Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hana Cynthia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hana Cynthia. Pokaż wszystkie posty

15 kwietnia 2021

Od Hany C.D Haneczki

  Hana zdumiona była podmiejską okolicą, której połacie otaczały zadbane lasy, pastwiska czy małe knieje pełne królików. Nie dało się tego porównać z niczym, co dotychczas poznała. Nawet sadzawka z żabami obok jej starego domu, której oddawała wiele swego czasu, bledła przy cudach, które widziała na własne oczy. Gdyby nie Karo i jego poważne spojrzenie, już dawno przyjęłaby wilczą postać i rzuciła się do biegu między drzewami, strasząc zalęgłe tam zwierzęta. Czuła się tu szczęśliwa.
  Różnica między biedniejszą częścią miasta a tą bogatszą była dla niej przeogromna, wręcz monumentalna. Najgorsze było to, że dopiero teraz, gdy pochwyciła kontakt z majętnym towarzystwem, zaczęła takie drobnostki zauważać. I kojarzyć fakty, że pochodzi z półświatka, marginesu ludzkiego. Raz jeszcze zabolała ją profesja jej matki. Z każdym dniem zapominała o niej coraz bardziej, nie będąc już w stanie powiedzieć, jaki kolor oczu ma kobieta. Miała wyrzuty sumienia, ale kwitł w niej również gniew. Gniew, że ją zostawiała. Porzucała samotną, idąc do swoich przyjaciół czy klientów. A ona w brudnej koszuli musiała zadowolić towarzystwem żab z ogrodu przybytku. Nie chodziła głodna, ale potraktowano ją jak niechcianego kundla. Jest? Super. Nie ma? Też dobrze. Dlatego decyzję, którą podjęła, uważała za słuszną.
   Jeszcze kilka dni temu wałęsała się po ulicznych wodociągach, brodząc w śmierdzącej wodzie po brzuch czy przyciskając nerwowo bok do kamiennego muru, chcąc znaleźć w nim choć odrobinę ciepła. I do głowy by jej nie przyszło, by pomyśleć, że mogłoby być inaczej. Akceptowała swój los i swoją decyzję, by poprzedni dom porzucić. A jeśli marzyła o czymś przyziemnym, to o ciepłych drożdżówkach zza grubej szyby piekarni, które dane jej było już kilkakrotnie ominąć. Teraz jednak jej twarz oświetlało przyćmione drzewami słońce, a obok szedł Karo, który od kilku minut przedstawiał jej stan szlachecki swego rodu.
   Miała ochotę na drożdżówkę.Sama zaś mówiła niewiele, chwaląc się jedynie kilkoma ważniejszymi aspektami swego żywota. Powiedziała, że swój dar okryła przypadkowo i miłuje konie nad własny żywot, na co Karo stęknął, że zdążył zauważyć. Na końcu zauważyła, że lubi swoją wilczą postać. Uwielbia biegać, skakać, zwiedzać. Dodała również do swej opowieści fakt, iż uciekła z domu. Wytłumaczenia już nie podała, milknąc, gdy Karo o takowe się spytał. Zmienili jednak temat na moce, gdzie dziewczynka już bardziej ochoczo wyraziła swoje zdanie. Gdy wyszli na miarowo ubitą kostkę, tuż przed pierwszą linią podmiejskich zajazdów, Hana zatrzymała się w półkroku i pociągnęła mężczyznę za płaszcz.

— Panie Karo...
— O co chodzi, Hano?
— Skoro idziemy już coś zjeść, to czy moglibyśmy pójść do piekarni?

Mężczyzna podrapał się po karku, zapewne kalkulując w głowie ich przyszłą trasę do sklepiku. Albo rozważał, czy w ogóle posłuchać się sugestii małej. Dochodziło popołudnie, więc na śniadanie już za późno. Ale na słodycze wręcz idealnie.
— Chyba znam taką jedną — powiedział, o dziwo, dość radośnie i ruszył w kierunku szerokiej ulicy, oglądając się równocześnie, czy człapie za nim Hana — Pośpieszysz się?
Dogoniła go bez trudu, zwyczajowo, już niemalże odruchowo, łapiąc za kieszeń płaszcza. Kręcili się pomiędzy ludźmi, mijając łysych żebraków pod rynnami i ładne panie w atłasowych sukniach, trzymające parasolki bądź fikuśne koszyki.
A potem Karo chwycił Hanę pod ramiona i pociągnął do góry, ukazując rzędy oblanych lukrem łakoci. Dziewczyna gapiła się na nie przez dobre kilka sekund, jakoby nie wiedząc, że tamten oczekuje od niej wyboru swego przyszłego posiłku. Po chwili wskazała jednak szybkim ruchem stos drożdżówek, schowany niechlubnie między koszem wypchanych śmietaną eklerków i ich czekoladowych kuzynów.
— Przytrzymaj — podał jej papierową torbę, nie czekając, aż tamta potwierdzi — Nie upuść tylko.
Obserwowała, jak Karo płaci i odchodzi, przepuszczając kolejną osobę z kolejki.
— Chodźmy gdzieś to zjeść.
— Może w parku? — bywała tam już wcześniej i kojarzyła, że było tam dość przyjemnie. Na pewno ciszej niż na tłocznej ulicy, gdzie ludzi, dźwięków i wszelakich zapachów było zdecydowanie zbyt wiele.
Gdy siedli już na ławce i odwinęli szarawy papier z wypieków, Hana zerknęła z ukosa na mężczyznę. Nie zdążyła jeszcze ugryźć, a palce już miała od cukru i lukrecjowych przypraw.
— Czemu w mieście nie widać wilków? — zapytała z czystej ciekawości, widząc, jak jakiś drobny zwierz umyka pod gzymsami kamienicy — Nie wygodniej jest być... po prostu wilkiem?

21 lutego 2021

Od Haneczki - Przygotowania do Randki

Zamek wydawał się ogromny. Hana, która nigdy wcześniej nie przekroczyła progu królewskich bram, jeszcze bardziej przylgnęła do płaszcza Karo, niemalże się pod nim chowając. Lękając się zarazem każdego podejrzliwego spojrzenia bądź gestu, którego akt i cele były dla niej niezrozumiałe, ściskała bezwiednie dłoń swego opiekuna, ufając mu bezgranicznie. Karo, który figurował jej w myślach jako ktoś znacznie silniejszy i zaradniejszy, wszystkie jej, wyznane w największej powadze, lęki spłycał do własnego, stłumionego chichotu czy litościwego poklepania po białawej czuprynie. Hanka wtedy odpowiadała mu wściekłym spojrzeniem spod przymrużonych oczu, mrucząc dziecinne obelgi w jego stronę.
Gdy pomału zaczęła przyzwyczajać się do zamkowej atmosfery, do jej odczuć wkradło się wielgachne znudzenie całą tą dworską farsą. Nudę przeganiała jednak ciekawość, od której Hana niekiedy aż drżała. Na widok murków prowadzących do nieznanych jej miejsc, zamkniętych pokoi o cudownych zdobieniach odrzwi czy choćby korytarzy, przyozdobionych dziesiątkami misternych obrazów, ledwo łapała oddech i jedyne, na co miała ochotę, to wyrwać się Karo i popędzić na samotne zwiedzanie. Wszak mrugały do niej wilki z wiszących na ścianach płócien a długie aleje pełne rzeźb wołały głosem nieznoszącym sprzeciwu. A ona, jakby jakimś dziwnym zrządzeniem losu, miała w obowiązku im wszystkim odpowiedzieć.
Haneczka również była na pana Karo nieco wściekła w całej powadze swych dziecięcych uczuć. Ciągnął ją po tym zamku już trzecią godzinę i zmuszał do wysłuchiwania kaskad rozmów o których sensie nie miała pojęcia, uprzednio bezlitośnie oddając swej siostrze w opiekę. O ile próbowała zrozumieć, o czym oni tak właściwie gadają, to setki nowych miejsc do poznania chwytały ja za palce i ciągnęły, zachęcając swą nieznaną zawartością. Nie miała jednak odwagi uciec od swojego opiekuna. W szczególności, że wczoraj pani Wiera kazała jej się bezwzględnie słuchać wszystkich poleceń Karo. Wszak ta sama kobieta dzień wcześniej, bez cienia miłosierdzia, tarmosiła jej włosy do momentu, kiedy według niej nie wyglądała jak bezpańskie szczenię z ulicy. Jedziecie na zamek, uparcie mówiła, nie zważając na piskliwe protesty Hany, gdy przymierzała jej wszelakiego rodzaju fatałaszki. Skończyło się na bluzce ozdobionej rzędami subtelnych cekinów, układających się na rękawach w mniej czy bardziej widoczny wzór. Koniec końców dziewczyna obficie podziękowała Wierze, mając świadomość, że ta naprawdę poświęciła jej dość sporo czasu. Nie zmieniało to jednak faktu, że dziwnie się czuła otoczona tymi wszystkimi wilkami i murami, na które spoglądała dość sceptycznie. Czuć było od nich coś dziwnego. Hana nie potrafiła tego wyjaśnić. Tłumaczyła to sobie tak, że po prostu nie była nigdy wcześniej w tak pięknym miejscu. I tyle na razie wystarczało.

To, jak znalazła się w zewnętrznej części zamkowych murów, było istnym przypadkiem i cudownym zrządzeniem losu. Zaczęło się od tego, że Karo kazał jej siąść na niezwykle niewygodnej kanapie i poczekać, aż po nią wróci. On sam zaś zniknął za bogato zdobionymi drzwiami, zostawiając po sobie jedynie trzaśnięcie drzwi. Hana wzięła głęboki oddech i odczekała kilka sekund, aż zaczęły boleć ją poliki. Od razu zaczęła się rozglądać. W ciągu tych kilku godzin zdążyła przywyknąć do bogato zdobionego wnętrza, więc te nie zrobiło na niej takiego samego wrażenia jak na samym początku. Nad kanapą wisiał wielki obraz, przedstawiający białego wilka i jego nieco ciemniejszego odpowiednika, stojących na niewielkim wzniesieniu. Bohaterzy niemiej historii stali sobie wyprostowani, z horrendalnie poważnymi minami.
— Piękne jesteście — powiedziała do postaci, łapiąc dłońmi za oparcie kanapy i przesuwając się w ich stronę — Szkoda, że nie możecie ze mną pogadać — Hana miała świadomość, że mówienie do postaci z pejzażu może być oznaką szaleństwa, ale nie przejęła się tym jakoś przesadnie. Żaby też niekiedy jej nie odpowiadały — Mam wrażenie, jakbym was skądś kojarzyła.
Ci oczywiście nie podsunęli jej żadnej wskazówki, nadal wpatrując się w przeciwległą ścianę. Dziewczyna straciła zainteresowanie płótnem, gdy tylko dostrzegła kolejny szczegół aparycji żyjącego w jej oczach pałacu. Wszędzie wokoło tliły się płomienie, ukryte w subtelnie przyozdobionych lampach. Zafascynowana ich barwami dziewczynka podeszła, czując, jak coś mimowolnie przyciąga ją do ognia. Bez cienia strachu zbliżyła dłoń do kolorowego szkła. Wyobraziła sobie, jak spomiędzy jej knykci wystrzela w górę strumień ognia. Jak pędzi w stronę chmur, strasząc ptaki. Potem kręci młynki, skacze na ziemię a na dodatek... Jej marzenia o posiadaniu żywiołu ognia zniknęły równocześnie z otarciem się opuszka jej palca o nagrzane szkło. Dziewczyna z trudem stłumiła dziki pisk, czując na sobie podejrzliwe spojrzenie przechodzącego korytarzem mężczyzny ubranego w ciemny surdut. Coś zabulgotało jej boleśnie w gardle, ale przełknęła jedynie ślinę, zaciskając zęby. Opuściła wzrok, nie chcąc się narazić na krytykę od nieznajomego, i wróciła na kanapę, ściskając do białości dłoń. Dziwny obserwator uśmiechnął się jedynie pobłażliwie i odszedł, głośno stukając butami o kamienne kafle. Hana tymczasem obejrzała dokładnie palec, doszukując się najmniejszych oznak zranienia. Gdy po kilku minutach nie wystąpił jej na skórze bąbel, uznała, że miała szczęście. A potem zainteresował ją ozdobny murek, którego początek zaczynał się tuż pod oknem. Dziewczynka łypnęła tylko na drzwi, za którymi rozmowy prowadził pan Karo. Przecież on kazał jej tylko poczekać. Nie sprecyzował, czy może to zrobić tutaj, czy w nieco ciekawszym miejscu. Łatwo się domyślić, jaki pomysł wpadł Hance do głowy. Myszy tańcują, gdy kota nie czują, jak mówi pewne porzekadło. A gdy przez okiennicę dojrzała mały wybieg wraz z kilkoma mieszkańcami, nie było już odwrotu.

Hanka wyciągnęła otwarte płasko dłonie w stronę dwukrotnie większego od niej samej zwierzaka i rzuciła mu pełne nadziei spojrzenie. Koń w odpowiedzi rozdymał aksamitne chrapy, błądząc ciepłym oddechem po rękach dziewczynki. Ta zachichotała i złapawszy jego nisko schylony łeb pomiędzy ramiona, czule przytuliła. Koń prezentował się dość marnie, w szczególności, że jego szarawa sierść splamiona była błotem a szczoty przy nogach marniały w obliczu kołtunów i lepkiej maziajki wątpliwego pochodzenia. Hanka jednak nadal usilnie głaskała koński łeb. W ogóle nie przejmowała się ogromną różnicą wzrostu, przejęta istotą piękna ów konia.
— Aleś ty ładny — jej palce powędrowały w stronę bujnej czupryny. Nagle konisku prychnęło a dziewczyna poczuła obecność drugiego osobnika podobnych gabarytów. Zwierzak trącił ją pyskiem, jakby doszukując się czegoś w jej kieszeniach — Co wy robicie... Nie mam żadnych smakołyków — powiedziała rozżalona z własnej postawy.
Nagle zza płotu wyskoczyła jakaś postać i z prędkością godną uznania chwyciła Hanę za ramiona, ciągnąc ją gwałtownie w tył. Bez trudu przerzuciła ją przez płot, przytrzymując kilka centymetrów na ziemią, po czym sama jednym susem pokonała przeszkodę. Dopiero po kilku sekundach dziewczynka rozpoznała w mężczyźnie swojego opiekuna.
— Hana! Głupiaś?! — Karo wydarł jej się niemalże do ucha, stawiając na nogi już za drewnianym ogrodzeniem — Co cię podkusiło, by tutaj w ogóle przyjść? Zawału prawie dostałem, jak mi powiedzieli, że ktoś ostatnio spadł z baszt a służący powiedział, że ciebie nie ma cię przed salą. Nie było zaledwie dwadzieścia minut...
— Ja nic nie zrobiłam — pod wpływem ciężkiego i jakże wściekłego spojrzenia Karo jej własne spokorniało — Chciałam go tylko pogłaskać...
— Zdeptałyby cię — skwitował, westchnął a potem znów wziął głębszy oddech, jakoby starając się uspokoić zszargane nerwy — Hana ogarnij się, dobra?
— Przepraszam...
Przez chwilę trwała pomiędzy nimi cisza, przerwana głośnym rzężeniem końskiej głowy, która pojawiła się tuż za ramieniem Karo. Ten odwrócił się, by delikatnie odepchnąć łeb zwierzaka od swojej łopatki.
— A jak pozwolę ci tutaj zostać, to nie narobisz kłopotów? Mam parę ważnych spraw do załatwienia. Ty tutaj pooglądasz konie a ja zajmę się swoimi obowiązkami. Co ty na to? Obiecuję, że wrócę jak tylko będę mógł.
— Będę grzeczna! — odpowiedziała niemalże od razu — Nie ruszę się z tego placu, daję słowo.
— No dobrze — mężczyzna poklepał ją po ramieniu — Tylko błagam, nie wchodź tam do nich. Zdeptają cię i nawet tego nie zauważą. Zapytaj się może kogoś, czy nie dałby ci jakiejś marchewki czy coś. Możesz równie dobrze nakarmić je przez ogrodzenie.
— Do zobaczenia, panie Karo!
— Do zobaczenia, Hano.
Dziewczyna odprowadziła swego opiekuna wzrokiem aż do bocznego wejścia do zamku. Nie mógł to być główny plac; kręciło się tu mało wilków czy ludzi i więcej tu było koni niźli innych istot. Czyżby trafiła na królewskie stajnie? Stały tu dwa większe budynki, częściowo połączone z wewnętrznymi murami, ale nie wyglądały na budynki stajen... Nie zraziła się jednak i podreptała szybkim krokiem w ich stronę, rzucając po drodze przepraszające spojrzenie dwóm poznanym wcześniej koniom.

Hanka nie miała pojęcia, jakim cudem ludzie, kotłujący się w stajennym budynku, uznali ją za swoją. Od razu przepchnęli ją do przodu, tuż przed oblicze koniuszego, mówiąc równocześnie, żeby nie migała się od roboty. W porównaniu do mieszkańców zamku, te wilki były jej chyba przychylne... Groziły jej palcami, ale robiły to z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie wiedziała, jak to ma odebrać i odepchnęła tę dziwną myśl, skupiając się na osobach stojących tuż obok niej. Tak czy siak, było jej to nawet na rękę, gdy zwrócono się do niej krzykiem, iż ma pomóc przy koniach. Było to na pewno nieco ciekawsze zajęcie niż wysłuchiwanie wymian uprzejmości prowadzonych przez Karo z każdym mieszkańcem zamku.

— Na dziś wieczór zaplanowana jest jakaś przejażdżka. Przyszedł jakiś szlachcic i kazał nam przygotować najładniejszy powóz jaki mamy — wytłumaczył jej pomocnik koniuszego, prowadząc w stronę boksów. Rudawa czupryna zasłaniała mu niemalże połowę twarzy i tańczyła, gdy ten podnosił kolana w swym powłóczystym chodzie — Jest w prawdzie sporo czasu do zmierzchu, ale konie trzeba wyczyścić wcześniej...
— A kto będzie jechał?
— Nie mam pojęcia — przyznał po chwili — Nie powiedziano nam... Ale pewnie jakaś zakochana para z zamku, bo kazali nam ładną dorożkę przygotować.
— A konie?
— Co, konie?
— Konie też ładne będą?
— Jak ładnie poprosisz koniuszego, to może pozwoli ci wybrać, bo jeszcze nie zdecydował  — odwrócił się na pięcie, nie zwalniając kroku. Na jego twarzy pojawił się zadziorny uśmiech — Wtedy na pewno będą najładniejsze.
Było blisko, by Hana zdzieliła go dłonią po ramieniu. Wystraszyła się jednak jego wzrostu i widocznych mięśni, które zdobyte zostały zapewne w codziennym obyciu z końmi. Odpowiedziała więc jedynie uśmiechem, by po chwili zrównać z nim krok. 

— Ten się nie nadaje.
Słowa Seana wbiły ją w ziemię. Pomału obróciła się w jego stronę ze smutnym, choć nieco udawanym wyrazem twarzy. Byłoby zbyt pięknie, gdyby od razu dostała to, czego chciała.
— Ale czemu?
— Bo to koń pociągowy. Zimnokrwisty. Nie widzisz, jakie ma grube nogi? A z resztą, on nigdy nie był pod siodłem, bo młodziak — chłopak poklepał siwka po szyi — Nie ma doświadczenia.
— A co to za różnica, w jakim jest wieku? Mógłby się nauczyć.
— Młode konie mogą mieć potem problemy z kręgosłupem, jeśli coś im się tam popsuje w kościach od ciężaru. A jeśli nie będzie mógł pracować, to stanie się bezużyteczny. Szkoda by było, bo konie drogie a ten wydaje się być silny — zerknął na nią z góry — Naprawdę chciałabyś, by ktoś przyuczał konia do pojazdu akurat wtedy, gdy będą siedziały na nim zakochane gołąbki oczekujące spokojnej przejażdżki?
Hanka mruknęła coś pod nosem, przyjmując racjonalne argumenty nieco starszego od siebie chłopaka. Na pewno wiedział lepiej, bo widać było, że na koniach zna się znakomicie.
— Jak tak mówisz... To szukajmy dalej.

Koniec końców padło na parkę, która w ciągnięciu powozów miała już jakieś doświadczenie. Koniki miały ładne, długie pyski i szczupłe nogi. Nie były jakoś przesadnie wysokie, bo Hana, stojąc na palcach, była w stanie dotknąć dłonią ich kłębu. Dziewczyna pozwoliła sobie stwierdzić, że ich przodkowie musieli być jednymi z lepszych koni chodzących po tej ziemi. Ale czego innego można by było spodziewać się po pałacowych stajniach? Były też do siebie podobne z koloru ubarwienia.
— Nie są za lekko zbudowane do ciągnięcia bryczki? — Hanka posłusznie stanęła za chłopakiem, gdy ten ruchem ręki kazał jej się oddalić od wyjścia z końskiego mieszkania. Zerknęła w międzyczasie na tabliczki. Koń, po którego właśnie szedł Sean, nazywał się Słowik.
— Nie muszą być — wytłumaczył, otwierając metalową zasuwę od boksu — Będą ciągnąć romantyczny powóz a nie furmankę z węglem czy kamieniem — jedną dłonią złapał za kantar a drugą wygładził bujne włosie na szyi — Ich zadaniem jest ładnie wyglądać. No i oczywiście dać napęd dość lekkiemu powozowi.
Hana uśmiechnęła się na te słowa.
— Jaka to właściwie... maść, tak? Tak się nazywa kolor konia?
— Tak, barwę ich szczecin nazywamy maścią — podrapał się po czole — One są skarogniade. Ciemne, prawie czarne, ale mają prześwit brązowego na brzuchu i klatce piersiowej. Widzisz?
— Widzę — potwierdziła — Czyli myjemy? — wyjęła jedną szczotę z wiadra — Mogę spróbować go wyczyścić...
— Ja zajmę się tym drugim, ty weź pod włos tego — powiedział i zachęcił, by ta do niego dołączyła i weszła do boksu — Najpierw je umyjemy. Potem wytrzemy słomą i damy wyschnąć. Kolejno, wyczyścimy szczotami, wyczyścimy grzywy i naoliwimy chrapy. No to do roboty, pójdę po wodę i dam znać koniuszemu, że już wybraliśmy...
Hana zatrzymała go w półkroku.
— Czekaj! Jak masz na imię?
— Nazywam się Sean. A ty?
— Jestem Hana Cynthia... Ale mów mi Hana. Ten drugi człon to takie jakby dziwne nazwisko...
Hanka ostrożnie wyciągnęła w jego stronę dłoń, a on, jak gdyby nigdy nic, przybił jej piątkę i odwrócił się na pięcie, wołając, by wyjęła z wiadra szczotki i przylazła mu nosić wodę. Dziewczyna stała tak kilka sekund z szeroko otwartymi ustami, nie rozumiejąc i zarazem nie dowierzając, co się tak naprawdę przed chwilą wydarzyło. Dopiero gdy Sean zawołał ją po raz drugi, ta jak oparzona chwyciła puste już wiadro i poczłapała za nim, starając się zignorować to, że jej zwyczajowy uścisk dłoni został perfidnie olany.
Z dokładnym wyczyszczeniem obu koni uwinęli się dość szybko. Godzinę im zajęło umycie ich i wysuszenie, kolejną zaś rozczesanie ich przyjemnych w dotyku kudłów. Potem Sean gdzieś znikł, by po chwili pojawić się z wiklinowym koszem pełnym kolorowych skrawków materiałów i jakimś płaszczem w drugiej ręce. Powiedział, że jeśli Hana chce, to może im to wpleść w grzywy. I żeby ubrała okrycie, bo w stajniach jest chłodno. Odszedł, mówiąc, że musi coś jeszcze sprawdzić, zostawiając dziewczynę sam na sam z końmi. Ta nie czekała, bez wahania doskakując do Słowika. Kombinowała z różnymi warkoczami, to w bok, to na ukos, ale koniec końców zrobiła im zwykłe dobierańce. Postanowiła równocześnie, że ogony utrzyma im w podobnym stylu.

— Czemu nie niebieskie? — zapytał się Sean, opierając ramiona na belce odgradzającej konie — Mi się tamte bardziej podobają. Ale nieźle ci idzie.
— Dzięki! A mnie do gustu bardziej przypadły te — wyciągnęła dłoń, by podać mu kawałek wstążki. Ten chwycił ją i zawinął sobie wokół dłoni — No wiesz, miłość bardziej mi się kojarzy z czerwienią... — wytłumaczyła — No i ładnie wygląda z maścią Słowika. On już gotowy a jego koledze skończę tylko zaplatać ogon... Oddaj ją, to ostatnia!
Sean westchnął i zwrócił materiał.
— Pasują mu — zgodził się chłopak i odepchnął od punktu oparcia. Drewno zatrzeszczało pod naporem jego ciężaru — Koniec gadania, do roboty. Kończ pleść a ja pójdę pomóc im w czyszczeniu uprzęży.
Dziewczyna kiwnęła głową i wróciła do pracy.

Hana odetchnęła, wkładając obolałe dłonie do kieszeni pożyczonego płaszcza. Nigdy w życiu by nie przypuszczała, że będą ją boleć palce od zwykłego zaplatania. Grzywa wszak wydawała się taka przyjemna... Najlepiej powróciłaby teraz do swojej wilczej formy i odetchnęła spokojniej, kojąc lęki w wilczym obliczu. Na pewno czułaby się wygodniej... Cofnęła się jednak o krok, chcąc zobaczyć Słowika i jego towarzysza. W błyszczących z zadowolenia oczach Haneczki wyglądali cudownie. Ich oczy błyszczały się nieziemsko a uszy tańczyły, dając poczucie, że są one gotowe na wieczorną wyprawę. O ile zachwyt nad wszystkimi wcześniejszymi końmi wynikał z uczuć dziewczyny do tych zwierząt, to teraz aparycja zjadaczy marchewek samoistnie zachęciłaby do pogłaskania ciemnej sierści nawet wiernego amatora salami. Poklepała więc konie po łabędzich szyjach, sprawdziła skórzane kantary i wyszła z boksów. Od razu skierowała swoje kroki do kantyny koniuszego, chcąc dać mu znać, że zaplotła konikom grzywy i w ich. Zapukała i zajrzała do pokoju, mrużąc oczy od półmroku. W pomieszczeniu nie było jednak nikogo. Hanka wycofała się, niemalże wpadając na idącego korytarzem Seana. Chłopak delikatnie złapał ją za ramiona i pomału przesunął na bok. Dziewczyna prychnęła, przypominając sobie sytuację z dzisiejszego poranka. Gdyby porównać wielkość dwóch mężczyzn, Sean nie miałby szans.
Hana ostrożnie rozpięła klamrę peleryny i zsunęła ją z ramion.
— Kiedy je będziecie zaprzęgać? — zapytała po chwili, składając okrycie wpół. Materiał był ciepły od wewnątrz, co przyjemnie łaskotało jej odrętwiałe palce. Na przemian dotykała tej zimniejszej i ogrzanej części, bawiąc się paznokciami. Podszycie przypominało futro jakiegoś wilka, ale Hanka oddaliła od siebie tę dziwną myśl — Nie będą głodne? Wiesz, jeśli ta para zechce przez całą noc jeździć po okolicy...
— Nie martw się, jadły dzisiaj rano. Jadły, jadły i zżarły dwa kilogramy obroku na łebka — uspokoił ją Sean, odbierając swój płaszcz — Nie było ci zimno?
Hana zaprzeczyła.
— To dobrze. Co ty właściwie robisz na zamku? Nie widziałem cię nigdy wcześniej a urodziłem się w okolicy i mam niezłą pamięć do twarzy. Czyżby niedawno cię zatrudnili? Wyglądasz dość... młodo.
— Bo jestem młoda? — dziewczyna wydęła poliki w buntowniczym odruchu — Nie jestem koniem. Grzbiet mi się od pracy nie złamie, jeśli to masz na myśli.
— Co ty tutaj w takim razie robisz? — spytał, nie ukrywając swojego zaskoczenia — Wziąłem cię za tutejszą.
— Przyjechałam tutaj z...
Hanka zacięła się w połowie zdania. Nie zważywszy na pytające spojrzenie chłopaka, odwróciła głowę i zmrużyła powieki, zaciskając równocześnie palce na swojej bluzce z jasnymi cekinami. Kim tak właściwie był dla niej pan Karo? Czy nazwanie go ojcem byłoby oznaką braku szacunku wobec jego rodu i pozycji? Wszak człowiek jej pokroju jak i społecznego statusu mógłby zostać źle odebrany, równocześnie wprowadzając niepotrzebne zamieszanie. I jedyne, co Haneczka mogłaby tym przedstawieniem zrobić, to zaszkodzenie jego reputacji. Może była jeszcze dzieckiem, ale potrafiła sobie wyobrazić konsekwencje swoich czynów.
Z opresji uratował ją nikt inny, jak sam Karo. Wszedł do stajni przez główne wrota i gdy tylko ich dostrzegł, przyśpieszył kroku.
— Hana? Tu jesteś — przyjrzał jej się uważnie i  gdy nie dostrzegł żadnego widocznego uszczerbku na zdrowiu, odetchnął z ulgą — Pożegnaj się i idziemy. No, chodź już. Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
Dziewczynka pomachała Seanowi, podbiegła do Karo i chwyciwszy go za dłoń, ruszyła z nim w stronę oświetlonego zachodzącym słońcem zamku.
— Zaplotłam koniom grzywy — powiedziała po chwili z wyraźną dumą. Ziewnęła, dodając już nieco mniej entuzjastycznym głosem — Jestem głodna...
 
Quest Randkowy 3
[Hej hej, kolego! Głodna Hana może być nieco niesforna i zabraknie jej sił na dalsze wariowanie... znaczy przygotowanie! Chcesz jej pomóc? NAPISZ PRZEPIS NA COŚ, CO MOŻE ZJEŚĆ NASZA MAŁA KSIĘŻNICZKA! Za przepis przydzielone zostanie od 1 do 5 procent na rzecz Darka ORAZ 25 punktów do każdej umiejętności (w końcu Hanka jest w JEGO zamku i zajmuje się JEGO końmi). Przepis ma być prosty i autorski. Nie kombinujcie tutaj z jakimś wykwintnym deserem. Mogą być nawet tosty zrobione z nietypowego składnika]

ku chwale waszej randki! od Haneczki macie uściski i ciemne koniki z czerwonymi wstążkami ♥

05 lutego 2021

Od Hany C.D Karo

   Przez całą drogę Hana lękliwie trzymała się płaszcza mężczyzny, jakoby bojąc się, że z chwilą wypuszczenia go z dłoni Karo zostawi ją i odda nocnemu strażnikowi; czuła zaś parszywe spojrzenie wojaka na plecach. Bała się tego, co mógłby z nią zrobić. Jego podejrzliwy wzrok nie chciał dać za wygraną, póki nie zniknęli za rogiem kolejnej ulicy. Nawet wtedy nie zwolniła kroku ani na chwilę, starając się w ludzkiej postaci nadążyć za kolosalnymi krokami Pana Karo. Nie zauważyła nawet, kiedy znaleźli się w jakimś pomieszczeniu. Zapamiętała jedynie przyjazny głos jakiejś kobiety, której litościwe spojrzenie utkwione było w jej osobie. Nad głową ulatywały jej setki słów, ale Hana nie była w stanie żadnego z nich przyswoić. Żałowała. Cholernie żałowała, że nie jest w miejscu, które dobrze zna. I choć nigdy w życiu nie chciałaby wrócić do swej matki, której jakimś dziwnym trafem dość często zdarzało się zapomnieć istnieniu własnej córki, to usilnie trzymała się wspomnień z jej udziałem. Przez ostatnie trzy tygodnie, podczas których zdążyła znacznie się oddalić od rodzimej miejscowości, nigdy nic takiego jej nie spotkało. Nikt jej nigdy nie dotknął, bo była uważna i znacznie szybsza od innych. Ale gdy spotkała się z realnym zagrożeniem, spanikowała. Jakaż ona była w tamtej chwili głupia. Może gdyby spróbowała się wyrwać... Zasnęła z dłońmi zaciśniętymi na rękawie koszuli Karo, którego uważała aktualnie za swego wybawcę.
   Hana drgnęła niespokojnie, wyciągnięta przez uderzenie z sennego letargu. Niewiele zdarzeń spamiętała z poprzedniego wieczoru. Straszyły ją oczy ulicznego strażnika a ruchomy metal rozbawiał, jakoby próbując odciągnąć od tej gorszej części sennej mary. Ostrożnie otworzyła oczy, by przekonać się, że leży na niewysokim tapczanie przykryta dwoma kocami. Odsunęła od siebie okrycie i zepchnęła nogi na panele, rozglądając się z ciekawością na boki. Nie była ani u siebie, ani na ulicy. W powietrzu czuć było kwieciem a ciemne włosy stojącej nad nią kobiety zafalowały, gdy ta poruszyła głową. Dopiero po kilku sekundach rozpoznała w niej twarz poznanej wczoraj Wiery.
— Dzień dobry — powiedziała grzecznie, nie chcąc wyjść na niewychowaną — Nazywam się Hana...
— Dzień dobry, Hano — Wiera ubrana była w ciemną, falbaniastą koszulę — Wiem, jak się nazywasz. Już wczoraj rozmawiałyśmy, nie pamiętasz?
— Pamiętam... — odpowiedziała zgodnie z prawdą — Wie pani, gdzie jest pan Karo?
— Musiał wyjść. Jak się czujesz? — zapytała troskliwie, bez ceregieli przykładając Hance dłoń do czoła, na co dziewczyna niemalże się wzdrygnęła — Na pewno jesteś głodna.
Hanka, zachęcona miłym spojrzeniem, wstała i powłóczyła nogami za Wierą, gdy ta zniknęła w innym pomieszczeniu. Powolnym krokiem ruszyła za kobietą, której dotyk mimowolnie zaakceptowała. Ci ludzie raczej nie chcieli zrobić jej krzywdy; skoro jeszcze nic się jej nie stało, to może powinna całkowicie odsunąć od siebie te podejrzliwe myśli? A zresztą, wczoraj wilk o imieniu Karo pomógł jej i odratował przed marnym losem. Ciekawa była, jak mężczyzna wygląda w wilczej formie, ale bała się zapytać o to jego siostrę.

Hana ostrożnie sięgnęła po bułkę i zaczęła ją pomału skubać, odrywając wpierw chrupiącą skórkę i zerkając zarazem na krzątającą się w kuchni Wierę. Pieczywo było jeszcze ciepłe i niezauważalnie parzyło jej palce, na co Haneczka zareagowała jeszcze większym zachwytem nad dobrocią gospodyni tego miejsca. Nie, żeby ją wcześniej w przytułku głodzono... Ale była wdzięczna, że ktoś był gotowy poświęcić dla niej swój cenny czas. Kątem oka zauważyła blady uśmiech kobiety, która przysiadła się do stołu.
— Rodzice się o ciebie nie martwią? — zapytała po chwili, smarując równocześnie grubą pajdę marmoladą. Po chwili położyła dziewczynce kromkę na talerzu, poganiając spojrzeniem — Jedz.
Nie trzeba było powtarzać dwa razy i dziewczyna łapczywie rzuciła się na jedzenie.
— Chyba nie — Hanka odpowiedziała z buzią pełną jedzenia — Mama raczej nie miałaby czasu.
— A twój tata? Nie będzie cię szukać?
— Uhm — Hana przełknęła kawałek chleba. Jej rodzicielka nigdy w życiu nie poruszyła tematu ojca i dziewczyna miała znikome pojęcie na ten temat, ale stwierdziła, że będzie szczera wobec kobiety naprzeciwko niej. Wolała jej jednak nie wspominać o profesji swej matulki — Chyba raczej tata nie polubił mojej mamy a ona jego. Nie poznałam go.
 Wiera pokiwała głową. Otworzyła usta, chcąc zapewne coś powiedzieć, ale w tej samej chwili rozległo się porywcze pukanie do drzwi. Hana wstała, niemalże odrzucając od siebie krzesło. Cudem zdążyła je złapać, niemalże samemu upadając. Rzuciła się za Wierą, która spokojnym krokiem przeszła przez korytarz i zdążyła otworzyć drzwi wysokiemu mężczyźnie.
— Pan Karo! — krzyknęła radośnie, widząc znajomą twarz — Gdzie Pan był?
 Mężczyzna zdołał wejść do mieszkania tylko dlatego, że Wiera chwyciła podekscytowaną Hanę za ramię i odciągnęła ją w tył, z trudem tłumiąc rozbawienie.

Karo?

01 lutego 2021

Od Haneczki C.D Karo

  Haneczka zamrugała oczyma, nie ukrywając swego zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej życzliwości ze strony obcego jej człowieka. A już na pewno nie tego, że ten się przedstawi i wyciągnie w jej stronę dłoń w śliskim okuciu skórzanej rękawiczki. Prędzej oczekiwała srogiego zbesztania za przerwanie jego dziwnych, ale zarazem fascynujących dla niej poczynań.
   — Nazywam się Hana Cynthia — wymamrotała, unosząc jasne oczęta w stronę jego twarzy. Jego twarz przybrała nieco łagodniejszy wyraz — Hana — powiedziała głośniej, jakby chcąc się upewnić, że dobrze się przedstawiła. Niekiedy inni zaczynali zwać ją po nazwisku, myśląc, że jest to po prostu jej drugie imię.
Okrążyła dębowy blat i znalazła się po chwili naprzeciwko jego ciężkiego spojrzenia. Ostrożnie, wręcz strachliwie, odwzajemniła podanie dłoni. I choć początkowo jej palce niemalże zatopiły się w niedźwiedzim uścisku mężczyzny, to uśmiechnęła się szeroko.
Ów Karo nie wydawał się jej jakoś szczególnie przerażający. Jego potężna sylwetka wyróżniała się na tle innych gości w gospodzie, ale to raczej inni rzucali w jego stronę podejrzliwe spojrzenia. W niczym nie przypominał tłustych, rozjuszonych strażników, którzy niekiedy przepędzali ją z ulic i na jego czole nie pojawiły się zmarszczki wściekłości, kiedy to dar Hany wymknął jej się spod kontroli. Czuła bijącą od niego siłę, ale mimo wszystko, nie obawiała się jej. Była zafascynowana czymś innym.
Gapiła się na niego jeszcze przez kilka sekund, by potem, zachęcona pytającym uniesieniem brwi, rzucić się w jego stronę. Bez strachu zajęła miejsce tuż obok niego, kładąc dłonie płasko na stole. Ława była taka wysoka, że ta ledwo dotykała koniuszkami butów podłogi.
— Panie Karo, niech pan zrobi tak jeszcze raz, proszę! — poprosiła, zerkając uważnie na jego dłonie.
Ten uśmiechnął się pogodnie i zaczął powolnie poruszać palcami, uprzednio łapiąc łyżeczkę. W karczmie czuć było silnym smrodem chmielu jak i innych, mocniejszych trunków. Hanie jednak ten znienawidzony zapach nie przeszkadzał, gdy przed jej oczyma działa się prawdziwa magia. Metal wyginał się na wszystkie strony, tworząc kaskadę różnych kształtów. W jednej chwili łyżeczka była słońcem o cienkich promykach, by po chwili zmienić się we fragment rycerskiego hełmu. W niektórych momentach Hanka aż łapała powietrze, gdy przedmiot zmieniał się w znane jej zwierzęta czy przedmioty.
   Za pokazane sztuczki podziękowała szczerze i pozdrowiła bardzo miłego mężczyznę, który odprowadził ją spokojnym spojrzeniem aż do drzwi. Miała nadzieję, że jeszcze kiedyś go spotka i pokaże jej swoje magiczne umiejętności. Może mogłaby go poprosić, by wyszczerbił w metalu sylwetkę starej Marlenne... Pomachała mu energicznie i zeskoczyła z progu, rozpryskując wodę z kałuży na boki. Czuła się szczęśliwa. Chłód zaś ogarnął jej ciałko, ale stwierdziła z pokorą, że ze zmianą postaci w wilka poczeka do nocy. Futro ogrzeje ją podczas snu. Ruszyła więc prawą stroną ulicy, kierując się do miejsca, w którym ostatnio swobodnie przespała całą noc. Jeśli się nie myliła, droga do tamtego zaułku krzyżowała się z tą kamienicą...
Wielkie łapsko zacisnęło się na jej karku i potrząsnęło lichym ciałkiem, bezlitośnie podrywając do góry. Hana zdążyła jedynie pisnąć, by po chwili zatrzymać się na etapie nierównej walki o oddech. Podkrążone oczy miejskiego strażnika zrównały się z jej własnymi, błyszcząc w świetle świec latarni.
— Mówił ci już ktoś, kochanieńka, że my tutaj nie tolerujemy samowolki takich kundli jak ty i bezdomnych? — wycharczał, jakby krztusząc się własną śliną — Zaraz sobie z tobą poradzimy, smarkaczu. A spróbuj tylko powiedzieć nam zły adres twojego domu...
Haneczka cicho jęknęła. W porównaniu do tamtego mężczyzny w karczmie, ten wydawał się jej horrendalnie przerażający.
  — Panie Karo! — zawołała ostatkiem sił, widząc przy końcu alei miarowo oddalającą się sylwetkę w znajomym płaszczu.


Karo?

29 stycznia 2021

[KP] Hana Cynthia


It takes nothing to join the crowd. It takes everything to stand alone.

Hana Cynthia
Przedstawienie

GODNOŚĆ: W zależności od tego, jakim mieniem ci się przedstawi, zwać ją możesz Hana bądź nieco bardziej pieszczotliwie, Haneczka. Matka ochrzciła ją nazwiskiem, które samo w sobie takowego nie przypomina; dziewczynka używa go dość rzadko i jeśli już je wymawia, to z pozoru nieco cichszym głosem niż resztę swej godności. Tak czy siak, przed tobą na koślawych nóżkach stoi właśnie Hana Cynthia.
PŁEĆ:  Kobieta - wadera
WIEK: Haneczka jest młodziutka. Nie liczy sobie więcej niźli ma palców na dłoniach; jej wiek oscyluje gdzieś w granicach dziesięciu lat. Jeśli zaś chodzi o dokładniejszą datę urodzin, to wie, że urodziła się pierwszego dnia zimy.
STANOWISKO: Jak na sierotę przystało, dziewczyna nie zajmuje się niczym konkretnym. I pomijając już fakt, że na pracę ma dużo chęci, to po prostu nikt nie przygarnie do fachu zwykłego przybłędy. Tuła się po różnych miastach czy wsiach i żebrze niekiedy litościwie, starając się wyglądać na jak najbardziej potrzebującą. Czasami jest też dzieckiem na posyłki i za drobną sumkę jest w stanie wykonać jednorazowe, lekkie zadanie czy zapewnić przysługę. Chciałaby się kształcić w stronę spraw związanych z magią, ale fakt, iż nie ma za plecami bogatego w historię rodu i gór złotych sztabek w skarbcach, nieco jej tę drogę utrudnia.

Powiązania

SYMPATIA: Dziewczynka nie pojmuje jeszcze pojęcia miłości w znaczeniu innym niźli tej opartej na więzach rodzinnych czy przyjaźni. Wiadome jest więc, że zanim się w kimś zauroczy, minie trochę czasu.
RODZINA:
  •  Luna – przez całe swoje życie dziewczynka zdążyła związać się tylko z własną matką. I choć była to więź ulotna, która zmieniła się po czasie w niechęć i obrzydzenie, to wspomnienia żyją własnym życiem i nie pozwalają zapomnieć o czułych palcach matulki błądzących po jej czole. Z początku Hana kochała kobietę gorejącym uczuciem, które objawiało się w pomocy i chęci przesiadywania wraz z nią. Kiedy jednak zaczęła dorastać i dostrzegać pewne rzeczy, uciekła przerażona od swej jedynej rodziny, nawet nie żegnając się ze swą rodzicielką. Żałuje tego, co zrobiła. Boli ją to. Ale nie byłaby w stanie towarzyszyć matce do końca jej... bujnego w doświadczenia życia. A sama Luna traciła jakiekolwiek zainteresowanie córką, gdy udało jej się dojrzeć nadchodzącą perspektywę zarobku.
  •  Marlanne – stary koń, który na co dzień przywoził węgiel do przybytku. Hanka zawsze rzucała mu suchy chleb a on, swymi wielkimi oczyma, wyśpiewywał jej wdzięczną kaskadę podziękowań. Nie lękał się jej, nawet, gdy była pod postacią wilka. Musiał mieć świadomość, że to ona. Gdy uciekła od matki, uciekła także od schorowanej klaczy. Jednak w porównaniu do swej mamy, do olbrzyma pobiegła się w nocy pożegnać, trzymając w dłoniach garść ukradzionych z kuchni warzyw.
HISTORIA: Hana urodziła się w przybytku kurtyzan, gdzie od kilku lat pracowała jej matka w zamian za wikt i świecące fatałaszki. Wszystkie panie lekkich obyczajów patrzyły na nią spode łba a dziewczynka, która niańczona była przez własną rodzicielkę jak i córkę właściciela ów miejsca, dorastała we względnie dobrych warunkach. Ponoć jak ryczała, to wystawiały ją z drzwi i czekały, aż ta się uspokoi. Miała jednak dużo swobody i zawsze znalazł się ktoś, który chętny był do zabawy drewnianymi figurkami zwierząt. Gdy podrosła nieco, zaczęła chadzać własnymi ścieżkami, nie mając ochoty przebywać z żywiącymi do niej nienawiść osobami. Nabrała nieco rozumu i wyczucia. Panie wszak widziały w niej rosnącą konkurencję a przed ''wygryzieniem'' chroniła ją bezwzględna i silna matka, która trzymała na połowie przybytku swe łapska. Hana nie miała świadomości o tym przez długi czas. Gdy jednak zaczęła pojmować pewne rzeczy, opuściła jedyne miejsce, które mogłaby nazywać domem. Nie była bowiem w stanie znieść myśli, w jakim miejscu żyła przez tak długi czas. Nawet, jeśli nikt nie zmusił jej tam do niczego. Czuła się też niechciana. Pewnego dnia po prostu spakowała swe manatki i wyszła wyjściowymi drzwiami, czując na sobie presję życia w klatce.

Rozpiska

CHARAKTER: Hana przywitanie nieznanej jej wcześniej osoby zawsze rozpocznie mniej lub bardziej pewnym uściskiem swych kościstych palców, patrząc z szeroko otwartymi oczyma w ślepia istoty stojącej przed nią. W jej poczuciu tak po prostu trzeba i jest to oznaka, że swego rozmówcę szanuje. Nawet jeśli w środku drży jak osika i lęka się jego najmniejszego wzdrygnięcia.
Dziewczyna jest niekiedy skrajną idealistką, doszukującą się w najgorszych scenariuszach czegoś choćby odrobinkę dobrego. Patrzy na świat przez pryzmat barwnych okularów, wszystko jest dla niej nowe i słodko-cudowne. Być może związane jest to z jej dziecięcą naturą, ufnością i dość wczesnym, samotnym wyjściem na trakt. Hana nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać na nią w tak ukochanym przez nią świecie i chyba to przekonanie stanowi dla niej największe zagrożenie. Do obcych podchodzi niekiedy bez lęku w sercu, mając na uwadze jedynie swe własne odczucia do danej osoby. Kieruje się tym, co podpowiada jej intuicja i mało jest w niej czystej logiki. Tłum jej wadzi, a swe uczucia raczej kieruje do niewielu osób; przywiązanie się do kogoś jest dla niej czymś bardzo łatwym i zarazem trudnym. Hana wszak potrzebuje czasu, żeby się do kogoś przyzwyczaić, ale od siebie daje wszystko, jeśli poczuje nić więzi pomiędzy nią i kimś innym. Jest tym samym zdolna do poświęceń, jeśli wyczuje, że jest to rzecz, bez której się nie obejdzie. Nienawidzi, gdy ludzie przez nią cierpią i lęka się tego, że będzie dla kogoś kulą u nogi. Dla tego za każdą przysługę się odwdzięcza, chcąc znieść ciężar swej osoby z czyichś ramion.
W duchu Hana zawsze jest chętna do pomocy i obdarowania bladym uśmiechem – wadzi jej w tym jedynie nieśmiałość i uporczywa wstydliwość, która znacznie utrudnia poznawanie nowych ludzi. Niekiedy myśli co innego, niźli mówi i czyni. Wydawać by się nawet mogło, że zachowanie Cynthii zakrawa trochę nutą obojętności, wycofania z sytuacji czy nawet całkowitym niezainteresowania tym, co się wokół niej dzieje. Jest jednak na odwrót, a Hana lubi wiedzę, którą pozyskuje z ostrożnych obserwacji innych. Jej spojrzenie jest łagodne, ociekające błogością wymieszanej z ufnością. Jedynie w chwilach strachu jej źrenice zawężają się, a oczy błądzą, jakoby szukając najlepszej drogi ucieczki. Dziewczynka kurczy się wtedy w sobie i jeśli jest pod postacią wilka, przylega do podłoża z mięśniami gotowymi do uskoku i karkołomnego biegu.
Ma wrodzoną ciekawość. A wręcz jej nieograniczone pokłady. Hana czuje nieuzasadnioną potrzebę, żeby wszystko zbadać, dowiedzieć się jak coś działa i spróbować wszystko zrozumieć, nawet jeśli nie ma o danej sprawie najmniejszego pojęcia lub zajęcie to wydaje się nudne. Łatwo się uczy i jeszcze z większą łatwością takową wiedzę wykorzystuje. Dość sprytna jak na swój wiek, łatwo łączy fakty i dopasowuje je do ostatnich wydarzeń. Może właśnie dzięki tej specyfice swojego charakteru zdołała przetrwać samodzielnie na ulicy bez większego uszczerbku na zdrowiu.Koniec końców, trzeba mieć na uwadze to, że Hana to dziesięcioletnie dziecko i dziecinną mentalność wraz z wrażliwością posiada. Na krew i flaki zareaguje piskiem strachu a krzyku nie znosi i zareaguje na nim zaciśnięciem załzawionych powiek. Jest też w stanie zawiesić spojrzenie na czymś, co w jej mniemaniu może wydawać się interesujące, choć dla osoby postronnej raczej nie wyda się warte najmniejszej uwagi. Lubi też zabawę.
APARYCJA: W wilczej skórze Cynthia wygląda dość niepozornie; ma duże, okrągłe ślepia o barwie burzliwej wody i ciemnawe znaczenia zdobiące końcówki jej uszu. Nos czarny, podniebienie różane i upstrzone szarawymi plamkami. Opuszki łap są zaś szare. Nie wyróżnia się też jakoś szczególnie swym ubarwieniem, jej sierść, dość długa, kolorem przypomina zmatowiałe srebro. Ma fioła na punkcie pielęgnacji swego przyjemnego w dotyku włosia; choćby świat się walił, jej futro będzie względnie wygładzone. Lubi to. Tak po prostu. Spojrzenie ma łagodne, choć przeważa u niej ogrom podejrzliwości i strachu, w szczególności, gdy ma do czynienia z większym bądź silniejszym od siebie osobnikiem – czyli z niemalże wszystkimi. Nie jest niska jak na swój prawdziwy wiek, nawet przekracza nieco centyle, ale cenę za te kilka centymetrów w kłębie przypłaciła tyczkowatymi łapami i smukłą budową ciała. Jest to chyba jeden z nielicznych kompleksów Hany. Stoi zazwyczaj prosto i sztywnie, chcąc jak najbardziej zatuszować fakt, iż nie jest przypakowaną i zarazem silną waderą a młodziakiem, który ledwo co odrósł od ziemi. Zdaje sobie sprawę, że w walce niekoniecznie ma wysokie szanse i mimowolnie wybiera sobie miejsca do przebywania, z których miałaby nieco ułatwioną ucieczkę. Nie lubi się bić i mową ciała mówi o tym innym; boi się starcia. Ma nieco koślawe łapy i lichą budowę ciała, ratuje ją obecność gęstej sierści, która pokrywa jej chude żebra i wąskie podgardle. Jej jedyną bronią są dobrze rozmieszczone kły w kaskadzie zębisk jak i pazury, których trzony są sztywnie utwierdzone w palcach łap. Rzadko jednak z nich korzysta; nie potrafi wykorzystać swych atutów i polega na swej szybkości.
Ludzka postać jest dla Hany znacznym osiągnięciem, którym szczyci się, gdy tylko ma okazję. Wszak opanowanie tejże przemiany zajęło jej wiele czasu i skłoniło ją do pracowania za trzech – cały swój naukowy dobytek musiała wywalczyć sobie samodzielnie, żebrząc o wiedzę u innych. Istota jej wyglądu jest dość podobna do tej naturalnej, wilczej; sylwetkę ma cherlawą, a jedyną widoczną różnicą jest odmienny kolor oczu. Jako człowiek, Haneczka ma spojrzenie napełnione kolorem błyskawicy z niebios. Jest typem obserwatora. Zanim się odezwie, będzie śledzić cię spojrzeniem przez znaczną ilość czasu. Włosy ma białe, mleczne. Nienawidzi, gdy ktoś mówi, że są one siwe. Zazwyczaj zaplata je w luźny warkocz i z uporem choleryka poprawia kosmyki, które nieustannie wymykają się spod prawilnego uczesania. Ubiera się luźno i tak, jak ma w takowej chwili możliwość. Przekłada jednak wygodę nad wygląd i stara trzymać się tej zasady, choć nie zawsze jej się to udaje. Ma metr czterdzieści pięć i ma nadzieję, że w ciągu kilku kolejnych lat uda się jej nabrać choć wysokości. Ma typową aparycję dziecka i ciężko, by komuś taki szczegół umknął.
ZAINTERESOWANIA/TALENTY: Do pewnego czasu Haneczka powiedziałaby, że lubi żyć. Bez zbędnych szczegółów, z uśmiechem na twarzy, wymieniłaby tylko te kilka słów i powróciła do układania kamyków nad sadzawką przy akompaniamencie żabiego rechotu.
Teraz, jednak gdy pomału zaczęła odkrywać walory barwnego świata, jej lista zainteresowań znacznie się poszerzyła. I to o rzeczy znacznie większe niźli obserwowanie gorących wypieków zza ogromnych szyb czy plecenia bransoletek z niechcianych przez nikogo skrawków materiałów.
Uwielbia spacerować. Chodzić po murkach, skakać po większych kamieniach czy po prostu przebierać nogami, podziwiając okolicę ze swym dziecięcym zapałem. Jest nie do zdarcia w tej profesji; jeśli coś ją zainteresuje, nie ma zmiłuj, ona musi tam pójść i sprawdzić, co przykładowo skrywa wnęka za kaskadą wody lub jak wysoko będzie w stanie wspiąć się na drzewo. Tak, jej pasje zarywają o kaskaderskie wyczyny. Ale cóż można na to poradzić? Może kiedyś się nauczy.
Od zawsze lubiła oglądać konie. Nie tylko te, których dosiadają wielcy możni, ale również te szkapy, które na co dzień ciągnę węgiel po ulicach w klekoczących bryczkach. Uwielbia słuchać stukotu ich żelaznych podków czy oglądać, jak masywnymi łbami zarzucają swą wolę biednemu woźnicy. Zazwyczaj dostawały po wszystkim batem, ale Hanka zawsze podziwiała ich silną wolę i chęć bycia wolnym. Może ma w swojej duszy cząstkę konia i dlatego tak bardzo je lubi?
Nie umie zaś walczyć i zazwyczaj to ona jest osobą, która zbiera bęcki. Nie wie, czy to z powodu tego, że broń trzymała kilka razy w życiu czy z jej młodego wieku i braku doświadczenia. Nie pcha się jednak do walki, lękliwie starając się wszystkich starć unikać.

Moce

ŻYWIOŁY: Dziewczynka nie odkryła jeszcze wszystkich swoich mocy. Nie ma pojęcia, z czym jest potężnie związana a co jej jedynie ułatwia życie, pomagając na co dzień. Wie jednak, że na pewno złączona jest w pewien sposób z magią umysłu bądź czymś, dzięki czemu ma wpływ na dary innych. Czuję pociąg do ognia, ale jak na razie nie zauważyła, by żywioł ten reagował na nią w jakikolwiek sposób.
MOC SPECJALNA: Cynthia jest w stanie sprowadzić właściciela potężnych bojowych mocy do piedestału nieobdarzonego robaka, jednym spojrzeniem kradnąc mu wszystkie jego umiejętności. W zależności, jak długo uda jej się nie mrugnąć, ów bohater traci swą magię i staje się osobą pozbawioną jakiejkolwiek obecności tejże sztuki w swej duszy jak i ciele. Dziewczynka może w ten sposób potraktować aż trzy osoby, ale przy większej ilości zaczyna nękać ją przeraźliwy ból głowy i żył na dłoniach. Nadal nie zna granic swojej mocy i nie rozumie jej też dokładnie; nie zdarzyło się jej jeszcze wykorzystać jej w sposób złośliwy bądź mający na celu skrzywdzić kogokolwiek w najmniejszym stopniu. Nie ćwiczyła jej też nigdy a odkrycie daru nastąpiło przypadkowo, gdy pod naporem jej żółtawych ocząt uliczny kuglarz nie był w stanie wydobyć ze swych rąk płomieni.

Pozostał

LOKALIZACJA: Dziewczyna pęta się wszędzie i równie dobrze możesz ją znaleźć niemalże w każdym miejscu, gdzie da ona radę się dostać. A jej ciekawska natura tylko podsyca jej diametralne umiejętności przemieszczania się. Na razie nie ma stałego miejsca zamieszkania.
INNE:

  • Dwie ulubione kolory Haneczki to jasny błękit i żółć, której barwa podobna jest do jej własnych ślepi w postaci człowieka. Lubi też kamyki, które mają gładką boki. Ze względów praktycznych nie kolekcjonuje ich jednak, starając się zarazem zapamiętać te już spotkane. Szczególnie interesuje ją ich powierzchnia i kształt, który potrafi być dość różnorodny.
  • Hana lęka się głębokiej wody. Zazwyczaj jeśli ma koszmar, co dzieje się stosunkowo rzadko, to obowiązkowo powtarza się w nim proceder tłamszącego jej oddech tonięcia.
  • Uwielbia jagody i słodkie bułeczki.

EKWIPUNEK:

  • 200 trefli
Siła: 100 Szybkość: 650 Zwinność: 525 Moc: 375
Technika: 150 Równowaga: 450 Zręczność: 250 Ukrycie: 500
Od Autorsko
Piszę zazwyczaj do tysiąca, dwóch tysięcy słów; jestem jednak w stanie zastosować się do preferencji osoby, z którą takowy wątek prowadzę :) Odpowiadają mi tasiemce jak i króciutkie kawałki, serio, napiszę wszystko. Długość jest mi wszak obojętna, jeśli przyjemnie mi się prowadzi historię. Odpisuję w miarę szybko, bo na krótsze odpisy do dwóch, trzech dni a na dłuższe czekać ktoś musi do tygodnia. Nie oczekuje, by ktoś również zawsze odpisywał na czas (sama święta nie jestem), ale wymagałabym przynajmniej tej krótkiej informacji o nieobecności czy poślizgu w grafiku ^^
Jeśli chodzi o władzę nad postacią, to zezwalam na niemalże wszystko, byleby to było zgodne z charakterem mego dziecięcia. Róbta co chceta. Wyjątkiem jest trwałe okaleczenie, gwałt bądź morderstwo - tutaj mówię stanowcze nie. Wszystko jest jednak do ugadania, ale wolałabym, by takie rzeczy nie robione były bez uzgodnienia tego ze mną.
Lubię wątki spontaniczne, ewentualnie z lekkim naprowadzeniem historii na dane tory. Tematy dowolne, wolę jednak te przygodowe z ogromem akcji.

KONTAKT: Feyre#3334
KREDYTY:
Assovi-Major + Bloodlinev

Szablon wykonała Fragonia na rzecz bloga Wataha Karmazynowej Nocy. || Credits