Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościopies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościopies. Pokaż wszystkie posty

06 kwietnia 2021

Od Kościopsa C.D Tytana

  Sytuacja na dworze nieco się uspokoiła. W końcu od niefortunnego wypadku minęło już wiele dni. Śledztwo jednak trwało po dziś dzień. Detektyw królewski Kościopies dziennie badał sprawę. Rozmawiał z mieszkańcami, ogólnie poznawał stolicę, aby lepiej wczuć się w panujące tu nastroje. Zdziwił się spotykając wielu ludzi niepopierających króla. W Chanai to nie do pomyślenia, takich to zaraz resocjalizowano. - myślał jak to było w przeszłości w jego rodzinnych stronach. Zresztą w królestwie Sheków gdzie dorastał również władczyni utrzymywała dyscyplinę i posłuszeństwo za pomocą topora. Może Tytan jest zbyt dobrotliwym i flegmatycznym królem? - Jednak zaraz przestawał tak myśleć, ponieważ to on dał mu dach nad głową, bezpieczeństwo i pożywienie, chyba w dodatku coś więcej.. coś w rodzaju rozwijającej się sympatii do przybysza z innego świata. Kościopies był bardzo oddany królowi za wszystko co dla niego zrobił.
   Przechadzając się po ponurej dzielnicy gdzie większość ludności stanowiły osoby biedne i często uwikłane w brudne interesy zaobserwował znajomą postać. Była ubrana w czarny płaszcz z kapturem, jednak jej sylwetka i sposób ruchu był Kościowi dobrze znany. To jeden z ludzi księcia. Dreptał szybko, nerwowo, oglądając się za siebie, jednak nie zobaczył niewielkiego detektywa, który maskowanie się opanował do perfekcji. Ruszył więc za nim, to może być przełomowe odkrycie.
   Po kilku minutach marszu w coraz ciemniejszych i brudniejszych uliczkach ponurej dzielnicy Rivangoth podejrzany zatrzymał się przed gospodą, choć był to raczej bar i burdel w jednym. Był to wysoki budynek, drewno pociemniałe ze starości, brudne szyby pełne pajęczyn, a kamień budowlany pokryty był pradawnym mchem. Mimo braku wsparcia i choćby poinformowania strażników królewskich Kościopies zdecydował się wejść do środka.
   Jego oczom ukazał się obskurny, słabooświetlony lokal. Bar po lewej stronie, niewielkie stoliczki przy których siedziały groźnie wyglądające basiory. Po prawej stronie natomiast zasłonięte niewielkimi ściankami znajdowały się strefy dla jakichś ważniejszych osób. Schody do góry prowadziły do pokoi podświetlonych czerwonymi lampkami. Wielki bramkarz pilnował szczelnie wejścia. Kościopies podszedł do baru i zamówił piwo. Rzucając na stół parę miedziaków zwrócił sobą uwagę pijących obok opryszków i złodziejaszków. Oczy zaświeciły im się patrząc na mieszek z jego pieniędzmi, jednak on odsłaniając ukryty pod płaszczem krótki miecz odwrócił szybko ich zniechęcił.
   Rozglądał się za człowiekiem Możana, najwidoczniej jest w strefie dla vipów, albo do góry. Wyglądał jednak na zbyt zatroskanego by być tu ze swojej woli, najwidoczniej musiał się tutaj z kimś spotkać bądź coś komuś dostarczyć. Jeśli Możanowi to dlaczego tu, jeśli coś od Możana to tym bardziej czemu miałby się zadawać z kimś z Rivangothckiego półświatka. Ruszył w stronę zasłoniętch stref. Przedostał się bardzo smukle za niepilnowane przejście, ochroniarz był jeden w dodatku zajęty był kłótnią z podpitym awanturnikiem. Pierwszy boks był pusty jednak za nim słyszał cichą rozmowę, podszedł więc do ścianki dzielącej pomieszczenia, była bardzo cieńka z niewielkimi szparami przez co wszystko dokładnie słyszał.
  Dwa basiory rozmawiały ze sobą. Jeden to znany z otoczenia Możana szary wilk o czarnych oczach. Drugiej postaci nie rozpoznawał.
- W takim razie podwoimy stawkę.
- To za mało jak na tę robotę, znasz ryzyko.
- ...Na pewno się dogadamy, muszę to tylko uzgonić z księciem..
- Dobrze, ale nie będę czekał długo, macie trzy dni.
  Nagle rozniosły się głosy kroków, to chyba obstawa tajemnej persony. Kościopies szybko wyślizgnął się z pustego boksu i ruszył do przejścia na otwartą stronę lokalu, jednak zza ściany wyłonił się potężnej postury basior z zaślinionym pyskiem. Kościu obrócił się, jednak za nim również stał duży oprych, a za nim dwóch rozmówców szybko ulatniających się z budynku. Niech to.. detektyw chwycił zębami za rękojeść.

17 lutego 2021

Od Kościopsa C.D Tytana

   Kościopies, teraz w swoim dumnie noszonym napierśniku z niewielkimi naramiennikami i osłonami przednich łap. Zbroja była wypolerowana i ozdobiona w piękne deltańskie wzory. Kościu był zadowolony ze swojego prezentu. Król był mu bardzo wdzięczny za całą akcję z ogrodem. Na szczęście po tamtym wypadku szybko nie zostało śladu. Dworscy ogrodnicy wraz z królem, który sam ochoczo wziął się za pielęgnację roślin, posprzątali zgliszcza, oczyścili teren i zasadzili nowe sadzonki, kwiaty, krzaki... jedynie na samym środku pozostało wielkie szklane drzewo z czarnym jak węgiel, którym był, rdzeniem. Wyglądało jak instalacja artystyczna, teraz drzewo to pozostało pomnikiem tych strasznych chwil.
W mowie o nich, sprawa wcale się nie wyjaśniła. Ów mąż "podpalacz" faktycznie wykonywał ładunki wybuchowe, jednak pożaru nie poprzedził żaden wybuch. Było cicho, dopiero płomienie, już wysokie, zwróciły uwagę Kościa i reszy dworu. W takim razie to dość.. podejrzane. Pies analizował to przechadzając się wzdłuż muru. Zostały dwie postacie. szaro-biała wadera, i ten lis. Ten sam przez którego, a może dzięki któremu znalazł się w zamku Tytana.
Idąc tak dotarł do miejsca gdzie ogień zaznaczył mocno swą byłą obecność. Czarne od sadzy kamienie. Jednak dość ciekawie zaznaczona została ścieżka czarnej substancji. Otóż, była dość krótka miała około 8-12 metrów, tak jakby ogień szedł ścieżką, nie był niekontrolowany.. przynajmniej na początku. Jednak tę ścieżkę ktoś musiał przygotować. Polać łatwopalną substancją, albo lepiej, umieścić coś suchego i palnego, aby ogień szedł prosto do zamku. Więc możliwe był to zaplanowany zamach na życie króla. Kościopies musiał szybko powiadomić króla.
Oczywiście król był zajęty, dopiero po jakimś czasie, gdy przebywał w swoim gabinecie, z chęcią przyjął czarnego psa.
- Witaj Kościu.. ponoć masz dla mnie jakieś ważne informacje. - Przeczesał grzywę i wziął łyk wytrawnego wina. - Jak idzie ci śledztwo?
- A więc tak, królu... - Zaczął nietaktownie dreptać po pokoju, jednak król przymykał oko na jego "psie" zachowanie. - Przy murze są ślady, jakby ogień przemieszczał się utorowaną ścieżką. Przy południowej stronie ktoś musiał go zainicjować, jednak nie był to wybuch.
- Czemu by nie? - Wtrącił się, zaciekawiony obserwacjami Tytan.
- Ponieważ nie ma śladów, żadnych odłamków, mur jest nienaruszony, tak jak drzewa znajdujące się 15 metrów od tego miejsca. Gdyby to były materiały wybuchowe pożar miałby kształ zbliżony do okręgu. Tutaj jest wąski i rozszerza się idąc w stronę zamku. Tak jakby ktoś stworzył falę ognia mającą pochłonąć cały zamek. Myślę, że basior jest niewinny. Jednak jeszcze nie wiem czy to ta tajemnicza wadera, czy może kłopotliwy lis. Wydaje się niewinny.. ale to nie jego pierwszy raz w królewskich ogrodach.
- Widzę, że mocno nad tym pracujesz. Możan powinien już coś z nich wyciągnąć.. w sensie.. informacje podczas rozmowy. Wiesz o co mi chodzi. - Pochylił swą majestatyczną głowę w dół. - Chciałbym to szybko zakończyć, ale zależy mi na sprawiedliwości, aby nigdy to się nie powtórzyło.
- Tak, rozumiem. Oby Możan coś odkrył. - Choć rozmowa z nieprzyjemnym księciem nie napawa detektywa optymizmem.

(Tytan?)

27 stycznia 2021

Od Kościopsa C.D Tytana

  Kość stał na baczność jedynie ruszając uszami z nudów. Nie spodziewał się, że pobieranie wymiarów całego ciała będzie tak długo trwać. Myślał, że dostanie katalog z dostępnymi zbrojami wybierze numerek 3 i po problemie, jednak sprawa wygląda trochę inaczej. Kowal, starszy basior z siwymi wąsami wyglądał na doświadczoną osobę i w rzeczy samej był najlepszym kowalem, który regularnie odwiedza zamek. To on jest odpowiedzialny za nienaganny stan rycerskich pancerzy i hełmów. Nazywa się Helmouy, mimo bijącej od niego surowości i dokładności podczas pracy okazał się całkiem ciepłym i sympatycznym człowiekiem. Trochę małomównym, ale naprawdę miłym.
  - A więc Kościopisie.. skąd tak wogóle jesteś? Słyszałem, że ze Wschodu, tak? - pytał i mierzył długość przednich łap. - Nie znam takich psów jak ty...
   - Jestem z Chanai, a wychowałem się na Pustyni Stenna... - W tym momencie kowal zaczął kręcić głową na znak kompletnej niewiedzy o tych miejscach. - ...nie ważne. To nie krainy z tego świata.
  - Ach, czyli portal, rozumiem. Dzięki twojemu pancerzowi, głównie czaszce, nie potrzeba ci hełmu. Jednak mam pomysł na dość lekki napierśnik z niewielkimi naramiennikami i ochroną przednich łap. Myślę, że będzie to idealny balans między ochroną, a możliwością swobodnego poruszania się.
  - Czy król pozwoli mi w tym chodzić na salonach?
  - A czy będzie miał wybór? - Oderwał wzrok od miary i spojrzał w oczy z lekkim, prawie niewidocznym uśmieszkiem. - Będzie to zbroja najwyższej klasy, każdy rycerz, nawet z osobistej straży króla będzie ci jej zazdrościł! O tak, król nie szczędził funduszy na ten prezent, bardzo mu się zasłużyłeś.
   Kościopies się speszył, nie lubi zbyt wielu pochwał, jest raczej skromnym typem. Po pobraniu wymiarów kowal Helmouy wrócił do swojej pracowni. Nie dał czarnemu psowi wiele czasu na kontemplację, ponieważ zaraz do jego pokoju zapukała znana mu służka, która sprawowała pieczę na dobrem (nie)szlachetnego gościa.
  - Panie Kościopsie, król wzywa w ważnej sprawie. - Jej ton był dość zimny, jakby była zmartwiona. Idąc korytarzem usłyszał głośnie dzwięki niosące się wzdłuż nieskończonych korytarzy. Z każdym krokiem były to coraz wyraźniejsze krzyki, prośby, rozkazy. W końcu dotarli i znaleźli się w sali gdzie król dawał audiencję. Jednak tym razem było inaczej. Na sali roiło się od straży i dworzan. Szlachta kłębiła się wśród potężnych kolumn. Na tronie siedział sam Tytan z głową opartą na ręcę. Nie był znużony, raczej widocznie ożywiony tą niecodzienną sytuacją. Obok niego stał Możan, który surowym wzrokiem spojrzał na wchodzącego Kościopsa.
  - Witaj Kościu, wybacz, że tak nagle, ale wszystko tak szybko się potoczyło. Stań proszę koło mojego brata. - Możan jakby chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Ostentacyjnie odsunął się od czarnego psa i odwrócił wzrok w stronę środka sali. Widok był dość ponury. Na ziemi klęczały trzy postacie, każde skute i z widocznymi śladami "wypadków". Był tam duży brunatny basior postury niedźwiedzia, miał podbite oko, wyglądał na bardzo zrozpaczonego, obok klęczała wadera, nie mała, acz smukła, była szaro-biała, miała na sobie dziwne szaty z kapturem, trzecią postacią był.... mały beżowy lis, ten sam który ukradł Kościowi jedzenie i spowodował całe zamieszanie w ogrodzie...     Wtedy brat króla wystąpił:
   - Królu, szlachetni obywatele, Ci tutaj są podejrzani o podpalenie królewskich ogrodów i w tym samym zamach na życie władcy i wielu postronnych osób.

(Tytan? Rozprawa?)

12 stycznia 2021

Od Kościopsa cd. Tytana

 Cały dwór ucztujący i bawiący się bez żadnych zmartwień wpadł w panikę, niektórzy pośpiesznie wstawali od stołów, inni starali się pozostać przy królu i czekać na jego reakcję. Ten jednak siedział jakby zamrożony i patrzył się w coraz mocniej pomarańczowe okno odbijające płomienie palącego się ogrodu.
    Kościopies wstał i podbiegł do okna rozejrzeć się i obeznać w zaistniałej sytuacji. W wyniku częstych polowań i potrzeb ucieczek w celu ratowania się przed zjedzeniem w trudnym postapokaliptycznym świecie miał wypracowaną bardzo szybką reakcję. Bez zawachania wyjrzał, a jego oczom ukazały się dantejskie sceny: Środkowa część ogrodu, wraz z pięknymi, potężnymi drzewami, płonęła niczym świąteczne ognisko. Wielki, stary dąb, który rósł tutaj już pewnie kilkaset lat, teraz przyozdobiony był płomieniami zamiast liśćmi. Tytan wyglądał na bardzo zszokowanego, miał w planach wiele rzeczy, był gotów na wiele możliwości, jednak któż spodziewałby się pożaru rivangotckiej perły, czyli królewskich ogrodów?
   Grządki kolorowych kwiatów ze wszystkich stron Watachy, Krzewy, tak starannie pielęgnowane przez sztab ogrodników, drzewa owocowe, najróżniejsze rośliny, to wszystko popieliło się na ich oczach. W końcu, któryś z dworzan wyrwał króla ze znieruchomienia. Ten wstał energicznie i rozkazał ratować ogród. To jednak już próbowano. Strażnicy chaotycznie biegali w tę i we w tę z wiadrami wody ze studni, Specjalnie przygotowane pompy wodne nie sprawdzały się tak dobrze walcząc z tak rozległym już pożarem. Ogień pochłaniał coraz to kolejne obszary, a było duże ryzyko, że wkrótce dostanie się do Zamku lub na obszary mieszkalne. W pałacu zrobił się chaos, zresztą w całym mieście. Król szybko posłał po najlepszych władców wody, bowiem tylko oni mogli coś zrobić. Kościopies również wpadł na pomysł. Chwycił bezpardonowo króla za rękaw, jednak ten przez całe te zamieszanie nie zwrócił uwagi na takie zachowanie wbrew dworskiej etykiecie:
- Co jest Kościu? Nie mam czasu... Mój ogród płonie. - Był widocznie przerażony sytuacją, jednak tak wiele czasu poświęcił pielęgnacji tego deltowskiego cudu.
- Królu, mam pewien pomysł, tylko użycz mi wozów i karet. 
Tytan spojrzał się dziwnie na czarnego psa, jednak kiwnął potwierdzająco głową i wybiegł wraz z dworem na zewnątrz, aby z bliska zarządzać akcją gaśniczą.
   Kościopies w tym czasie zwołał służbę i nielicznych strażników. Kazał dosiąść wozów, a także dworskich karet przybyłych gości i pojechać do najbliższego źródła piasku. Woźnica, który żył z transportu towarów do zamku królewskiego przypomniał sobie o rozpoczętej budowie jednego okazałego domu nieopodal. W dzielnicy zamkowej żyją sami znamienici obywatele, zazwyczaj prawie zawsze związani z osobą króla. Tak więc pojechali na miejsce, wtedy czarny pies widząc przygotowane miejsce pod fundament wskazał na wielką hałdę wykopanego piasku i ziemi. - Tak! - wykrzyknął. - Brać łopaty i ładujcie ile wlezie! - rozkazał. Mimo zdziwienia służba ruszyła do roboty i po 15 minutach jechali już spowrotem do ogrodu. Oby nie za późno.
   Konwój wozów i karet wraz z Kościem na czele wjechała po reprezentacyjnym trakcie na początek ogrodu gdzie byli już władający żywiołem wody. Jednak ogień był zbyt potężny, woda zatrzymywała pożar przed rozrostem. Gość króla rozkazał wozom ustawić się w kształcie półksiężyca otaczając wielkie ognisko. Tytan spojrzał na Kościopsa, chciał widocznie zapytać co on do licha wyprawia, jednak postanowił mu zaufać. Pomyślał, że taki ktoś jak on może jeszcze wieloma rzeczoma go zaskoczyć.
   Czarny kościany pies stanął przed wozami i przybierając rozkraczoną pozycję podniósł biały łeb i zawył donośnie. Wraz z jego wyciem podebrał się wicher, który poczuli wszyscy, wicher zmienił się w potężny wiatr. Pozrywał on cały piasek z wozów i karet, wręcz przewracając niektóre z nich. Wielu damom i gentelmenom roztargało fryzury tak starannie układane wiele godzin, jednak byli oni gotowi na to poświęcenie. Wicher dotknął również króla jednak on skupiony był na Kościopsie i jego staraniom. Masy piasku zasypywało coraz to mniejszy i mniejszy ogień dodatkowo magowie władający wodą polewali ten umierający pożar. Po paru minutach po ogniu nie było śladu. Oczom króla, dworzan, gości, strażników i całej służby ukazało się coś niezwykłego. Na ziemi wokół centrum ognia pozostała warstwa stopionego piasku tworząc szklany dywan, a na samym środku stał potężny, wypalony dąb ozdobiony ułożonym w zadziwiający sposób płaszczem ze szkła. Kryształowy dąb robił na wszystkich wrażenie. Całe to miejsce wyglądało jak jakiś dziwny popioło - kryształowy wymiar. Wręcz kosmicznie. Król odetchnął. Dworzanie zaczęli szacować straty swoich poniszczonych karet i strojów, a strażnicy i służba zajęli się oglądaniem całego miejsca, sprzątaniem i szukaniem źródła pożaru, bo jest ono teraz największą tajemnicą.
Zmęczony Kościopies podreptał koło Króla i usiadł obok niego. 
- Dobrze się spisałeś, naprawdę, dziękuję ci.
Ten jednak nie odpowiedział, bo wycieńczony zasnął.
Tytan?

01 stycznia 2021

Od Kościopsa C.D Tytana

    Kościopies został skierowany pod bacznym okiem lekko zirytowanego rycerza Joahima i jego towarzysza do obszernego pokoju w prawym skrzydle zamku. Izba znajdowała się wysoko, na trzecim piętrze, Kościopies nie przywykły do takich wyskości czuł się niepewnie spoglądając przez okno. Jednak z czasem zaczęło się mu to podobać. Pokój był ogromny jak na jego standardy, no i rozmiar. Wielkie drewniane łóżko uścielane białą jak śnieg pościelą i grubą wełnianą kołdrą. Duża dębowa szafa w której zmieściły by się wszystkie psy z jego watahy. Ciemny stolik i dwa krzesła w tej samej czarno-bordowej barwie. Na ścianach znajdowały się piękne obrazy przedstawiające uroki kontynentu i wyszywany gobelin na którym widniały wilki walczące z jakimś niezidentyfikowanym monstrum, na pewno odnosił się do jakiegoś dawnego, legendarnego wydarzenia.
   Jednak Kość, jak był teraz zwany, nie naoglądał się za długo wystroju pokoju, bowiem zaraz potem zawitała do niego służka. Była to niewielka wadera, wielkości Kościopsa, jednak bardziej smukła i delikatna. W przeciwieństwie do jego twardego, czarnego futra ta miała je puszyste i białe. Swoim łagodnym spojrzeniem przywitała gościa i zaprowadziła do łaźni. Po chwili pies (prawie zaciągnięty siłą) znalazł się w dużej drewnianej wannie pełnej gorącej wody. Alija jak nazywała się ów służąca porządnie wymyła i wyczesała czarnego psa. Sprawiło jej to nielada problem, ponieważ latami nie myte futro było skłębione i zdredowane. Jednak po dwóch godzinach walki udało się. Był czyściutki jak szczeniaczek. Podziękował służącej, która okazała się naprawdę inteligentną i ciekawą świata.
  Tak więc znalazł się w zamku króla. Od chłopskich chat i spania w stogach siana, teraz leży na wielkim łożu pod murowanym, wysokim sklepieniem. Kość był jednak przejęty. To zdarzyło się tak szybko, że nawet nie do końca wszystko przeanalizował. Jednak Jego Wysokość wydawał się nadzwyczaj... miły? uprzejmy? - Królewski gość nie wiedział jakie słowo najlepiej by go opisało. Nawet nie zauważył, gdy zmęczony zasnął.
   Trzy krótkie stuknięcia wyrwały go z błogiego snu. Zza drzwi dobiegł go damski głos:
  - Panie Kościopsie. Król wzywa na kolację. Proszę się przygotować.
   Gość zaczął bezsensownie biegać po pokoju. Może to nerwy, może to instynkt. Biegał w kółko i myślał. Bowiem zawsze gdy stał przed trudnym wyborem musiał biegać aby wszystkie zmartwienia "wytrząść" z siebie. Po kilkudziesięciu sekundach był zwarty i gotowy.
  Kamerdynerka prowadziła go przez długie, wręcz nieskończone korytarze i schody. W końcu dotarł... znajdował się w wysokiej na dwie kondygnacje i bardzo długiej sali. Z sufitu zwisały masywne, żeliwne żyrandole, przy ozdobionych obrazami ścianach stali strażnicy i służba w kolorowych strojach. Na samym środku stał stół. I to potężny stół, mogący pomieścić kilkadziesiąt gości. Na środku siedział król Tytan, koło niego jacyś nieznajomi Kościopsowie członkowie dworu. Służąca prowadząca gościa usadowiła go na zdobionym krześle na przeciwko króla. Tak bliska obecność króla aż spowodowała zawirowania w brzuchu czarnego psa. Co prawda widział już króla Rotsu Zhang Huanga III, albo Esatę Kamiennego Golema, jednak nigdy nie z tak bliskiej odległości. Królowie i Królowe zawsze wydawali mu się tacy.. odlegli.
  - O! Kościu jak dobrze, że przybyłeś. Moi drodzy, to mój gość Kościopies, przybywa z Zachodu. - Wygłosił uroczyście po czym dał znak do rozpoczęcia uczty. Muzycy zaczęli grać spokojne melodie, Służba poczęła rozdawać ciepłe dania i nalewać wyśmienite trunki.
  Kościopies zadziwiony całą tą scenerią dopiero po chwili usłyszał jak król odzywa się w jego kierunku...


<Rozmowa? Co z niej wyniknie? Tytan?>

24 grudnia 2020

Od Kościopsa do Tytana

    Kościopies pomieszkiwał w Zachodniej Warownii mniej więcej miesiąc jednak nie chcąc dłużej naprzykrzać się gościnnej rodzinie zielarki, która znalazła go przy wrotach z innego świata i zaopiekowała się nim w nowych deltańskich realiach. Oczywiście pomagał jej przy leśnych wypadach po różne zioła, grzyby czy owoce służące do leczenia mieszkańców warownii. Poznał też dzięki temu trochę ludności Delty, zrozumiał Zachodnią mentalność i wojowniczość tego ludu.
   Jednak jak to na w Chanai i na Wielkiej Wyspie... musiał się ruszyć z miejsca. Nie miał tu domu więc wyruszył, Zielarka Ini ostrzegła go przed niebezpieczeństwami tego świata. Jednak jeśli nie będą to upiorne potwory czy potężne demony to jakoś się z tego wykaraska, choć z demonami już miał do czynienia.
   Postanowił, że ruszy na wschód w stronę Rivangoth. Cudne i wielkie miasto o którym wszyscy mówią. Ponoć jest to siedziba Karmazynowej Watahy i panującego w niej króla Riversa. Kościopies chciał udać się w to miejsce, uznając, że warto będzie zobaczyć "centrum świata".
   Po długim marszu i przejściu przez granicę zatrzymał się przy bramie miasta. Po drodze spotkał wiele dobrych i hojnych ludzi, głównie chłopów. Karmili go i dawali schronienie w zamian za pomoc przy wypasie zwierząt czy pracy w polu. Raz pomógł myśliwemu niedaleko wsi Litryt w upolowaniu wielkiego dzika. Łowca nie mógł się nadziwić taktyce traperskiej stosowanej przez tułacza, zaimponowała mu jego umiejętność wtapiania się w otoczenie. W zamian dostał pęto kiełbasy z tegoż ów dzika.
   Idąc przez pradawną, kamienną bramę jego nietypowy wygląd zwrócił uwagę stojących nieopodal strażników:
  - Ej! Ty! Cyrk odwiedził Rivangoth tydzień temu. Ha ha... - grubawy starszy wojskowy zaczął śmiać się z tułacza.
  - W ogóle coś ty za jeden? - zapytał drugi trochę bardziej rozgarnięty, poprawiając swój kapeluszowy hełm.
   - Ja jestem Kościopies. - Wypowiedział dumnie pies owinięty sznurem kiełbasy.
  - Hmm.. nie znam takiego, a skąd jesteś Kościopsie?
   - Urodziłem się w Urumczi... a wychowałem na pustyni Stenn z moim stadem.
  Po chwili milczenia stróże prawa zaczęli się cicho porozumiewać
  - Z zachodu? - szepnął jeden strażnik do drugiego. - Może być niebezpieczny.
  - Taki młodzik? Nie wygląda groźnie, nawet nie ma broni.
  - No dobra. - wyższy i chudszy strażnik zwrócił się do wędrowca.
  - Słuchaj Kościopsie... Nie rób żadnych kłopotów, bo skończysz w lochach. Nie lubimy awanturników w królewskim mieście.
   Po "miłym" powitaniu zmęczony pies usiadł przy ślicznym zamszonym murze i zaczął jeść swoje trofeum. Nagle zza rogu wybiegł pewniem mały beżowy lis, który z prędkością błyskawicy przebiegł i ukradł Kościopsowi całe jedzenie. Ten nie myśląc dwa razy rzucił się za nim w pościg. Lis był szybki i zwinny po pokonaniu kilku alejek próbował uciec przeskakując ów stary mur.
  Jednak będąc już na górze czarny pies złapał go za ogon i przeleciał razem z nim na drugą stronę, zaczęli się szarpać i tarzać w trawie. Odgłosy szarpaniny przyciągnęły czyjąś uwagę, ponieważ zza krzaków zaczęły brzęczeć zbroje rycerzy. Kościopies zanieruchomiał, a w tym momencie złodziej złapał w zęby kiełbasę i jak listek przeleciał przez kamienny mur. Nowoprzybyły kościany pies nie miał tyle szcześcia zanim podbiegł do muru drogę zaszło mu dwóch rycerzy w wypolerowanych zbrojach. Dwa potężne wilki z długimi ostrzami wymierzonymi w Kościopsa przeraziły go. Co prawda walczył już z większymi bestiami, jednak tu był sam i nie miał broni. W dodatku nie wiedział czy to wróg czy nie.
   - Kim jesteś?! Co robisz w królewskich ogrodach? - Zawarczał jeden z nich.
   - J-jestem Kościopies. Ten lis mnie okradł... - Zaczął się tłumaczyć.
   - Wygląda mi na złodzieja Alf. - Drugi rycerz odezwał się do kompana.
   - Na to wygląda. - odpowiedział. - Jesteś aresztowany za wtargnięcie na teren królewskiego ogrodu i próby kradzieży.
    - Kradzieży czego?! - Wykrzyknął Kościopies.
    Jednak rycerze nie weszli z nim w polemikę i krępując wędrowca zanieśli go do zamku.

Tytan?

15 grudnia 2020

[KP] Kościopies

"Kość jest lepsza od piachu, ale piach jest lepszy od stali."

Kościopies
Przedstawienie
GODNOŚĆ: Kościopies
PŁEĆ: Basior
WIEK: 6 lat.
STANOWISKO: Wędrowiec, tułacz, łowca przygód, jedym słowem bezrobotny
WATAHA: Wataha Zachodu

Powiązania

RODZINA: Pewna rodzina z Chanai kiedy był szczeniakiem, zwłaszcza jego Pan Qīnai. W drugim świecie miał wielu znajomych z watahy, w tym przyjaciół Skimeatera, Robzza i Chowera. Często o nich myśli.
 HISTORIA: Kościopies nazywał się kiedyś Tiangu i był pupilem pewnej chanowskiej rodziny w mieście Urumczi w Chanai. Był to 1947 rok ziemski kiedy tam przyszedł na świat. Piesek był cały czarny i bardzo energiczny, chyba za bardzo ponieważ kiedyś podczas ostrzału miasta wybiegł z domu przed siebie i zawędrował aż poza strefę zamieszkania. Było ciemno i zimno, a Tiangu tęsknił za swoim panem. Kiedy tak tułał się po stepach Chanai podczas pełni księżyca usłyszał tętent koni. Miał nadzieję, iż to jego pan przemierza Singciang w poszukiwaniu pieska. Konie zbliżały się do niego, jednak na ich grzbietach brakowało jeźdźców. O nie. To Konie bladej śmierci, Tiangu myślał, że to tylko chanajska legenda. Niestety po chwili stanęły w okół niego, zagradzając mu drogę ucieczki. Koń Báimǎ, lider przeklętego stada, zażądał owsu. Niestety mały piesek nie miał go przy sobie. Choć Báimǎ jest okrutną zjawą postanowił nie zjadać małego szczeniaka, tylko wysłać na tułaczkę do innego wszechświata. Otworzył portal i przerzucił go przez niego. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, pustynia jak i w jego domu, po czasie zauważył jak bardzo różni się ten świat. Na nocnym niebie widniały dwa potężne księżyce i mnóstwo nieznanych mu gwiazd. Szwędał się, w końcu zachciało mu się jeść i pić. Kiedy taki wyczerpany doczłapał do miasta, dziwne zielone insektoidy w zbrojach przegoniły go od bram miasta. Myślał, że padnie ze zmęczenia, kiedy to ujrzał inne psy. Wyglądały dziwnie, też były czarne, jednak ich głowy były jakby czaszkami, bez skóry, miały twarde hełmy z kości. Ich groźny wygląd odstraszył Tiangu, jednak tak bardzo zależało mu na wodzie, że z nimi ruszył. Dość szybko się zaprzyjaźnili. Zaprowadzili go do wodopoju, gdzie w tafli wody zobaczył, że również jest takim psem, wtedy przyjął imię Kościopies.
Do Delty trafił 5 lat później. Gdy podczas polowania na pustynii Stenn zaobserwował dziwny portal, nie wie dlaczego, ale coś go do niego ciągnęło... i tak przeszedł z ciekawości, a wrota się za nim zamknęły. Znalazł się w Delcie, jak usłyszał od innych psowatych. Na początku budził w nich niepokój, ale i ciekawość. Z czasem Wilki, które go znalazły zaakceptowały go i polubiły ze względu na swój miły charakter.

Rozpiska

CHARAKTER:   Kościopies jest ciekawy świata, mimo że szczenięce lata ma już za sobą, to dalej jest bardzo energiczny i uwielbia wędrować i odkrywać nowe postacie i miejsca. Jest miły, nie szuka konfliktu, zazwyczaj wybiera rozmowę, nawet gdy stoi przed nim wróg. Tak jak postąpił z upiornym koniem, uważa, że przemoc nie jest konieczna, no może w ostateczności, albo gdy trzeba coś upolować. Jest towarzyski, rozmowny, bawi się i często szuka do tego okazji.
APARYCJA: Jest nie za wysoki, acz dość krępej budowy. Ma średniej długości czarne futro. Jego głowę pokrywa kostny pancerz przypominający tworzący zewnętrzną czaszkę, a wzdłuż kręgosłupa po obu stronach ciała również przebiega naturalna zbroja. Mimo pancerza jest zwinny i szybki, dzięki swoim mocnym łapom może szybko biegać, ale i stanowczo zaatakować, gdy jest to potrzebne.
ZAINTERESOWANIA/TALENTY: Lubi podróże, przygody, zabawę i towarzystwo. Interesuje się odkrywaniem nowych rzeczy, zbieraniem historii z różnych stron (wszech)świata, poszukiwaniem artefaktów i znaków przeszłości, a także poznawaniem magicznych istot.

Moce

ŻYWIOŁY: Wiatr, pył i piasek
MOCE:
  • potrafi tworzyć miniaturowe trąby powietrzne.
  • Potrafi też sporadycznie wywołać bardzo silny strumień powietrza
MOC SPECJALNA: 
  • Gdy jest na pustyni, lub w piaskowym/pyłowym miejscu potrafi stworzyć silną burzę piaskową, która miota chmurami piasku z ogromną prędkością niszcząc wszystko w około jak potężna wichura, kłęby pyłu zakrywają wtedy słońce tworząc ciemność wokół Kościopsa.
 
Pozostałe

LOKALIZACJA: Zachodnia warownia.
EKWIPUNEK
  • 200 trefli 
  • Chanajski znaczek, który oderwał kiedyś z czapki swojego pana, za co dostał wielką burę. 
  •  róg Sheka, silnych i walecznych humanoidalnych postaci. Róg znalazł, ale właściciela nie było. 
Siła: 200 Szybkość: 500 Zwinność: 600 Moc: 200
Technika: 200 Równowaga: 300 Zręczność: 300 Ukrycie: 700
Od Autorsko

No w sumie szukam przygód, jestem kościopsem więc raczej nie będę super wojownikiem, ale na pewno będę chciał odkrywać świat i nawiązywać nowe relacje.

KONTAKT:  Exmit#9399(discord)
KREDYTY: Screenshot z gry "Kenshi".

Szablon wykonała Fragonia na rzecz bloga Wataha Karmazynowej Nocy. || Credits