Informacje + Event innego rodzaju!

Witam, tutaj pisze do was Crass, Moderatorka Divided Kingdom.

Jak większość z was wie (bądź nie), główna administratorka, Fragonia/Tyksona/Matka jest nieobecna do czerwca z powodów prywatnych. Blogiem będę aktualnie zajmować się ja - moderatorka tego bloga. Od razu wam powiem, jak będzie wyglądać moja praca.
- Opowiadania, Questy i inne takowe rzeczy, będą wstawiane w piątek (wyjątkiem będą dni dla mnie wolne, kiedy mogę wejść na spokojnie na komputer);
- Kiedy pisaliście wszelkie pytania do Fragonii, ładnie proszę je napisać do mnie, postaram się odpowiedzieć! (wszelakie możliwości dostania się do mnie, są na blogu pod moją plakietką!);
- Od razu odpowiadając na pytania. Nie, nie przejmuje bloga i nie, nie mam zamiaru go zostawiać. Przejmuje go na czas, póki administratorka nie wróci na nasze szeregi, więc proszę się tym nie zamartwiać! Tyks jest ostatnią osobą, która tego bloga zostawi, uwierzcie mi.

Następnym aspektem o którym mam zamiar was poinformować to... W końcu zabiorę się za dokończenie głównych zakładek! (wszyscy krzyczą Yeeey!) Wiem, że administracja się długo na to zbierała, ale w końcu może nawet przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, zakończymy zakładkę "Dla nowicjuszy", która od dłuższego czasu stoi nie ruszona! Nie obiecuję, że wszystko będzie szło szybko, ale o wszelkich aktualizacjach, będę was informować!

Kolejna sprawa, która będzie tutaj omawiana, jest Event, który jest organizowany, ale tym razem nie przez administrację!

Niejacy Legend Agency wysłało do mnie pytanie, czy my - czyli nasza wspólnota DiKi, jest zainteresowana uczestniczeniem w ich konkursie/zabawie. Nagrody są internetowe jak i rzeczowe, więc jest o co walczyć! Nie zapisywałam naszego bloga do akcji, bo nie byłam pewna, czy wystarczająca ilość osób będzie zainteresowana na uczestnictwo. Więc...!
Tutaj macie notkę od Legend Agency, dla zainteresowanych, jak pracują nad takowymi projektami, oraz krótkie odpowiedzi na różne pytania ---> Kliknij! <---
Piszcie pod tym postem komentarze, czy jesteście zainteresowani!


Aktualnie to tyle. Wszelakie pytania możecie też pisać pod postem, albo do mnie na prywatną pocztę!
Pozdrawiam was!

~ Moderatorka Crass.


Od Mishabiru [Quest nr 2]

Ciężki oddech białowłosego mężczyzny siedzącego pod wilgotną ścianą echem roznosił się po ciemnym pomieszczeniu. Powoli zaczął odzyskiwać przytomność. Zamlaskał, czując suchość w ustach, po czym stęknął, czując rwący ból w prawym obojczyku. Uchyliwszy powieki z trudem łapał ostrość widzenia, gdyż z lewej strony dochodziło ostre światło pochodni palącej się na ścianie, za kratami, czyli poza jego zasięgiem.
Czarne ściany, odór wilgoci i wszechogarniający głód ocuciły go nieco szybciej. Wilkołak uniósł dłoń do czoła, zaś łańcuchy zabrzęczały, dając znać o swojej obecności na jego nadgarstkach.
- Gdzie ja, do cholery, jestem? – zapytał sam siebie, lecz jedyne, co pamiętał, to poranną pobudkę i udanie się w drogę.
Niemiłosierny ból u podstawy czaszki nie dawał mu się ani na chwilę skupić. Spróbował wstać, lecz grawitacja była silniejsza. Do tego wszystkiego dochodził ciężar ograniczenia magii, a nawet jej dosłownego braku.
- Mishabiru na litość boską, gdzie jesteś? – niski głos smoka dopadł do jego umysłu.
Basior zamknął oczy, chcąc się całkowicie skupić na telepatycznym kontakcie z towarzyszem.
- Galaxiasie, co się stało? – zapytał, z sekundy na sekundę czując coraz większy ból.
- To nie jest teraz ważne! Powiedz mi, gdzie jesteś.
- Nie wiem gdzie jestem, co się wydarzyło, dlaczego wszystko mnie tak bardzo boli? – Basior czuł się niemal jak w innym wymiarze.
- Skup się, zaryczę. – Oznajmił, zaś Alvarez właśnie w tym momencie poczuł się gorzej.
Zwymiotował swój ostatni posiłek wraz z czymś ohydnym. Trucizna? Coś wypalało go od środka… I nie mógł przez to ponownie skomunikować się ze smokiem. Uczucie bezwładu oraz ciągłych zawrotów głowy było gorsze, niż niejedna karuzela w wesołym miasteczku. Żadnych okien, dzięki którym mógłby określić swoje położenie, brak najmniejszych dziur uniemożliwiało usłyszenie wołania towarzysza.
Skrzypnięcie krat sprawiło, że zakrzyknął z bólu, dłońmi łapiąc się za głowę. Pierwszy raz w życiu był tak czuły na najmniejsze dźwięki, co tylko bardziej go irytowało. Trzy odbicia obcasów po twardej posadzce były niczym wystrzały z armat. Uniósł wzrok, gdy wyczuł czyjąś bliską obecność. Przed nim kucała kobieta, być może nawet w zbliżonym wieku, i wpatrywała się w niego swoimi brązowymi oczyma z widoczną iskrą. Kruczoczarny warkocz opadał swobodnie na jej pierś.
Jej smukła dłoń dotknęła rozgrzanego czoła mężczyzny, po czym zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Jakże nachalnie pocałowała go w usta.
- A więc tak smakuje magia. – Zachichotała niczym mała dziewczynka, następnie zdjęła kajdany z jego nadgarstków. – Rada będzie wniebowzięta, kiedy im ciebie pokażę. Masz w sobie tyle magii… Czułam to na odległość, dlatego złapałam cię na strzałę, lecz nie Amora!
Tym razem niewinny śmiech rozniósł się po pomieszczeniu. Mishabiru wstał z pomocą kobiety, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. Miał skrytą nadzieję, że to wszystko mu się śni, lecz z drugiej strony, ból był zbyt ostry.
- Rada? Strzała? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie ja jestem? – Zadał na raz tyle pytań, stawiając kroki tuż u jej boku, kiedy ona obejmowała go jednym ramieniem w pasie.
- Mam nadzieję, że mi wybaczysz tę strzałę z trucizną, ale wiesz. Opatrzyłam cię i przyznam, że nie potrzebujesz ubrań. – Po raz kolejny zachichotała. – Znajdujesz się w Qan’rat głuptasie, a dokładniej na terenie Zamczyska.
Qan’rat, kolonia Zamczysko, strzała… Lewe ramię dało o sobie znać. To w nie oberwał, kiedy leciał na smoku, ale… Po co tutaj przybył? Nie zwracał uwagi na to, gdzie idą, był bardziej skupiony na próbie odzyskania większej części wspomnień. Przypomniał sobie tylko moment, gdy strzała przebiła mu bark, nic więcej. Jak długo był nieprzytomny?
Przemieszczali się po dosłownych ruinach. Niebo nadal było szare, nawet nie zwiastujące mroku. Kręcąc wokół kolumn, dotarli na wewnętrzny dziedziniec, który wyglądał na w miarę utrzymany. Troszkę roślinności rosło wokół zrujnowanej fontanny i tyle z tego. Z naprzeciwległej ściany budynku wyszła grupa czterech mężczyzn, odziana w ciemnobrązowe płaszcze narzucone na ramiona, kontrastujące się z jasnym kompletem pod spodem.
Obeszli fontannę i stanęli tuż przed nimi.
- Czyli nie kłamałaś. – Odezwał się najstarszy z nich, sądząc po ilości zmarszczek i siwych włosach. – Doprawdy, wyczuwam od niego bijącą magię. Rzadko kiedy możemy mieć dostęp do takiej ilości energii. Dzięki niemu możemy zdobyć wiele kluczowych informacji, a potem dostaniemy niezłą sumkę za takiego niewolnika.
Niewolnika? Zaczynało się robić coraz bardziej nieswojo, lecz parę słów wystarczyło, aby zrozumiał, że mają bzika na punkcie magii. Odsunął się o krok od dziewczyny czując się nieco lepiej po wyjściu na zewnątrz.
- Z przyjemnością odpowiem na wszystkie wasze pytania, ale potrzebuję swoich kluczy, by móc pokazać wam chociaż część magii, którą władam. – Uśmiech numer pięć, niewinny, ale przekonujący, wlazł na usta basiora. Już po paru sekundach pęk czterech kluczy znalazł się w jego dłoni. – Dziękuję.
Ujął jeden z nich, po czym ten zabłysnął jasnym światłem. Z nieba jakoby zeszła mgła, mieniąca się wieloma kolorami, lecz ledwo zdążyła opaść przed ich stopy, gdy zniknęła, przecięta rykiem bliżej nieznanego stworzenia. Wszyscy obecni, oprócz Mishabiru, zatkali uszy, wtedy właśnie nad dziedzińcem zawisło stworzenie o barwie mleka oraz niepojętej długości. Ogon tejże istoty opadł tuż przed nosem Alvareza.
Basior złapał się jego końca i dał ponieść smokowi. Pomachał do zszokowanych ludzi na dole, po czym gad machnął ogonem, wyrzucając wilkołaka w górę, by ten mógł swobodnie opaść na jego grzbiet.
- Wynosimy się stąd, zanim znowu zasypie nas deszcz strzał. – Rzekł, znacznie przyspieszając.
Już nawet towarzysz miał dość takich przygód na długi czas. Zdążył już telepatycznie zagrozić swojemu właścicielowi, że przestanie reagować na jakiekolwiek wezwania.

ilość słów: 893
Quest zaliczony!
200 punktów do rozdania

Od Yoku CD Kano

        Youkami uniosła rękę, w celu schowania ucha pod włosy. Patrzyła jednocześnie z dołu na chłopaka. Na początku także było ciężko jej go poznać. Mimo wszystko w jakiś sposób się zmienił jego wygląd. No cóż, w końcu każdy się w pewnym czasie zmienia, a ona go dosyć długo nie widziała. Nie pamiętała nawet, kiedy ostatni raz. Westchnęła cicho.
— No to chodźmy — mruknęła, a na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech.
     Deltończycy znaleźli się po dłuższej chwili pod jedną z kawiarni. Przed budynek wystawione było kilka stolików z ciemnego drewna oraz żółto - białe parasolki. Od ulicy odgradzało je jedynie niskie ogrodzenie z żywopłotu, sięgające co najwyżej do kolan. Napis na szyldzie głosił tyle, co "Bistro Coffe" - jedna z kilku typowych nazw, w danym obszarze obleganych. Białowłosa wpatrzyła się w owy napis. Widziała wcześniej podobne nazwy, tej kawiarenki jednak nie kojarzyła. Pociągnęła nosem, a do jej nozdrzy doszedł słodki zapach parzonej kawy z mlekiem. Na samą myśl, dziewczyna oblizała się, a w jej oczach zapłonęły jasne iskierki. Dawno nie piła czegoś takiego, gdyż najzwyczajniej w świecie nie było ją stać na podobne wygody. Teraz jednak miała na prawdę dobrą okazję, w postaci Kano. Co z tego, że ów Kano miał jedynie kradzione pieniądze, a niecałe dwie godziny wcześniej to właśnie ona została obrobiona z resztek oszczędności? W danej chwili to nie miało dla niej większego znaczenia. Jedyne czego chciała to się napić czegoś dobrego, coś zjeść, oraz porozmawiać z blondynem, spytać dlaczego zniknął, jak mu się powodzi.. cokolwiek.
     Neko ruszyła wesoło ogonem, jednocześnie zbliżając się do drzwi. Lekko je uchylając, wślizgnęła się do środka, po czym spojrzała w kierunku znajomego. Sama nie sądziła, że tak bardzo można się cieszyć na czyjś widok. Tak bardzo, czyli jak dziecko - no a przynajmniej w jej wypadku tak to wyglądało. Na twarzy Sakuro gościł lekki uśmiech, a końcówka jej ogona tańczyła, nie zwracając uwagi na obecnych w lokalu ludzi.
     Kami zajęła pierwsze lepsze miejsce pod ścianą. Obiektem jej zainteresowania stał się żółty, jak najświeższa, dojrzała cytryna tulipan. Stał on dzielnie w szklanym flakonie z wodą, omamiając swoim pięknem, zresztą podobnie jak kilkanaście innych, znajdujących się na innych stołach kwiatów. Wilczyca nabrała powietrza, w głowie powtarzając sobie tak dobrze znaną wszystkim regułkę; Tylko czegoś nie spierdol. Nie uśmiechało jej się przypadkowe zbicie flakonu czy wywalenie jakiejś rzeczy, więc jedynie wtuliła się plecami w oparcie krzesła.
     — C-co chcesz..? — wydukała do Kano, jednocześnie błądząc wzrokiem po sali.
Chłopak sięgnął po kartę leżącą na stoliku obok, po czym wsadził w nią nos, tym samym pogrążając się w jej lekturze. Po krótkiej chwili uniósł rękę, niczym w szkole, w celu przywołania kelnera.
— Kawę z rumem poproszę! — roześmiał się, gdy czarnowłosa kelnerka podeszła do nich.
— Też..
     Yoku skuliła się, nie będąc pewna co do słuszności zamówienia przez jasnowłosego napoju z alkoholem. Doskonale pamiętała pierwsze ich spotkanie, gdzie upił się on po jednym kieliszku wódki. W przeciwieństwie do niego, mimo pozorów, miała znacznie silniejszą głowę. Odgoniła wspomnienie, gdy po niecałej minucie, do stołu zostały podane dwie filiżanki, napełnione po brzegi ciemnym napojem. Upiła naprędce łyka, przylatrując się towarzyszowi. Ten, zaraz po zapłaceniu, nie czekając ani chwili, pochłonął całą zawartość naczynia, przy okazji ochlapując się. Białowłosa z lekkim uśmiechem pokręciła głową. Spokojnie sączyła kawę z sporą domieszką rumu. Już w tamtym momencie dostrzegła, że zmiennokształtny powoli przestał ogarniać, co się dookoła niego dzieje. Dziewczyna zostawiając resztę cieczy wstała, po czym szturchnęła go. Dopóki jakkolwiek był w stanie myśleć, tak szybko chciała, by się znalazł w czyimkolwiek domu. Na całe szczęście, sama mieszkała nieopodal.
     — Heyy, jestem małym księcieem, chodźź, pokażę ci swoją planetęę..! — usłyszała w pewnym momencie pijacką gatkę od Hitomi'ego.
Kami odwróciła się, w celu sprawdzenia, do kogo to było. Owym kimś, była jakaś ruda, piegowata, wyraźnie zdegustowana oraz zakłopotana.
— Przepraszam za niego.. — neko uśmiechnęła się niepewnie, następnie natychmiast odciągnęła znajomego. — Czy ciebie coś popier..
— Niee, na prawdę jestem małym księcieem..!
Białowłosa zakryła oczy, a jej jedyna myśl w tejże chwili brzmiała mniej więcej; Czemu ja cię znowu spotkałam..

Hiku? Zabij ;-;

Od Wendy C.D Mishabiru

Patrzyłam się na niego. Nie bywam, zbyt rozmowna, jeśli chodzi o to miejsce. Smoki to moja rodzina, a nie historia do rozpowiadania. Podeszłam powoli do regału z książkami. Próbowałam sięgnąć na najwyższą półkę, jednak chłopak się ruszył i mi pomógł. Pokazałam mu, co ma wziąć. Zdjął wielka starą księgę. Pokazałam mu, gdzie ma ją położyć. Gdy już leżała na swoim miejscu, dmuchnęłam, gdyż pokryta była kurzem. Nikt z niej dawno nie czytał. Dotknęłam dłonią księgi, a wówczas księgę otoczyła woda. Tym samym też ją otworzyła.
W powietrzu roznosił się szept smoków, w ich oczywistym języku.
- Teraz możesz poczytać i może to ci jakoś pomoże. - powiedziałam. Ruszyłam na zewnątrz, chciałam się przywitać z nimi. Usiadłam na schodach, czułam jak moje ciało, próbuje się przemienić. Wstałam i na tyle ile mogłam, podeszłam do wodospadu. Zamknęłam oczy i próbowałam wytrzymać.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na swoje odbicie w wodzie.
Przeciągnęłam się i zawyłam. Kroczyłam z powrotem do domku, jednak tym razem czułam krew.
Chłopak wyszedł, chciał coś powiedzieć, jednak zamilkł, gdy mnie zobaczył. Warczałam na niego, nie wiem czemu. Mój mózg inaczej teraz funkcjonuje. Gdyby tak zjawiły się smoki, może jakoś by mi pomogli. Dawno się nie przemieniałam.

Mishabiru? Trochę krótkie wiem, wybacz.

Od KTS C.D Persefona

Następny ponury dzień w Qan'Rat. Szare niebo, egzekucje na rynku, krople deszczu odbijające się od rynny oraz poranna cisza. Oczywiście zawsze w takie dni zawsze się coś dzieje. Ledwo wyszły promienie słońca zza pochmurnego nieba, a już było słychać krzyki, bolesne jęki i odgłosy walki na ulicach. No i niestety dziś był dzień zbierania podatków. Strażnik niczym komornik wchodził od domu do domu i żądał zapłaty, a jak jej nie dostał, to wynosił coś z mieszkania, bądź wyrzucał mieszkańca. Simon stanął przy oknie i obserwował owego strażnika, czy ten czasem nie zbliża się do drzwi jego domu. Jednak on przeszedł obok jego domu, jakby był opuszczony. Czarnowłosy odłożył nóż na parapet i usiadł na kanapie. Wziął do ręki gazetę ze stołu i zaczął przeglądać oferty zleceń. Zainteresował go pewien kawałek:
"Skupie narządy wewnętrzne różnych mutantów. Są mi one potrzebne do badań. Jeżeli ktoś jest chętny, proszę przyjść z jakimś narządem pod ****** **. Dużo zapłacę". Simon zjadł śniadanie, wziął sprzęt potrzebny do polowania i udał się do sklepu z amunicją, w poszukiwaniu amunicji do kuszy. Czemu do polowania nie użyje po prostu pistoletu? Bo nie ma tłumika, a strażnicy źle reagują na dźwięki wystrzału broni i groziłoby to jakąś karą, lub nawet bójką, a szkoda tracić na to czas. Kupił zestaw bełtów i udał się w stronę murów, by tam poszukać jakichś potworów. Zebrał wnętrzności kilku ruszczów, ale na tym nie było za bardzo jak zarobić, więc zaczął szukać jakichś dużych mutantów. Nagle usłyszał gdzieś pękające gałęzie. Odwrócił się, ale nikogo tam nie było. Kilka sekund później usłyszał świst powietrza. Przekręcił lekko głowę i widząc ostrze lecące w stronę jego gardła, złapał je za uchwyt, tym samym łapiąc rękę napastnika. Przyjrzał się dobrze czarnowłosej osóbce i cicho się zaśmiał.
-Czyżby kolejna osoba chciała mnie upolować?

~Tyksu? Wiem, trochę drętwe ;-;

Od Kano C.D Tyks


Kano był bardzo zaskoczony nagłym ruchem Tyksony. Tak jak nie spodziewał się, że Viper stanie przeciwko nim, tak również nie spodziewał się, że anthro postanowi zrzucić ich trójkę ze schodów. Przy tym wszystkim najbardziej ucierpiał blondyn. Jak to się mówi, koty zawsze spadają na cztery łapy, więc Tyks wyszła z tego upadku bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu. Anubis zaskomlał, gdy Kano wbił mu łokieć pod żebra, po czym blondyn przypadkiem oberwał od niego w twarz. Chłopak wylądował na ziemi nieco oszołomiony, z dalej spętanym Anubisem, który spadł na niego. Tyks w ostatniej chwili wybiła się z dolnego schodka i z gracją wylądowała za swoimi towarzyszami.
Kano leżał chwilę otępiały, nie wiedząc do końca co ze sobą począć, aż wreszcie anthro siłą podciągnęła go do góry i zmusiła do utrzymania prostej pozycji. Chwiejąc się lekko i podpierając każdej ściany, chłopak powlókł się za Tyks. Anthro krążyła po pokojach, szukając odpowiedniej pozycji by podejść Vipera. Przez małą dziurę w ścianie w jednym z pomieszczeń, mieli idealny widok na klatkę schodową, po której właśnie zbiegł ich wróg. Brunet rozglądał się skupiony i szukał wzrokiem miejsca, gdzie Tyks i Kano mogli zabrać Anubisa. Zaczął stopniowo przeszukiwać kolejne pomieszczenia.
Tyksona i Kano kucali tuż pod ścianą. Anthro zatykała pysk Anubisa własnym ogonem, wiedziała, że wilk będzie próbował zawołać Vipera, a to zdecydowanie nie było im na rękę.
- Słuchaj – szepnęła do blondyna. – Zrobimy tak. Zostaniecie tu we dwójkę. Daj mi chwilę, bym obeszła pokoje, potem zwab tu Vipera, w miarę możliwości spróbuj przejąć jego miecz, a wtedy ja zaskoczę go od tyłu i się z nim rozprawię.
Anthro już miała się podnieść, gdy przypomniała sobie, że Anubis nie może krzyczeć tylko dzięki jej ogonowi. Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu szmatki – poprzednią zostawili na piętrze i nie mieli czasu by się po nią wrócić. Dziewczyna zmierzyła Kano uważnym wzrokiem.
- Zdejmuj koszulkę – syknęła.
Blondyn posłał jej krzywe spojrzenie. Nie miał ochoty rozbierać się i paradować bez górnej części ubrania, której nie mógłby odzyskać w dobrym stanie – nie wydawało mu się, żeby nadawała się do ponownego użytku, po pobycie w paszczy wilka.
Anthro była jednak zdeterminowana i gdyby chłopak jej nie posłuchał, to pewnie zaraz sama by go rozebrała. Naburmuszony ściągnął koszulkę i podał ją dziewczynie, która zręcznie podmieniła ją za swój ogon.
- Jak tylko się stad wydostaniemy, jesteś mi winna ubranie – nie będę przecież paradował półnagi po mieści pełnym ludzi – bąknął Kano.
 Anthro wywróciła oczyma. Wreszcie mogła przejść do realizacji swojego planu. Wstała i stąpając ostrożnie i cicho, lecz bardzo szybko, opuściła pomieszczenie.
Kano został sam z swoim małym zakładnikiem. Zaczął liczyć do dziesięciu. Podniósł z ziemi deskę i gdy tylko skończył liczyć, uderzył nią w ścianę i ukrył się tuż przy drzwiach, tak, by nie było go widać. Nie minęła chwila, gdy Viper wpadł do pokoju z mieczem w dłoni. Zanim zdążył się rozejrzeć, Kano zdzielił go deską w głowę. Nie wyrządziło mu to zbytniej krzywdy, bo blondyn nie był zbyt silny, ale wystarczyło, by brunet rozluźnił uścisk. Kano za pomocą magii wyrwał mu z ręki miecz i odrzucił go w bok. Viper obrócił się w jego kierunku, gotów do ataku, jednak nagle przez drzwi wpadła Tyksona i siłą rozpędu rzuciła nim o przeciwległą ścianę. Viper grzmotnął głową o beton i jęknął z bólu. Był oszołomiony, co wykorzystała Tyks, która nie wiadomo skąd, wytrzasnęła linę i szybko spętała nią chłopaka. Stanęła dumnie nad półprzytomnym brunetem.
- Co zamierzasz z nim teraz zrobić? – spytał Kano.

<Tyks?>


Od Mishabiru C.D Wendy

Basior spojrzał podejrzliwie na wielogłowe stworzenie znajdujące się tuż przy ramieniu dziewczyny. Tyle lat, a widział coś takiego pierwszy raz. Miał bardzo wiele pytań do spotkanej Wendy, lecz nie chciał jej zbyt wystraszyć. Za bardzo pokazywała po sobie, iż mu nie ufa.
- Oaza Smoków powiadasz… - cmoknął, z nieukrywanym rozbawieniem rozglądając się wokół. – Skąd taka nazwa, skoro aktualnie żadnego gada tutaj nie widać?
Dziewczę wzruszyło ramionami, przyglądając mu się.
- Trafiłeś tutaj przypadkiem? – zapytała.
- Mniej więcej. – Alvarez poprawił swój kucyk, po czym założył ręce na klatce piersiowej. – Dostałem zlecenie na zdobycie złotej czaszki, która została skradziona przez czarnego smoka jednemu z bardziej wpływowych ludzi na Delcie. Niechętnie robię te zadanie, ale potrzebuję pieniędzy i paru informacji. Na mapie, którą dostałem, nie było tego miejsca, dlatego też postanowiłem to sprawdzić, z czystej ciekawości. Już nawet nie wspominam, że jestem głodny oraz zmęczony…
Zakończył streszczenie lekkim uśmiechem, zaś Wendy obcięła go wzrokiem, po czym ruszyła w kierunku stojącego nieopodal domku.
- Zapraszam cię na kolację, może nawet udostępnię podłogę jako nocleg. – odparła jakże zachęcająco, nie oglądając się nawet.
Prawdę o zmęczeniu trochę naciągnął, ponieważ był w drodze dopiero od trzech godzin, po ówczesnym przespaniu prawie całego dnia. Lubił podróżować w nocy. Zazwyczaj było wtedy cicho, spokojnie, a z widzeniem w ciemności nie miał najmniejszych problemów.
Wnętrze domku było urządzone przytulnie, aż nawet za bardzo dla basiora, który nie przywiązywał większej wagi do przelotnych miejsc na odpoczynek. Dziewczyna w trakcie przygotowywania posiłku zdawkowo odpowiadała na pytania Mishabiru. Kiedy w końcu zasiedli do uczty, musiał zacząć jeden z ważniejszych tematów.
- Sądzę, że nie będę ci w stanie pomóc z owym czarnym smokiem i kradzieżą. – odparła nagle pomiędzy kęsami. – Nic takiego nie obiło mi się o uszy.
- Twierdzę inaczej. Musisz mi więcej opowiedzieć o tym miejscu, o smokach, które tu bywają, bo czuć to na kilometry. – Uśmiechnął się, kończąc posiłek. – Twoja wiedza mi się przyda, w końcu tutaj mieszkasz jakiś czas, prawda?
Dziewczyna zaprzestała jedzenia, przedłużając ciszę, aż uniosła swoje czerwone tęczówki na białowłosego.

< Wendy? Wybacz, że tak krótko, ale kompletnie nie miałam pomysłu, co Tobie odpisać.>

Od Dorina C.D Mishabiru

Został sam przy mniej strzeżonym wejściu. Z braku lepszego miejsca został zmuszony do zaczekania na akcję na jakiejś ławeczce przed wejściem, bo przy owym wejściu nie było niczego za czym można by się schować, żadnych kontenerów na śmieci, samochodów... Nie było nic, tylko jakiś skwerek z kilkoma ławeczkami i drzewkami jakby miejsce przed tym zamczyskiem było idealnym miejscem na wypoczynek. Krzyki magicznych istot ciepiących katusze gratis.
Czuł się trochę głupio, siedząc tak i po prostu gapiąc się na ten budynek, ale cieszył się też, że nie musi siedzieć teraz przy jakimś śmierdzącym, tfu "brzydko pachnącym" kontenerze. Ciekawe, jakie miejsce do przeczekania tych beznadziejnie długich pięciu minut trafiło się jego partnerowi. Zastanawiał się też jak pozbyć się tych czterech strażników, którzy stali obok jego wejścia. Miał miecz i kilka sztyletów w zanadrzu, ale jeśli na chodnik posypią się głowy to zwróci na siebie za dużą uwagę. Z drugiej strony czegoś lepszego niż akcja "wbijamy na chama" raczej nie wymyśli, mówi się trudno.
Czas nie płynął nazbyt szybko, a on sam po prostu obserwował przechadzających się ludzi. Nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, nawet strażnicy zdawali się go ignorować, co było mu bardzo na rękę. Znów miał naciągnięty kaptur na głowę, przez co wyglądał jak jakiś koleś czekając na swojego ziomka, żeby później przejść się z nim do najbliższego monopolowego.
Pięć minut minęło. Od strony drugiego wejścia, które zamierzali zaatakować dobiegły krzyki. Białowłosy odczekał kilka sekund, uważnie obserwując strażników, którzy zaniepokojenie rzucali dookoła niespokojne spojrzenia. Po chwili wstał gwałtownie z ławki i szybko podbiegł do mężczyzn. Nie tracąc pędu, uderzył jednego prosto w skroń, przez co strażnik upadł na ziemię. Jeden z głowy. Wciąż wykorzystując moment zaskoczenia, podciął nogi drugiemu i mężczyzna rąbnął mocno o bruk. Błyskawicznie dobył miecza i trzeciego uderzył z całej siły głowicą. Czwarty z nich dostał płaską częścią miecza i jak jego towarzysze upadł, a raczej zwalił się na chodnik. Białowłosy czym prędzej chwycił klucz do wejścia, który wisiał przy pasku jednego ze strażników i pospiesznie wsadził go do dziurki. Drzwi otworzyły się z wyraźnym skrzypnięciem, a basior czekał na kolejną falę strażników, która powinna go dopaść zaraz po wejściu.
Nic takiego nie nastąpiło, chłopak rozejrzał się zdziwiony po świecącym pustkami korytarzu. Nic, żywej duszy, żadnego strażnika. To wydawało się zbyt łatwe. To był Senat, ktoś powinien stać przy drzwiach... Zignorował narastające uczucie niepokoju i poszedł dalej. Korytarz był szary i nie było w nim nic szczególnego, bo był zupełnie pusty. Szybko dotarł do jakiejś klatki schodowej. Zawahał się przez chwilę, ale szybko przypomniał sobie, że istoty, które mieli uratować znajdowały się w piwnicy, więc wybrał schody na dół. Starał się jak najszybciej zbiec na sam dół, bo najpewniej tam znajdzie swój cel. Przez chwilę zastanawiał się jak sobie radzi jego partner, ale to nie zajęło mu zbyt dużo czasu, bo z korytarza jednego z pięter, przez które przechodził wypadło na niego kilku strażników. Przyspieszył, słysząc za sobą ich głośne kroki.
Schody nagle się skończyły, a przed sobą miał teraz najzwyklejsze w świecie drzwi. Czarne proste, z okrągłą klamką, bez żadnego zabezpieczenia. Nie sprawdzając nawet czy są zamknięte, kopnął je z całej siły, żeby zamek ustąpił. Strażnicy byli coraz bliżej niego, ale nie schodzili tak szybko jak on. Wbiegł do pomieszczenia, do którego prowadziły drzwi. Kolejny raz został zaskoczony, bo to była najzwyklejsza w świecie szatnia. Wszędzie stały metalowe szafki na ubrania, które trwożyły niemalże labirynt. Białowłosy wbiegł pomiędzy nie, starając się mniej więcej przejść na drugą stronę szatni. Wciąż nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś tu jest mocno nie tak, bo przecież nie trzymaliby nikogo w jakiejś tam szatni. Chyba, że znalazł się na złym piętrze. Przeklął cicho pod nosem, ale nawet nie próbował się wrócić, bo miał na ogonie kilku strażników.
Z szatni wbiegł prosto do kolejnego pomieszczenia, w którym na podłodze walała się masa jakiegoś materiału, chyba pościeli, jak zdążył zauważyć i stało kilkadziesiąt pralek w równych szeregach. Do pomieszczenia wpadli strażnicy, więc białowłosy nawet się nie zastanawiając, wskoczył na pierwszą z maszyn. Później skoczył na kolejną z nich, która stała dalej i dziękował wszystkim bogom jakich znał, że ktoś ustawił je tak, że można było spokojnie wskoczyć z jednej na drugą. Mężczyźni, którzy oczywiście byli typowymi mięśniakami, więc nawet nie próbowali pójść jego śladami, tylko próbowali przebiec przez stosy brudnej pościeli. Przeskakując z prali na pralkę czuł się niczym primabalerina na jednym z bardziej wymagających przedstawień. Szeregi maszyn szybko się skończyły, a on brodząc po kolana w materiale próbował wydostać się z pomieszczenia.
Wychodząc pralni, prawie, że zderzył się z jednym ze strażnikiem, który nagle wybiegł z jakiegoś bocznego korytarza. Udało mu się w porę odbiec od mężczyzny zanim ten zdążył go złapać, ale za to naprzeciw niego nagle wyrosło pięciu rosłych facetów, którzy zdecydowanie zjedli zbyt dużo dokładek u babci, bo ledwo mieścili się w wąskim korytarzu. Chłopak ledwo się wyrabiając skręcił w lewo, a później jeszcze w prawo chcąc zgubić strażników,  ale kolejna fala mężczyzna zalała go nagle ze wszystkich stron. Został mu tylko jakiś wąski korytarz, który wyglądał na ślepy. Nie miał zbytniego wyboru, więc idąc tyłem obserwował podążających jego śladem mężczyzn. Dobył miecza, o co to to nie, nie da się tak łatwo złapać. Miał nadzieję, że tylko on zaliczył taką wpadkę.
Nagle uderzył w kogoś, prawie dostając zawału. Spojrzał szybko przez ramię, na szczęście to tylko jego partner... Cholera jasna, jemu też się nie udało, a na dodatek za nim też podążało kilkunastu strażników.
 – Jak ci idzie? – zapytał jego towarzysz, przywierając do niego plecami.
– Zgodnie z planem, nie widać? – odparł sarkastycznie, a mężczyźni powoli zacieśniali krąg wokół nich.
Niektórzy strażnicy wyciągnęli broń, mierząc w nich uważnie. Jeden z nich miał coś co do końca nie wyglądało jak pistolet... Chłopak za późno zrozumiał z czego w niego mierzą, to był taser. Próbował się jeszcze cofnąć, żeby uniknąć trafienia elektrodami, ale napotkał plecy swojego partnera. Poczuł jak w klatkę piersiową wbijają mu się haczyki. Poczuł ogromny strach i ból, później był tylko ten okropny paraliż aż w końcu zemdlał.

~~~

Obudził się, czując rwący ból w całym ciele. Podniósł się do siadu i rozejrzał się zdezorientowany po miejscu, w którym się znalazł. Było to zwykłe, całkowicie czarne pomieszczenie z toaletą w rogu i dwoma materacami rzuconymi na podłogę. Na przeciwległej ścianie były potężne, dobrze zabezpieczone drzwi i tyle, nie było żadnych okien, kret, kamer. Nie, jedna jednak była, ale zauważył ją dopiero po chwili. Przetarł twarz dłonią, chcąc się troszeczkę rozbudzić. Dotknął miejsca gdzie trafiły go elektrody, dać się zamknąć w tak debilny sposób... Ze zdziwienie zobaczył pod bluzą śwież opatrunek. Ugh, zadbali o nich, a to nie zwiastowało raczej niczego dobrego. Spojrzał na swojego partnera, który leżał na drugim materac. Był cały poobdrapywany, a na szyi miał paskudnego siniaka. Zastanawiał się co go zaatakowało, siniak był pewnie dziełem jednego ze strażników, ale te zadrapania... Najwyżej, o ile jego moc będzie współpracować, to go później wyleczy. Wolał na razie nie zdradzać się aż tak, robiąc to przed kamerami, niech sobie jeszcze pocierpi.
Odwrócił wzrok od mężczyzny, uznając, że to już podchodzi pod gapienie się i uważniej przyjrzał się drzwiom. Na dole znajdowała się mała klapka, najpewniej do podawania jedzenia, ale oprócz tego drzwi wydawały się nie do przejścia zwłaszcza, że każdy ich ruch był obserwowany przez kamery, chociaż miał dziwne wrażenie, że nie zabawią tu zbyt długo.
Nagły ruch zwrócił jego uwagę. Spojrzał znowu na swojego partnera, który poruszył się niespokojnie, a jego czerwone oczy otworzyły się szeroko.
– Widzę, że śpiąca królewna się obudziła – rzucił do mężczyzny.
Ten odpowiedział mu jakimś nie zrozumiałym pomrukiem. Białowłosy powoli zaczynał się zastanawiać nad byciem troszeczkę milszym dla swojego partnera, bo w końcu spędzą ze sobą zapewne sporo czasu zanim się wydostaną z tego Senatu, o ile nadal byli w tym przeklętym budynku. Na razie, jednak uznał, że nie warto aż tak się do niego przymilać.


<Sizu? Cieszę się, że wróciłaś <3 >

Od Tyks C.D Kano

  - TY ZWYROLU! - wrzasnęła Tyks, widząc roześmianą twarz Vipera. Wzięła pierwsze lepsze, rozwalone krzesło pozbawione dwóch przednich nóg i z całej siły cisnęła nim w bruneta, który, pomimo ataku śmiechu, odskoczył i uniknął niechybnej śmierci z rąk Tyks. - TY CHUJU! TY MĘSKA PIPO! NIE DARUJĘ CI TEGO!!! 
  - O my god, Tyks... - Viper otarł łzy wywołane napadem glupawki i spojrzał z dumą na swoją kocią niańkę. - Na śmierć zapomniałem, że ty tak panicznie boisz się wody.
  - ZABAWNE. TAK, NAPRAWDĘ ZABAWNE!!! 
  Viper dopiero teraz zauważył Kano, który ciągnął za nim swojego związanego brata. Anubis zdążył mu tylko rzucić błagalnym spojrzeniem typu "błagam, uwolnij mnie od tych psychopatów!", po czym został zasłonięty przez blondyna z głupim uśmiechem na ryju, jakby Kano spodziewał się, że brunet nie zauważy swojego brata. Percy aż uderzył swoją ręką w czoło (czy, jak kto woli, zrobił przysłowiowego facepalm'a). 
  - Tyksiu. Nie wiem zresztą, czy ty wiesz... Zostałem tutaj przysłany po to, by odebrać swoją własność... Znaczy, swojego brata. Wiem dobrze, że nic byś mu nie zrobiła i bym ci go zostawił, ale ojciec dał mi całkiem ciekawą ofertę, więc zmuszony jestem z wami walczyć. Mam nadzieję, że wody prysznic ci się spodobał, ponieważ mam jeszcze kilka tego typu sztuczek w zanadrzu. Nie próbuj nawet uciekać, bo znam ten dom jak własną kieszeń. Ale też nie poddawaj się za szybko, bo chętnie bym sobie z kimś powalczył. 
  - Sorry Viper. - Tyks nawet nie przybrała pozycji bojowej, pomimo tego, iż Viper zdążył wyciągnąć miecz i w każdej chwili gotów był zaatakować dziewczynę. - Nie bawię się już w to. Nie dam się złapać. 
   Po czym odwróciła się napięcie i skoczyła na Kano i ich więźnia. Dwójka stoczyła się ze schodów, niczym drewniana bala. Był to bardzo niewygodny sposób przedostania się na sam dół, ale za to chyba najszybszy. Zaraz za nimi pojawił się strumień wody. To, co najbardziej zastanowiło Tyks, to skąd chłopak czerpał ten życiodajny płyn? Żałowała, że dobrze nie rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiegoś kranu. Gdyby w budynku nie było już żadnej kropli, chłopak zostałby w pewnym sensie unieruchomiony. I właśnie tak zamierzała z nim walczyć. 
  Tak, postanowiła jednak to zrobić. Mieli przewagę liczebną. Związany Anubis nie był w końcu w stanie nic zrobić. Brunet sam w sobie był silny, ale nikt nie znał go lepiej, niż Tyks. A ta miała przy sobie pomocnika. Jeżeli wpakują Anubisa do jakiejś ciemnej, obskurnej dziury, z której ten nie będzie miał szans się wydostać, dwójka na pewno da sobie radę. A lepiej teraz unieszkodliwić bruneta, niż potem być przez niego ściganym. A znając życie wtrąciłaby się wtedy jeszcze Tytania, a wtedy mieliby przesrane...

Viper jest jak Crunchips. Jest Percy, jest impreza! xD
Kano?

Od Syriusza C.D Ravenis

  Jarał się. Niczym Rzym za czasów Nerona. Niczym smok deltowski. Był podekscytowany tym, że tak łatwo mu to pójdzie. Spodziewał się odrzucenia, wyśmiania, albo w najlepszym wypadku tego, że Ravcia odwzajemni jego uczucia, ale ze względu na swoją pozycję w szeregach Mroku nie byłaby w stanie do niego dołączyć. On planował więc przenieść się do Ravenis, jednak szansa, że demon go przygarnie była śmiesznie niska. Owszem, Mroku przydaliby się nowi rekruci, jednak sama gardziła wilkołakami i jeżeli by gdzieś trafił, to jedynie na stół operacyjny. 
  Och, coś i tak gładko poszło, że Rav załatwiła mu wpis. Przecież był wilkołakiem. Kurwą, której nienawidziła z całej siły wielka pani ciemności. Tym magicznym gnojarzem. Przytulił do siebie z całej siły swoją ukochaną. Serce zabiło mu mocniej. To nie był sen. To była jawa. Stracili dziecko, ale zyskali siebie. Zaplanują rodzinę od nowa. Tym razem dobrze przemyślą każdy ruch. Fragonia się ucieszy, kiedy w końcu kogoś ze sobą przyprowadzę i nie skarci mnie za to, że jest to kolejny wąż czy jakiś mężczyzna, pomyślał Syriusz zadowolony. 
  - Wynosimy i to czym prędzej. - zakomunikował chłopak, nie mogąc już powstrzymać uśmiechu. - Mam niewielkie mieszkanie na Spatium. I znam kogoś, kto nas tam przemyci. [...]

  Viper skrzywił się mocno. Spojrzał na Syriusza i zakasłał, wyciągając rękę. Ten, niechętnie, ale podał mu sakiewkę wypełnioną treflami. Chłopak zawsze był łasy na pieniądze. Kiedy zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił, zgadzając się na ten układ, było już za późno. Nie wykonywał zwykle zleceń dla członków wrogiej grupy, jednak w dzisiejszych czasach Wataha Zachodu była jego najmniejszym problemem. 
   - Po co to wszystko? - zapytała Rav. 
  - Nie myśl, że Mroku od tak da wam się ulotnić, złotko. - zaśmiał się ponuro brunet, chowając swoje nieuczciwie według praw Imperium pieniądze. - Prędzej czy później się rozmyśli. Nie lubi zdrajców. Będzie chciała was uciszyć. Zapewne oboje traficie na stół, o ile nie wymyśli czegoś jeszcze gorszego. Syriusz, to dopiero połowa zapłaty. Resztę wezmę, kiedy będziemy mieli dostęp do towaru.
  - Co mu obiecałeś? - szepnęła zdezorientowana Rav. 
  - Wolałabyś nie wiedzieć. - westchnął Syrek, mierząc wzrokiem Vipera, który "przypadkiem" otarł się o tyłek młodej pani doktor. 

Ravciu?

Od Mishabiru C.D Tytanii

Basior został wniesiony do środka domostwa i ułożony tuż przy rozpalonym kominku. Nim medyk przystąpił do oględzin, zasłonił okna oraz zaryglował drzwi, by nikt ciekawski nie wparował do środka. Na sam odór alkoholu krzywili się, jednak dość łatwo pozbyli się promili z jego krwi, lecz ten dalej nie odzyskiwał przytomności. Co gorsza, zaczął ciężej oddychać. Troszkę czasu zajęło, nim starszy mężczyzna odnalazł przyczynę. Była to dość mocna trucizna, która niszczy danego osobnika od środka, zaczynając od organów, lecz potrzebowała również czasu. Alkohol prawdopodobnie był zmyłką, aby nikt mu nie pomógł. W końcu nikt nie chce mieć do czynienia z obcym, dziwnym oraz pijanym wilkiem.
Stworzenie odtrutki nie było problemem, ale musieli mieć też nikłą nadzieję, iż cofnie zniszczenia, jakie mogły zostać rozsiane na organach basiora.
Tytania z zaciekawieniem przypatrywała się sierści wilka. Przekręcała głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, aby odczytać runy. Samo przemieszczanie się po pokoju było utrudnione, ponieważ ogony zajmowały sporo miejsca.
- Jakbym nie układała tych run, one nic nie znaczą. – Stwierdziła cicho dziewczyna, osuwając się nieco na bok. – Pierwszy raz go widzę, a coś… Takiego nie sposób nie kojarzyć.
- Owe runy mogą być albo klątwą, albo pieczęcią. – Odparł medyk, wlewając do pyska nieprzytomnego przygotowaną odtrutkę. – Ma około trzystu lat. Na pewno nigdy go nie widziałaś?
Księżniczka pokręciła przecząco głową.
- Wszystko co mogłem zrobić, uczyniłem, ale nieprędko się obudzi. – Podsumował, dorzucając drewna do ognia. – Zależnie od wielkości obrażeń wewnętrznych, a regeneracja trochę trwa, nawet kiedy regularnie podaje się odtrutkę. Ciężko wyplenić taki rodzaj trucizny, ale nie jest to niemożliwe.
- Ktoś próbował go zamordować? – wadera uniosła się, samą siebie przyłapując na zalążku krzyku.
- Na to wychodzi, ale póki nie zacznie gadać, to możemy się tylko domyślać. Po przebudzeniu pewnie i tak niewiele będzie pamiętał. – Mężczyzna westchnął, spoglądając to na Bethę, to na leżącego wilka. – Mam wiele innych pacjentów, którymi muszę się zająć i, jak widać, trochę utrudnia mi przemieszczanie, więc trzeba…
- Zabiorę go do zamku.
Decyzja podjęta przez księżniczkę zszokowała go aż tak, że nie mógł przez dłuższą chwilę wykrztusić słowa, poruszając tylko bezdźwięcznie pyskiem.
- K-księżniczko, nie uważam, aby to był dobry pomysł… - Położył po sobie uszy mając nadzieję, że wadera jeszcze przemyśli tę szybką decyzję.
- Zamek jest wystarczająco duży. I tak nie mam nic ważnego do roboty. – Westchnęła, zmierzając ku wyjściu. – Jeśli zacznie wyczyniać jakieś niestworzone rzeczy, po prostu go zabiję.
Po tychże słowach opuściła ciepły dom medyka, na powrót szukając pomocy w przeniesieniu basiora do zamku.

~ Dwa dni później. ~

Tytania doglądała basiora codziennie, mówiła do niego i pytała o wiele rzeczy z nadzieją, że w końcu się obudzi. Przez ten czas ponownie przestała wychodzić na zewnątrz. Chciała unikać niepotrzebnych pytań oraz osadzających spojrzeń podwładnych.
Musiała jednak przyznać, że była odrobinę zafascynowana wilkiem, jego wyglądem, jak również sporą dozą tajemniczości. Leżała nieopodal, wymyślając najprzeróżniejsze scenariusze, które mogłyby się wydarzyć po jego przebudzeniu. Powoli zbliżała się już trzecia noc, którą spędziłby nieprzytomny, aczkolwiek kątem oka wyłapała niewielki ruch nosa i powiek. Ogony uniosły się, po czym falą opadły z powrotem na podłogę. Smukłe łapy basiora zadrżały, po czym uchylił powieki, ukazując swe czerwone tęczówki.
Oblizał suche wargi, ze stękiem podnosząc się do siadu. Lekko zamglonym spojrzeniem zaczął badać pomieszczenie, aż z trudem zatrzymał je na siedzącej przed nim waderze.
- Gdzie ja jestem? – zapytał, chwiejąc się, jakby nadal był pijany.

< No dawaj~ >

Od Mishabiru C.D Youkami

Mishabiru był już wykończony tą walką, lecz nie zamierzał się tak łatwo poddać. Pieprzona maszyna nie miała już osłony antymagicznej. Słabe łączenia stały się dostępne, lecz ciężkim zadaniem było przebić się przez jego obronę. Katem oka zauważył niespodziewany ruch z prawej strony. Ktoś jeszcze tutaj biegał, jednak nie mógł się na nim skupić, inaczej śmiercionośny robot obierze inny cel.
Przybrawszy formę błyskawicy ruszył wprost na wroga, jednak tuż przed nim w ostatniej chwili odbił się ku górze, gdyż owa postać drugoplanowa, to nie był nikt inny, jak tamta dziewczyna, której zakazał się zbliżać, lecz w postaci wilka. Rzuciła się z kłami na wystające kable w ramieniu robota, wyrywając kilka z ich. Odrzucona w gruzy budynku było ostatnim, co widział Alvarez, zaraz po tym z góry wbijając katanę w łączenie między ramieniem a torsem. Duża ilość pary z sykiem buchnęła wokół, po czym maszyna oddzieliła od siebie część nienadającą się do dalszej walki.
Basior podbiegł do dziewczyny, z małym zdziwieniem widząc ją na powrót w ludzkiej postaci. Pomógł jej wstać, uprzednio odwołując katany.
- Możesz iść? – zapytał, pobieżnie oglądając ją, czy nie ma jakichś poważniejszych ran.
Kiedy ta cicho potwierdziła, iż jest w stanie się poruszać, objął ją jednym ramieniem, zaś drugą ręką trzymał za dłoń, po czym puścili się biegiem w stronę lasu sąsiadującego z wioską. Wadera w ciszy podążała przy jego boku, lecz kiedy stanęli nad stawem, zachłysnęła się powietrzem.
- Umiesz pływać? – wadera mocniej ścisnęła jego ramię i nim zdążyła odpowiedzieć, wciągnął ją do lodowatej wody.
Niemiłosiernie zaczęła się szarpać oraz wydawać dźwięki podobne do krótkich krzyków przerażenia. Alvarez próbował ją uspokoić, lecz jedynie bardziej obrywał. Pomimo tego, iż sam miał grunt pod nogami, tracił przez nią równowagę i nie był w stanie utrzymać jej ponad taflą wody. Nie uspokoiła się nawet wtedy, gdy robot dotarł do brzegu. Jedyne ramię, które miał, przekonstruował w działo, celując wprost w wilkołaki.
Mishabiru tylko na to czekał. Wciągnął przez nos wilgotne powietrze, uformował magię w swoim wnętrzu, po czym wypuścił z ust trzy szybkie strzały w postaci niewielkich, ognistych kul otoczonych wiązkami czarnej błyskawicy. Wbiły się tuż przed nogami maszyny i eksplodowały. Poruszona ziemia osunęła się pod wpływem ciężaru owego żelastwa. Niebezpieczne cholerstwo runęło prosto do wody. Odkryte złącza zaczęły iskrzyć, zwiastując niechybny wybuch.
Basior złapał dziewczę w swoje ramiona i zanurkował, w miarę swoich możliwości płynąc dalej, w głąb stawu. Wadera nie potrafiła zamknąć ust pod wodą, co sprawiło, że zbyt dużo cieczy dostało się do jej płuc. Ostatecznie straciła przytomność w chwili wybuchu maszyny. Doprowadził do podtopienie niewinnej istoty.
Po wyjściu na brzeg od razu zabrał się za pierwszą pomoc. Skutki pływania w zimnej wodzie i jego złapały, lecz teraz musiał zająć się przypadkową ofiarą szybkiego pomysłu. Na szczęście oddychała sama, jednak ułożył ją w pozycji bocznej. Nie znał się na podtopieniach, dlatego też postanowił wezwać kogoś, kto odpowiednio się nią zajmie.
- Wzywam cię, patronie życia – Basior wyjął spod płaszcza złoty klucz owinięty czarnym wężem, zaś wokół niego pojawił się zielony okrąg run. – Ophiuchus.
Światło tejże barwy uniosło się niczym zasłona, po czym zniknęło. Za Mishabiru stał mężczyzna w średnim wieku, z ciemnozielonymi włosami upiętymi w wysoko umieszczony kucyk. Odziany w granatowe szaty, ukucnął tuż przy nieprzytomnej waderze.
- Zajmij się nią, niedługo wrócę – lekko dotknął jego ramienia, jako znak porozumiewawczy, po czym biegiem ruszył w drogę powrotną do miasta.
Gwiazdozbiory miały to do siebie, że obserwowały poczynania swojego właściciela z gwiazd. W chwili przyzwania przybierały formę ludzką, bądź oryginalną, zależnie od sytuacji. Ophiuchus, inaczej Wężownik, zajmował głównie leczeniem, w szczególnych przypadkach nawet ożywaniem, jednak w walce też doskonale sobie radził.
Kiedy basior dobiegł na miejsce gruzowiska, począł grzebać w poszukiwaniu swoich zdobyczy. Niestety, spłonęły doszczętnie, pozostawiając po sobie kupkę popiołu. Był zawiedzony, aczkolwiek zawsze istniała jakaś szansa, iż gdzieś są kopie. Nie mając czego dalej szukać, zawrócił, jednak coś przykuło jego uwagę. Niewielki tobołek, zaś obok wilcze łapy. Po zapachu śmiało mógł stwierdzić, do kogo to należy.
Powróciwszy nad staw, przyjaciel przekazał mu ważne informacje na temat stanu dziewczyny. Swoim pomysłem doprowadził ją do wielkiego szoku oraz przemarznięcia. Basior podziękował za pomoc i odwołał gwiazdozbiór. Na szybko zebrał patyki i rozpalił ognisko, które początkowo nie chciało za bardzo współpracować, a sam był zbyt wykończony, aby utrzymywać ogień na ogonie. Przemienił się w wilka, wyzbył śniegu spod jednego z drzew, po czym swoimi ogonami owinął dziewczę, niczym kocem.
Pozostało mu na razie ją grzać, aż odzyska przytomność, oraz być nadzwyczaj czujnym. Cholera wie, co mogło się jeszcze wydarzyć przed zmrokiem albo, co gorsza, w nocy.


< Yokuku? ^^ >

Od Jeanette CD Artura

   Bawcie się dobrze. Ta, jeszcze czego. Miałam już setki razy przeprowadzane badania. Czy to po dobroci, czy też nie. Wiem tylko, że żadne z nich nie było przyjemne i na każdym z nich miałam ochotę zamordować przeprowadzającego takowe. Od pierwszego razu na każdym z nich stosowałam jednak taką samą technikę. Starałam się myślami odejść od ciała, bo co mnie to ma obchodzić, skoro to tylko jakaś nieudolna materialna powłoka, żeby nie powiedzieć zwykła kukła. Okłamywanie siebie zawsze dobrze mi szło, więc nie miałam większych problemów w wmówieniu sobie, że to przecież nie ja, to jakaś podstawiona kukła. Może dlatego jeszcze nie oszalałam. Albo już jestem szalona, ale jeszcze o tym nie wiem. To w sumie tak samo prawdopodobne. Nie mówiłam nic, o ile nie musiałam. Nie jego wina, że musi mnie badać, niech przynajmniej nie cierpi przez moje narzekanie. W końcu mu za to płacili, a każdy posiada jedno, szczególne hobby: mianowicie nieumieranie z głodu. Ja również nie byłam wyjątkiem i chodziłam do pracy, zamiast rzucić słuchawkami i powiedzieć, że pierdolę to wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady zdechnąć z głodu, bo bez pieniędzy nic nie zrobię.
   Nie reagowałam, kiedy mnie dotykał. Nic mnie to nie obchodzi. Powtarzałam to sobie w głowie jak jakaś zepsuta pozytywka. Dopiero kiedy pobrał mi krew, wbijając strzykawkę w przedramię, zasyczałam głośno. Kurwa, nie ma gorszej rzeczy od strzykawek. Kiedy gwałtownie wypuściłam powietrze, tamten zaczął mi wszystko tłumaczyć.
 — Muszę ci pobrać krew, aby sprawdzić obecność przeciwciał, które się wytwarzają w obecności wirusa HIV.. — zaczął, w skupieniu naciskając tłok strzykawki.
 — Nie mam HIV.  — odpowiedziałam znudzona. Jak się sypia z kim popadnie, to się robi takie testy co dwa tygodnie. — AIDS też nie. W ogóle żadnych chorób. Chyba, że depresja, schizofrenia paranoidalna i alergia na idiotów się liczą. To wtedy tak. Ale to raczej nic, co mogłoby was obchodzić.
Nie odpowiedział mi, a to chuj. Musiałam znaleźć sobie inne zajęcie, żeby przypadkiem tutaj nie zdechnąć.
 — Nie mam też wewnętrznej części układu rozrodczego. — rzuciłam mimochodem, jakby do łba mu przyszło, żeby mnie badać. — Nie ma jajników, nie ma raka. To bardzo praktyczne rozwiązanie, wiesz?
Nadal nie przejmował się moją paplaniną. Ta, zdechnę tutaj. Zdechnę z nudów, o ile tak się da. A jak nie z nudów, to z robienia czegoś głupiego, co się może zakończyć w najlepszym przypadku trwałym uszkodzeniem zdrowia. Czyli, upraszczając, śmierć z nudów.. Jak uroczo. Chcę mieć tak napisane na nagrobku, jak już ktoś albo coś mnie wykończy. Wydaje mi się jednak, że to będzie ktoś, komu po prostu puszczą nerwy i mnie po prostu zatłucze jakimś tępym narzędziem. I pewnie jeszcze nawet kary za to nie poniesie, bo kto by się przejmował taką Jeanette Twardowski-Rizzoli. Chyba, że jakimś cudem policja zacznie mnie szukać, w sumie to zginęła im para rąk do pracy, powinni się o swoje upomnieć. Jaka jest szansa, że Perun zechce zwrócić na mnie uwagę i ruszyć dupę, żeby mnie szukać? Teoretycznie już nie pracowaliśmy razem, bo wziął i wyjechał w te cholerne Bieszczady, razem z Fragonią. A szczęścia im. Ciekawe, gdzie teraz będzie pracował, mając wykształcenie w obu kierunkach. Może w obu, żeby utrzymać rodzinę. Ciekawe, czy w ogóle zauważy moje zniknięcie. Może i zauważy, ale się tym nie przejmie, widząc w tym tylko kolejny mój kaprys, żeby się gdzieś zaszyć na parę dni. W końcu nigdy mu nie mówiłam o swoich planach, nigdy się nie zwierzałam, krótko mówiąc Perun nigdy nie wiedział, co mi w tym pustym łbie siedzi. I może już nigdy się nie dowie, jeśli ten chuj z góry jednak zdecyduje się na zabicie mnie. Nawet się nie dowie o mojej śmierci. Może uzna, że gdzieś wyjechałam układać sobie życie od nowa. Tak z boku patrząc, to nawet do mnie pasuje. Dobre, wiarygodne usprawiedliwienie. Nie wiem, gdzie jest moja najbliższa rodzina w postaci matki i czy w ogóle jeszcze o mnie pamięta, czy już zdążyła zapomnieć swoją niewdzięczną córeczkę. To dziwne, ale mam nadzieję, że tak właśnie się stało. Że już nie pamięta o mnie, że już śpi spokojnie. Jeśli nadal się trudzi ucieczką przed prawem, teraz na pewno jest jej lżej, bez dodatkowego bagażu w postaci rozwydrzonej gówniary, która nigdy nie rozumiała, czemu z dnia na dzień musi porzucić swoje dotychczasowe życie i przyjąć nową tożsamość. A jeśli jednak nie żyje, cóż, też dobrze. Po drugiej stronie musi być jej łatwiej.

Artur? 

Od Sir She CD Amithii

   Czuł się brudny. Tak bardzo brudny. Podciągnął kolana pod brodę, tępo wpatrując się przed siebie. Nie był przyzwyczajony do dotyku, nie lubił go. Jego kontakty seksualne ograniczały się tylko do samego stosunku. Odrzucał wszelkie gry wstępne, irytowały go. Nie zostawał na noc, przytulić swojej partnerki po tym wszystkim, nie dzwonił na drugi dzień, nie stawiał drinka przy kolejnym spotkaniu. Zapominał. Nie umiał okazywać czułości, rzadko też ją odczuwał, ostatnio w ogóle. Wszyscy byli dla niego tylko karaluchami z wyjątkowo długim życiem i wyjątkowo mało szpetną mordą. Amithia może i budziłaby pożądanie w wielu mężczyznach, jednak on się do takich nie zaliczał. Nie pociągało go w tej chwili nic różnego od kolejnej strzykawki w jego żyle. Jej dotyk był dla niego co najmniej dziwny, bo nikt jeszcze go nie dotykał w taki sposób. Otrzepał się jak pies z mokrej sierści na to wspomnienie. Tak, zdecydowanie, był dziwny.. bo nie bolał. She nie potrafił nazwać tego zamiennego uczucia, ale przynajmniej nie bolał.
   Podniósł się, wytarł i przeszedł do pokoju złączonego z łazienką. Uwalił się na łóżku, zakrywając się w całości kołdrą. Koniec wrażeń na ten dzień.

Ami?

OD Ravenis CD Syriusz

Ravenis zamurowało. Syriusz patrzył na nią, nadal mając wplątane palce w jej czerwone włosy. Nie wiedziała, jak zareagować. Nikt, nigdy jej... Oprócz jednej osoby, była traktowana przez wszystkich jako kamień. Istotę bez uczuć, która jedynie co ma, to życie. A on... Czuła, jak jej serce się na chwilę zatrzymuje. To trwało raptem chwilę, ale dla lekarki, to były najdłuższe momenty w jej życiu. Syriusz otarł resztę jej kapiących łez i nadal na nią patrzył. Kobieta, przytuliła się do niego, zakrywając twarz w jego torsie.
- Cz-Czemu musisz mnie okłamywać, Syriusz..?
- O czym ty mówisz, Ravcia? Kocham Cię! Zrozum to, proszę.
Dziewczyna patrzyła w Syriusza, który... Miał jedną z najbardziej poważnych twarz, jakich mógł zrobić... Mówił.. Prawdę.
- Ja... Też cię kocham... - powiedziała cicho, zamykając oczy, a mężczyzna, zaczął ją głaskać po włosach. Rav dawno nie czuła takiego bezpieczeństwa w czyiś objęciach... Zamknęła oczy i uspokoiła oddech.
- Więc... - otworzyła oczy, kierując wzrok na swojego partnera - co teraz...?
Syriusz oparł palec o jej bródkę i delikatnie pocałował jej delikatne usta. Ravenis zarumieniła się delikatnie i odwzajemniła całusa. Dziewczyna podeszła do biurka i spojrzała na pewne papiery. Ścisnęła je. Nadszedł ten moment, kiedy Mroku i to całe bagno, przegięło pałkę.
- Syriusz...
- Tak, Rav?
- Zwalniam się. Dołączę do Watahy Zachodu.

****
Ravenis stała, oparta o ścianę i patrzyła na Mroku. Ta dokładnie ją ilustrowała wzrokiem.
- Czyli, Panno Darkline - zaczęła, patrząc na papiery - chce pani opuścić to miejsce, razem z naszym już zakończonym badaniem. Syriuszem Potter'em.
- Tak, Mroku - siada przed nią - i tak moja kadencja tutaj, minęła wiele lat temu, mam prawo na rezygnację.
- Rozumiem - Mroku podpisała papier i podała Rav - masz 24 godziny na opuszczenie z nim tego miejsca.
- Dziękuje - Rav wzięła papiery i wyszła z gabinetu. Syriusz szybko ją przytulił.
- Nic ci nie zrobiła...?
Czerwonowłosa pokazała mu papiery.
- Wynosimy się stąd?

Syriusz? Wracajmy do domu...

Spotkanie

Blogowe spotkanie odbędzie się jutro [sobota - 14 kwietnia] na chacie blogowym o godzinie 20!!! 
 

Od Tyks C.D Alexa

  Uśmiechnął się. Och, oczywiście. Wybuchy. Dynamity. Ostatnio bawił się tak kilka dobrych miesięcy temu. Tęsknił za tymi czasami, kiedy rozwalał z Hikaru co najmniej połowę osiedla a potem gonili za nim wściekli menele spod sklepu, który przed chwilą był, a po chwili go nie było. Skinął tylko głową i westchnął. No tak. Teraz trzeba uwolnić Tyksonę, a potem wrócić do wypełnianiu misji. Choć minęło już tyle czasu, to trzeba było wrócić i wykonać w końcu swoją misję. Assyrio musiało należeć do WKJNu. I chociaż Darkness na pewno kazałby mu samemu ruszyć w drogę, to on nie potrafił zostawić swoją niańkę na pastwę losu. Jeszcze trochę, a naprawdę zaraz już jej nie będzie. Nie wyobrażałby sobie życia bez tego cholernego skurwysyna, rzucającego mu ciągle nowymi zasadami. Biedna Tyks...
  A co robiła w tym czasie dziewczyna? Nie trudno się domyślić, że siedziała w lochu i... cóż, rozmyślała nad swoim marnym życiem. Próbowała się czymś zająć. Jej współlokator trafił właśnie jako ofiara do tego krwawego rytuału, a ona siedziała. Nudziła się. W dodatku miała wrażenie, że pomieszczenie to staje się coraz ciaśniejsze. Klaustrofobia? Zaczęło się...? Cholera jasna. Ile ona już siedziała tutaj? Kurwa... Coraz ciaśniej. Coraz duszniej. Dusiła się. Miała wrażenie, że jest coraz gorzej. Zaczęło jej brakować tlenu. Sufit zaczął wirować. Coraz szybciej i szybciej. Chciała wstać, ale po kilku krokach ponownie leżała na ziemi, z rozbitym nosem. Tak, rozbitym. Cholera jasna... 
  Otarła swoją krew z twarzy i zakaszlała. Jeszcze trochę a chyba zaraz zacznie gadać sama do siebie i widzieć latającego, nagiego Vipera ze skrzydełkami amora. Albo gorzej... zobaczy... 
   - Tyksono! 
  Usłyszała swoje imię. Odwróciła się i zobaczyła kogoś, kogo najbardziej obawiała się zobaczyć. Darkness. Mężczyzna z wilczą czaszką na twarzy zbliżał się do niej coraz bardziej i bardziej. Ukląkł przy niej i złożył delikatny pocałunek na jej ustach. To był sen? To była prawda? Tak intensywne... Tak cudowne... 
  - Darkness...? To sen? To jawa..? Uwolnij mnie, cholera jasna! - warknęła dziewczyna, otrząsając się z tego potwornego transu. 
  - Jeszcze nie teraz. - syknął, zlizując jej delikatnie krew z ust. - Zresztą nie myśl, że ktoś tutaj o tobie zapomniał. Ratunek nadejdzie. A ja przyszedłem, żeby też się zabawić. 
  Dopiero teraz Tyks to zauważyła... W lewej ręce mężczyzna trzymał za kłaki głowę jakiejś kobiety. Zapewne kolejna z kochanek. Na widok tej okropnej rzeczy, omal nie zwróciła skąpej zawartości swojego żołądka. A było tak blisko... Widziała już wiele truposzów, jednak widząc z tak bliska tak zmasakrowaną twarz naprawdę ją zamuliło. I wtem właśnie usłyszała potworny huk. Odwróciła się na chwilę od Darknessa. Kiedy ponownie chciała spojrzeć na czarnowłosego, on zniknął. W końcu... To naprawdę była iluzja? W tak krótkim czasie w zamknięciu stała się tym cholernym szaleńcem? 
  I kolejny huk. Jęknęła. Skuliła się zdezorientowana, jakby zaraz sufit miał jej się zwalić na głowę. Do jej celi wpadł Viper, spoglądając na swoją niańkę. Od razu rzucił się w jej objęcia. Zdezorientowana Tyksona odwzajemniła jego uścisk i po kilku sekundach chłopak wziął ją już na ręce. Czuła się co najmniej dziwnie. Ale cieszyła się na jego widok. Alexa nigdy nie widziała. Za to po chwili usłyszała kolejny huk. Najwidoczniej czarnowłosy postanowił zabawić się w terrorystę i wysadził połowę tego pieprzonego gangu w powietrze. W sumie może nie być tak źle. Widząc ten złośliwy uśmieszek Vipera i jego szalony wzrok, wpatrujący się w ruiny jednej ze ścian, domyśliła się, że cieszył się teraz jak dziecko z tego wybuchu. Oblizała się mimowolnie. 
  - Zaraz wyniosę cię na pole. Potem ruszamy po nowy transport. I zobaczymy, co dalej. Z Alexem mamy spotkanie za piętnaście minut na polu, pod starym, zniszczonym dębem. Jak on skończy się tym gównem bawić, to idziemy gdzieś zaszaleć, co ty na to, mała? Zrobimy sobie wolne, no chociaż kilka jebanych godzin. Skoczymy do jakiegoś klubu na dziwki. Albo zrobimy trójkącik. Co ty na to?
  Tyksona pacnęła delikatnie w nos swojego wychowanka i zaśmiała się szaleńczo. Słowo dziwka wypowiedziane przez Vipera zabrzmiało dla niej jak najcudniejsza symfonia. Skinęła ochoczo głową i wtuliła się w jego przyjemny tors. Zamknęła oczy. Już nawet ten huk wydawał się taki odległy. Nawet wrzask innych ludzi. Wsłuchiwała się jedynie w bicie serca chłopaka, próbując się uspokoić. Oddech spowolnił. Poczuła się taka zmęczona... Tak zmęczona, że nie miała już siły na utrzymywanie się. Po prostu zamknęła oczy i oddała się objęciom Morfeusza. [...]
  Obudziła się kilka godzin później, w jakimś samochodzie typu deep. Strasznie zniszczony, jednak tapicerka była... bardzo, bardzo wygodna. Przeciągnęła się leniwie niczym kot. Nie jechali. Najwyraźniej nikt nie chciał jej obudzić. Albo czekali najpierw na opinię kociary. No tak. Tyksia musiała się wypowiedzieć. Inaczej wydrapałaby oczy zarówno Viperowi jak i Alexowi za to, że ją zignorowali. 

Alex? Gdzie żeś polazł?

Happy B-Day, Florka!

Podobny obraz
Happy B-day, Floruś!
Wszystkiego najlepszego z okazji twoich urodzin od członków bloga! Dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności! Dobrych ocen w szkole, samych przyjaciół. A wrogów niech Darkness spali na stosie!
Nie myśl, że o poście zapomniałam! :)

Od Kano C.D Tyks


                Tak jak dziewczyna przykazała, Kano został na straży Anubisa. Wstał i wyjrzał za drzwi, jednak nikogo nie zauważył. Odwrócił się więc z powrotem do wnętrza pomieszczenia i zawiesił swój wzrok na drobnym wilku, który wijąc się, jakby miał padaczkę, próbował dopełznąć do wylanej fasoli. Wciąż związany, miał trudności z poruszaniem się, dlatego wpierw uporał się z zawiązanym pyskiem, by następnie językiem próbować zlizać jedzenie z ziemi.
                - Anu, nie żryj tego, przecież to jest całe w sadzy i pyle – bąknął Kano stojąc nad wilkiem. Spojrzał się na niego z politowaniem. – I tak nie jest tego warte. Tego ohydztwa nawet umierający z głodu by nie wziął do ust. – Westchnął i podszedł do zabitego deskami okna.
                Nagle usłyszeli wrzask Tyks i szum wody. Kano obracając się, niefortunnie postawił stopę w rozlanej fasoli. Noga poślizgnęła się w bok, a chłopak wylądował z hukiem na ziemi. Anubis, jeszcze chwile temu tak wielce poszkodowany i smutny, nie mógł wręcz powstrzymać śmiechu. Patrzył z pożałowaniem na Kano, który odbił sobie fakturę desek podłogowych na czole. Blondyn podniósł się jak najszybciej mógł i złapał wilka za wiążącą go linę. Nie miał zamiaru zostawiać go samego w pokoju, jeszcze by zwiał, a wtedy Tyks pewnie nie mogłaby się powstrzymać od spuszczenia Kano łomotu.
                Blondyn ostrożnie wyszedł z pomieszczenia i ciągnąc za sobą obrażonego wilka, który nie chciał współpracować, bo wolał naśmiewać się z niefortunnej wpadki Kano, zaczął rozglądać się po piętrze. Był nieuzbrojony, mógł polegać jedynie na swoich mocach, których próbkę mógł zobaczyć już tego samego dnia. Krótko mówiąc, było źle.
                Usłyszał jakieś rozmowy w pokoju kilka metrów przed nimi i zobaczył, że po podłodze ciurkiem leje się woda. Ostrożnie zajrzał do środka i zobaczył Tyksonę, która rozmawiała z kimś, kogo na pierwszy rzut nie rozpoznał.

<Tyyyyks? Postanowiłam polać trochę wody, bo nie mam pojęcia, kto ma być naszym gościem, więc zostawiam to tobie >:D >

Od Tyks C.D Kano

  Kano się mocno skrzywił. Anubis również. Tyks spojrzała na swojego więźnia. W jego oczach dostrzegła pojedyncze łezki, które szybko chłopak przetarł. Oddychał niespokojnie. Kocica, wkurzona jeszcze bardziej, zacisnęła pazurki na jego pośladku, wywołując cichy kwik. Mimowolnie zaśmiała się. Rudowłosy jęknął 
  - Teraz to się kurwiu policzysz. Ty i ty! - krzyknęła, pokazując na Kano, który wyglądał teraz jak zawstydzony dzieciak, którego matka przyłapała na paleniu fajek ojca. - Gdyby nie fakt, że wiem, co mnie spodka, oddałabym cię Darknessowi!!! 
  - Co cię niby spotka, że tak się mojego ojca boisz? - wyjąkał po chwili Anu, nabierając z trudem nową dawkę powietrza do płuc. 
  - Gówno cię to obchodzi, smarku. Pozostaniemy w tym domu kilka godzin. Może, przy odrobinie szczęścia, znajdziemy tutaj trochę twoich rzeczy. O ile się nie mylę, kochana rodzinka Rivers opuściła to miejsce w pośpiechu, więc może mamy tutaj co nie co. 
  Po czym spojrzała wymownie na Kano. Chłopak tylko skinął głową i zmył się z jej pola widzenia. Teraz to Tyks zarządzała tym lokalem. Nie dawała sobą pomiatać tak łatwo, jak kiedyś. Twardo trzymała Anubisa pod sobą. Chłopak nie miał już siły walczyć o wolność. Odnosił wrażenie, że im bardziej się szarpie, tym bardziej Tyksona stara się go zmiażdżyć. Więc przestał się miotać. Kano wrócił po kilku minutach ze sznurem w ręce. Tyksia błyskawicznie zmieniła więc pozycję, aby chłopak mógł związać ich więźnia. 
  Alexander został rzucony w kąt, niczym worek ziemniaków po całej akcji. Dla bezpieczeństwa dwójka szaleńców postanowiła również zakryć mu usta szmatką. Blondyn znalazł w domu puszki z fasolą oraz konserwy mięsne, dzięki czemu nie musieli wychodzić do sklepu. Bardziej zyskał na tym Kano, który obawiał się, że kotka pogoniłaby właśnie jego. Albo - co gorsza - zostawiłaby chłopaka z wściekłym nastolatkiem, który już raz im się wyrwał i niewiele by brakowało, a zarobiliby karę u Wielkiego Pana Podziemia. A tego nikt nie chciał. Jedynie Anu nie miał nic do stracenia. Poza rękami, nogami i innymi narządami, które w każdej chwili mogłaby wyrwać mu wkurwiona Tyksia. 
  Kocica zagarnęła oczywiście konserwy mięsne. Sama nie tknęła fasolki, która przypadła jej biednemu współzłoczyńcy. On jednak nie narzekał, bo oczywiście bał się reakcji wściekłej anthro. Konserwy nie były posiłkiem jej marzeń, jednak anthro wiedziała, że na chwilę obecną na nic lepszego nie mogą sobie pozwolić. Anubis nie dostał do jedzenia nic. Wpatrywał się smutno w ciamkającą dwójkę. Robili to jakby na złość.. a może z tego głodu wyostrzył mu się zmysł nie tylko węchu, ale również słuchu? Zrobiłby teraz wszystko za jedną konserwę... Nie jadł nic od dobrych kilkunastu godzin. 
  Usłyszeli krzyk. Tyks odruchowo przyjęła pozycję bojową. Wyciągnęła dwa sztylety i stanęła na jednej łapie, w pozycji żurawia. Kano odłożył delikatnie w połowie opróżnioną z fasolki i rozejrzał się zdezorientowany. Jedynie Anubis wciąż pozostawał spokojny. Wpatrywał się z zauroczeniem w puszeczkę, jakby był najśliczniejszą istotą we wszechświecie. Swoją lewą nogą próbował dosięgnąć metalowego opakowania. Puszka upadła, a fasolka wylądowała na zabrudzonej podłodze. Krzyk rozległ się ponownie, mrożąc krew w żyłach dwójce bohaterów.
  - Zostań. - syknęła Tyksia, spoglądając kontem oka na blondyna. - Sprawdzę, co to. 
  Jak powiedziała, tak i zrobiła. Wyszła ostrożnie ze zniszczonego salonu, kierując się w stronę schodów. Coś potwornie zaskrzypiało i usłyszała delikatny, ale stanowczy głos... 
TYKS! 
  Odwróciła się przerażona, a po chwili oberwała strumieniem wody. 

Kano? Hy hy, mamy gościa!

Od Azami C.D Alexa

Patrzyłam na niego to gdzieś indziej. Jednak po jakiś kilku minutach, za Alex'em pojawił się portal. Podeszłam powoli.
- Zobacz. - powiedziałam i go pokazałam, aby się odwrócił. Z portalu wyszły dwie postacie Remi i Nerv. Niemal od razu rzucili mi się na szyję, a ja się w nich wtuliłam.
- Remi, Nerv mam was w końcu. Jesteście bezpieczni, już nikt was nie złapie, obiecuję. - wyszeptałam i pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach.
- Azi dziękuję, że walczysz i szukasz nas. Twoje węże zaprowadziły nas do twojego domu. Wróć z nami. Choć. - powiedziałam i spojrzała na mnie. Uśmiechnęłam się, jednak nie byłam do końca pewna tego. Musiałam coś jeszcze załatwić. Odsunęłam się od rodzeństwa, aby przedstawić im Alex'a.
- Alex to jest Remi i Nerv. Remi, Nerv to Alex. - powiedziałam, odsunęłam się trochę, aby usiąść na łóżku. Nerv podszedł do chłopaka i co było dziwne, bo szybko się dogadali. Jednak Remi podeszła do mnie i usiadła przy mnie, abym ją potuliła. Tak też zrobiłam. Chłopcy siedzieli i o czymś rozmawiali, a ja się im przyglądałam. Nerv wyrósł mój mały braciszek.
- Azi czyżby podobał Ci się ten Alex, aż tak, żeby pożerać go wzrokiem. - powiedziała Remi.
Szybko spojrzałam na siostrę.
- Alex mi pomógł w odnalezieniu was. - powiedziałam i teraz nieco ściszyłam głos i patrzyłam na nią. - Pewnego dnia, chciałam go obudzić, więc go pocałowałam, on odwzajemnił, a dalej nie byłam pewna czy chce no i nie wyszło. - dodałam.
- Uuu no, no siostrzyczko, może dziś ci się uda go uwieść. Taka jak ty i taki jak on, ciekawie by było. Tym razem pozwól mu na wszystko. - powiedziała, po czym zaczęła mi opowiadać historie, jak byli nad jeziorem w tym laboratorium i Nerv próbował poderwać jakąś dziewczynę.

Jednak po kilku godzinach musieli już wracać, gdyż tak trzeba. Wstałam i przytuliłam na do zobaczenia niebawem siostrę, po czym tak samo zrobiłam z bratem. Nawet nie wiem, jakim cudem wpadłam w ramiona Alex'a. Po kilku minutach poszłam wziąć prysznic, musiały mi opaść emocje. Właśnie weszłam do kabiny prysznicowej, gdy praktycznie po dwóch minutach, zjawił się Alex, tak właśnie nagi wszedł pod prysznic, jednak gdy zlałam się z tłem, nie było mnie, aż tak widać. Gdy chłopak się odwrócił do mnie plecami, wyszłam z ukrycia i położyłam dłonie na jego plecach i przytuliłam go, jednak moje dłonie nie próżnowały. Przejeżdżałam nimi po jego klatce piersiowej oraz zjeżdżałam nimi niżej. Chciałam go dotknąć. Jednak go tylko złapałam jego penisa, to wylądowałam przed nim oparta o ścianę. Złapał moje dłonie i przyłożył je do ściany, nad moją głową. Przygryzłam wargę, patrząc na niego. Patrzył na mnie, czułam jego spojrzenie, aż w środku. Patrzył na moje łuski, gdy puścił moje dłonie, jedną dłonią zaczął przejeżdżać po moim ciele, a dokładniej tam, gdzie miałam łuski. Woda cały czas po nas spływała. Przysunęłam się do niego bliżej i musnęłam jego wargi swoimi.
- Może się umyjemy, w łóżku możemy się zabawić. - rzekłam. Odwróciłam się do niego plecami, aby jak najwięcej wody po mnie leciało. Tak też było, jednak po minucie, poczułam jego ciało przy moim mimowolnie się uśmiechnęłam..

Po kwadransie albo może po nieco dłuższym czasie, wyszłam z łazienki ubrana, położyłam się na łóżku, gdyż wyszło, iż mamy tylko jedno. Dwuosobowe łóżko, położyłam się na jednej połowie i czekałam, aż chłopak przyjdzie. Wtuliłam się w poduszkę i próbowałam nie zasnąć. W końcu się doczekałam, przyszedł i się położył obok mnie. Gdy tylko się położył, przysunęłam się do niego i położyłam głowę na jego poduszce, rękę przerzuciłam sobie na jego drugie ramię, a nogę położyłam na jego.
- Alex. - wyszeptałam. Spojrzał się na mnie, a ja od razu skorzystałam z okazji, aby go pocałować.
- Azami, zostaw. - powiedział.
Oderwałam się i położyłam się na swojej części, odwróciłam się na drugi bok i powoli zasypiałam. Jednak poczułam na ciele, dwie potężne dłonie. Przysuwały mnie do siebie, jego dłoń była przy moich. Więc przysunęłam ja sobie i położyłam przy głowie. Można powiedzieć, że się wtuliłam w nią. Czułam jego oddech na karku. Usunęłam. W jego objęciach o wiele szybciej zasnęłam, niż bym sama chciała.
***
Przebudziłam się jakoś koło szóstej, chłopak leżał na plecach, a ja w niego wtulona. Powoli się podniosłam i usiadłam na nim okrakiem. Położyłam dłonie po obu stronach jego szyi i powoli się zbliżałam, ten jednak otworzył oczy i spojrzał się na mnie. Pewnie przebudził się, coś mówił pod nosem. Patrzyłam, co robi, jednak on położył tylko swoje dłonie na moje uda. Ponownie się zbliżyłam, aby go pocałować, a może też się pobawić. Gdy chciałam się nieco zsunąć, uniemożliwił mi to. Przeżycia mnie sobie pod siebie i sam zaczął się do mnie docierać. Wplotłam dłoń w jego włosy i się nimi bawiłam, natomiast druga dłoń położyłam mu na plecach. Jeśli była okazja, aby go pocałować, skorzystałam z niej, on to odwzajemniał. Bryknęłam kilka razy, gdy jego dłonie znalazły się w pewnych miejscach.


 
Alex? ^^ Przydałoby się coś pikantnego.

Od Wendy C.D Luna

- Prócz malarstwa, interesuje się też pisaniem, czytaniem książek, albo nauka starych języków. Może wydawać się, to może nudne, ale jest wręcz przeciwnie. - powiedziałam, na co dziewczyna jakby czekała na coś.

- A co takiego lubisz pisać? - spytała.
- Historie, wiersze, piosenki. - zaczęłam wymieniać.
- To fajnie. - rzekła.
Zostały dostarczone nam nasze napoje, niemal od razu wzięłam się za wypicie. Czułam albo i byłam spragniona. Nie umiem, za długo utrzymać rozmówcy, jest mi z tym ciężko. Gdyby inna moja osoba weszła, może wtedy byłoby stanowczo lepiej, jednak z tym nigdy nie wiadomo. Są różne, inne i to daje im niezwykłość. Takiego czegoś, czego ja nie mam.. Nie jestem jak one. Odważne, waleczne, szczere czy też niezwykle.
- Wendy. - powiedziała dziewczyna.
Spojrzałam na nią, po czym na dłonie, utworzyły się małe chmury oraz deszcz. Choć nie miałam tego w planie.
- Oh, wybacz, zamyśliłam się trochę. Mówiłaś coś? - spytałam.
- Co byś chciała zjeść. - powtórzyła. Pokazałam jej, na co zamówiła to samo. Długo nie trzeba było czekać na posiłek.. Gdy powiedziałam 'smacznego' dziewczyna to samo odpowiedziała. Mogłyśmy się wziąć za jedzenie, jednak mimo to poprosiłam o dolewkę napoju, posmakował mi.
Gdy czekałam, spojrzałam na dziewczynę.
-A ty prócz malarstwa czym się jeszcze interesujesz? - spytałam.

 
Luna?

Od Mishabiru [Quest 1]

Niby wiosna za oknem, wszystko wraca do życia po zimowym śnie, ale nic nie było w stanie wyciągnąć Mishabiru z mieszkania przyjaciela w Los Angeles. Na Delcie zaczynało się robić dość niebezpiecznie, dlatego uciekł na Ziemię, by móc na spokojnie wszystko ogarnąć. Leżąc na kanapie począł przysypiać, kiedy z działającego w tle telewizora doszły go słuchy o drastycznym napadzie na lokal z pożyczkami. Zaciekawiony usiadł, wbijając wzrok w ekran. Gdy kamera zrobiła najazd na budynek, westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi. Owe miejsce znał bardzo dobrze, gdyż prowadził je jego znajomy, doskonały kontakt z Imperium, Nesc. Basior od razu wiedział, że to nie był napad w celu zdobycia pieniędzy, lecz napaść w celu zabicia, co się udało.
Zabrał płaszcz z oparcia kanapy, niemalże wybiegając z mieszkania. Metrem przedostał się pod centrum miasta, gdzie marszobiegiem pokonał dwie przecznice, by w końcu znaleźć się przed miejscem tragedii. Parę mniejszych stacji radiowych oraz telewizyjnych nadal próbowało przekroczyć policyjną taśmę. Koroner, parę policjantów, nic nadzwyczajnego, ponieważ to nie było coś, co mogło w jakiś sposób zagrozić władzy.
Mishabiru stanął nieco z tyłu, by nie zwrócić na siebie zbyt wielkiej uwagi. Nesc nie prowadził tego przybytku sam. Pomagała mu żona oraz brat, zaś dwójka córek próbowała się przystosować do życia na tej planecie. Pięć czarnych worków wypełnionych śmiercią było wynoszone do karetek. Woń krwi uświadomiła basiora, że zostali oni okrutnie zamordowani.
Ta mieszanina zapachów nie przeszkodziła jego nosowi w wyłapaniu smrodu złowrogiej postaci Imperium. Wyraźny zapach prowadził na tyły budynku. Alvarez udał się tam, lecz zatoczył nieco większy łuk, dla pewności. Nie znalazł nic szczególnego, kiedy czarna mgła wyłoniła się zza kontenera na śmieci i spieprzyła w górę, na dach, po drabinie. Basior ruszył za nim, jednak nie potrafił tak szybko pokonać szczebelków, jak tamten.
Kiedy wlazł na samą górę, ostre promienie słońca na chwilę go oślepiły. Przesłonił oczy dłonią, mogąc wreszcie cokolwiek ujrzeć. Cień stał na środku, ograniczony przez światło. Nie mógł teraz zbyt szybko się poruszać, co nieco ułatwiło sprawę Mishabiru.
- Ostatnio zbyt często was widuję na Ziemi. – zaczął, materializując katanę w wolnej dłoni. – Nudzi wam się?
Mężczyzna ubrany na czarno zaśmiał się nadzwyczaj głośno.
- Pozbyłem się kabla z naszych szeregów, czy to coś złego? – zapytał jakże niewinnie.
Kiedy słyszał „czy to coś złego”, zawsze się tym irytował. Wszyscy przedstawiciele tej szarej rasy uważali swoje czyny za konieczne i dążące do oczyszczenia świata.
- Nie powinieneś się w to mieszać, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek ujrzeć wschód słońca, a spotykamy się już któryś raz, nieprawdaż, Mishabiru?
Basior zmrużył powieki. Dla niego każdy cień śmierdział tak samo, aczkolwiek nie był zdziwiony jego wypowiedzią. Imperalczy są w stanie dowiedzieć się wszystkiego, o wszystkich. Kimś takim był właśnie Nesc.
Katana zniknęła z dłoni Alvareza. Wycofał się. Przybył za późno, a walka nic by nie zmieniła.
- Wynoś się stąd. – Warknął, zaś Cień zasalutował z parszywym uśmiechem na twarzy, po czym wniknął w podłoże.
Mishabiru w ciszy zjechał po drabinie i udał się na piechotę do mieszkania, które tak niedawno opuścił. Wojna zaczynała spływać na Ziemię, ale sam niewiele mógł zrobić.
 
ZALICZONE
Słowa: 509
 

Zmiana wyglądu przez Florence!


Zmiana wyglądu przez Persefonę!


Czystka

Licząc na większą ilość zgłoszeń na czystkę, o kilka dni przedłużyłam termin wpisywania się na nią. Niektórzy opuścili nasze szeregi, jedni pozostają na swoich miejscach. W dodatku na blogu ponownie pojawiła się właścicielka Mishabiru oraz Antalesa!

Pragnę również powitać Pożogę, który od całkiem niedawna gości na naszym discordzie! 
Z własnej woli odszedł niestety właściciel Somina oraz Spectre!

Wyrzuceni:
Mercury 
Amanda
Nyxs
Mine
Jack
Sarah
Maeve
Araya
Shaytan

Aby ponownie wrócić na blog wystarczy, że jedna z powyższych postaci napisze opowiadanie, a natychmiast zostanie przywrócona do zakładki. To tyle z mojej strony. Zachęcam was do zwiększenia swojej aktywności (nie tylko na chacie).

Tyksona

Od Kano C.D Tyks


                No i zjebał. Najpierw zjebał całą robotę, potem sprawę z teleportacją. Cały czas miał nadzieję, że trafią w jakieś miłe, spokojne miejsce, z daleka od Darknessa i jego sługusów. Cóż, po części się udało. Byli w miejscu zdecydowanie odległym od zamku Rivangoth. Chociaż inny wymiar wcale nie był tak zadowalający jak mogłoby się wydawać. Szczególnie, że musieli znaleźć się akurat w miejscu, z którego był tak idealny widok na byłą, spaloną siedzibę watahy.
Będąc szczerym, Kano nie czuł wielkiego przywiązania do tego miejsca. W przeciwieństwie do Anubisa i Tyksony. Nie zdążył nawet zareagować, jak dwójka jego towarzyszy postanowiła zabawić się w berka i wyskoczyć przez okno. Do ziemi nie było daleko, jednak Kano zdecydowanie obawiał się upadku. Od początku sceptycznie nastawiony, do biegania po mieście pełnym ludzi w nie-ludzkiej formie, postanowił pozostać w postaci człowieka.  Gdzieś jednak miał wrażenie, że chłopak skaczący z okna może wzbudzić równe zainteresowanie, co człekokształtna dziewczyna goniąca wilka.
Zaczerpnął powietrza i wyskoczył na zewnątrz. Lądując, podparł się dłonią, przez co odezwał się jego obolały nadgarstek.
Chłopak cieszył się jednak, że może wreszcie wykorzystać swoje umiejętności. Może nie był silny, ale biegać i skakać potrafił. Rzucił się więc pędem za Tyks i Anubisem, którzy zdążyli przebiec już spory kawałek. Dziewczyna była już tuż za nim, jednak wilk nie zwalniał. Był od niej mniejszy, więc starał się wybierać drogi, w których kotce trudno byłoby się poruszać. Kano nie musiał jednak skupiać się na podążaniu dokładnie za nimi. Czuł, że dwójka kieruje się ku zgliszczom ich byłej siedziby, a że nie miał problemów z orientacją w terenie, z łatwością znalazł wygodniejszą drogę, by dotrzeć na miejsce.
Przepychał się chodnikiem przez tłum ludzi, którzy co i raz rzucali mu niezadowolone spojrzenia, gdy chłopak potrącał ich, nawet nie racząc przeprosić. Dobiegając do przejścia dla pieszych, Kano przyśpieszył, chcąc zdążyć przed czerwonym światłem. Na pasy wpadł w ostatniej chwili, gdy samochody zdążyły już ruszyć, cudem go nie potrącając.
Skręcił ostro w mniejszą uliczkę. Dobiegając do spalonego domostwa, zaczął rozglądać się za Tyksoną i Anubisem, którzy rozpłynęli się niczym mgła. Nie możliwe było, by zdążył przed nimi – nie ważne jak szybki był, furry i wilk mogli osiągnąć dużo większą prędkość, więc nie było szansy, żeby zostali w tyle.
Po chwili dopiero zobaczył jakiś ruch wewnątrz budynku. Ogon? Czyżby wbiegli do środka? Przedarł się przez żółtą taśmę, która niczym lep, postanowiła przyczepić się do jego rąk i  zatrzymał się w zgliszczach wejścia.
- Tyks?! – krzyknął, rozglądając się naokoło. Nie miał najmniejszej ochoty, by biegać po budynku, który grozi zawaleniem. Szczególnie z Tyksoną i Anubisem, którzy mogli spokojnie roznieść resztki domu na części pierwsze.
Nie uzyskał odpowiedzi, ale usłyszał głośny huk na piętrze i jęk Anubisa. Coś upadło, coś się złamało i po domu rozniósł się głośny krzyk Tyksony, która widocznie mocno wkurwiona, krzyczała na chłopaka.
Ostrożnie, starając się stąpać delikatnie, by nic nie złamać, Kano wszedł do budynku i skierował się ku klatce schodowej. Powoli, uważając, by nie zapaść się pod siebie, wszedł na piętro i zaczął zaglądać do pokoi, by znaleźć kłócącą się dwójkę. Znajdowali się w niewielkim pokoju. Anubis leżał na ziemi, Tyks siedziała na nim i szarpiąc nim, pokazując mu zęby, krzyczała na niego.
- Cholerny gówniarzu! Przestań się szarpać, albo dostaniesz tak, że z idioty zamienisz się w worek mięsa!
Anubis próbował się wyrwać, jednak nie był w stanie. Nie miał też pojęcia, co powiedzieć zdenerwowanej kocicy. Kano wiedział, że powinien ich rozdzielić, ale czuł, że zbliżenie się na krok do wkurwionej dziewczyny może się źle dla niego skończyć.
- Tyks – zaczął nieśmiało. – Może powinnaś mu nieco odpuścić? W tej sytuacji nie powinniśmy się kłócić, bo nic to nam nie da.
- Zamknij się! – warknęła, odsłaniając zęby jeszcze bardziej. – To twoja wina. Twoja i tego gówniarza. To wina was wszystkich! Mogłam teraz siedzieć i grzać dupę w wannie. Ale nie! Wielki pan „Odszedłem z watahy, a gdy się pojawiłem, postanowiłem wszystko zjebać”, oczywiście musiał mi pokrzyżować plany!!


<Tyks? Zaczynam współczuć Anubisowi xD>

Od Antalesa C.D Fragonii, Perun

  Antales siedział po turecku na fotelu wyszywanym czerwonym aksamitem, zaś wokół znajdował się nieopisany zbiór ksiąg, będące własnością Wilkobójcy. Tak, dzieciak znajdował się w jego zamku, a przyczyna, dlaczego się tam znalazł, nadaje się na oddzielną historię. Przyjemną ciszę przerwał wrzask Darknessa, przepełniony nienawiścią. Hawk westchnął podirytowany, zamykając księgę obitą w ciemną skórę. Pozostawiwszy ją na siedzisku, opuścił bibliotekę, z ciekawości chcąc zobaczyć, co tak bardzo zdenerwowało Pana Ciemności.
  Ledwo zdążył dojść pod drzwi jego pokoju, kiedy te otwarły się z hukiem i to bez udziału siły fizycznej, a mentalnej. Rivers obrócił się od okna, przed którym właśnie stał, gestem dłoni nakazując dziesięciolatkowi podejść.
- Byłem w trakcie czytania ciekawej księgi, ale przerwałeś mi tę przyjemność. – Dzieciak spojrzał nań pogardliwie.
- Nie martw się, nie ucieknie. – Starszy splótł dłonie za plecami, wyglądając na szczęśliwego z powodu, iż jego wyznawca sam przyszedł. – Przed chwilą dostałem niezbyt cudowne wieści, które dotyczą nas obu, ponieważ…
- Nie interesują mnie twoje problemy, ani opowiastki, których słuchasz od duchów błąkających się pomiędzy wymiarami. – Po opisaniu swojego stanowiska, dzieciak odwrócił się na pięcie z zamiarem powrócenia do przerwanej czynności, lecz niski i krótki śmiech pogardy ze strony starszego, zirytował go.
- Chodzi o twoją matkę, Fragonię.
Na samą wymowę tego imienia Antales zacisnął dłoń na złotej rękojeści szpady przyczepionej u boku. Lekko obrócił głowę w bok tak, by móc widzieć tylko zarys postaci mężczyzny.
- Właśnie urodziła ci siostrę. – Oznajmił Darkness, zaczynając kroczyć ku dziesięciolatkowi. – Mogę ci ją nawet pokazać, jeśli zechcesz. Dawno nie widziałeś matki, prawda? Więź między wami jest nierozerwalna, ale nie bezpieczna.
Chłopak odwrócił się doń. Jego źrenice zwęziły się do postaci pionowych kresek, zaś tęczówki przybrały barwę podświetlonej czerwieni.
- Kto to jest „siostra”? – zapytał, z szerokim uśmiechem wpatrując się w wyciągniętą dłoń Wilkobójcy.

~ * ~

Tyle miesięcy. Tyle historii do opowiedzenia, lecz na razie nie miał na to czasu. Musiał pozbyć się stworzenia, które im zagrażało. Odczepił szpadę od paska spodenek, drugim ramieniem bez problemu trzymając małą, różową istotę, owiniętą w kocyk, przypominającą poczwarkę. Przerzucił broń w dłoni, by mieć lepsze wyjście do zadania ciosu, kiedy to leżąca na łóżku kotka obróciła się ku niemu. Wrzasnęła na widok broni oraz Antalesa.
Kiedy ujrzał jej przerażone oczy, poczuł dziwne ukłucie.
- Mamo? – zapytał cicho, postępując krok bliżej łóżka.
Dziewczyna z trudem mogła złapać oddech, ale usłyszawszy te jedno słowo, zesztywniała. Z trudem przeczołgała się bliżej, uważnie przypatrując dziesięciolatkowi.
- Antales? – W jej oczach pojawiły się łzy, kiedy chuda dłoń pogłaskała chłopaka po włosach. – Skarbie, gdzie masz tatę? I… i co się stało, że tak urosłeś?
W tejże chwili drzwi do sypialni otwarły się, a do środka wpadł czarny basior, trzymający w dłoni pistolet. Po szybkim rekonesansie, wymierzył krótką lufę wprost w Hawk’a. Ten odskoczył od łóżka i czubek szpady przyłożył tuż przy brodzie niemowlaka.
- Kim jesteś? – Zapytał nadzwyczaj spokojnie, lecz nie spuszczał go z oka. Zaczął powoli podchodzić ku intruzowi. – Zostaw dziecko, inaczej rozwalę ci łeb.
- Perun, nie, proszę. – dziewczyna stęknęła, unosząc się na łokciach. – To Antales, mój syn…
Basior spojrzał na nią, nie ukrywając swojego zdziwienia.
- Przecież, przecież… Nie upłynęło tyle czasu…
- Ja to czuję… Proszę, odłóż broń. – Poprosiła, ponownie wyciągając dłoń ku Antalesowi, lekko się przy tym uśmiechając.
Wcześniej wspomniany Perun, opuścił broń, jednak nie czuł się tak pewnie, jak Fragonia.
- Skarbie, to twoja siostra, wiesz?
Chłopak spuścił wzrok na niemowlę, które zaczęło się wiercić i cicho kwilić. Ona była zagrożeniem. Tylko w połowie byli połączeni więzami krwi, ale… Dlaczego jego matce tak bardzo na niej zależało? Przecież była ślepa, słaba. Nic nie warta. Darkness mu obiecał, że jeśli się jej pozbędzie, to odzyska swoją matkę, lecz teraz nie wiedział, co ma zrobić. Czuł tę miłość, która okalała nie tylko jego, ale również tę słabą istotę.
Nie mógł jej tego zrobić. Jeszcze nie teraz.
Odsunął ostrze szpady od dziecka, po czym podszedł do matki i delikatnie je oddał w jej ramiona. Dziewczyna odebrała dziecko, następnie ucałowała dziesięciolatka w czoło, uśmiechając się jeszcze szerzej. Czarny basior przysiadł na łóżku tuż obok, a w chwili, gdy wyciągnął swą łapę ku nim, została ona zablokowana przez szpadę.
- Nie zbliżaj się do nich. – Oczy Antalesa po raz kolejny tego dnia przybrały barwę złowrogiej czerwieni.
 < Frago, Perun? Nie odpisujcie za szybko <3 >

Od Mishabiru cd. Dorina [+ walka z Ruczszem]

  Widocznie im obojgu brakowało pomysłów, a czas nieubłagalnie uciekał. Aż w końcu Mishabiru pstryknął palcami, zapowietrzając się, dzięki czemu zwrócił uwagę swojego partnera. Zwracali nawet parę innych oczu, ale musieli zachowywać się niezbyt podejrzanie. Alvarez bez słowa wstał od stolika i podszedł do jednego z kelnerów, który był zajęty wklepywaniem zamówień do systemu. Poprosił o dwie szklanki wody oraz jakąś dobrą przegryzkę, z zaznaczeniem, że nie interesuje go cena. Po tymże śmiałym zamówieniu niespiesznie powrócił do stolika, cicho każąc nowemu znajomemu schować mapę.
Kiedy picie dotarło wraz z jedzeniem, mogli przejść do sedna.
  - Mamy dwa wejścia, które odpowiadają naszej liczbie – zaznaczył basior, w palcach obracając kawałek dopiero ugryzionego, smażonego mięsa. – Zrobię zamieszanie przy mocniej obstawionym wejściu, a wtedy ty wykorzystasz ich dezorientację i pozbędziesz się tych drugich. To oczywiste, że tam, gdzie stoi ich więcej, jest pułapka. Spodziewają się nas. Obstawiają również, że jesteśmy szaleńcami, którzy rzucą się od razu na głębszą wodę. Zamierzam utwierdzić ich w tym przekonaniu.
  - A jeśli w obu przypadkach jest pułapka? – zapytał mężczyzna, popijając swe pytanie wodą.
  - Pewnie tak będzie, ale jeśli rozdzielimy się na samym początku, zgłupieją, bo nie będą wiedzieli, czy któryś z nas został złapany, czy przedarł się dalej. Pierwszym zadaniem zaraz po wejściu jest odnalezienie typów, którzy utrzymują kontakt z obserwatorami przez kamery. Im więcej zamieszania, tym lepiej.
  - Po prostu mamy na samym początku wprowadzić chaos?
Alvarez przytaknął. Najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Dalszą rozmowę ciągnęli specjalnie, lecz już nie na temat Senatu, a wymyślonych firmowych spraw. Spędzili tak czterdzieści minut, po czym Mishabiru zapłacił i rozeszli się w dwie różne strony, zaznaczając swoje kulturalne pożegnanie na oczach wszystkich.
Basior, tak jak zakładał plan, musieli trochę odczekać w nieco oddalonych miejscach, by upewnić się, że nikt ich nie słyszał. Niecałe pięć minut oczekiwania strasznie się dłużyło, lecz w końcu mogli przystąpić do akcji. Białowłosy w ciszy, bez najmniejszego problemu, podszedł najbliżej mocniej obstawionego miejsca. Ukrył się za wielkim kontenerem na śmieci, z którego dolatywały niezbyt przyjemne dla nosa zapachy, oraz bliżej niezidentyfikowane dźwięki. Z tej pozycji nie widział drugiego wyjścia, ponieważ znajdowało się całkowicie po innej stronie. Cały chaos miał rozpocząć jako pierwszy.
Ledwo zdążył wstać, gdy poczuł, że coś usiadło mu na nodze. Kiedy się obejrzał, miał ochotę zacząć krzyczeć. Chmara ruczszczy zaczęła go obłazić, zaś Paralysis nie za bardzo chciało działać. Gołymi dłońmi zrzucał te obrzydlistwa, aż się wkurzył i przebił dwa ze szczuropodobnych stworzeń swoimi katanami. Wtedy wpadł na pomysł. Nadzwyczaj głupi.
Zaczął miotać gryzoniami w strażników pod wejściem. To się nazywa element zaskoczenia, rodem z filmów. Nie zważając na zadrapania oraz pogryzione dłonie, strząchnął z siebie ostatnie sztuki i ruszył ku wejściu. Z pomocą rękojeści ogłuszył piątkę spanikowanych mężczyzn, z czego jednego przycisnął do drzwi, dzięki czemu klucze wiszące u paska dosięgnęły do zamka.
Po wejściu do środka zapadła podejrzana cisza, zaraz przerwana przez piski ruczsza przyczepionego do materiału jego płaszcza. Rzucił stworzeniem o podłogę, doprowadzając je do utraty przytomności. Ciasny, szary korytarz prowadził do kolejnych drzwi. Mishabiru schował jedną z katan do pochwy, drugą zostawiając do obrony. Przejście prowadziło na klatkę schodową, gdzie schody prowadziły w górę oraz w dół. Rzecz, po którą przybyli, znajdowała się w piwnicy, więc wybór był oczywisty.
Jak nisko miał zbiec, nie miał pojęcia, lecz obstawiał najniżej, jak się da. Stukot podkutych butów basiora roznosił się echem wśród kilkunastu pięter, jednak on sam nie wyłapywał żadnych podejrzanych odgłosów. Pomimo tego, iż schodził, narzucił sobie zbyt duże tempo, przez co będąc już na samym dole, próbował uregulować oddech. Jedyne co przed sobą zastał, to zwyczajne drzwi. Bez alarmu, bez wzmocnień, czy nawet obstawy.
Niczego nie podejrzewając przekroczył ich próg, ze zdziwieniem znajdując się między rzędami metalowych szafek. Na prawo od nich było kolejne przejście. Za nim znalazł się na rozwidleniu w kształcie litery T. Zdecydował pójść w lewo, dla małej odmiany. Tamże zastał wnękę i dwie windy. Jedna z nich znajdowała się na poziomie 0, zaś druga właśnie zjeżdżała poniżej. Czy jego nowy znajomy mógł być tak głupi, że skorzystał z windy? Mishabiru schował się za rogiem, wyczekując. Głupia wina za bardzo zwróciła jego uwagę, przez co paru strażników zaszło go od tyłu, nadzwyczaj głośno go wołając.
Basior poderwał się na równe nogi, a w tym samym momencie z windy wybiegła kolejna grupa ochroniarzy. Alvarez ruszył biegiem przed siebie, jednocześnie starając się zapamiętać układ korytarzy. Najgorszym utrudnieniem były kamery, które śledziły każdy jego ruch. Kiedy wpadł do stołówki pełnej ludzi odzianych w kitle różnych barw, zgłupiał. Przegnał pomiędzy stolikami, zmierzając do kolejnych drzwi, które prowadziły do kuchni. Duchota, odór starego oleju oraz zszokowane miny kucharzy mówiły same za siebie.
Mishabiru ledwo znalazł się na idealnym środku pomiędzy stanowiskami, kiedy z naprzeciwka wpadła kolejna trójka na ciemno ubranych typów, karmionych prawdopodobnie sterydami. Cisza przedłużała się, zaś basior nie miał ochoty na niepotrzebne starcia. Schował drugą katanę, po czym złapał za stojącą obok frytkownicę pełną gorącego oleju i rzucił pod nogi nowoprzybyłym. Tamci odskoczyli w porę, lecz ciecz zrobiła swoje ochlapując ich buty. W chwili wymijania ich oraz plamy oleju, jeden z rosłych mężczyzn był wystarczająco szybki, aby złapać basiora za rękaw. Szarpnięty wilkołak odwrócił się na pięcie i pięścią wolnej ręki trafił prosto w skroń agresora.
Uwolniony ruszył przed siebie, póki tamci byli zajęci oszołomionym kolegą tarasującym przejście. Kolejna partia strażników wyskoczyła mu z prawej oraz na twarz. Do kolejnego rozwidlenia niewiele mu zostało, kiedy właśnie stamtąd wyskoczyli kolejni. Wpadł w niemałe tarapaty, ponieważ już cały budynek wiedział o ich obecności. Białowłosy zaczął się cofać w pobliską, ciasną wnękę, wyciągając obie katany. Nie zamierzał dać się łatwo złapać. Miał też nadzieję, że jego partnerowi poszło lepiej.
W pewnym momencie wpadł na coś plecami, a wręcz się odbił, przez co adrenalina drastycznie mu podskoczyła. Tym kimś był właśnie jego partner, o którym ledwie zdążył pomyśleć. Przyprowadził również nowych znajomych.
- Jak ci idzie? – zapytał Mishabiru, stykając się z nim plecami.
- Zgodnie z planem, nie widać? – Sarkazm obleciał każdego z ochroniarzy, którzy właśnie zacieśniali krąg.
Na komitet powitalny nie wyglądali. Każdy z nich przy widocznym pasku miał kaburę z pistoletem. Część z nich już dawno celowała w ich najważniejsze organy. Nagle Mishabiru poczuł dziwny ciężar na plecach. Po odwróceniu się, zostało mu tylko złapanie nieprzytomnego towarzysza w ramiona. Od razu zauważył, co było tego przyczyną. Paralizator.
Sęk w tym, że nawet po trafieniu Alvareza w gołą dłoń, prąd z tak małego urządzenia nawet go nie musnął, gdyż wyższe napięcie miał w swoim ciele. Uśmiechnął się nadzwyczaj kpiąco, kiedy następne, co poczuł, to bliżej nieokreślony w skali ból szyi, który aż nim szarpnął. Po tym został pochłonięty przez ciemność.

< Dorin? Dziękuję za cierpliwość :) >