistoletami w ręce. Jeanette już nie miała wątpliwości, że to jej koniec. Nie tak wyobrażała sobie swoją śmierć.. i chociaż czuła, jak krew odchodzi jej z twarzy, a jelita w brzuchu się skręcając, postanowiła  nie wychodzić ze swojej roli do końca swojego nędznego życia. Wyjdzie z twarzą, zapamiętana jako harda, a nie jako przestraszone i zbłąkane dziecko, którym w istocie była. Przedstawienie musi trwać. Podniosła głowę, śmiało patrząc na twarze napastników.
        — Jeanette Twardowski-Rizzoli. — powiedział jeden z nich, najwidoczniej ich przywódca. — W końcu spotka cię to, na co zasłużyłaś jako córka tej suki.
   A więc chodziło o jej matkę, czyli dopadli ją goście od samego Diabła, który ją więził. I najwidoczniej mają ochotę z nią skończyć raz na zawsze. Nie protestowała, ale też nie zaczęła łkać i nie skuliła się w sobie. Odważnie spojrzała dowódcy w oczy, siląc się na kpiący wyraz pyska. Musiała wyglądać żałośnie, ale nie to się teraz liczyło. Nie zamierzała umierać jako wystraszona Julia Twardowska, tylko jako twarda Jeanette Twardowski-Rizzoli. Nigdy się nie modliła, ale teraz podniosła jedną myśl, skierowaną do jednej, konkretnej osoby. Jedynej, którą kochała. To była krótka wiadomość: „No to w końcu się spotkamy”. Nie skuliła się nawet, kiedy dowódca zmusił ją do uklęknięcia na ziemi, tyłem do wszystkich. Nie dała mu tej satysfakcji, ale też nie szarpała się. Godność przede wszystkim. Poczuła, jak materiał jej spodni przesiąka od mokrej, zimnej ziemi. Założyła ręce na kark, kiedy tamten dźgnął ją lufą w plecy.
          — Ostatnie żądanie? — zapytał, jeszcze raz dźgając ją między łopatki trzymanym w dłoni pistoletem.
         — Przekażcie mój akt zgonu Perunowi Wołkołowi. — Niech wie, co się z nią stało, pomyślała. To dobry chłopak. Nie dałaby sobie spokoju, gdyby się przez nią zadręczał. — Ale, ale. Chwila. Chyba mam prawo do ostatnich słów.
         — Oczywiście. Ważne postacie zawsze mają inspirujące ostatnie słowa. Chętnie posłucham, co ma do powiedzenia taki szczur jak ty. — Z jego głosu pobrzmiewał jad, ale Jean się tym nie przejęła. Przecież już nie miała czym.
      — Na pohybel skurwysynom. — Kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu wraz z końcem ostatniego słowa.
     Kule przeszyły jej ciało, pierwsza z nich uderzyła w skroń, kiedy egzekutor zaczął strzelać od boku. Pierwszy pocisk ją wykończył. To zabawne, jak niewiele trzeba, by złamać tak pozornie silną duszę. Jej ciało upadło na ziemię. Mokrą, brudną ziemię. Głuchy łoskot roztoczył się po polanie. Jeden z ludzi podszedł bliżej i przyłożył dwa palce do jej szyi. Po tym wydał krótki wyrok: „Nie żyje”.
       Deszcz nie przestawał padać, kiedy odjechali. Nie przestawał też padać na martwe ciało Jeanette Twardowski-Rizzoli. Zupełnie, jakby nic się nie stało. Nikt po niej nie zapłakał. Życie toczyło się dalej.
           Nim wstanie świt, ziemia zrobi się ciężka od jej krwi.
...
     Wzięła głęboki oddech. Jej oczy gwałtownie otworzyły się. Poczuła, jakby przez jej ciało nagle przebiegł prąd mocy tysiąca woltów. Przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje. Zgięła palce u dłoni, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że coś się wydarzyło. Bo w końcu była martwa. Przyłożyła dwa palce do nadgarstka, jednak nie wyczuła pulsu. Ruda suka podniosła się na łokciach, obserwując teren wokół siebie. Jej ubranie było mokre i ubłocone, jednak nie czuła chłodu. Delikatnie dotknęła boku głowy i gwałtownie odsunęła rękę, czując na swojej skroni zimną już ciecz, a następnie otwór, który pozostawił po sobie pocisk. Nie krwawiła zbyt wiele, krwotok musiał się zatrzymać. Przez chwilę nie mogła się jeszcze podnieść, nie wierząc w to wszystko. Jeanette Twardowski-Rizzoli. Julia Twardowska. Jaskółka. Przypomniała sobie wszystkie swoje nazwiska, wszystkie swoje pseudonimy. Jeanette, miała na imię Jeanette. Nie wiedziała, co się stało. Nie miała bladego pojęcia, co poszło nie tak. Z taką raną w głowie nie miała prawa żyć, ale przecież.. nie żyła. Nie wyczuwała pulsu, nie oddychała, a mimo to czuła się dobrze. Z lewej kieszeni wyciągnęła żyletkę i na próbę rozcięła swój palec. Wypłynęło z niego trochę krwi, ale.. nie odczuła tego. Nie zdradzała żadnych oznak istoty żywej, a jednak coś ją trzymało na tym świecie. Nie była duchem, bez większego problemu oddziaływała na otoczenie, chociażby grzebiąc w ziemi. Wyciągnęła dłoń przed siebie, patrząc na swoje brudne palce. Bogowie. Słyszała o tym, ale nigdy w to nie wierzyła. Nie wierzyła też w siebie. Może trafiła do Piekła, które wyglądało jak miejsce jej śmierci. Podniosła się. Czas się o tym przekonać.
...
      Nie wiedziała, ile minęło. Stała teraz na podjeździe. Ani razu przez całą wędrówkę nie zatrzymała się na sen, nie zatrzymała się na jedzenie, nie zatrzymała się na picie. Nie potrzebowała. A teraz stała na podjeździe swojej jedynej nadziei. Nie myślała wcześniej dużo, skupiając się jedynie na dotarciu tutaj. Jeśli jej otworzą, to nie może być Piekło. Jeśli dom okaże się pusty, nie będzie miała wątpliwości. Przełknęła hałaśliwie ślinę i podeszła do drzwi, wściekle w nie łomocząc. Nie straci charakterku nawet po tym incydencie. Ze środka usłyszała jedynie wołanie, że za chwilę zejdzie. Usłyszała głos Peruna, swojego jedynego przyjaciela. Poczuła, że łzy cisną jej się do oczu. Ale nie wychodziła z roli. Nie chciała, żeby zauważył jej słabość.
     — Perun. — Uśmiechnęła się szeroko, kiedy stanął w drzwiach. Wyglądał tak.. normalnie. Miał na sobie jedynie bokserki do snu, jego włosy były rozczochrane, tak samo jak sierść. Ona zaś wyglądała jak nieboskie stworzenie. Z zaschniętą krwią na boku głowy, cała w błocie i deszczu.
     — Jeanette. — szepnął, od razu się budząc. — Moi bogowie, Jeanette.. Przecież.. przecież ty nie żyjesz. Mam twój akt zgonu! — Zbliżył się do niej, ale nie odskoczyła. Uklęknął i złapał jej brodę w palce, lekko podnosząc głowę dziewczyny. A potem ją przytulił. Tak mocno, jak jeszcze nigdy nie przytulił nikogo. Była zimna. Jak zwłoki.
   — Jak mnie nie wpuścisz, zaraz będziesz miał swój. — wydusiła z siebie. Chociaż nie potrzebowała oddychać, Perun naciskał na nią, przez co ledwo co mógł się odezwać.

Antales?

Od Mishabiru [Quest 51]

Gdy znajomy prosi cię o przysługę, odmawiasz, chyba że masz z tego jakiś zysk, jednak nabierasz podejrzeń, bo wiesz, iż ów koleś jest nadwornym, debilnym śmieszkiem. Istnieje również jedno ale. Za małą kwotę tego nie zrobisz, także targujesz się niczym stara przekupa, by wyciągnąć od typa jak najwięcej.
- Trzysta monet, nie więcej, Alvarez – Mężczyzna wcisnął mu plik listów w dłonie, uśmiechając się przy tym jakże nieprzekonująco.
Basior podrzucił listy, które to posypały się na twarz zleceniodawcy.
- Za tyle nie opłaca mi się nawet przyzywać smoka, znajdź sobie innego sługusa – prychnął i odwrócił się, zaczynając oddalać.
Począł również odliczać od dziesięciu w dół, doskonale wiedząc, co zaraz nastąpi.
- Dobrze, dam ci dwa razy więcej.
Zadowolony z siebie albinos powrócił do niego z szerokim uśmiechem, dziękując za dobrą stawkę. Ponownie odebrał od niego pocztę, po czym opuścił kawiarnię, w której to się spotkali. Słońce ostro dawało się we znaki, w końcu było już południe. Najgorsza pora dnia dla niego. Przeszedł na drugą stronę ulicy, czyli tam, gdzie było najwięcej cienia, i zmierzył w stronę najbliższej stacji metra. Czy można uznać za dziwne, że wie, gdzie znajduje się zakład psychiatryczny?
Zbiegł po schodach, nie będąc aż takim leniem, jak większość ziemskiego społeczeństwa, by korzystać z windy czy też ruchomych stopni. Przyłożył dłoń do bramki, a ta ustąpiła, niczym przed królem. Przyzwyczaił się już tłumu gapiów w każdym możliwym miejscu. Fakt, odstawał wyglądem, ale trzeba było się aż tak patrzeć? Przecież, jako albinos, jest przeciwieństwem murzyna!
Dwadzieścia minut wyjęte z życia, chociaż spędzone na krótkiej drzemce. Plusy i minusy zostały uwzględnione. Po wyjściu z chłodnych podziemi musiał zmierzyć się z nasłonecznioną przestrzenią. Protip: chcesz zabić Mishkę? Wystaw go gołego na słońce. W ciągu godziny gwarantujemy spłonięcie osobnika.
Nałożył kaptur od bluzy na głowę, starając się przezwyciężyć upał. Tylko idiota wychodził z domu w taki skwar, bądź przymusowy robotnik na jakąś środkową zmianę. Żwawym krokiem tuptał do parzystego numeru, który widniał na wielkim, murowanym budynku postawionym w głębi na kilkuhektarowej działce. Na szczęście znaki poprowadziły go wprost do biura, a i na przyjęcie nie musiał długo czekać.
- Pan poczeka, muszę sprawdzić – oznajmiła starsza kobieta, odbierając od niego plik listów.
Zniechęcony przysiadł na krześle naprzeciwko niej, bawiąc się swoimi palcami u dłoni, jednocześnie myśląc, na jakie jedzenie spożytkuje otrzymane pieniądze. Może dobre wypieczone mięso? Albo zamiast jedzenia nowy płaszcz… Ostatnio strasznie niszczy swoje ubrania.
- Pan nazywa się Mishabiru Alvarez? – tym pytaniem wyrwała go z zamyślenia, zaś w odpowiedzi przytaknął. – Napisane tutaj jest, iż ma pan problemy z określeniem własnej tożsamości. Był pan już mordercą, złodziejem, kobietą, dzieckiem i stróżem prawa. Czy to prawda?
- Słucham? – pochylił się nieco, wyraźnie zdziwiony jej słowami. – Gdzie ma tak pani napisane? Nigdy w życiu nie byłem u psychiatry. Zostałem tylko poproszony o…
Tutaj zaświeciła mu się czerwona lampka oraz wystąpiła na skroń pulsująca żyłka.
Zabiję go.
- Poproszony o?
- Dostarczenie tychże listów. Jestem pewien, że to, co pani czyta, to głupi żart – podrapał się niepewnie po głowie, nie mając żadnego pomysłu na udowodnienie swojej normalności.
- Zalecam jednak konsultację z jednym z naszych psychiatrów – jej dłoń podejrzanie zmierzyła pod biurko, lecz cichy dźwięk sygnału wzywającego ochronę nie był dla niego czymś niemożliwym do usłyszenia.
Podniósł się z krzesła i skinął lekko głową.
- Pani wybaczy, ale mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia, do widzenia – Wymusił jakże przyjazny uśmiech, spokojnie opuszczając gabinet wiedźmy.
Nie powstrzymała go, będąc pewną, że zostanie złapany przez ochronę. Cóż, przeliczyła się. Przystanął na dosłowną sekundę, by określić, skąd nadchodzą. Ruszył biegiem w przeciwnym kierunku i, zamiast udać się schodami przeciwpożarowymi na dół, zaczął biec ku górze. Kamery śledziły każdy jego ruch, lecz musiało istnieć jakieś miejsce bez nich w tym cholernie śmierdzącym lekami budynku. Po czterech piętrach napotkał nieprzyjemną przeszkodę. Kraty, za którymi była dalsza część betonowych stopni prowadzących prawdopodobnie na dach.
Ujął w dłoń kłódkę i z pomocą ognia rozpalił ją do czerwoności. Metal rozpłynął się, uciekając między jego płonącymi palcami na podłogę. A ojciec-smok powtarzał: Nie baw się magią wśród ludzi!
To był wyjątek wyjątków. Nie zamierzał dać się tutaj zamknąć niczym jak jakiś wariat. Czuł się nadzwyczaj dobrze, psychicznie oraz fizycznie, chociaż przez wygląd niektórzy mogliby się spierać. Kolejna przeszkoda stanęła mu przed czerwonymi oczyma. Metalowe drzwi. Nie było czasu na ich topienia, dlatego też zaczął intensywnie kopać w pobliżu gałki, by zepsuć trzymający je zamek.
- Zabiję cię, Hanzo, zabiję – powtarzał z każdym kolejnym uderzeniem, wyobrażając sobie, że właśnie kopie znajomego, który go w to wpakował.
Nadzwyczaj okrutna wyobraźnia. Z ostatnimi słowami, które brzmiały: zatłukę jak psa; drzwi ustąpiły, ze skrzypieniem otwierając się na zewnątrz. W odpowiednim momencie, ponieważ dało się słyszeć chmarę kroków piętro niżej. Jakież musieli mieć smutne spojrzenia, kiedy biegali niczym debile po dachu w poszukiwaniu albinosa, który już dawno krył się w chmurach, głośno przeklinając tego, który śmiał zrobić sobie głupi żart.

Towarzysz — Falka

[Aivoree]

IMIĘ:
 Falka. Właśnie od tej Falki z Wiedźmina. Ewentualnie Jeanette zwraca się do niej "moja mała sokoliczko". 
LEVEL: 1.
WŁAŚCICIEL: Jeanette Twardowski-Rizzoli.
RASA TOWARZYSZA: Skrzydlaty lis. A cholera ją wie, czy to naturalnie, czy nie do końca.
OPIS: Falka to idealne odbicie charakteru swojej "matki". Dla obcych wredna, nieufna i podchodząca z dystansem, dla przyjaciół kitku na kolanka. Jest to mały, smukły skrzydlaty lis, z niebieskimi oczami. Jej sierść ma szary odcień, a na szyi nosi grubą, skórzaną obrożę. Potrafi bardziej szybować niż latać, co także na dłuższą metę nie jest zbyt skuteczne. Jeanette przykłada dużą wagę do jej szkolenia, dzięki czemu Falka umie wiele sztuczek, ale jest także doskonałym.. lisem obronnym. Nieco nieprzewidywalna i ze skłonnościami do destrukcji, ale hej, kto by nie kochał takiej uroczej kupy futra? Zachowuje się poważnie. Nie bawią jej zabawy z innymi zwierzętami, więc trzyma się ludzi. Jean określa ją jako "dobre dziecko. Chyba, że się wkurzy. To wtedy nie." Nie posiada żadnych magicznych zdolności, oprócz skrzydeł nie wyróżnia się niczym spośród innych przedstawicieli swojego gatunku. Jest wysterylizowana, przez co Jeanette nie musi martwić się o niechcianą ciążę swojej podopiecznej.



Siła: 10 | Szybkość: 30 | Wytrzymałość: 20 | Magia: 0

Od Mishabiru C.D Dorina

Po raz kolejny mimowolnie stracił przytomność. Zatracony w ciemności nie wiedział, jak długo nie był świadomy, szczególnie biorąc pod uwagę to, że nie wybrał najlepszego momentu. Nie krył swego zdziwienia, kiedy ponownie ujrzał wymęczonego towarzysza, który to od razu wcisnął mu w dłoń pistolet, a gestem palca przyłożonego do ust nakazał być cicho. Ściągnął brwi w odpowiedzi, słysząc zbliżające się kroki, prawdopodobnie strażników. Spojrzał na broń trzymaną w dłoni, odbezpieczył ją i wycelował w przestrzeń, gdzie spodziewał się zaraz kogoś ujrzeć.
Wystarczyło tylko poczekać parę sekund. Dwóch mężczyzn oberwało prosto w klatki piersiowe. Ich ciała ledwo zetknęły się z posadzką, a oni już dawno biegli przed siebie. Mishabiru biegł znacznie wolniej, nie do końca kontrolując jeszcze swoje kończyny. Dobry słuch dał im znać, iż mieli pojedynczego towarzysza za plecami, posiadającego ewidentnego zeza podczas biegu, ponieważ wystrzelił cały magazynek, a żadnego nie trafił. W chwili, gdy tamten przeładowywał, przebiegli przez jedyne drzwi na korytarzu, zaś po drugiej stronie zaparli się, nie chcąc tamtego wpuścić do…
Znajdowali się na parkingu podziemnym, pełnym przeróżnych aut, prawdopodobnie należących do pracowników Senatu. Typ po drugiej stronie drzwi bardzo chciał tutaj wejść, dlatego porozumieli się bez słów. Jeden uskoczył w bok, a Alvarez otworzył drzwi tuż przed kolejnym uderzeniem ze strony strażnika. Mężczyzna wpadł do nich, na przywitanie dostając kulkę między oczy. Okrutne, ale nie mieli innego wyjścia.
- Mocne, szybkie, ja zobaczę, jak stąd wyjechać – poinstruował swojego towarzysza, zamykając drzwi, po czym rozbiegli się w dwie różne strony.
Mishabiru błądził między najróżniejszymi modelami aut, starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki stąd. Kiedy droga wyznaczona przez pomalowane słupy zaczęła się rozszerzać, aż dotarł do dość sporej przestrzeni, której to centrum była winda dla aut w postaci wielkiej, okrągłej płyty. Prawdopodobnie zjeżdża jeszcze niżej i tam jest jakiś wyjazd. Nim zdążył do niej podejść, rozległ się alarm jednego z aut. Zaklął pod nosem i pobiegł w tymże kierunku.
Krzyczący pojazd był nawet dobrym modelem na pierwszy rzut oka. Wybita szyba od strony kierowcy i stojący obok białowłosy ze sztyletem oraz zakrwawioną dłonią były widokiem godnym pożałowania, ale nie było na to czasu.
- Jak zamierzasz go odpalić? – zapytał patrząc, jak Alvarez wślizguje się przez wybite okno.
- Stawiam, że niewielka jest różnica między nimi a autami z Ziemi, wystarczy dobry impuls, by wszystko ruszyło. – Odetchnął, kładąc dłonie na kierownicy.
By użyć chociażby najmniejszej cząstki mocy, naprawdę trzeba było się wysilić. Szczęście w tym całym nieszczęściu, udało się. Auto otworzyło się i uruchomiło silnik. Basior gestem głowy zaprosił towarzysza na miejsce pasażera. Nim zdążył zadać pytanie, czy potrafi prowadzić takie cholerstwo, ruszył z miejsca, prosto do widzianej wcześniej windy. Kiedy zatrzymał się na idealnym środku, niczym wariat zaczął szukać jakiegokolwiek przycisku we wnętrzu, co by uruchomić te cholerstwo.
- Wyjdź i poskacz – rzucił do Dorina, który spojrzał nań, jak na debila.
- Cieszę się, że nawet w sytuacji zagrożenia życia dopisuje ci humor, ale nie wiem, czy widzisz, że właśnie biegnie do nas eskorta – Z każdym kolejnym wyrazem mówił głośniej, kończąc krzykiem.
Alvarez uniósł wzrok, napotykając parę czarnych luf wymierzonych prosto w nich. Bez ostrzeżenia zaczęli strzelać, lecz kule tylko się odbijały od karoserii oraz szyby. Zadziwiające i kupujące trochę czasu. W końcu udało mu się znaleźć dziwny przycisk. Bez zahamowani przydusił go, zaś winda poczęła zjeżdżać. Auto ledwo dachem opadło poniżej podłogi, kiedy to dziura nad ich głowami zaczęła się zamykać. Ostatnie strzały przelatywały rykoszetami. Jazda prosto w dół była dziwnym doświadczeniem, lecz Alvareza bardziej przykuła rozcięta dłoń towarzysza. Niewiele mógł sam zrobić, a w Imperium magia praktycznie nie istniała. Tak źle i tak niedobrze.
W końcu winda się zatrzymała, a przed ich oczyma zaczęły otwierać się metalowe wrota. Cóż, miłą niespodzianką było spotkanie drugiego auta po drugiej stronie, lecz stojącego wystarczająco daleko, by mogli się wyminąć. Tak też uczynił i tak, jak się spodziewał, auto zawróciło, gnając za nimi.
Kiedy wypadli na imperialną drogę, Mishabiru zaczął się niespokojnie się rozglądać.
- Jak stąd wyjechać? W którą stronę? – zaczął dopytywać, spoglądając co jakiś czas we wsteczne lusterko. – Na pewno w tym aucie jest nadajnik, ale wystarczy, że opuścimy miasto i przesiądziemy się do innego środka transportu.
- Czy ja ci wyglądam na nawigację? – oburzył się, zaczynając grzebać po wszelkich możliwych skrytkach, prawdopodobnie w poszukiwaniu mapy.
- Przydałbyś się w końcu o czegoś!
- Wypraszam sobie! Gdyby nie ja, to spłonąłbyś razem z tym pieprzonym laboratorium!
- Mam ci teraz dziękować za uratowanie dupy?! – Wkurzony skręcił w wąską, jednokierunkową uliczkę, zmuszając inne auta do zjechania im z drogi. – Rozliczymy się potem, gdy wyjdziemy z tego cało, ale jeśli będę musiał cię zostawić, zrobię to z przyjemnością.
Tak naprawdę nie byłby w stanie tego uczynić, pomimo tego, że właśnie skakali sobie do gardeł. Taka jego natura, chociaż zdarzały mu się chwile bycia okrutnym. Kiedy jednokierunkowa droga się skończyła i wyjechał na skrzyżowanie, zostali powitani przez salwę pocisków, które wybiły im boczną, tylną szybę. Zakręcił ostro w przeciwnym kierunku, jadąc slalomem, niczym rasowy wyścigowiec.
Na nic się to zdawało. Pościg stale się powiększał.

Od Jeanette — Quest #10

   Jeanette była piekielnie zmęczona. Wręcz padała z nóg, bo cudowna kapitan Blake postanowiła przetrenować swoją dzielną świtę policji na torze treningowym, który wyglądał, jakby wyczołgał się z samego siódmego kręgu Piekła. Nikt jednak nie śmiał powiedzieć złego słowa, żeby nie dostać jeszcze większej dawki wycisku, niż dostali wszyscy. Teraz suka siedziała w samochodzie przed swoim blokiem, jeszcze przez chwilę się nie ruszając. Po prostu nie miała ochoty, chociaż jej myśli były już w domku, pod kołdrą. Potrzebowała także ciepłego prysznica w jakimś płynie o miłym zapachu. Tak, zdecydowanie po tym wszystkim potrzebowała odprężenia i odświeżenia. Wywlekła się z samochodu z jękiem, czując jak wielkie będzie miała zakwasy po tym wszystkim. Oh, jak cholernie wielkie. Na sztywnych nogach weszła do bloku, kierując się do windy. Kiedy nacisnęła przycisk i drzwi zamknęły się za nią, oparła się o ścianę i jeszcze raz westchnęła, już czując ten jutrzejszy ból. Po minucie była już na swoim piętrze, a po kolejnej — przy swoich drzwiach. Wsadziła klucz do zamka i przekręciła go. I powtórzyła to jeszcze kilka razy, bowiem jej drzwi miały kilka, jak nie kilkanaście zamków. Takie dziwactwo. W końcu ustąpiły, a gdy suka je delikatnie popchnęła, doznała szoku.
     Jej przytulne mieszkanko wyglądało, jakby przeszedł tam huragan. Nie, stado huraganów. Każdy ze wścieklizną. Obracała się zdezorientowana, próbując ogarnąć wzrokiem ogrom zniszczeń, ale był on po prostu zbyt, cholera, duży. Wszystko było nie na swoim miejscu, porozrzucane, podrapane, poprute. Przecież drzwi były zamknięte! Jeanette popatrzyła w stronę okna. Otwarte. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Przecież to mógł być każdy. Nawet.. nawet on. Ten, który zmienił jej życie w piekło. Szybko je zamknęła, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Oczywistym było, że nie pomogło, ale Jean poczuła się ciutkę bezpieczniej. Zajrzała do szuflady, gdzie trzymała swoje najcenniejsze rzeczy. Była, co dziwne, nienaruszona. Otworzyła jeszcze kilka szuflad, ale nic się tam nie zmieniło. Napastnik, kimkolwiek on był, rozwalił tylko rzeczy na wierzchu, nie ruszając nawet trudno dostępnych miejsc. Jeśli złodziej, to niezbyt inteligentny. Na wszelki wypadek jednak odbezpieczyła pistolet i poszła dalej, natykając się na podarte papiery i potłuczone naczynia. No tak, zostawiła je na blacie. Usłyszała cichy chrobot, więc jej palec powędrował na spust pistoletu. Momentalnie ocknęła się ze swojego zmęczenia, czując zagrożenie. Po cichu, żeby nie dać o sobie znać potencjalnej ofierze, przycisnęła się do ściany i na zgiętych nogach powoli podeszła do łazienki. Szarpnęła za drzwi i raptownie je otworzyła, wskakując do środka pomieszczenia. Wycelowała pistolet w.. niewielkiego, skrzydlatego lisa, który właśnie rozprawiał się z jej papierem toaletowym. Wściekła zabezpieczyła pistolet, odrzuciła go, po czym uniosła niespodziewanego gościa za kark i popatrzyła mu w oczy, zdenerwowana.
 — Kim ty do cholery jesteś? — wysyczała lisowi, a właściwie lisicy, prosto w pysk. — I co robisz w moim domu?!
   Zwierzę polizało jej dłoń, merdając przy tym wesoło ogonem. Jeanette zauważyła, że na szyi lisicy była zawiązana luźna czerwona wstążka, na odgonienie złych mocy. Ktoś chciał, żeby ten lis znalazł rodzinę. Tylko.. kto? I dlaczego pomyślał, że Jean będzie dla niego dobrą właścicielką? Burknęła pod nosem kilka przekleństw i delikatnie odstawiła lisicę na ziemię, a ta otarła się o jej nogi.
 — Falka. — powiedziała. — Będziesz od dzisiaj Falką. Pasuje?
   Falka radośnie zamerdała ogonem.

Quest zaakceptowany