Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosella Malou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosella Malou. Pokaż wszystkie posty

11 lutego 2021

Od Roselli c.d Mastrus

  Kiedy oddelegowano Jespera Sullivara do Warowni Bagiennej, żeby odszukał obłąkaną nimfę, wszyscy twierdzili, że jest najlepszym tropicielem, jakiego Wataha Karmazynowej Nocy kiedykolwiek posiadła. Początkowo specjalizował się w łowiectwie, lecz wyłowiony z tłumu, skorzystał z propozycji dołączenia do wojska. Rosella mogła z dumą prezentować swojego nowego podopiecznego, wystawiając fenomen na światło sławy wybiegającej poza wojskowe środowisko. Jesper Sullivar był jednak inni niż większość żołnierzy. Nie pragnął popularności, chwały czy uznania, lecz nawet pomimo starań, aby zapobiec rozgłosowi, renoma sama się za niego tworzyła. Jesper Sullivar zaginął dwanaście tygodni temu. Rosella oddelegowała swojego potencjalnego zastępcę do Warowni Bagiennej, aby stamtąd ruszył w poszukiwaniu nimfy o imieniu Fallawa. Miał za zadanie zlikwidować zagrożenie, które według proroctw Kultu Wiecznego Światła przyniesie watasze wielkie nieszczęście i zagrozi temu, kto dzierży władzę. Rosella nie była wilkiem, który ograniczałby swoje wierzenia do jednego wyznania. Nie wyklucza żadnego kultu, lecz nie jest też w nie w żaden sposób zaangażowana. Myśl, że istnieje coś więcej niż życie, którego doświadcza, jest wygodnym rozwiązaniem na trapiące po nocach przemyślenia i wątpliwości. Pytania jednak łatwo się pogłębiały, pozostawiając na końcu jedną, wielką pustkę, pozbawioną jakichkolwiek odpowiedzi. Niektóre stworzenia jednak nie zadręczały się hipotezami i w stanowczy sposób reagowały na każdą karkołomność.
   Tytan Calveite Rivers był jednym z przedstawicieli tychże osobników, toteż zlecił, aby Fallawą zajęły się odpowiednie jednostki. Arcykapłan przyszedł z wizytą do generałów, dzieląc się z nimi swoimi obawami i subtelnie sugerując, iż zlecenie wydał sam Król. Rosella była świadkiem całego przedstawienia, gdyż systematycznie towarzyszyła swojemu mentorowi w obradach. Nie śmiała odmówić zesłania na misję swojego najlepszego tropiciela, sama zbagatelizowała słowa przewodnika i uważała Fallawę za niegroźną, choć niezrównoważoną, nimfę, która co jakiś czas odwiedzała deltowskie bajorka z nieznanego nikomu powodu.
   Słuch po tropicielu jednak zaginął. Nie otrzymała żadnej sowy, żadnego gońca, a wioski otaczające Puszczę Środkową upierały się, że nie widziały zaginionego basiora w okolicy. Nieoficjalne źródła w międzyczasie donosiły również o zabójstwie potencjalnego, zachodniego dziedzica, którego ciało znaleziono na brzegu sadzawki. Zbieg okoliczności wydawał się co najmniej kuriozalny.
   Przemierzając Środkową Puszczę w poszukiwaniu doborowego wychowanka, wątpiła czy kiedykolwiek jeszcze zdoła spojrzeć mu w oczy. Zdawała sobie sprawę, że mogła postąpić bardziej roztropnie, lecz usprawiedliwiała się też tym, iż zlecenie, które wydała, i tak było jednym z mniej wymagających, a najlepszego tropiciela wysłała tylko dlatego, że domagał się tego sam król. Na wyprawę ruszyła sama, nie chciała jeszcze bardziej rozdmuchiwać sprawy i angażować w eksplorację terenu reszty oddziału, narażając się tym samym na straty w szeregach. Starała się kierować trasą, na której docelowo miał oscylować żołnierz oraz jego dwóch towarzyszy. Niemniej, nieraz zbaczała ze szlaku, aby zpenetrować pobliskie zagajniki czy muliska, lecz za każdym razem mijała się z celem. I choć Rosella notorycznie pozostawiała po sobie znaki w postaci związanej na konarze, pomarańczowej wstęgi, to po Jesperze Sullivanie nie było widać żadnego śladu.
   Pomimo przepełniającej ją motywacji, nadzieja Roselli, na odnalezienie towarzysza żywego, powoli nikła. Róg, który każdy z żołnierzy był wyposażony w razie zagubienia, wył na próżno, gdyż nigdy nie otrzymał odpowiedzi, a zapasy żywności sugerowały, aby wadera cofnęła się do najbliższej wioski. Zapuściła się na tyle głęboko, że wizja powrotu wydawała się straszniejsza niż buszowanie po opuszczonych domach w poszukiwaniu prowiantu, bezpośrednie polowanie na zwierzynę czy potyczkowanie się z napotkanymi po drodze strzygami.
  Pewnego dnia, uzupełniając zapasy wody nad Rzeką Krystaliczną usłyszała niepokojący szelest dobiegający z głębi lasu. Już dawno odpuściła sobie nadzieję, że Fallawa magicznie wyłoni się znad tafli wody. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, spotkanie wendigo było o wiele bardziej prawdopodobnym scenariuszem. Niemniej, cofnęła się przezornie od kierunku, z którego dobiegał hałas i ruszyła przed siebie, nasłuchując alarmujących odgłosów. Marnowanie energii na niekończące się przygody z potworami było czysto nieopłacalne. Uwagę Roselli zwrócił dopiero dźwięk chlupotu wody, unoszący się z niedaleka. Przez chwilę rozważała, czy zawrócić do rzeki i upewnić się, że to tylko wodniki przemierzały spływ, lecz intuicja i logika podpowiadały jej, że coś się nie zgadza. Ruszyła w kierunku, skąd dobiegł dźwięk, nie spodziewawszy się zaskoczenia, którego zaraz miała doświadczyć.
   Wyszedłszy zza krzewów, ujrzała postać, na którą miała nadzieje, że nie trafi przez resztę swojego marnego żywota. Pozbawione szaty ciało kobiety, z którą niegdyś dzieliła łoże, i do której kiedyś prawdopodobnie pałała uczuciem, zmieniło jej nogi w watę, uginane pod ciężarem goryczy i nostalgii. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Myśli oblała fala wątpliwości i teorii, chociażby takich, że doświadczała właśnie jakiegoś specyficznego rodzaju halucynacji, który wyrwał z jej podświadomości personę, niegdyś przez nią skrzywdzoną, gdyż wszechogarniające ją poczucie winy w związku z zaginięciem Sallivara sprowokowało umysł do wyciągania reszty, zadręczających ją brudów z przeszłości. W głębi duszy czuła jednak, że nie śni na jawie, a osoba, która przed nią stoi to Mastrus we własnej osobie. Jej piękne ciało prawie się nie zmieniło, choć pod oczami zagnieździły się ujmujące sińce, a ostre rysy twarzy i muskularny korpus, jak gdyby z odwodnienia, wybiły się na tle reszty, równie zjawiskowego ciała. Miała ochotę rzucić się jej w ramiona, uciec jak najdalej potrafi i już nigdy więcej nie spojrzeć jej w oczy, zbliżyć się do tejże zachwycającej sylwetki i przejechać po niej tak jak dawniej, utopić się w rzece i dobić się kamieniem, wykrzyczeć Mastrus w twarz, jak bardzo jej nienawidzi, lecz jedyne co robiła, to stała w niezręcznym bezruchu. Zdołała ewentualnie uspokoić panikę, tłumacząc sobie, że Mastrus była jedynie obsesją, że nigdy tak naprawdę nie czuła wobec niej niczego więcej niż pożądanie i że, co najważniejsze, kobieta najprawdopodobniej nią gardzi i żałuje, że kiedykolwiek się poznały. Aż zdziwiła się, gdy doszła do wniosku, że powinna raczej uciekać nie dlatego, że płonęła wstydem, ale dlatego, że potencjalnie ryzykuje życiem, stojąc naprzeciwko wodza Watahy Zachodu.
  Otrząsnąwszy się z szoku, sięgnęła kompulsywnie do kieszeni po zakamuflowaną piersiówkę z nadzieją, że nie opróżniła całej zawartości. Jako że podczas wykonywania zadań stara się nie nadużywać psychoaktywnego trunku, jej druga butla była jeszcze do połowy pełna. Jednym haustem opróżniła prawie całą zawartość flakonika, po czym przekonała się, aby zachować się dojrzale i profesjonalnie, gdyż przeszłość odeszła dawno w niepamięć.
  - Najjaśniejsza Pani - zaczęła, trochę ironicznie, trochę nie, kłaniając się delikatnie. - Co sprowadza wodza w tę strony? Czy mogę w czymś pomóc? - szczerze nie wiedziała jak się zachować i z każdą kolejną sekundą żałowała coraz bardziej, że jednak nie rzuciła się do ucieczki. 


Mastrus?

02 lutego 2021

Od Roselli cd. Alary

Tylko jedna myśl błądziła Roselli po głowie. Koszmarna chęć wyregulowania stresu przyćmiewała jej zdolność do logicznego, trzeźwego myślenia. Pragnęła nieludzko sięgnąć po kolbę biodrową i wypełnić  usta etanolowym mlekiem, lecz nie mogła, nie w tych warunkach. Chyba że chciałaby wykrwawić się do reszty. Żałowała, że z szoku zapomniała o tym, iż odebrano jej moce i bezmyślnie wyrwała grot z nogi, dając upływ strudze krwi. Nigdy nie umiała dobrze radzić sobie ze stresem, co doskonale odzwierciedlał jej stan fizyczny. Choć z zewnątrz wydawała się niemal niczym niewzruszona, w środku zżerała ją panika. Czuła, jakby coś rozsadzało ją od środka, uginało jej nogi.
Bojaźń wkrótce opadła. Alara zdążyła opatrzyć Roselli ranę, choć ego jakże doświadczonej wojowniczki nie było z tego powodu zadowolone, i podjąć próbę zagadania. Rosella wciąż nie mogła wydobyć z krtani najmniejszego dźwięku, fale załamywały się, ilekroć wydychała ustami powietrze. W myślach czekała tylko aż wydostaną się z tej dziury i będzie mogła spokojnie się zregenerować.
Towarzyszki przemknęły przez ciemny korytarz, uprzednio upewniając się, że nie czyha na nich żadna zasadzka. Im dalej się posuwały, tym mocniej czuć było nieprzyjemny odór padliny. Zapach rozkładających się ciał nie był dla niej niczym nowym. Woń ta przypominała nawet dom, a przynajmniej coś, co miałoby ten dom przypominać.
Przeklinała w głowie całą wyprawę. Zdawała sobie sprawę, że zwoje mogły nie być warte takiego poświęcenia, lecz wizja cofnięcia się z pustymi rękoma była dla niej nie do przyjęcia. Rosella miała bowiem przykry zwyczaj postępować głupio i uznawać to za heroizm.
Westchnęła, odsuwając kosmyki z twarzy. Niemal w tym samym momencie rozpościerająca się pod sufitem siatka, zaczęła mienić w miedzianym świetle. Wymieniła wzrok z Alarą. Towarzyszka wydawała się równie, a nawet bardziej, skonsternowana. Nie miały pojęcia, czy samoistne zapalenie się świateł i rozjaśnienie korytarza prowadzącego do świętego grobowca, było złym, czy gorszym znakiem.
Alara ostrożnie wyprzedziła Rosellę. Malou pomyślała w duchu, że może nie tylko ona ma problem ze zgrywaniem bohatera. 
Ależ brakowało jej mowy.
- Wydaje mi się, że do grobowca nie dzieli nas daleka droga - zaczęła Alara, posuwając się do przodu. - Niemniej, powinniśmy zachować czujność aż...
Słowa Alary urwało gwałtowne zgaszenie się świateł. Mimo pochłaniającego budowlę mroku Rosella spotkała się ze wzrokiem stojącej w bezruchu towarzyszki. Kilka sekund ciszy przerwał tępy dźwięk unoszący się z oddali. Nie potrafiła go początkowo zidentyfikować, przypominał odgłos przesuwającego się głazu. Instynktownie cofnęła się w kierunku, z którego dochodził dźwięk i nasłuchiwała niskiego szmeru  o wysokiej częstotliwości w oddali. Dopiero po chwili wybałuszyła oczy, zrozumiawszy, iż coś, lub ktoś, biegnie w ich stronę. Popędziła do przodu, zgarniając przy okazji Alarę, która natychmiast zrozumiała, o co chodzi.
Biegły przed siebie tak szybko, jak tylko mogły, lecz dźwięk kroków oraz towarzyszące im piski i rycie wydawały się coraz głośniejsze. Zbroja, choć przydatna w konfrontacji z lawiną strzał, okazała się teraz utrapieniem, który spowalniał wilczyce i wyciskał ledwo co zregenerowane siły. Rosella nigdy nie była silnym, krzepkim dzieckiem. W wojsku nieraz wyśmiewano się z jej postury, a trenerzy wyciskali z niej siódme poty, mimo że nie była dostosowana ani do długich dystansów, ani do ćwiczeń siłowych. Przewagą Roselli od zawsze była zręczność, którą metalowe odzienie odbierało.
Nagle runęła kilkanaście metrów w dół, obijając się o stopnie schodów, których nie sposób było zobaczyć w wypełnionej rykami nicości. Sfrustrowana, podniosła się z kolan i zaczęła ściągać resztę zbroi, w którą odziała ją Alara. Nie obchodziło jej, że straci na czasie. Hajre i tak była daleko przed nią, a jak coś miałoby ją pożreć, pożarłoby ją i w zbroi.
Rzuciła uzbrojenie w stronę przerażających dźwięków, po czym pognała w przeciwnym kierunku, oplatając ręce wokół lewego uda, żeby zminimalizować kuśtykanie. Czuła, jak słabnie, jak krew wylewa się z niej jak z fontanny i dzielą ją zaledwie sekundy od utraty przytomności.
- Rosello! Tutaj, biegnij! - z oddali rozbrzmiał głos Alary, ale Rose nigdzie jej nie widziała. - Zaraz za zakrętem!
Za zakrętem…
Za zakrętem…
Rosellę olśniło. W czasach, gdy jeszcze studiowała architekturę, natknęła się na artykuł, który wówczas nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Jeszcze wtedy uważała za abstrakcję utknięcie w środku piramidy i spotkanie w niej prehistorycznych stworzeń, o których opowiadano tylko w legendach. W mgnieniu oka przypomniała sobie informacje o zabezpieczeniach w piramidach oraz sposoby ich neutralizacji. Były ścigane przez inferiusy, ożywione przez elfów zwłoki o nieznanym pochodzeniu. Książkowe rozwiązanie problemu kryło się jednak w samej krypcie.
Coś gwałtownie pociągnęło ją za stopę i strąciło na ziemię. Jęknęła z bólu, po czym strzepnęła z siebie kościste dłonie. Intensywna, platynowa para oczu mknęła w kierunku kobiety, a sąsiadująca postać rzuciła się jej do gardła. Rosella w porę wyciągnęła Blaskot, którym poderżnęła gardło napastnika. Szarozielona maź prysnęła po korytarzu, chwilowo ją dezorientując. Drugie stworzenie postąpiło tak samo jak poprzednik, odbijając się odnóżami od podłoża i skacząc w jej kierunku. Rosella uniknęła ataku, po czym rzuciła się w bieg tak zawzięcie, że zapominała o bólu i potoku krwi, który za sobą zostawiała. Zbyt wyraźnie czuła za sobą oddech potworów, aby pozwolić sobie na choćby chwilę słabości.
Słyszała głos Alary, nawołujący ją do siebie. Odbiła się od ściany, w którą trafiła z rozpędu, a za zakrętem dostrzegła światło rozpraszane przez sylwetkę gwardzistki.
- Szybciej! Szybciej! - nawoływała.
Brakowało jej tchu. Tak szybko nie biegała nawet wtedy, gdy Porucznik Gunther groził jej zamknięciem w celi bez jedzenia i picia na trzy doby. Odwróciła głowę do tyłu, wciąż utrzymując tempo. Fala zielonkawych ślepi wynurzyła się zza zakrętu, skrzecząc i piszcząc wniebogłosy. Kolory zaczęły jej się rozmazywać. Była ledwo świadoma tego, co się dzieje. Wiedziała, że ma kierować się przed siebie. Tylko tyle potrzebowała. Ponownie poczuła, że coś ją ciągnie.
Zdążyła wparować do komnaty, na co Alara zareagowała natychmiastowo. Rosella od razu rzuciła się na ziemię, lecz zamiast zasnąć na dobre, wzrok zaczął się jej wyostrzać. Kątem oka zauważyła, jak Hajre jedną ręką telekinetycznie tworzy metalową ścianę, odcinająca ich od potworów, a drugą miażdży jednego z inferiusów, który zdążył wejść do środka, płytą metalową. Rosella oddychając płytko, rozejrzała się po pomieszczeniu. Nad metalową ścianą, którą zaciekle poszerzała Alara, widniał obsydianowy przycisk. Malou podniosła się na nogi. Organizm wracał do zdrowia, Alara korzystała ze swojej mocy.
Drugie olśnienie.
Rosella wyjęła pośpiesznie jeden ze swoich patyków, po czym rzuciła nim w kierunku skały wulkanicznej. Drewno, wirując pionowo, zmieniło się w locie w mosiężny sztylet, którego czubek uderzył w obsydianowy przycisk. Skowyt przemienił się we wrzaski, jeszcze głośniejsze niż do tej pory, po czym potwory ucichły na dobre. Inferiusy umarły, drugi raz, w agonii.

Alara?

14 stycznia 2021

Od Roselli - Walka z Furganem

Niewielki goblin, przemieszczający się głównie po drzewach na całym terenie Delty. Specjalizuje się w łapaniu ptactwa przy pomocy wymyślnych pułapek, swojej szybkości, sprytu i siły. Generalnie każdy sposób, by złapać gołębia, jest dobry. Nie byłoby to pewnie problemem, gdyby nie fakt, iż w tym procesie zdarza mu się złapać gołębie pocztowe członków którejś z watah. To uciążliwy precedens i gołębiarze wiele by dali za pozbycie się owego jegomościa. W starciu jego zachowanie jest dość losowe. Może uciekać, może atakować swoją włócznią, może próbować wprowadzić wroga w pułapki, czy też sprowokować go swoim chamskim sposobem bycia do nierozważnego zachowania.

 Metalowy pręt uderzył Rosellę w łeb. Furgan czmychał pospiesznie po drzewach, obrzucając ją losowymi przedmiotami. Wilczyca musiała uważać, żeby nie zgubić bratanków, którzy ślepo za nią pędzili. Nie doceniła goblina, okazał się równie irytujący i problematyczny, jak mawiali.
  Nie złapiesz mnie! Ha ha ha ha! Głupole, cymbały! - nucił.
  Nadążacie? - spytała kontrolnie małych towarzyszy, nie zwalniając tempa.
  Jest czadowo! - krzyknęła Thea, na co jej brat zawiwatował.
  To trzymajcie się.
  Wadera przyspieszyła, dorównując uciekinierowi kroku. Puszcza była gęsta, musiała więc na bieżąco rozwalać podszyty, aby torować reszcie drogę. Rzuciła oszczepem w stronę stworzenia, wyrwawszy gałąź z minionego krzaka i materializując ją w locie na broń. Goblin zawisł, jego szata została przebita, a grot wbił się w drzewo. Szybko rozerwał odzienie i spadł na runo leśne. Wadera miała czas na reakcję i już czekała na niego ze sztyletem wycelowanym w krtań. Zwierzę bąknęło o swojej niewinności i zarzekało się, że nigdy nie zjadło ptaków, a tym bardziej gołębi pocztowych. Łgarstwa nie ustąpiły nawet po tym, jak zza roślin wyłoniły się bliźniaki.
  Pamiętacie?
  Jasna sprawa - odparł młody wilk.
  Wraz z siostrą zaczęli kombinować z magią, poruszając korzeniami w powietrzu. Plan zakładał, że owiną nimi goblina, ale ten okazał się sprytniejszy i szybszy. Włócznią podciął Roselli łapy, gdy tylko spostrzegł, że ta zapatrzona była w kreacje szczeniąt. W tamtym momencie jej pokłady cierpliwości zostały wykorzystane. Zaczęła rzucać broniami drzewcowymi w stronę uciekającego stwora, zagradzając mu tyle razy drogę, aż zapętlił się w drewnianej klatce. Furgan już brał się za rozwalanie ogrodzenia swoim orężem, lecz Malou przywołała broń błyskawicznie, pozostawiając zwierzę bez niczego, czym mogłoby się bronić.
  Może następnym razem, co? - spojrzała w kierunku bratanków, zniesmaczonych swoim niepowodzeniem. - Już zachodzi słońce. Dokończcie to, co zaczęliście.
  Podekscytowane szczeniaki owinęły wierzgającego się goblina w korzeniach i gałęziach. Zasłoniły mu nawet usta na prośbę Rose, która miała dość wysłuchiwania jego lamentów z przewijającymi się kpinami i przezwiskami.
   Do domu wparowali tuż przed zachodem słońca, kobieta położyła go na wcześniej przygotowanej ladzie z preparatami.
  Dobra robota, maluchy - pochwalił Cal, głaskając dzieci po łbach.
  Wszystko gotowe? - dopytała Rose.
  Tak, czekaliśmy tylko na was - odparła ciemnoskóra kobieta, rozwijając przyrządy medyczne.     Rozwarła gębę goblinowi przytrzymywanego przez resztę rodziny. Krępa, niska furry o bujnych, platynowych włosach zaimplantowała Furganowi lekarstwo, po czym sprowokowała go do połknięcia tabletki i popicia wszystkiego wodą.
  Marlene była bratową Rose, zielarką i chemiczką cenioną w swojej niszy, a co najważniejsze, matką siódemki dzieci. Malou nie mogła pojąć, jak jej brat był w stanie współżyć z tą samą osobą przez całe życie. Marlene była jego pierwszą miłością, twierdził, że i ostatnią. Nie sposób było jednak ująć bratowej piękna, cechowała się unikalnym wyglądem, a cyjanowe ślepia tylko rozjarzały jej powab i bajeczność.
  Goblin zakrztusił się, a od razu po poluzowaniu uścisku, wybiegł z domu, rozwalając wszystkie rzeczy w mieszkaniu, jakie napotkał na swojej drodze.
  Udało nam się, mamusiu? - spytała skruszona Thea.
  Mamy go z głowy, hurra! - matka podniosła wilczycę na rękach, wprawiając ją w niekontrolowany śmiech.
  Na pewno go to powstrzyma? - upewniła się Rose. - Calowi ta żyłka na czole zostanie na stałe, jeśli jeszcze jeden gołąb się zgubi - posłała mu wymowne spojrzenie.
  Wszystko powinno być tak, jak przewidzieliśmy. Goblin nie będzie już w stanie trawić mięsa, a mój kochany denerwować się o byle co - pocałowała męża w policzek.
  Dramatyzujecie - kobiety parsknęły śmiechem, a dzieci wysmiały. - Dobra, dobra. Ellie, jesteś pewna, że nie chcesz zostać?
  Jestem pewna. Rano mam kurs do Wysp Słońca i nie mogę się spóźnić.
  No weź - zaczepił ją Theo. - Zostań chociaż jeszcze na jeden, jeden malutki dzień. Pokażesz nam więcej sztuczek…
  Naprawdę, czas mnie goni - kucnęła, po czym rozczochrała mu czuprynę. - Ale następnym razem nie dam wam wygrać w bajadze. Nie ma opcji.
  Zobaczymy!
  Rosella pożegnała się z rodziną, trochę bardziej ckliwie niż zamierzała, a następnie skierowała się na południowy-wschód, prosto w stronę archipelagu. 

Nagroda:
  • technika: +100
  • 200 trefli

12 stycznia 2021

Od Roselli cd. Alary

Krwisty zachód słońca oblał niebo ciepłymi kolorom i musnął fioletową farbą. Masywna budowla, do której zmierzali, rozpościerała się na horyzoncie. Nie była to idealnie stożkowa piramida, o której słyszy się w bajkach czy ogląda na deskach teatru. Gmaszysko przypominało piętrowy, niestromy masyw górski, na którego szczycie znajdowała się platforma mogąca pomieścić setki istot. Przed frontem obiektu rozciągała się też aleja zbudowana z tego samego materiału, co piramida i dopiero po wejściu na tę ścieżkę, można było w doświadczyć pełnej estymy. Wadera nigdy jeszcze nie spotkała się z czymś podobnym, toteż nie zawahała się przyjrzeć obiektom z bliska. Odbicia rąk i runiczne znaki wykute na ceglanych ścianach, intrygujące rzeźby o elfickich uszach to tylko część tego, co upiększało promenadę,
- Robi wrażenie, prawda?
Towarzysze, równie zapatrzeni przed siebie, kiwnęli mniej i bardziej podekscytowanie. Wspięli się po wysokich schodach prowadzących do głównego wejścia, a następnie zatrzymali synchronicznie, jakby czekając na czyjś znak.
- Dobra, w tym momencie się rozdzielimy - rozpoczęła, podchodząc bliżej do wrót. - Według zapisek w piramidach znajduje się wiele pułapek, niedostosowanych do zwierzęcej anatomii. Elio, Alaro, jako że wydajecie się mi się obydwoje jeszcze bardzo młodzi, nie neguję waszych umiejętności i potencjału, nie zrozumcie mnie źle, ale szczerze wątpię, żebyście na tym etapie edukacji umieli zmieniać się w lu-
Alara błyskawicznie przeistoczyła się dwunożną istotę, dając ostentacyjnie, acz kulturalnie znać Roselli, że nabyła tę umiejętność, i żeby się przymknęła. Nie ufała nowo poznanej waderze, więc nie zdziwiłaby się, gdyby ją porzuciła w krypcie lub postanowiła poderżnąć gardła od tyłu. Niewytłumaczalna chęć asystowania im w śmiertelnie niebezpiecznych zamiarach również była kwestionująca.
- Cudownie - uśmiechnęła się zmieszana, kiwając delikatnie głową. - Ellio, a ty? Chcesz mnie czymś zaskoczyć?
- Chyba nie - odparł, a po namyśle wymalowanym na pysku dodał zadowolony z siebie. - A chcecie usłyszeć żart o muchach i rzeźniku?
- Tobie już podziękujemy - skwitowała błyskawicznie.
W okamgnieniu przemieniła się w człowieka i zrzuciła zbędny bagaż. W dłoni wykreowała pierwszy lepszy oręż, by następnie rozbić głowicą kłódkę, zamocowaną między drewnianymi drzwiami, a dokładniej tym, co z nich zostało. Wraz z Alarą ruszyły do przodu, zaciągając się w ciemny, długi korytarz. Towarzyszka zatrzymała Rosellę ręką, wskazując palcem na podejrzane, niewielkie otwory w ścianie. Wymieniły spojrzenie, pełne ciszy, a jednocześnie absolutnie zrozumiałe. 
- Ellio, podaj nam jakiś kamień, proszę - powiedziała, obracając się w stronę światła. Basior natychmiast wykonał polecenie. - Nie za blisko. Dziękuję. 
Rosella rzuciła kamieniem wzdłuż korytarza, uwalniając morze świetlistych strzał zdolnych w sekundę ukatrupić nawet wendigo. 
- Mam na to sposób - rzekła Alara, krzyżując dłonie, lecz nic się nie zadziało. - Nie rozumiem, moja moc, ona nie działa. 
- Moja też... - zorientowała się Rose, gdy obróciwszy dłonią, nie była zdolna wygenerować broni - Lepiej wyjdźmy na chwilę.
- Pomyślałam o tym samym.
Wadery wyszły z budowli i napełniły płuca świeżym powietrzem. Ponownie wypróbowały, czy ich moce działają. Wszystko funkcjonowało już prawidłowo, przynajmniej u Roselli.
- Co się stało? - Zapytał zdezorientowany Ellio.
- Nasze żywioły zostały chyba zablokowane. Teraz jest w porządku - odpowiedziała, a następnie zwróciła się do Alary. - U ciebie też?
- Tak mi się wydaje - odparła. - Gdyby przejście było krótsze, mogłabym z tej odległości manewrować grotami. Jeśli mogę spytać, jakim żywiołem dokładnie władasz, Rosello? 
- Ja? - wyrwała się z myśli. - Wojny. Bronie i tym podobne. Częściowo podobne do twoich.
Roselle wiedziała mniej więcej, jak działa moc metalu. Jak już wcześniej było wspomniane, miała okazję potyczkować się z kilkoma przedstawicielami tegoż żywiołu, a nawet kilkoro uczyć. 
- Rozumiem, że jesteś zdolna wygenerować zbroję i tarczę tak, abyśmy przedarły się przez ostrzały?
- Ostrzały? - wtrącił Ellio. 
- Owszem. Korytarz jest pełen strzał, które uruchamiają się pod wpływem ruchu - wytłumaczyła spokojnie Alara. 
Rosella chodziła w tę i we w tę, obmyślając plan działania. Wchodzili w czeluście, nawet nie wiedziała czego. Nie wiedziała też, czy stawka jest warta starań, i czy w pewnym momencie brak magicznych zdolności zakończy ich przygodę w sposób brutalny i ostateczny. Zastanawiała się, co ze zbroją, czy lepiej przemieszczać się na czterech łapach, gdyż trudniej wówczas o trafienie. Nie miała jednak pewności, czy magiczne zdolności przemienienia się wyparują równie szybko, co moce żywiołów. Nawet jeśli te dziewięćdziesiąt siedem lat było wynikiem fortunnym, zważywszy na profesję, którą się zajmuje, nadal miała wątpliwości, czy nie odwołać przygody i zawinąć się do domu, jakby nigdy nic. W porę jednak zadała sobie mentalnego plaskacza i zebrała się w sobie, aby wejść do środka. 
- Tarcze tak, zbroje nie - odpowiedziała w końcu.
- Pozwolę sobie, jeśli nie masz nic przeciwko - kobieta paroma gestami rąk owinęła ciało Roselli w srebrzystej zbroi. 
Nie lubiła tego uczucia, miała wrażenie, że Alara w każdej chwili mogła ją zmiażdżyć, udusić. Sama kiedyś trenowała rozbrajanie w sposób telekinetyczny. Porzuciła jednak tę dziedzinę, więc byłaby bezbronna wobec zdolności, której używała wówczas towarzyszka. Nie mogła jednak narzekać na jakość, tworzywo było solidne i zasłaniało praktycznie każdy element jej ciała z wyjątkiem oczu. Uderzając delikatnie swoimi pięściami, wytworzyła dwie tarcze. Większa miała służyć do blokowania strzał, zaś mniejsza, podłużna była idealna do trzymania wzdłuż nadgarstka i osłaniania oczu. Rosella podała partnerce uzbrojenie.
- Dziękuję. Wolałabym jednak posłużyć się swoimi sprawdzonymi matrycami - odmówiła dyplomatycznie. 
- Jak wolisz. Strzały dobiegały z jednej ściany?
- Obawiam się, że nie.
- Też mi się tak wydaje. Ellio, jakby działo się coś niepokojącego, wyślij nam sygnał. Nie wiem, jakby się runy ruszały czy cokolwiek. Elfy musiały zaczarować to miejsce, więc nie wiadomo, czego się spodziewać.  - zwróciła się do basiora, gdy Alara była już niemal gotowa.
- Tak jest - zasalutował. 
Dzięki.
- Jestem już w pełnej gotowości - rzekła Alara.
Wraz z kobietą czmychnęły ponownie w stronę korytarza. Rosella obejrzała się za siebie i ujrzała wyglądającego na nich Ellio na tle już prawie całkowicie kobaltowego nieba. Zatrzymały się w tym samym momencie, co wcześniej. 
- Na trzy? - spytała Rose. 
- Tak. Tylko zróbmy to jak najszybciej. 
- I tak nie mam dzisiaj ochoty na spa - odparła. - Raz. Dwa. Trzy.
Pomknęły do przodu. Nie była przyzwyczajona do takiego obciążenia. Rzadko bojowała w pełnej zbroi, gdyż w walce od zawsze stawiała na zręczność i precyzję. Teraz jednak pozbawiona atrakcyjnej alternatywy, przemierzała rozjarzony światłem korytarz, czując, jak jej ciało jest torpedowane ze wszystkich stron. Pozbawiona prawie jakiejkolwiek wizji, zderzyła się raz z gwardzistką, lecz nie wyprowadziło jej to z równowagi. Mknęła przed siebie, poruszając intuicyjnie tarczą. Instynkt bronienia się jest jednym z elementów jej żywiołu, toteż wyraźnie poczuła różnicę w otrzymywanych obrażeniach po jego zniknięciu. Miała wrażenie, że sekundy dłużą się w minuty, a nawet godziny, że zaczyna brakować jej tchu po tym, jak strzała uderzyła w jej krtań. Światło, coraz mniej złotawych błysków. Jakieś inne światło? Odsłoniła na krótki moment szparę przed oczami, lecz równie szybko ją zasłoniła, gdy tylko strzała lecąca w tym kierunku mignęła jej przed ślepiami. Niemniej, zdążyła zauważyć w oddali znicz z żarzącym się płomieniem. Kolejne, bolesne uderzenie w nogę.
Nagle nawałnica ustała. Rosella momentalnie rzuciła się na kolana i zdjęła masywny hełm. Rozejrzała się pospiesznie dookoła. Alara dobiegła przed nią, oparta o ścianę oddychała równie ciężko, co ona, przez otwartą klapę na metalowej przyłbicy. Rose próbowała coś powiedzieć, lecz z jej krtani wydobył się jedynie zachrypiały, niewyraźny głos. Z wybałuszonymi oczami próbowała wyciągnąć z siebie jakikolwiek, sensowny dźwięk, lecz jej struny zostały uszkodzone od jednego z pocisków. Powędrowała wzrokiem po swoim ciele, w jej lewej łydce utknęła strzała. Próbowała poszerzyć otwór, przez który się przebiła, lecz bez skutków. Rozbroiła się więc od pasa w dół tak, aby zbroja była luźna, a Rose zdolna do wyrwania grota spod swojej skóry. Jedną ręką zdjęła bandamkę z włosów, zawinęła i wsadziła między zęby, a drugą wyrwała obce ciało. 
 
Alara? Jak się trzymasz?

11 stycznia 2021

Od Roselli cd. Alary

  Hajre, klakierzy wspaniałomyślnego i sprawiedliwego rodu Riversów szerzących miłość i dobro na karmazynowych ziemiach odkąd wadera sięgała pamięcią. Miała ochotę parsknąć śmiechem, lecz w porę się powstrzymała. Przez lata służby w wojsku miała szansę zapoznać się z wieloma riverskimi podnóżkami, którzy dominują w szeregach gwardii królewskiej. Nauczyła się dwóch, kluczowych manewrów w obchodzeniu się z wiernymi członkami tegoż rodu. Po pierwsze, jeśli ci się nie nudzi i nie masz ochoty na krwawą jatkę lub nie chcesz, aby gardzono tobą przez resztę życia, lepiej nie konfrontuj z nimi swojego światopoglądu, nawet jeśli choć trochę nie zgadzasz się z polityką prowadzoną na Delcie. Po drugie, są to wilki niezwykle lojalne, prawdomówne i potrafią być pożyteczne, więc nie warto zbyt wcześnie palić mostów. Riversi wzięli drugą zasadę nieco zbytnio do serca, ale jak widać, był to bardzo skuteczny zabieg. Rose była niemal pewna, że wilczyca o ołowianym futrze jest lojalna swojemu domowi i wyznaje jego wartości. Mogła się mylić, tak, chociaż pomylenie jej ze swoim panem, wyrażanie się w sposób arystokracki oraz fakt posiadania metalicznego znamienia charakterystycznego dla niewydziedziczonych rodu Hajre, jakoś przyćmiewały jej ewentualne wątpliwości. Wilczyca skinęła delikatnie pyskiem, nabierając powietrza i cierpliwości, po czym wstała i podeszła do nowo poznanej wadery. 
- Rosella Malou, kapitan Armii - przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem na pysku, a po chwili skinęła głową na towarzyszącego im basiora. - A mój kompan nazywa się Ellio. 
- Ellio Cassius Gannon - wyrecytował, wypinając dumnie klatkę piersiową. 
- Zaraz wzejdzie słońce. Uznaliśmy, że lepiej nie ruszać w południe. Zresztą, i tak pewnie potrzebuje pani odpoczynku. Wolałaby pani odczekać jeszcze jeden dzień na wzmocnienie sił czy wyruszyć z nami na północ jeszcze dzisiaj przed zachodem słońca? 
- Wystarczy Alara - sprostowała chłodno, odsuwając się taktownie od wilków. - Rozumiem, że pragniecie, abym wam towarzyszyła? 
- Nie chcielibyśmy cię tutaj zostawić. Zdawałaś się zagubiona, gdy cię odnaleźliśmy.
- Jesteśmy poszukiwaczami przygód - wtrącił Ellio. 
- Powiedzmy - dodała Rose.
- Planujemy odszukać elfickie zwoje i rozszyfrować ich zawartość. 
Rose zamarła. Z zakłopotaniem wymalowanym na pysku próbowała przetworzyć to, co właśnie palnął basior. Zdumienie szybko jednak przerodziło się w złość, gdy zdała sobie sprawę, jakiej głupoty właśnie się dopuścił. O takich rzeczach nie mówi się nikomu, zwłaszcza wilkom z rodu Hajre, dla których kodeks wypisany przez władze jest świętością. Myśli oblała fala negatywnych emocji i możliwych rozwojów sytuacji, ale starając się nie eksponować ich poprzez swoje zachowanie, wadera potrząsnęła łbem, jakby mając nadzieję, że zwątpienia strzepią się wraz z ziarenkami piasku osadzonymi w gęstym futrze. 
- Towarzyszenie wam w podróży będzie dla mnie zaszczytem... 
- Poważnie? - przerwał jej basior, lecz szybko skinął głową i wycofał się dwa kroki, gdy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem gwardzistki. 
- Przepraszam za mojego towarzysza, jest jeszcze szczeniakiem. 
- Nie szkodzi. Chętnie wybiorę się z wami na poszukiwanie elfickich zwojów, już dzisiaj byłabym gotowa ruszyć w drogę. 
- Jesteś pewna? 
- Absolutnie. A teraz proszę mi wybaczyć, wolałabym zregenerować siły poprzez sen. 
- Oczywiście - odparła, choć wątpiła w to, że wadera zamierzała zasnąć. - Pamiętaj o okładzie, jesteś trochę posiniaczona. Ellio przyniesie Ci zaraz część owoców, które wspólnie uzbieraliśmy, a jakbyś potrzebowała czegoś więcej, nie krępuj się pytać. 
Alara skinęła głową, na znak czego Rose odeszła, zgarniając przy okazji swojego nieporadnego towarzysza.
 
Alara?

10 stycznia 2021

Od Rose do Alary

 Przemierzali pustynię już od prawie dwóch tygodni, nadal bez pożądanych skutków.
 - Jesteś pewny, że chodzi o piramidy? 
- Tak przeczytałem - odparł łaciaty wilk, patrząc to na mapę, to na horyzont. 
Okryta po oczy wadera zatrzymała się na chwilę i przemieniła w człowieka. Wyjęła z pochwy sztylet, po czym zaczęła obracać go w dłoniach i ponownie świdrować wzrokiem znaki wyryte na jego ostrzu. Całe życie interpretowała je jako ilustracje, lecz kilka miesięcy temu znajoma, specjalizująca się w archeologii, uświadomiła ją o głębszym znaczeniu tychże symboli. Wspomniała o koleżance z branży, która za życia fascynowała się elfickim pismem i nauczyła ją paru znaków. Zarzekała się, że niektóre z nich były niemal identyczne, jak te wykute na broni. Runy, tak na to mówili. Opowieść miała sens, Blaskot był wykuty przez elfów, a kobieta przecież o tym nie wiedziała. Trochę z ciekawości i sentymentu, a trochę z pokusy na zarobienie dodatkowych trefli za sprzedaż zabytkowych zwojów, zaproponowała podróż na Wyspę Słońca, gdzie podobno można było znaleźć więcej informacji na ten temat. Wszystko byłoby piękne i kolorowe, gdyby koleżanka stawiła się w porcie o ustalonym wcześniej dniu i porze. Zamiast tego zastała jej osiemnastoletniego syna, również aspirującego na archeologa, który zarzekał się, że matka wysłała go na tę misję, aby podszkolił się w fachu. Nie musiał wcale Rose przekonywać. Nawet gdyby kłamał, wilczycy nie zależało szczególnie na ingerowanie w jego ukryte intencje. Żadną różnicą było dla niej, z kim podróżuje, o ile ten ktoś wie, po co ich rasa została obdarowana rozumem i ma rzadką umiejętność korzystania z tego daru. 
- Zobacz! - Krzyknął Ellio, włóczący się kilkanaście metrów przed nią. 
Jeszcze chwilę stał na szczycie wydmy, ale nie czekając na waderę, sunął do przodu i zniknął jej z pola widzenia. Rose przemieniła się ponownie w czteronożne zwierzę i pomknęła za basiorem. Szybko dostrzegła, że biegnie on w kierunku ciemnozielonej plamki pośród miodowych fałd z piasku. Spodziewała się kolejnej fatamorgany w postaci oazy, przez którą musieli ostatnio walczyć z przerośniętymi chrabąszczami, ale szczęście się do nich tym razem uśmiechnęło. Wparowała z rozpędu do wody, okrywając nią możliwie całe ciało. Ulga, którą wówczas czuła, była nie do opisania. Widok, wcześniej rozmazany i jakby falujący, nagle nabrał ostrości, a spragniony wody organizm nareszcie mógł napoić się w sposób satysfakcjonujący. 
- Skąd wiedziałeś, że to nie iluzja? - Wydyszała z uśmiechniętym pyskiem skierowanym ku niebu. 
- Układ wydm, położenie na mapie. Kiedyś przez ten teren przebiegała rzeka, więc prawdopodobieństwo, że jakaś część wód wypłynie na powierzchni oraz utworzy nadrzeczny zbiornik była duża. Ostatnio mi nie wyszło, musiałem jakoś uratować sytuację.
 - Jesteś genialny! Po prostu genialny! 
Skierowanie ich najpierw do oazy, zamiast do miejsca docelowego, które stracili z oczu, było trafnym pomysłem. Dzień wcześniej wykorzystali ostatnie zapasy wody, a możliwe, że bez uzupełniania butli, nie byliby w stanie wrócić do brzegu i umarliby z odwodnienia na środku pustkowia. Rosella zachłysnąwszy się cieczą, natychmiast zaczęła napełniać pojemniki, a Ellio tworzyć gigantyczną kopułę wodną nad jeziorkiem. Tłumaczył, że jego żywioł nie jest mocą odnawialną i działa jedynie, gdy ma dostęp do potencjalnego, bogatego źródła. Wadera poczuła przyjemny dreszcz chłodu, przenikający przez jej ciało od razu, gdy fala zasklepiła się, lecz chwilę później odgłosy zachwytu przerwał zgrzyt. Chłopiec momentalnie rozstąpił wodną warstwę, a wadera pospiesznie wyskoczyła na brzeg przeciwny od tego, skąd dobiegał hałas. Automatycznie ustawiła się w bojowej pozycji, nastawiając się mentalnie na kolejne starcie. 
- Kim jesteś? - Przemówiła w kierunku drzewa, obok którego dostrzegła wystający, srebrny element migający w świetle słońca. Zmrużyła oczy, aby dokładniej przyjrzeć się istocie, po czym ciągnęła pokojowo. - Nie chcemy cię skrzywdzić, chcemy tylko wiedzieć.

Alara?

08 stycznia 2021

[KP] Rosella Malou

"żyj rose. żyj"

Rosella Malou
Przedstawienie

GODNOŚĆ: Rosella Malou, inaczej zwana Rose, Ellie i Fayre
PŁEĆ:  Kobieta, wadera.
WIEK: Wiosen 97, proces starzenia zatrzymał się około dwudziestego piątego roku życia.
STANOWISKO: Kapitan drugiego dywizjonu Armii, asystentka Generała Heilwiga. Przyszła generał.

Powiązania

SYMPATIA: Choć kochliwa, dawno nikogo nie pokochała. Związki nie wytrzymywały zwykle próby czasu, a wystarczająco silnym uczuciem nie darzyła nikogo od dziesięcioleci, aby się szczerze zobowiązać i zaangażować.
  HISTORIA:
Urodzona w roku 526 wilczej ery na Wellmeckiej ziemi, już od pierwszych lat życia zaangażowana była w handel bursztynem. Towarzyszyła wujostwu w rozwożeniu złóż jantaru po watasze, poznając piękno i urodę świata. To właśnie podczas jednej z takich podróż, gdy dobili do średniowiecznego miasta Yorto, a młodzieńcza ciekawość nakazała jej rozeznać się po nowo odkrytym terenie, po raz pierwszy spotkała Kirana z domu Heilwigów. Spodziewała się potępienia w związku z tym, że przebywała wówczas na terenie, który nie był ogólnodostępny dla cywili, lecz rycerz jedynie odprowadził ją do głównej bramy, kontemplując wylewnie nad sprawami, których młode dziecko jeszcze nie mogło rozumieć. Zatrzymali się przy jednym ze stoisk, których ciąg wydawał się nie mieć końca. Basior przeobraził się w człowieka i zaczął przeglądać bronie, o których tak żywo opowiadał kramarz. Dziewczyna, zupełnie nieprzemyślenie i instynktownie, nagabnęła czy też mogłaby obejrzeć oręż trzymaną przez żołnierza. Mężczyzna podał jej pokaźny sztylet i nie minęła nawet chwila, zanim ta wypaliła:

  - Czy ten sztylet został wykuty ze szczątków Morderza przez elfickich kowali w osiemset osiemdziesiątym dziewiątym roku?
  - Siekło ją czy co? - Zakpił sprzedawca, klepiąc się po brzuchu. - Nawet mój bebech nie ma pojęcia, o czym paplasz, młoda damo. Mamy rok pięćset trzydziesty czwarty i czym do joty jest ten cały Mortarz?
  - Osiemset osiemdziesiątym dziewiątym pierwszej ery, a Morderz - sprostowała, choć niepewnie - był pradawnym, krasnoludzkim mieczem. Nazywali go tez „Mieczem, o wielu ostrzach” i „Smokobójcą”, walczył nim Tur III Wielki podczas...
  - Słuchaj dziecino, - przerwał jej, po czym ciągnął dumnym tonem - nasłuchałem się już sporo takich historyjek od szachrajów twojego pokroju i muszę cię ostrzec, niczego tutaj nie gwizdniesz, nie na mojej warcie.
  Żołnierz, zaintrygowany rozmową, zapytał się dziewczyny, gdzie znalazła informacje o krasnoludzkim mieczu, a gdy ta odpowiedziała, że nie wie, zaproponował jej układ. Powiedział, że odkupi sztylet od sprzedawcy i podaruje jej, jeśli ta opowie mu więcej o Morderze. Opowiadała zgodnie z tym, co sugerowała jej intuicja, i choć kramarz wyśmiał wojaka za wierzenie w tego typu opowiastki, ten z uwagą słuchał jej wypowiedzi. Pomimo że ich umowa nie była wiążąca, mężczyzna dotrzymał słowa.
  W swojej wiosce przebywała rzadko, lecz gdy już tam była, czas spędzała ze swoim bratem. Cal był jedną z niewielu osób, którym mogła ufać. Życie rodzinne nabrało ponurych barw, gdy pewnego dnia ojciec nie wrócił do domu, a nazajutrz rozeszła się wieść o jego samobójstwie. Okres ten jeszcze bardziej zbliżył do siebie rodzeństwo, lecz i to zostało wkrótce przerwane, gdyż matka, dostrzegłszy wojowniczy talent córki, zesłała ją do Jolty w 536, by wyszkolono ją tam na łowczynię, i aby ta w niedalekiej przyszłości zaczęła utrzymywać rodzinę z łowiectwa. W Jolcie nauczyła się wielu umiejętności, lecz wraz z rozwojem swojego żywiołu i rozwinięciem pasji z nim związanej, miejsce to zaczęło ją ograniczać. Raz do roku do obozu przyjeżdżali denesyjscy rycerze w poszukiwaniu potencjalnych wojowników i organizowali turniej złożony z trzech etapów: autoprezentacji, pojedynku oraz potyczki grupowej. Roselle wyróżniała się na tle uczniów, po części za swoje obchodzenie się z orężem, a po części przez rekomendacje swoich mentorów i obecność Kirana w jury, któremu to zaimponowała już kilka lat temu na straganie w Yorto. Prowadziła odmienny styl walki, wolała pojedynkować się w ciele ludzkim, co dla jej rówieśników było nie do pomyślenia. Biegle posługiwała się nożem, mieczem i łukiem, miała też nadzwyczajną wiedzę o przeróżnej maści broniach. Można było pomyśleć, że jest idealnym kandydatem na żołnierza. Za niewielką sumę przekazano ją w ręce najlepszej szkoły na terenach karmazynowych w Denesie.
  Po odbyciu szkolenia podstawowego pojechała z wizytą do Wallmet, aby dowiedzieć się, czy rodzina radzi sobie finansowo i ta może przedłużyć swoje szkolenie o kolejne pięć lat, odsuwając pobór do wojska w czasie. W domu zastała półprzytomną matkę, a dookoła niej leżała niezliczona liczba butelek po winie, zsuwających się się z kanapy za każdym razem, gdy kobieta zrobiła jakikolwiek ruch. Rosella była świadoma niedoskonałości swojej rodzicielki, lecz dopiero Cal, z którym spotkała się w pobliskiej gospodzie, wyjaśnił jej co się dzieje
  - Dwa lata temu zainteresowałem się śmiercią taty.
  Zapadła cisza. Zgodnie z niewypowiedzianą na głos umową, Rosella i Callan unikali tego tematu.
  - Popytałem paru ludzi, - kontynuował - wiesz, żeby opowiedzieli mi trochę więcej o nim. Tęskniłem. I nie zgadniesz. Wiesz kim był nasz kochany ojczulek? Wiesz? Był jednym z Divarsów. Ale do tego zaraz. Byłem u Daviny, naszej cioci. Tak, uprzedzając twoje pytanie, to siostra mamy. W każdym razie, gadaliśmy prawie pół dnia, była bardzo gościnna. Tylko szkoda, że nie wiedziała wcześniej nawet o moim istnieniu. Wytłumaczyłem jej, że jestem synem Amary i przyszedłem przywitać się z rodziną. Nigdy nie zapomnę jej miny, zdziwiona tak, jakby widziała przed sobą ducha. Zaprosiła mnie do środka i rozproszyła złudzenia, które wpoiła nam matka. Tak, złudzenia! - ściszył głos, bo usłyszała go cała gospoda. - Nasza matka ma moc. Ma moc. I to cholernie niebezpieczną. Miłości i pożądania, tak przynajmniej nazwała to ciotka. Przez te wszystkie lata owinęła sobie ojca wokół palca, omamiła go, oczarowała, aby ten z nią był. Zawsze miała powodzenie u facetów, wiesz przecież o tym, co nie? Ale na punkcie ojca miała obsesję. Zmusiła go do związku. Diversi wydziedziczyli go za małżeństwo z wieśniaczką, więc ten przyjął nazwisko swojej matki, aby nie budzić podejrzeń. Davina powiedziała nawet, że matka miała moc usuwania wspomnień, rozumiesz? Ciekawe ile razy nam coś takiego zrobiła, gdy domyślaliśmy się, że coś jest nie tak. Tata nie był niczego świadomy, a gdy kilka miesięcy przed samobójstwem mama zdjęła z niego urok z nadzieją, że tata pokocha ją naprawdę, ten próbował jakoś się trzymać. Ale jak tu się trzymać w jego sytuacji? Bum, nagle budzi się z transu z dwójką dzieci i dziesięcioma latami wyrwanymi z życia. Skonfrontowałem tę wersję wydarzeń z matką, ale w towarzystwie dwóch przyjaciół i dziewczyny, żeby nie próbowała swoich sztuczek przy świadkach. Ellie, myślisz, że dlaczego tyle jej alkoholu potrzeba, żeby się upić? Dlaczego przez tyle lat nie darzyliśmy ją głębokim uczuciem, ale nie moglibyśmy zarzucić jej nic złego? Przyznała się, za dużo osób już wiedziało.
  Rose wbiło w fotel i choć długo starała się poukładać myśli, znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, to czuła, że słowa Cala były prawdą. Zatrzymała się u niego przez dwa następne tygodnie, po czym wróciła do Denesy kontynuować swoją naukę. Tym razem upewniła się jednak, że nie straci kontaktu z bratem.
  Lata mijały szybko i dynamicznie, swoje szkolenie przedłużyła ponownie, a utrzymywała się jako nauczyciel w tej samej szkole. W 551 roku poznała Ansela Malou, pisarza i muzyka, z którym niedługo później dzieliła już łoże. Ich znajomość była krótka, acz intensywna. Pobrali się w roku 552, oczekiwali nawet dziecka, lecz to nigdy nie zaczerpnęło powietrza, gdyż poroniła w drugim kwartale ciąży. Był to okres, w którym Ansel poważnie chorował, lecz dopiero dwa miesiące później medyk potwierdził ich najczarniejsze obawy. Schorzenie okazało się nieuleczalne, a życie Ansela Malou miało zakończyć się tak tragicznie, jak bohaterów, o których pisał.
  Po śmierci męża przeprowadziła się do miasta Ciltrum. Początkowo próbowała swoich sił w sztuce. Malowała obrazy i tworzyła muzykę, lecz z czasem wyedukowała się w bardziej analitycznych dziedzinach i zaczęła zarabiać na siebie poprzez projektowanie oraz rewaloryzowanie budowli. W grudniu w roku 561 u progu jej domu zawitał Kiran. Namawiał ją do dołączenia do służby, używając mniej lub bardziej niedelikatnych argumentów. Twierdził, że marnuje się w zawodzie architekta i powinna podążać za swoim przeznaczeniem. Miał rację, już od długiego czasu czuła przewlekły brak energii i uporczywą stabilność życiową. Wizyta Kapitana była jednak środkiem zapalnym, który skłonił waderę do przemyślenia swoich priorytetów w życiu. Na wiosnę roku 562 zaciągnęła się do wojska. Ponownie skupiła się na rozwijaniu swoich umiejętności, pomimo że początki na stanowisku rekruta nie były lekkie. Siła charakteru i pokaz sił pozwoliły jej szybko prześlizgnąć się do rangi żołnierza, gdzie mogła już spokojnie zdobywać szacunek towarzyszy oraz spełniać się na polu bitwy. Z czasem zaczęła nadużywać alkoholu i papierosów, był to skuteczny środek na stres. Była ulubienicą Kapitana Heilwiga, jego prawą ręką i żołnierzem w oddziale. Długo zwlekała z awansem, w międzyczasie pozwalała sobie na paromiesięczne, a nawet kilkuletnie przerwy od służby, podczas których podróżowała i malowała, ale i tak zawsze wracała w szeregi wojska. Nie chciała być sierżantem, brzydziła się tą posadą. Wolała zostać w grupie i zdobywać kolejne zasługi. W 617 roku w związku z burzliwymi czasami dla całej watahy zaszła reorganizacja stanowisk w Armii, a Rose zaproponowano posadę kapitana, jako że była jednym z najlepszych żołnierzy. Heilwig, który awansował na generała, znał ją bardzo dobrze i wiedział o jej patologicznej słabości do alkoholu. Postawił warunek, jakim było odstawienie tejże używki. Twierdził, że nie może zarządzać oddziałem, jeśli nie jest wystarczająco silna psychicznie, aby się pozbierać. Sam sfałszował jej wyniki testów dotyczących psychicznych predyspozycji, gdy ją rekrutowano. Wiedział, że kompetencji jej nie brakuje, ale jest granica, której się nie przekracza i nawet geniusz wojenny nie jest już czymś wystarczającym. Obiecała poprawę, nawet udało jej się relatywnie wyzdrowieć z nałogu. W 618 roku została kapitanem drugiego dywizjonu Armii Watahy oraz asystentką Kinona. Szkoda jednak, że stare zwyczaje zaczęły o sobie przypominać.


Rozpiska

CHARAKTER:  Wiecznie nienasycona. Głodna wrażeń, głodna relacji, głodna piękna. Porywcza i żarliwa, pierwsza przed szereg w obliczu wyzwania. Naturalny dyplomata o analitycznym spojrzeniu na świat, w pełni oddanym temu, co w jej mniemaniu jest słuszne. Z zaciętością walczy o to, w co wierzy, a wierzy, że to słuszność idei, nie zważając na liczbę jej wyznawców, jest kluczem do sukcesu. Pomimo pasji na punkcie zdobywania nowych osiągnięć, potrafi manewrować na cienkim lodzie i wycofać się z wcześniej postawionego sobie wyzwania, jeśli uzna, że prawdopodobieństwo wygranej jest niewielkie, a sprawa jest niewarta starań. W większości przypadków konflikty stara się rozwiązywać ugodowo lub ignorować problem. Postawiona do ściany jednak, czuje się bezradna i sfrustrowana. Są wówczas dwie możliwości. W pierwszej opcji dopuści się do hipokryzji i pomimo tego, że najbardziej na świecie ceni sobie szczerość, zmanipuluje cię w niezwykle wyrachowany sposób lub, rozważając drugą opcję, stanie się tykającą bombą, która może wybuchnąć w każdej możliwej chwili, obrzucając cię szczerością w najgorszy możliwy sposób. Mimo wszystko Roselle ciągnie do nowych wrażeń, a nie kontrowersji. Woli trzymać się stałego, choć mozaikowego, gruntu.
  W Armii znana ze swojej techniki i taktyki bitewnej, której pomysły wielokrotnie wybawiły wojsko z opresji. Ze swoim oddziałem dzieli może nie ciepłe, ale nadzwyczaj przyjazne stosunki. Jest mediatorem w wewnętrznych sporach, jeśli zajdzie taka potrzeba, oraz mózgiem operacji, ale wierzy, że wszyscy jako jedność są sercem, więc traktuje żołnierzy na równi z sobą, o ile wszyscy współpracują. Nie zawaha się jednak sprowadzić na ziemię delikwenta, który postanowi zamanifestować swoją wyższość. W wojsku na szacunek trzeba sobie zasłużyć, wobec czego nie mogła pozwolić sobie, aby basiory z kompleksem alfa weszły jej na głowę. Była na to wyjątkowo podatna w związku z żywiołem odziedziczonym po matce, gdyż wielu ją albo wykluczało i wyśmiewało, albo latało z łapami w nieodpowiednie miejsca. Wbrew przeciwnościom losu Roselle wyparła się wielu cech charakterystycznych dla tego specyficznego środowiska. Stara się podchodzić do wszystkich z szacunkiem i uprzejmością pomimo tego, że niektórych ewenementów przyrodniczych po prostu nie może zdzierżyć. Wtedy pozostaje jej tylko uśmiechnąć się desperacko, podnieść łeb i iść do przodu. Nie jest w Armii, bo jej się tu podoba. Jest w Armii, bo to jedyne, w czym jest wystarczająco dobra.
  Dobrze wypracowane umiejętności społeczne pozwalają jej wyłapywać charakterystyczne cechy i talenty u ludzi, dzięki czemu potrafi się dostosować do różnych środowisk i zdobywać ich sympatię. Wyuczona perswazyjnych sztuczek, lubi bitwy na spryt oraz cięte riposty, a żywe, inteligentne dyskusje są tym, co ją pociąga. Prywatnie to sarkazm i humor są jej najlepszym przyjacielem w radzeniu sobie ze stresem, przez co może zostać odebrana jako arogancka czy nieczuła. Nie bacząc na te opinie, kobieta w rzeczywistości stara się szukać pozytywów w nawet najczarniejszych sytuacjach. Próbuje tworzyć wzorce emocjonalne, lecz te pozostają poza jej kontrolą. O ile wadera może dawać wrażenie osoby towarzyskiej, przebiegłej i poukładanej życiowo, o tyle rzeczywistość jest o wiele bardziej gorzka. Pod maską nieustraszonej, niezależnej kobiety, dla której odbieranie cudzych żyć nie jest niczym nowym, kryje się zagubione dziecko o romantycznej duszy, które jedyne czego potrzebuje w życiu to troska i miłość. Łatwiej jest jej poszukiwać przygód i piękna w życiu aniżeli zbliżyć się do kogoś na tyle blisko, by poczuć coś więcej niż pożądanie. Niemniej, gdy ktoś wzbudzi w niej zaufanie, ta okazuje niezrównane pokłady empatii, głębi i zaangażowania, które zdolne są rozjaśnić najczarniejszych zakamarki jej psychiki.
APARYCJA: W wilczej formie wadera nie charakteryzuje się wieloma, magicznymi elementami, które mogłyby wybić ją na tle innych. Miękkie futro w kolorach palisandru, hebanu i orzecha okrywa ektomorficzne ciało, u którego dostrzec można zarysy mięśni. Od zadartego nosa aż do linii brwi biegnie prosta w odcieniu różu pompejańskiego i podobnie jak siostrzana linia, oplatająca tylną, lewą kość piszczelową, nie ma większego przesłania, a przynajmniej jeszcze go nie odkryto. W ludzkiej formie pozbawiona została jakichkolwiek elementów magicznych. Ciemnobrunatne, zmierzwione włosy o delikatnym skręcie oblewają charakterystyczną w rysach twarz, która jest niemal wiecznie oblana rumieńcem, co w towarzystwie bursztynowych ślepi z opadającymi powiekami i głęboko napigmentowanych, karmazynowych warg, daje wrażenie hipnotyzującego, acz zmęczonego wyrazu twarzy. Śniade ciało wysokie na trochę ponad pięć i pół stopy ciało pozbawione jest jakichkolwiek blizn, niewtajemniczeni nie poznaliby w niej żywiołaka wojny wychowanego z szablą. Swoją nieskazitelność zawdzięcza swojej vitakinetycznej zdolności, dzięki której w stanie jest usunąć bliznę o dowolnej głębokości i rozmiarze. Wymaga to czasu, owszem, ale wynik satysfakcjonuje. Jak przystało na żołnierkę, jest również ponadprzeciętnie wysportowana, i choć jej siła nigdy nie kryła się w mięśniach, noszenie masywnych zbroi i oręży naturalnie je rozbudowały. Nie wygląda jednak posturnie, jak mogłoby się wydawać, gdyż z natury jest bardzo szczupłą osobą. Suknie z nałożonymi nań gorsetem w odpowiadającym szacie kolorze oraz buty na niewysokim obcasie są najczęstszym wyborem stylizacyjnym kobiety w ciepłe dni. W okresie zimowym stawia bowiem na wygodne spodnie, płaszcz i płaskie obuwie. Porusza się z delikatnie, bezszelestnie, i emanuje gracją, o ile, oczywiście, nie przywdziewa zbroi.
ZAINTERESOWANIA/TALENTY:  Od zawsze przejawiała zdolności artystyczne, lecz dopiero po ukończeniu podstawowego szkolenia w Denesie postanowiła spróbować sił w tym kierunku. Nie tylko je malowała, ale też sprzedawała pod panieńskim nazwiskiem Fayre. Obecnie maluje, gdy natchnie ją wybuch energii lub zapragnie wyżyć się w piękny sposób. Uwielbia też podróżować, poznawać nowe horyzonty, odkrywać nowe zakamarki i wylegiwać się przy dziewiczej naturze. Swoje wędrówki dokumentuje, sporządzając własną mapę. Jako szczenię wrzucone do środowiska, gdzie edukacja nie jest priorytetem, Rose musiała sama nauczyć się sięgać po wartościowe tytuły, co zaszczepiło w niej zdrowy nawyk czytania.
Jest również utalentowaną łowczynią potworów i amatorką wina.

Moce

ŻYWIOŁY: Dominującym żywiołem Roselle jest wojna, a pobocznym miłość i pożądanie.
MOCE: 
  • Telumkineza - manipulowanie bronią. Jak dotąd jest to moc najlepiej przez Malou rozwinięta. Jest mistrzem każdej broni. Potrafi je przywoływać, tworzyć, zmieniać na inny matieriał i instynktownie wie jak się nimi bronić.
  • Vitakineza - manipulowanie i kontrolowanie procesu gojenia się poprzez przyspieszanie, spowalnianie lub blokowanie wybranych aspektów leczenia. Nieoceniony przyjaciel podczas bitwy, który przywraca organizmy biotyczne do optymalnego stanu zdrowia. Użycie tej mocy na sobie, w zależności od intensywności, skutkuje migrenami od kilku minut po kilkanaście dni, zaś przekierowanie jej na obcy organizmu wiąże się z przejęciem bólu chorego przez Rosellę.
  • Amokineza - manipulowanie miłością i pożądaniem. Pomimo że swoje amokinetyczne zdolności zdusiła niemal do zalążka, wciąż jest potencjalnym źródłem manipulującym miłością i pożądaniem. Jest to jeden z głównych powodów, dla których trudno jest jej się wiązać z innymi istotami. Nigdy nie ma stuprocentowej pewności, czy osoba dążąca ją romantycznym uczuciem nie jest przypadkową ofiarą jej zdolności. Umyślnie użyła tego żywiołu tylko raz w latach siedemdziesiątych i utwierdziła się w przekonaniu, że jest to coś, czego nie warto eksplorować. Dla dobra swojego oraz innych.
 
Pozostałe

INNE:
  •  Alkohol pije z dodatkiem mleka. Z powodu odziedziczonego od matki żywiołu i jego skutków ubocznych, trudno jest jej się odurzyć, a powyższy sposób pozwala jej na szybkie przyswojenie psychoaktywnej zawartości trunku.
  • Romantycznie pociągają ją mężczyźni, aczkolwiek zdarza jej się eksperymentować z przedstawicielami innych płci.
  • Walczy niemal zawsze w ludzkiej formie. Łatwiej jest jej wówczas posługiwać się bronią, a przeciwnikowi trudniej dosięgnąć gardła.Nie lubi upałów, o wiele swobodniej czuje się przy chłodnych temperaturach.
  • Chciałaby w przyszłości zamieszkać na skraju lasu, tuż nad morzem lub jeziorem. Z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, bliżej natury. Jej ulubionym kwiatem jest bez.
  • Perfumy są nieodłącznym elementem życia codziennego Roselli. Lubi rozpieszczać swoje zmysły, a mieszanka bergamoty, jaśminu, kokosa i jagodlinu to zapach, którego używa od lat.

EKWIPUNEK:
  • 400 trefli
  • Blaskot - obosieczny, dwudziestocentymetrowy sztylet wykuty ze złota i relikwii Morderza. Krzywizny brzucha oraz grzbietu są symetryczne, na ostrzu znajduje się niewielki wgłębienie i następujące po nim wzniesienie, od którego odchodzi kończysty czubek. Rękojeść o barwie przypominającej paloną kawę liczy sobie dziesięć centymetrów długości i wykonany jest ze stali.
Siła: 400 Szybkość: 300 Zwinność: 200 Moc: 300
Technika: 600 Równowaga: 300 Zręczność: 700 Ukrycie: 300
Od Autorsko

Długość odpisów dopasowuje do innych, ale wolę nie przekraczać 1500 słów. Jedynym odstępstwem jest pisanie z autorami, którzy nie przepadają za sterowaniem ich postaciami. Opowiadania wtedy piszę bardzo krótkie, żeby tempo akcji nie spadło drastycznie.
   Lubię, gdy coś się dzieje. Żmudne opowiadanie, bez wartości lub celu szybko mnie nudzą. Interesują mnie krwawe jatki, spiski, zagadki, polowania na potwory, wędrówki, ale też romanse (lub jeden konkretny, dla którego mogę nieco zrzucić z tempa). Wszelkie krzywdy na Roselli dozwolone, ale w granicach zdrowego rozsądku. Jeśli planujesz wydłubać jej oko, zgwałcić, zabić ją albo kogoś dla niej bliskiego, najpierw do mnie napisz proszę - może akurat trafisz na odpowiedni fabularnie moment i jej kompleks bohatera da o sobie znać.
  Gustuję we wcześniejszym ustaleniu punktu docelowego. Kreuje się wtedy mniej lub bardziej doprecyzowana koncepcja i ogranicza się zbędne owijanie w bawełnę. Brak tego czynnika jest wyjściem ze strefy komfortu, ale dla naturalnie ciekawego wątku jestem w stanie się poświęcić.
Najłatwiejszym środkiem komunikacji jest discord, ale podam też (na wszelki wypadek) maila: pheonicids#4009 ; pheonicids@gmail.com
  Brat do przygarnięcia, jeśli ktoś chciałby spróbować.

KONTAKT: pheonicids#4009 ; pheonicids@gmail.com
KREDYTY:
  MIRTRUD + victorow

Szablon wykonała Fragonia na rzecz bloga Wataha Karmazynowej Nocy. || Credits