Od Fragonii C.D Somina

  Przyzwyczaiłam się. Za bardzo się teraz przyzwyczaiłam. Bałam się zostawiać swojego synka. Nigdy nie pomyślałam, że byłabym w stanie pokochać szkraba, który był wpadką moją i Somina. Im dłużej u nich zostawałam, tym bardziej nie mogłam znieść myśli, że zostawię tego brzdąca samego. Ufałam mężczyźnie, jednak nadal nie wierzyłam, że da radę z malcem. W końcu.. miał pracę, a nie chciałam powierzać swojego małego Antalesa jakiejś obcej kobiecie. Różnie to z niańkami mogło być. A co, jeżeli nikogo nie znajdzie, albo kobieta okaże się jakąś chorą psychopatką? No nic, musiała zaufać mężczyźnie. Musiała zaufać ojcu swojego synka. Jakimś cudem udało jej się wreszcie zasnąć, po kilkunastu minutach siłowania się ze swoimi myślami. Minęło kilka dni. [...]

  Obudził ją płacz malutkiego. Somin trzymał jej synka, próbując uciszyć go mlekiem. Po kilku minutach mu się udało i chłopczyk zajął się jedzeniem. Westchnęła, widząc go przyssanego do butelki. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej. Tak. Dzisiaj miała wyruszać. I nadal pełna była mieszanych uczuć co do wypadu do Wilkobójcy. Nie wiedziała, jak Darkness zareaguje, kiedy pojawi się u niego po ponad roku spędzonego u Somina. Co mu powie? Pewnie zresztą myśli, że jest już dawno martwa. Ale o dziwo to nie Wisielcem najbardziej przejmowała się dziewczynka, a... Perunem. Co jemu powie? Czy nadal pamięta ich rozmowę i to, o czym chciał porozmawiać z Fragonią? Czy uważa ją za niedorozwiniętą umysłowo gówniarę i nie będzie chciał jej znać? A może spisał ją na straty już dawno temu, albo uznał, że nie ma sensu jej szukać i wrócił do siebie? Albo zapomniał.. Ale.. Ale jeżeli o niej pamięta? Na myśl o tym, że Perun mógłby o niej jednak pamiętać, troszkę cieplej jej się w sercu zrobiło. Wzięła komórkę i wykręciła do niego numer. Odezwała się jednak poczta głosowa, informująca o tym, że Darkness obecnie jest zajęty. Westchnęła smutno i odłożyła słuchawkę. Postanowiła pójść i zrobić coś na śniadanie sobie oraz mężczyźnie. 
   Dzisiaj młody (no, może nie do końca młody) lekarz miał wolne. Meave spała w drugim pokoju. Brunetka była nieufna co do dziewczyny, jednak była jej jedynym ratunkiem. Malutka przytuliła niespodziewanie Somina, który z kolei tulił ich synka. 
  - Masz na stole coś do jedzenia. Chcę potrzymać Antaleska. Proszę. - powiedziałam, biorąc malutkiego na swoje ręce.
  A potem stało się coś, co zapamiętam chyba do końca życia. Usłyszałam okropny huk i znajomy krzyk. Do pomieszczenia wpadła jakaś rudowłosa furry z dzikim okrzykiem i przerażającym uśmieszkiem na twarzy. Dziewczynka wpadła do innego pokoju i skuliła się. Antales zaczął płakać. 

Perun? Jeanette? Somin, proszę, Dariusz sam przyszedł xD

Od Somina C.D Meave [+12]

- Maeve, tak? Chyba mnie źle zrozumiałaś. Nie mam zamiaru z nikim się wiązać i tyle. Rozumiesz?
- A Frago, czy jak jej tam, to co?
- To jest temat zamknięty, ale spróbuj zrobić coś głupiego, a wyfruniesz tym samym oknem, co tu przylazłaś.
Dziewczyna przestała się bawić i usiadła na łóżku. Poprawiła włosy i z ręką na sercu powiedziała:
- Niczego głupiego nie zrobię.
Nie bardzo jej ufałem, ale mogłem być spokojny o to, że nikomu się nic nie stanie. Maeve nie jest typem osoby, która zabija bez powodu.
- Powiedziałem, że możesz się tu zadomowić, ale jest jeden warunek.
- Od razu przechodzisz do rzeczy…
- Miał być to pokój dla niańki, więc gratuluję. Masz tę robotę.
- CO?! Ty sobie teraz żartujesz?
- Mówię poważnie. – oparłem się o framugę drzwi.
- To wolę już spać w kartonie. – obrażona wstała w moim kierunku.
- Poczekaj, będziesz tylko go doglądała, gdy Frago będzie już zmęczona. Ustalimy, że zajmować się nim będziesz te kilka godzin. Resztę czasu będziesz miała dla siebie.
Maeve głęboko się nad tym zastanawiała. Po chwili jednak kontynuowała rozmowę.
- Zgoda, ale też mam jeden warunek.
- To znaczy?
- Chcę ciebie… - nieśmiało odwróciła swój wzrok.
- Nie jestem na sprzedaż.
- Wolisz się kochać z tą małolatą! – podniosła swój głos.
Ściany nie były na tyle grube, by Maeve mogła się wydzierać na każdy temat. Wolałem, aby Frago, która miała już mnóstwo swoich zmartwień, nie musiała słuchać jeszcze tego.
- Zgoda. Masz się dobrze sprawować i nauczyć się trzymać język za zębami. Cienkie tu mamy ściany. W innym wypadku z naszej umowy nici.
Otworzyłem drzwi i miałem zamiar zostawić różowo włosom w jej pokoju samą, ale ta pociągnęła mnie za rękę do środka.
- Gdzie idziesz?
- Powiedzieć dziewczynie, że znalazłem opiekunkę do dziecka.
- Jako profesjonalista biorę sobie płatność z góry. – spojrzała na mnie, unosząc wymownie brew.
Co ja jej takiego zrobiłem, że się tak mnie uczepiła? Sprawę Najady już sobie wyjaśniliśmy, więc co jeszcze może chcieć ode mnie? Nie przybyłaby tu tylko oddać mi zegarek. Zamknąłem drzwi i przysunąłem się do dziewczyny.
- Co miałaś na myśli, mówiąc o mnie jako nagrodzie?
Maeve wyciągnęła z kieszeni jeden ze swoich noży i rozpruła moją koszulę jednym ruchem, zaczynając od kołnierzyka. Niewinnie się uśmiechnęła i objęła mnie swoją rączką w pasie.
- Ostatnio ci pamięć szwankuje. Zaczynam się martwić o ciebie.
- Z pamięcią u mnie dobrze. – złapałem jej włosy i pociągnąłem jej głowę do tyłu.
Maeve gwałtownie się napięła i zamknęła oczy z bólu. Włożyłem swoją rękę pod jej bluzkę i delikatnie masowałem jej nadbrzusze. Usta dziewczyny delikatnie się otworzyły, lecz oczy w dalszym ciągu miała zamknięte. Stałem na tyle blisko niej, że czułem jej każdy niespokojny oddech, kiedy ręką sięgałem w stronę jej bijącego serca. Ledwo trzymała się na nogach, więc przyciągnąłem ją pod drzwi i podparłem jej krocze swoim kolanem. Wtedy też jej nogi lekko się ugięły, a cała sylwetka dziewczyny przykleiła się do mojego nagiego torsu. Złapała się mnie wysoko rękoma na moich plecach i nie pozwoliła mi ręką sięgnąć swojej piersi. Zetknęliśmy ze sobą swoje czoła i musnąłem wargami jej usta, na co kotka podchwyciła przynętę i doszło do namiętnego pocałunku. Przygniotłem ją biodrami do drzwi. Ta nagle odzyskała władzę w nogach, które gwałtownie wyprostowała, stając na palcach. Jej ciało wygięło się do tyłu, opierając się barkami i głową o drewnianą przegrodę.
- Połowa teraz, a połowa po robocie. – jak gdyby nigdy nic puściłem dziewczynę z objęcia.
Zasapana zsunęła się po drzwiach i podkuliła nogi, chowając w ten sposób swoją głowę między kolanami.
- Przesuń się, proszę. Muszę już iść. – popatrzyłem na nią, ale nie było żadnej reakcji. – Ty naprawdę nigdy się nie kochałaś? Nie wyglądasz na taką.

Maeve?

Mała informacja

Hai. Chciałbym was poinformować, że nasza kochana adminka Tyks jest tymczasowo nieuruchomiona (na czas nieokreślony) przez "szlaban". A więc jeżeli ktoś czeka na odpiskę/inną rzecz od niej, to może poczekać troszkę dłużej. Ze względu na to, chciałbym was prosić o zwiększenie aktywności, by jakoś nadrobić ilość opowiadań podczas jej nieobecności. Dziękujemy za przeczytanie i od razu przepraszamy za niedogodności.

Od Valory C.D Florence

Valory chciała jeszcze coś powiedzieć do nowo poznanej dziewczyny, jeśli dobrze pamiętała o imieniu Florence, ale tamta nagle straciła przytomność. Albo udawała, że straciła... Tak czy inaczej natychmiast przybiegły pielęgniarki, które szybko podpięły niebieskowłosą do jakiejś kroplówki, która miała ją postawić na nogi.
- Czy jest z nią źle? - zapytała najbardziej troskliwym głosem na jaki było ją stać Valory młodą pielęgniarkę w krótkich włosach.
- Potrzebna będzie natychmiastowa operacja. Biedaczka najwyraźniej musiała złamać sobie kilka kości. Podejrzewam, że operacja potrwa kilka godzin.
Kilka godzin? Czy oni sobie robią ze mnie jaja? - pomyślała lekko zirytowana Valory. Chciała tylko, aby dziewczyna spłaciła u niej swój dług, przecież nie uratowała jej życia za darmo. Co to, to nie.
- Poczekam tyle, ile będzie trzeba. Mam nadzieję, że nie zajmie wam to zbyt dużo czasu.
Parę minut później pojawiła się dwójka lekarzy - mężczyzna i kobieta, którzy mieli operować Flor. Valory postanowiła na czas operacji dłużniczki zaszyć się w kącie poczekalni wśród kolorowych babskich pisemek, które lubiła czytać. Sięgnęła po pierwszy lepszy artykuł, gazetkę o modzie panującej w tym sezonie i z zaciekawieniem przeglądała jej strony wypełnione kolorowymi obrazkami przedstawiającymi najnowszą kolekcję ubrań z jednego z droższych sklepów w Imperium. Już po kilku stronach postanowiła, że w wolnym czasie musi odwiedzić ten sklep i wydać tam całkiem pokaźną dla przeciętnych mieszkańców Delty sumkę.

Valory obudziła się kilka godzin później w szpitalnej poczekalni z gazetką o zdrowym odżywianiu w ręce. Nie wiedziała na początku gdzie się znajduje i po co tu przyszła, jednak po chwili przypomniała sobie, że czeka aż lekarze skończą operować Florence. Sprawdziła na telefonie godzinę - grubo po dwudziestej drugiej. Trochę sobie pospała. Val miała nadzieję, że Flor już jest po operacji i będzie mogła zamienić z nią parę istotnych słów.
Podeszła do najbliższego lekarza i zapytała czy może się już widzieć z Florence.
- Jakiś czas temu skończyliśmy ją operować, ale nie jestem pewien czy będzie miała teraz siłę rozmawiać.
- To pilne.
- W takim razie pani Florence leży tam - powiedział lekarz i wskazał palcem na drzwi na końcu korytarza.
Valory podziękowała i szybkim krokiem poszła w stronę owego pokoju. Jej szpilki głośno odbijały się od kafelek, którymi wyłożona została podłoga szpitala, przez co zwróciła na siebie uwagę ludzi tutaj przebywających. Ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Chciała jak najszybciej załatwić swoje sprawy i wrócić już do domu.
Zapukała lekko do drzwi szpitalnego pokoju, po czym weszła do środka.
- Flor? - zapytała.
- Jestem tutaj - odpowiedziała słabym głosem niebieskowłosa dziewczyna. Była sama na sali, co oznacza, że nikt nie będzie im przeszkadzał.
Valory usiadła na brzegu łóżka dłużniczki i zapytała:
- To jak?
- Z czym?
- Nie pamiętasz? Masz u mnie dług - powiedziała zirytowana Valory. - A długi należy spłacać.
Na chwilę zapanowała cisza. Dziewczyny patrzyły sobie w oczy. Valory z wyższością, trochę ze zniecierpliwieniem. Zaczynało ją to już nudzić. Florence ze zdziwieniem, z lekką niepewnością.
- Według mnie nie powinnaś żądać zapłaty za uratowanie komuś życia - przerwała ciszę Flor.
Valory zachichotała.
- Czy nie sądzisz, że za takie coś powinnaś mi zapłacić? Gdyby nie JA leżałabyś już tam martwa, zjadłyby cię zwierzęta. A ja ten kawałek drogi musiałam cię dźwigać na swoich plecach do szpitala. I... i to wszystko za darmo? Ja nic nie robię za darmo.
Flor zmarszczyła brwi i wpatrywała się w Valory.
- To jak? - powiedziała żółtooka i przechyliła głowę nie spuszczając wzroku z Florence.


* sorka, że tak długo, ale miałam dużo nauki ;P *

Od Gangreny C.D Fragonii

Powędrowałyśmy z Fragnią powoli w stronę klasy od informatyki. Po drodze wyjaśniałam Fragonii, co teraz przerabiamy na informatyce. A była to grafika wektorowa, która całkiem dobrze mi szła.
- Grafika wektorowa ogólnie jest fajna, tylko musisz mieć dużą wyobraźnię, bo jedyne czym rysujesz to podstawowe figury geometryczne. Jak będzie ci to sprawiało trudność mogę ci pomóc, bo jestem w tym dobra. Ale myślę, że powinnaś to załapać - powiedziałam i uśmiechnęłam się do Fragonii.
- Myślę, że nie pójdzie mi to tak źle jak inne przedmioty - powiedziała brunetka, a po chwili dodała: - Przynajmniej mam taką nadzieję.
- Jak będziesz miała problem to ci pomogę. Albo nasza nauczycielka ci pomoże. Zobaczysz, nie będzie tak źle jak myślisz.
Przyszła nauczycielka. Po chwili wszyscy byliśmy już w klasie. Frago usiadła obok mnie. Miała lekkie problemy z włączeniem komputera, ale po chwili okazało się, że jakiś żartowniś postanowił go odpiąć od prądu.
- Dzisiaj postanowiłam dać am trochę luzu i możecie stworzyć pracę na dowolny temat, oczywiście w grafice wektorowej - powiedziała facetka od informatyki, co ucieszyło uczniów.
- Wiesz już, co będziesz robiła? - zapytałam Fragonię.
- Hmmm... - zastanawiała się brunetka. - Nie mam pomysłu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Chyba zostawię białą kartkę.
- Narysuj coś, co lubisz. Albo zrób chociaż jakiś bohomaz. To nic trudnego, zobaczysz.
- W sumie narysowałabym kosmos. Interesuję się planetami - powiedziała Fragonia i przesunęła na kartkę pierwszy okrąg, z którego chciała zrobić planetę. - A ty co będziesz robiła?
- Chyba narysuję logo Brain Dead Familii... może kojarzysz?
- Kojarzę, czasami lubię posłuchać Słonia.
Skupiłyśmy się na swoich pracach. Narysowałam duże logo 'BDF', które otaczały czarno-zielone bąbelki. Rozmyślałam nad pokolorowaniem ich krwawą czerwienią, ale jednak bardziej pasowały w tym kolorze. Zamiast 'normalnych' brzuszków w literze 'B' zrobiłam dwie przekrwione gałki oczne z fioletową tęczówką. Muszę przyznać, że całkiem ciekawie to wyglądało. Byłam zadowolona ze swojej pracy. Zawołałam profesorkę, dostałam to, na co zasłużyłam. Piątkę. Nauczycielkę już nie dziwiły moje nietypowe prace, na początku nauki w tej szkole była nimi zdziwiona ich tematyką. I tym, że zwykle dodawałam jakąś krew albo organy. Ale teraz już się przyzwyczaiła.
Zerknęłam jak idzie Fragonii... i szczęka mi opadła! Jej praca była genialna! Nie mówiła, że potrafi tak dobrze robić grafikę. Kosmos na jej obrazku wyglądał jakby rysował go jakiś profesjonalny grafik. I to nie jakiś zwyczajny Janusz tylko taki, który bierze za swoje prace dużo pieniędzy.
- Jak ty to zrobiłaś? - zapytałam Frago.
- Chyba nie jest aż tak źle, co nie? - spojrzała z ukosa na swoją pracę. - Robiłam lepsze, ale... ostatnio wyszłam z wprawy... miałam dużo na głowie. I nie za często używałam grafiki wektorowej.
- Ale ta praca jest piękna! Moja to przy tym nic... - zaśmiałam się.
Fragonia zgłosiła się, aby dostać ocenę. Nauczycielka bez zastanowienia wpisała jej do dziennika ocenę celującą. Nie dziwię się.
Zadzwonił dzwonek i wyszliśmy z klasy. Dogoniłam Fragonię, która gdzieś się spieszyła.
- Co robisz po lekcjach? Mam mało nauki, jak chcesz możemy coś razem porobić.

 
* Ale się naczekałaś... *

Od Valory C.D Somin

- Udało się! Zwyciężyłam! Zdobyłam bazę! - podskakiwała ze szczęścia Valory. Nie pamiętała, jakie były zasady, nie słuchała ich. Nie wiedziała więc, że je złamała. Dla dziewczyny ważne było jedynie to, że wygrała. Zdobyła bazę! Przecież to było jej zadanie, prawda?
Kątem oka zauważyła Somina, leżał na ziemi skulony. Chyba oberwanie jej bronią musiało go trochę zaboleć. Valory podeszła do niego i szturchnęła go.
- Nic ci nie jest?
Somin spojrzał na nią, jego twarz była napięta. Ale po chwili złagodniała.
- Czy ty słuchałaś zasad? - zapytał Somin odgarniając włosy z czoła i próbując usiąść.
- A czy to było takie ważne? - zapytała zdziwionym głosem Valory, po czym pomogła usiąść brązowowłosemu. Dobrze, że ona nie przekonała się, jak bardzo boli oberwanie podczas tej gry.
- Tak... to było ważne - powiedział załamanym głosem Somin.
- Ups - tylko tyle zdołała powiedzieć Valory, po czym poczuła, że musi jakoś zrekompensować swoją nieuwagę i uśmiechnęła się niewinnie do niego, po czym pocałowała go. Somin odwzajemnił ten pocałunek.
Po chwili dobiegła do nich reszta ludzi, z którymi grali. Niestety, przez to, że Val nie słuchała zasad oboje z Sominem zostali zdyskwalifikowani. Valory niezbyt się tym przejęła. Ona zwykle się niczym nie przejmuje i nic jej nie obchodzi.
- Gdzie teraz pójdziemy?
- Nie mam pomysłu. W sumie jestem zmęczony, chyba będę wracał do domu.
- No zostań jeszcze trochę - nalegała Val. - Może pójdziemy do parku?
Somin chciał pójść już w drugą stronę, ale Valory złapała go za rękę i nie chciała puścić. Nie miał więc wyboru i poszedł z dziewczyną tam, gdzie chciała. Przez całą drogę Valory opowiadała Sominowi o nowych trendach panujących w Imperium, o modnych kolorach paznokci i o podobnych bzdetach, które go niezbyt interesowały, jednak udawał, że słucha dziewczyny i uśmiechał się do niej.
Kiedy dotarli na miejsce Valory pociągnęła Somina w kierunku ławki z widokiem na rozległe jezioro, z ktrego trykało kilka fontann. Na dworze zaczynało się już ściemniać, więc w parku zaświeciły latarnie, które tworzyły nastrojowy klimat.
- Ładnie tu. Podoba ci się? - zapytała Val.
- Podoba - odparł i po chwili zamyślenia dodał: - Ciekawe z iloma facetami tu byłaś?
Valory się zaśmiała.
- Zwykle przychodzę tutaj sama. Z nikim tu jeszcze nie byłam. Zawsze musi być ten pierwszy raz.
- Jakoś ci nie wierzę - uśmiechnął się Somin.
- Teraz mówię prawdę.
- No niech ci będzie.
Valory spojrzała głęboko oczy swojego przyjaciela. Przyjaciela? CHyba tak mogła go nazwać. Nigdy nie miała prawdziwych przyjaciół. Zawsze była gwiazdą, dużo osób ją lubiło, podziwiali ją. Ale nie miała przyjaciół. Chyba Somin jest jej pierwszym przyjacielem. Po chwili pocałowała go mocno. On ją też. Całowali się tak i całowali. On delikatnie głaskał ją po głowie, bawił się jej uszkami. Kiedy skończyli dziewczyna położyła swoją głowę na klatce piersiowej swojego przyjaciela i słuchała bicia jego serca. On zaś objął ją i przytulał patrząc na taflę jeziora.
- Tobie nie zbyt wygodnie? - zapytał, kiedy powieki dziewczyny zaczęły opadać.
Jego głos całkowicie ją obudził. Wyprostowała się i uśmiechnęła przepraszająco.
- Co ty na wspólną noc? Chciałbyś dzisiaj się ze mną pobawić? - zapytała Valory z iskierkamii w oczach, owinęła sobie włosy wokół palca i czekając na odpowiedź Somina przygryzła wargi. Miała nadzieję, że nie będzie musiał dzisiaj iść na nocną zmianę, że będzie mógł ten czas spędzić z nią. Chciała dzisiejszej nocy znowu być tak blisko niego, czuć jego oddech na szyi. Móc całować go po całym ciele. Pragnęła poczuć go znowu w sobie. Ostatnim razem było im tak przyjemnie, tym razem byłoby pewnie jeszcze lepiej.
- Valory...? - z zamyślenia wyrwał ją głos Somina.
- Co?
- Nie mogę. Muszę za niedługo iść do pracy.
Valory posmutniała. Chciała spędzić z nim jak najwięcej czasu. W końcu byli przyjaciółmi.
- To pilne?
- Praca?
- Chyba cię nie wyrzucą, jeśli nie pójdzie ten jeden raz...

W końcu udało mi się odpisać! :D

Od Peruna i Jean C.D Fragonii

Miesiąc po zdarzeniu.
Nowy Jork, mieszkanie Peruna.

 Perun jęknął, nagle podrywając się z łóżka. Potrzebował chwili, aby ogarnąć się, gdzie w ogóle jest. Jego łóżko było mokre, od potu basiora. Poeta cierpiał na bezsenność praktycznie od zawsze, ale teraz nawet jak udało mu się zasnąć, budził się z krzykiem. Biała suka spojrzała na niego ze współczuciem. Siedziała przy barku, w samym ręczniku. Przeprowadziła się do niego w chwili, kiedy musiała pilnie eksmitować się ze swojego mieszkania. Niszcząc przy tym wszystkie swoje rzeczy. Nie pytał, nie drążył. Zdążyli się już nawet zżyć ze sobą. Nadal się droczyli, ale wiedzieli także, że mogą na siebie liczyć w każdej sytuacji. A teraz oboje potrzebowali swojej pomocy. On, bo stracił dziewczynkę, ona, bo przestała czuć się bezpiecznie. Jeanette wyciągnęła dłoń po szklankę whisky. Na wszystkie jej notatki padało jedynie światło lampki. Pracowała przy zgaszonym świetle, ponieważ Perun spał. Wzięła łyk zimnego alkoholu, który przyjemnie schłodził jej gardło i odjął nieco od świadomości.
 Codziennie zapieprzali na najwyższych obrotach. Suka chodziła po wydziale zaginionych. Mówiła, że szkoda, że nie ma bata, bo by ich popędziła. Ale jako że nie są czarni, nie może tego zrobić. Tak, Jeanette zdecydowanie zaangażowała się w śledztwo.
— Per..? — zapytała, niemalże z matczyną troską w głosie. — Idź dalej spać. Naprawdę w takim stanie nic nie uda ci się zrobić. Pół NYPD szuka tej twojej dziewki, od miesiąca nic nie mamy. A ty naprawdę potrzebujesz przerwy.
— Nie rozumiesz, Jean. — powiedział łamliwym głosem, siadając na krawędzi łóżka. — Ja.. ja muszę ją odnaleźć. Sprawa życia i śmierci. Niedokończone sprawy. Sama rozumiesz..
Jeanette pokręciła tylko smutno głową, po czym na nowo zabrała się za przeglądanie wszystkiego, co udało się im tylko zgromadzić. Nie było tego dużo. Wręcz przeciwnie. Bardzo, bardzo mało. Dziewczyna jakby rozpłynęła się w powietrzu. Rudowłosa oparła pysk o rękę, przez co ręcznik nieco się zsunął. Nie poprawiła go, nie było po co. Perun cały czas tępo patrzył się przed siebie, jakby nie do końca wiedział, co miał ze sobą zrobić.

 Było już wcześnie. Jakaś czwarta w nocy. Białej suce udało się położyć Peruna do snu, sama także potrzebowała chwili wytchnienia. Zawinęła się ciaśniej ręcznikiem i ułożyła się na swoim miejscu, czyli na kanapie Peruna. Wzięła pilota do ręki, zaczęła zupełnie bezmyślnie skakać po kanałach. Z tego letargu wyrwał ją brzęczący telefon.
— Cześć, Julio. — Ten głos.. o bogowie. Suka skuliła się na kanapie, a jej sierść się zjeżyła. — Co, nie pamiętasz mnie już?
— Kim jesteś? — Przecież to niemożliwe. Przecież on nie żyje. Przecież.
— Ja.. ja jestem Śmiercią.

Persefona/Darkness? Teraz ja chcę swoją akcję.

Od Ravenis CD Syriusz

Byłam zaskoczona "prezentem" który otrzymałam. Zaskakujący jest fakt, że nie spodziewałam się go akurat w moim biurze. Zrezygnowana, wyjęłam go z worka i posadziłam na kanapie. Musi dojść do siebie. Wie, co potrafię, więc nie zaatakuje mnie tak bezmyślnie jak wcześniej. Wyciągnęłam delikatnie rękę w stronę kajdan.
- Nie uciekasz, nie atakujesz. Jasne? - mężczyzna na moje słowa, przytaknął pół przytomny, a ja szybkim ruchem go odkułam. Ten, mając wolne ręce, mógł się w końcu położyć na kanapie. Zmarkotniałam trochę. To ja go tak urządziłam, ale mu się należało. Przykryłam go kocem, żebym mogła... A właśnie. Jest moim narzędziem badawczym. Mogę zrobić z nim, co mi się żywnie podoba. Gdy zasnął, otworzyłam katalog i usiadłam przed nim, zaczynając mu czytać podstawowe dane w myślach.
- Imię, Syriusz Potter. Wiek, nieznany. Rasa, wilkołak. Umiejętności... Toksyczne. - zaczęłam zapisywać wszystko, co wiem na jego temat i co mogę odczytać. Zmiana w wilka i lwa. Ciekawe moce. Czemu ich nie użył podczas walki? Może nie chciał mnie zabić? Co by miało nawet sens. Pomachałam głową i założyłam mu bransoletki szokujące. W razie czego, jak zacznie skakać, oddam mu kilka voltami. Kolejna sprawa. Nie mam gdzie spać. Moje jedyne wyrko jest okupowane. Akurat gdy jestem senna, nie mam gdzie spać. Świetnie. Kolejny tydzień bez snu. No cóż, mówi się trudno. Zrezygnowana zaczęłam czytać papiery, które miałam pod ręką. Musiałam się pobudzić, żeby nie zasnąć.

*******

Gdy była tak 10 rano, mężczyzna się wybudzał. Powoli odłożyłam książkę, żeby go nie obudzić zbyt gwałtownie i usiadłam przed biurkiem, szybko ogarniając materiały, które mam zamiar z nim zrobić. Syriusz się podniósł i zaczął się rozglądać, trzymając się za łeb. Wyglądał na skołowanego. Wstałam i stanęłam do niego plecami.
- Syriusz Potter, tak? - założyłam zerówki, aby wzbudzić większy szacunek od niego. Odwróciłam się w jego stronę, a ten się poderwał do góry. Pomachałam głowa - Spokojnie, nie zabije Cię. Ani nie zranię.... Ani nie zgwałcę. Skąd ludzie mają takie rzeczy w głowie...
- Skąd mam wiedzieć, czy nie robisz mnie w balona? 
- Syriusz. - zrezygnowana wzięłam krzesło i usiadłam przed nim - zadaj mi trzy pytanie.
- Okey... Gdzie jestem?
- W Imperium, moim biurze. 
- Co tu robię?
- Jesteś moim królikiem doświadczalnym.
- Kto tak powiedział?
- Ja. 
Szybko zleciały te 3 pytania. Zaczęłam przeglądać notatki. Mogłabym go zabrać na sale sportową, sprawdzić jego kondycję, ale wciąż jest poraniony. Wyniki będą sprzeczne ze sobą. Będę musiała wykonać etap psychologiczny. Rozmowa. Jak nienawidzę takiego etapu, zawsze wtedy dostaję po łbie. Wzięłam głęboki wdech i wstałam.
- Możesz wstać? - zapytałam, a chłopak wstał, chwiejnym krokiem. Wyjęłam z szafki leki i mu dałam jedną tabletkę.
- Co to?
- Pomoże ci. 
- A skąd mam wiedzieć, czy nie chcesz mnie otruć?
- Otruć? Nie jestem mordercą. - mężczyzna zilustrował mnie wzrokiem i wziął lek. Szybko go połknął. Pokazałam mu gestem, aby podszedł. Wskazałam mu na ręce.
- Gwałtowny ruch. A dostaniesz ładunkiem elektrycznym.
Wprowadziłam go z pokoju i poszłam z nim na stołówkę. Podeszłam do automatu i zamówiłam mu zwykłe śniadanie. Wzięłam i mu położyłam na moim prywatnym stoliku. Usiadłam z nim i zaczęłam pić kakao, patrząc na zapiski. Mężczyzna mimowolnie zaczął jeść. Wiedział, że za nie wykonywanie moich poleceń, dostanie po nadgarstkach. Patrzyłam na niego i na jego ostrożne ruchy.
- Czemu mnie wtedy zaatakowałeś? - zapytałam z czystej ciekawości. Zaczął automatycznie myśleć o tamtej sytuacji. Chciał pogadać. Pfft. Zachciało się rozmów z pistoletem.
- Czy to istotne? - mruknął, nie wiążąc ze mną kontaktu wzrokowego. Widać, że był zniesmaczony. Ech, po co ja to zrobiłam? No tak... Atak paniki, przerodzony w tik agresji. Pokręciłam głową, przestając słuchać jego wspomnień. Fakt, faktem, było mi trochę głupio. Zrobię mu psychiczne badania, a potem wypuszczę. Napisze, że obiekt był zwykłym obywatelem Watahy Zachodu z dziwnymi umiejętnościami toksycznymi. Ale to po rozmowach. Gdy pan Potter skończył posiłek, wróciłam z nim do biura i posadziłam na kanapie. Usiadłam przed nim i wyciągnęłam notatki.
- A więc... Należysz do Watahy Zachodu, tak?
Syriusz nic nie odpowiedział. Pomachałam głową i zdjęłam okulary, patrząc na niego.
- Posłuchaj, Syriusz. Jak będziesz ze mną współpracować, to szybciej cię wypuszczę. Zdaj się na moją łaskę i pozwól mi wypełnić papiery, bym mogła ciebie uwolnić. Ominiesz testy zbrojne i umiejętności. - brązowowłosy wziął głęboki wdech i oparł o kanapę.
- Tak, należę. 
Zapisałam to i zaczęłam zadawać podstawowe pytania.
- Wiek? 
- Nieistotny.
- Nieznany. Status?
- Wolny.
- Mówiłam o stanowisku w hierarchii. - mimo to, jednak zakreśliłam miejsce statusowe związkowo. 
- Łowca nagród i zmiennokształtny.  
- Ilość nagród?
- Sporo. 
- Sympatia?
- Brak.
- Trójka - zignorowałam jego głos. Ten spojrzał na mnie zniesmaczony. Najwyraźniej chciał to zostawić przy sobie. Próbował do jakieś przyjść z kwiatami, urocze. Ankieta trwała kilka godzin. Gdy skończyłam, wskazałam mu na miejsce podpisu. Ten sięgnął po długopis i się podpisał. Niestety niezbyt czytelnie, ale co zrobisz. Odłożyłam papiery i wyjęłam obrazki. Zaczęłam mu je pokazywać. Miał dziwne odpowiedzi. Głównie to były węże. No tak, panseksualny. W końcu, po wielu pytaniach i notowaniach, wstałam, odkładając papiery. Gdy zaczęłam coś zapisywać, facet złapał mnie i zacisną rękę na moim nadgarstku.
- Mam dość pytań. Chce odpowiedzi.
- Mogę odpowiedzieć na pytania dotyczące moich danych osobistych. Jeśli chodzi o przeszłość, zapomnij. To ja mam cię poznać, Syriuszu z Watahy Zachodu, nie ty mnie. 

Syrciu? Pytaj, póki masz chwilę oddechu xD

Od Syriusza C.D Rav

  Dziewczyna nieźle go urządziła. Przyznał się bez bicia, że był lekko zaskoczony całą tą sytuacją. Chwiał się na nogach i jakimś cudem doczołgał do pobliskiej kawiarenki, aby zamówić po raz kolejny coś do picia. Cholera, to był jednak bardzo, ale to bardzo zły pomysł...  Wyczuwał w niej magię, jednak spodziewał się, że będzie przerażona i nie da rady zareagować. Nieźle się broniła. Modlił się, aby już nigdy więcej nie musiał trafić na tak ostrą laskę. Przecież cholera nie chciał jej zgwałcić, czy coś. Najpierw tylko postraszyć, potem pogadać, a tu trafił chyba na jakiegoś zapaśnika... 
  Kiedy wszedł do upragnionej kawiarenki, położył głowę na stole i pozwolił, aby krew spływała po nim. Zamknął oczy. Był osłabiony i czuł się jak po szarpaninie z wściekłymi psami. Poczuł, że ktoś go szarpie. To były tylko sekundy. Potem dla Syriusza świat stanął w miejscu. Pewien jegomość opatrzył jego rany. Ludzie w kawiarence patrzyli się na tę jakże ciekawą scenkę. Nieznajomy warknął do nich, aby zajęli się własnymi sprawami. Po chwili wszyscy odwrócili wzrok i skupili się ponownie na swoich własnych sprawach. Mężczyzna wyczuł biegnącą w Syriuszu magię. Sam kiedyś był jednym z magicznych, dopóki nie zrezygnował dobrowolnie ze swojej mocy na rzecz Imperium. 
  Wziął więc swój obiekt badawczy na plecy i wyniósł go dyskretnie z kawiarenki. Aby mieć pewność, że nie obudzi się w trakcie podróży, wstrzyknął mu lek. Teraz nieszczęsny Syriusz nie obudzi się w ciągu co najmniej pięciu godzin. Zakapturzony koleś wrzucił go brutalnie do wozu i dodatkowo zakuł kajdankami ze srebra. Kto wie, może ten specyficzny obiekt zacznie walczyć z jego jadem i zacznie się rzucać. Takie magiczne "króliki" były szczególnie niebezpieczne, bo nigdy nie wiadomo wiele o jego mocy i możliwościach. Wyglądał góra na dwadzieścia kilka lat, jednak był na pewno starszy. Skoro jednak dał się tak łatwo porwać, z pewnością nie był doświadczony. Albo pierwszy raz był w Imperium. [...]

 - Mam tu coś dla ciebie. - powiedział jeden z lekarzy, rzucając worek ze swoim obiektem badawczym. - Jeszcze żyje. Jest w dobrym stanie. Jeden z naszych szpiegów znalazł go w kawiarni. Widocznie się z kimś potłukł. Zmiennokształtny, raczej niedoświadczony. Jego drugą formą jest lew. Spróbuj coś z tego dziada wykrzesać. 
   Mężczyzna wyszedł, zostawiając zdenerwowaną Ravenis ze swoim "obiektem" badawczym. Uklękła i delikatnie rozwiązała worek. Zdziwienie wkradło się na jej twarz, kiedy zobaczyła tego samego mężczyznę, który kilkanaście godzin temu groził jej bronią. Syriusz powoli zaczynał odzyskiwać świadomość. Otworzył powoli oczy, jednak nie rozpoznał twarzy tej panienki, która klęczała przy nim. Kobieta sięgnęła po broń. W razie czego była gotowa odeprzeć atak. Spluwa okazała się jednak niepotrzebna, powiem Syrek miał unieruchomione ręce i nogi za pomocą srebrnych kajdanek. Nie potrafił się również przemienić w lwa. Była zdany na jej łaskę...

Ravenis?
Hop hop, robimy wiwisekcję na Syrku! C:

Od Haylee cd Somin

Nie ma. Nigdzie jej nie ma. Minęły już dwa miesiące od zaginięcia Miyashi. Pewnego rau gdy Haylee wróciła do domu nie zastała w niej swojej partnerki. Sadako, która zawsze towarzyszyła Miyu też nie było ani w jej chatce ani nigdzie na terenie WZ.  Kiedy Hay szukała jakich kolwiek tropów dostrzegła, że jej rzeczy również przepadły. Jeden z obecnych przy tym członków zasugerował, że młodsza zwyczajnie uciekła. Początkowo takie  podejrzenia mocn oburzyły alphę. Nie miała w końcu powodu by tego robić. Różowooka dawała wszystko małej czego potrzebowała. Każda najmniesza zachcianka młodszej była spełniana, każdą wolną chwilę alpha poświęcała jej, a każdą noc spędzoną w domu przeznaczała na dopieszczaniu ukochanej. Nie mogła.. Nie, nie chiała dopuścić do siebie myśli, że ta od niej uciekła. I to bez żadnego słowa. Nie była tego typu osobą. Nawet jeśli chciałaby uciec nie zrobiłaby tego. Nie zdolna od tak porzucić Hay. Ta za bardzo uzależniła sb od niej. A jednak... ślad  po niej zaginął.
Haylee poddała się. Tak jak wszyscy. Lecz ona jedyna wciąż nie dopuszczała do siebie myśli że jej partnerka od niej uciekła. Wierzyła w każdy nie ważne jak absurdalny scenariusz ale nie w to. Jak można się domyślić strata ukochanej osoby źle wpłynęła na alphę. Coraz mniej czasu spędzała na dopilnowywani watahy a cocraz więcej na wypadach do imperiańskich pubów. Zdażało jej się też ćpać ale nie za często i to raczej w laboratorium, gdzie nikt jej nie widział. Nie kryła się natomiast z tym że coraz częściej zdarza się, że wypije  za dużo. Wszystko to jak i przelotne stosunki z nowo poznanymi osobami miały na celu jedno - zapomnieć.
Tak było i tym razem. Nieźle upojona dziewczyna szła przez miasto zataczając się. Był to efekt kolejnej nocy spędzonej w klubie. Zbliżała się godzina policyjna. Ludzi na ulicy już prawie nie było a ci co jeszcze można było ujrzeć pospiesznie szli do swych domów. Haylee jednak była inna. Szła  powoli, zataczając się, co jakiś czas wydzierała się na całe gardło. Od dawna nie była tak rozluźniona. Jej mięśnie podzielały chyba stan jej umysłu, bo za miast się poprawnie działać były takie byle jakie. Ni spięte ni rozluźnione. Dziewczyna zahaczyła nogą o płytę chodnikową i upadła. Zamiast jednak zetknąć się twarzą twarz z ziemią, albo raczej z betonem poczuła że leży na innej osobie.

Somin? Sorki za beznadzieję. Chciałam to dać w tym tygodniu ale ciąglę coś ode mnie świat chce, więc wyszło takie coś..

Od Fragonii i Persefony C.D Peruna

  Brunetka nawet nie chciała słyszeć o rozmowie z basiorem. Wiedziała już, o co mogło chodzić. W jej oczach pojawiły się łzy. Perun spojrzał zdenerwowany na dziewczynkę i wyciągnął do niej swoją łapę, jednak brunetka tylko się cofnęła. Nogi miała jak z waty cukrowej. Czuła, że nie mogła wziąć oddechu. Basior widział, że dzieje się z nią coś złego. Spojrzała na Persefonę jak na samą Mroku, a czarnowłosa wiedziała, że źle postąpiła i swoim zachowaniem tylko pogorszyła sytuację swoją i swojej siostrzyczki. 
  Chciała coś powiedzieć, jednak Fragonia wybiegła z pomieszczenia. Perun już chciał rzucić się pędem przed siebie, kiedy zatrzymała go czarnowłosa. Zaczęła myślami namierzać swoją siostrę. Kiedy tylko ją dotknęła, kontakt został momentalnie przerwany, a czarnowłosa upadła na ziemię. Nigdy nie poczuła czegoś takiego. Zawsze były nierozłączne. Jakim cudem brunetce udało się przeraź tą więź?! 
  - Goń ją! - krzyknęła po chwili czarnowłosa, upadając. 
  Basior nie zważał już na leżącą obok nastolatkę. Zależało mu tylko na tym, aby dogonić jak najszybciej brunetkę i porozmawiać z nią o swoich uczuciach. Przepłoszył ją. Przepychał się między innymi ludźmi. Zaraz za nim biegła Persefona, chyba jeszcze bardziej przerażona od niego. Czuła się tak, jakby ktoś wyrwał jej z piersi połowę serca. Jakim cudem... Jeżeli jej szybko nie znajdzie, dziewczynie nie pozostaje wiele energii życiowej i może nie przeżyć więcej, niż dwóch lat. Może pozostaną jej tylko miesiące...
  - To moja wina... - wychrypiała po chwili przez zęby. [...]

  Fragonia w tym samym czasie wsiadła do pobliskiego autobusu, który miał ją zawieść jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Myślała o tym wszystkim. Myślała o swoim dawnym internacie, o Marco... Może to i lepiej, że zniknie z ich życia. Tak... tak właśnie będzie dla nich najlepiej. Zamierzała wstąpić do swojego starego internatu, aby pożegnać się z Gangreną i na powrót wyjechać. Nikt jednak nie spodziewał się, że los młodej tak się potoczy. Wypadek autobusowy. Dziewczynka nie pamiętała zbyt wiele z tego wydarzenia. Pamiętała jedynie okropne odgłosy karetek.

Perun? Zazębiam fabuły. Tera Frago trafi na te kilka miechów do Somina, więc zostaje ci tylko Persefona i Dariusz. [*]

Od Nataniela C.D. Florence



Potrzebowałem dzisiejszy wieczór spędzić poza domem. Prawdopodobieństwo mojego rzucenia się na Rina było zbyt duże. Ubrałem się tak by nie gorszyć zacnej elity. T-shirt  zmieniłem na jasno błękitną koszulę, jasne ulubione dżinsy na czarne. Tyle musiało wystarczyć.
Noce były coraz chłodniejsze. Jednak nie na tyle bym musiał się zapinać. Przystanąłem na chwilę na schodkach przed kamienicą odpalając papierosa. To będzie cholernie długa noc. Mój oddech zmienił się w cienką smużkę pary, która szybko rozleciała się ulatując . Chciałem ulecieć wraz z nią. W chwile takie jak te, gdy pożądanie brało górę, czułem się samotny, bardzo samotny. Przeczesałem niesforne włosy. Wstałem wciskając dłonie głęboko w obszerne kieszenie płaszcza.
Ulica Piwna miała do zaoferowania całą gamę baro-kawiarni. Prościej mówiąc trochę lepszej jakości spelun, ożywających nocą. Nie potrafiłem się upić ale zdecydowanie lubiłem smak alkoholu. Wybrałem mój ulubiony bar z szyldem „Czarny Lotos”. Wnętrze utrzymane w ciepłych, bursztynowych kolorach whisky koiło moje zmysły. Odwiesiłem płaszcz i skierowałem niemrawo kroki w stronę baru. Moją uwagę przykuła wyjątkowo wysoka kobieta. A raczej jej lśniące niebieskie włosy. Opadające delikatnymi falami do zgrabnie zaokrąglonych pośladków. Kawałek jasnej niczym perła skóry. Tyle mi wystarczyło. Nieznajoma odbierała właśnie swoje Mojito. W myślach dziękowałem za to że nie było to jakieś kolorowe paskudztwo. Szybko pokonałem dzielącą nas przestrzeń, niby przypadkiem zatrzymując się tuż za nią. Wystarczyło by skończyć z delikatnie mokrą koszulą. Pierwsza część planu zaliczona. Teraz tylko wystarczyło wzbudzić w niej poczcie winy i zaproponować coś do picia na mój koszt. Zgodziła się bez żadnego oporu. Kiedy odchodziła do wskazanego przeze mnie stolika na uboczu, dokładnie oceniłem jej figurę i sposób poruszania się. Chyba właśnie znalazłem to czego szukałem od dłuższego czasu. Odwróciłem się w stronę dobrze znanego mi barmana.
– kiedyś trafisz na taką, która zostawi Cię z tą mokra koszula i pójdzie w pizdu  – przywitał mnie z bezczelnym uśmiechem na ustach.
 – możliwe, ale na pewno nie dziś – puściłem do niego perskie oczko – to co zwykle, plus mocniejszą wersje wcześniejszego drinka dla mojej nowej znajomej – czekałem oparty o bar.
Po powrocie do stolika dowiedziałem się że ma na imię Florence.  W myślach nazywałem ją już ma Perle. Opowiedziała mi swoją historię, niezbyt szczęśliwą, jak prawie każdego z nas. Jedyne co uderzyło mnie, to wzmianka o jej udanym samobójstwie. Przeraziło mnie to. Jakaś część mnie chciała ją mieć blisko. Ciasno otuloną moimi ramionami, niczym porcelanową figurkę, bardzo cenną i delikatną. Była niczym małż, twarda skorupa kryła miękkie wnętrze i lśniącą perłę jej duszy. Pozwoliłem jej się wygadać, tonąc w potokach jej melodyjnego głosu. Sam jednak niechętnie dzieliłem się własną przeszłością nawet z najbliższymi mi osobami. Milczałem więc o mojej przeszłości.
Koniec końców, rozmowa szczęśliwym dla mnie trafem stanęła na tym że ma Perle nie ma gdzie mieszkać.
– Zapewne coś wynajmę, a później pomyśle nad kupnem domu – rozmyślała na głos.
– Może to głupio zabrzmi, ale czy nie chciałabyś zostać moją współlokatorką? – na chwilę spojrzała na mnie zdziwiona, by z uśmiechem na ustach zgodzić się na moją propozycję. Zapytałem kiedy chciałaby się do mnie wprowadzić, odpowiedziała że może od zaraz. Dokończyliśmy nasze drinki już chyba siódme z rzędu.
Po około godzinie pomogłem jej zabrać swoje rzeczy, czując lekkie deja vu. Uderzyła mnie zabawna myśl, że mógłbym zostać z powodzeniem handlarzem ludźmi. Po drodze opowiedziałem jaj trochę o sobie i o mojej pracy. Wchodząc z nią na piętro zastanawiałem się co porabia teraz Rin. Czułem jego obecność w pokoju naprzeciw mojego. Ciekawe co pomyśli widząc mnie późną nocą wracającego z kobietą?. Uderzyła we mnie fala chłodu, nie mającego związku z temperaturą panującą w korytarzu. Przystanąłem na chwilę wpatrzony w jego drzwi.
– Jeśli Ci nie przeszkadza, zajmę ten obok twojego. – Florence prawie wpadła na mnie – Wszystko w porządku Natanielu? – w jej głosie brzmiała autentyczna troska.
 – Nie mam nic przeciwko. – uśmiechnąłem się do niej – Jest już późno, rano pomogę Ci się rozpakować. Teraz chodźmy już spać – kończąc zdanie pochyliłem się nad nią. Delikatnie odgarnąłem jej włosy z czoła i złożyłem na nim pocałunek. Może to sprawka alkoholu albo tego, że naprawdę dobrze czułem się w jej towarzystwie. Trochę dłużej niż było to potrzebne moje usta miały kontakt z jej gładką skórą. Spojrzała na mnie lekko zdziwiona. Jej wzrok pytał mnie o to co dalej. Nie planowałem części dalszej, więc delikatnie chwyciwszy ją za rękę zaprowadziłem do wybranego przez nią wcześniej pokoju. W jednej dłoni niosłem torbę, drugą lekko zaciskałem na jej ciepłych, szczupłych palcach. Sama otworzyła drzwi przystając w nich. Czekała na mój ruch. Nie mając wyjścia przecisnąłem się obok niej, ocierając się ramieniem o jej miękkie ciało. Postawiłem torbę na ziemi obok jej łóżka. Stała nadal w miejscu. Jedynym światłem w pokoju było światło księżyca, delikatnie kładące swój blask na deskach podłogi i części pościeli. Czułem, że jest gotowa dać mi więcej, niż mógłbym czy chciałbym. Była urodzoną kusicielką. Powoli, kołysząc nieświadomie biodrami ruszyła w moją stronę. Stojąc perę centymetrów ode mnie odwróciła się odgarniając swoje jedwabiste włosy na bok.
– Pomożesz mi rozpiąć? – Sukienka ściśle przylegała do jej zgrabnego ciała. Cichy i lekko ochrypły głos pieścił moje uszy. Dłonią delikatnie chwyciłem zapięcie jej zamka zaczynającego się na jej karku. Schyliła głowę ułatwiając mi kontakt z jej rozgrzaną skórą i chłodem metalu. Nieśpiesznie kierowałem dłoń coraz niżej i niżej odsłaniając coraz więcej. Odkryłem zafascynowany parę pieprzyków na jej szczupłych łopatkach. Nie mogłem powstrzymać dłoni przed zbadaniem ich faktury. Usłyszałem jej oddech, który poruszał jej ciałem. Łuki żeber wyginały się w jego rytm. Wdech, wydech, oddychałem tym samym rytmem dzieląc go wraz z nią. Odwróciła się nieśpiesznie kładąc mi wciąż niepewnie swoją małą i delikatną dłoń na piersi. Przez materiał koszuli czułem jej ciepło. Oddech pozostawiał rozgrzaną smugę na mojej skórze tuż powyżej kołnierzyka. Była niewiele niższa ode mnie. W końcu spojrzał w moje oczy swoimi intensywnie rubinowymi. A ja?.
A ja nie marzyłem o niczym innym, tylko o tym by ciepłe złoto zastąpiło ich krwisty blask. Delikatnie zdjąłem jej dłonie z mojej piersi i ucałowałem czubki jej palców.
 –Dobrej nocy ma Perle – po chwili uśmiechnęła się w odpowiedzi
–Dobrej nocy Natanie – wyminęła mnie zsuwająć z siebie ciasną sukienkę. Nie odwracając się ruszyłem do wyjścia cicho zamykając za sobą drzwi. Mój wzrok znów powędrował w stronę pokoju w którym przebywał Rin. Nie spał, tego byłem pewny. W czterech ścianach własnego pokoju nieśpiesznie pozbyłem się jeszcze lekko wilgotnej koszuli. Spodnie poszły w ślad za nią i całkiem nagi wszedłem pod strumień lodowato zimnej wody. Czysty i suchy ubrałem miękką parę spodni  gotowy na kolejne parę godzin męki przewracając się z boku na bok.
Chwilę po północy postanowiłem wstać i udać się do pracowni. W końcu czułem jak moje ciało trzęsie się z zimna. Spojrzałem na dłonie, paznokcie w świetle księżyca były intensywnie sine, tak samo jak reszta ciała. Z cichym łoskotem opadłem na białe deski. Może w końcu uda mi się zasnąć. Po niespełna minucie drzwi od pracowni otworzyły się z cichym zgrzytem zawiasów. Niechętnie otworzyłem oczy by spojrzeć na przybysza. Choć i bez tego doskonale wiedziałem kto śpiesznie zmierzał w moim kierunku. Rin ubrany w piżamę kucnął, kładąc na mnie swoją dużą dłoń. Nawet w półmroku widziałem wyraźnie jego złote tęczówki. Nie słyszałem słów. Nie były dla mnie ważne. Uniosłem dłoń kładąc mu ją na policzku. Przestał poruszać ustami. Milczał patrząc prosto w moje oczy. Jego ciepło wlewało się w moje ciało przez każdy centymetr w którym stykały się nasze ciała. Delikatnie zdjął moją dłoń i pokazał mi bym objął go za kark. Bez problemu uniósł mnie i trzymając w ramionach zaniósł do mojej sypialni
– Nie pytam co podsunęło ci pomysł aby spać przy otwartych oknach zimą! – położył mnie delikatnie w pościeli. Szybko i sprawnie zamykając wszystkie. Nie tracąc prędkości okrył mnie kocem. Swoją drogą trząsłem się jak opętany. Po części z zimna po części z ekscytacji. Widząc że koc nie wystarczy, przystanął na ułamek sekundy jakby próbując podjąć decyzje. Chyba myślał że jestem w krytycznym stanie, ponieważ szybko ściągnął przez głowę koszulkę i wskoczył pod mój koc. Prawie straciłem oddech czując palące ciepło jego skóry z tak bliska.
– Wybacz ale nie mam zamiaru stracić pracodawcy oferującego tak korzystną stawkę – próbował zażartować ale wyraźnie czułem jego lekkie skrępowanie.
Florence, Dorin? :D

Od Shadowa do Luny

-A panienka co tu robi? Nie wiesz, że niebezpiecznie jest wchodzić samej na te tereny? -Zapytał czarnowłosy.
-Przepraszam pana, nie wiedziałam.
-No to lepiej wracaj już do domu, zanim ona się pojawi. Nie lubi gości. -Powiedział i odstawił dziewczynkę na murek.
Białowłosa nie za bardzo ogarniała, o czym on mówi i po chwili zapytała:
-A skąd właściwie wiesz, że nie jestem miejscowa?
-W tej chwili sama mi to powiedziałaś. A tak na serio, to jesteś za radosna. Tutaj to rzadkość.
-Co pan taki spięty?
-Zadajesz za dużo pytań. -Powiedział i popatrzył w okna niedalekiego wieżowca.
-Lubię pytać.
-Ech. Uparta jesteś. Jeżeli serio chcesz porozmawiać, to nie tu i nie teraz. Trzeba się oddalić od granicy i od tego sektora.
Dziewczyna kiwnęła głową i rozejrzała się za sobą.
-Jak tu szłam, widziałam jadalnię. Chodźmy tam i porozmawiamy.
-Niech będzie, tylko szybko, bo mam coś do załatwienia.
Po kilku minutach byli już w owym budynku. Cień kupił dwa hot-dogi i jednego dał białowłosej, żeby nie musiał potem wynosić zgłodniałego trupa.
-No to, co chcesz wiedzieć?
-...

~Luno?

Od Sir She CD Amithii

  She dostawał nerwicy. Był zamknięty w małym ciemnym pokoju, w dodatku na głodzie. W dodatku nie miał nic do roboty, kompletnie nic. W normalnej sytuacji, zająłby się czymś. Zawsze się zajmował, kiedy czekał na dilera, który spóźniał się nawet kilka minut. A teraz nie czekał na nikogo. Wiedział, że kolejna dawka nie nadejdzie, chociaż on tak bardzo jej potrzebował.. Na odstresowanie chociażby, jak nigdy wcześniej. Oparł policzek o zimną ścianę. Dzięki lekom przez jakiś czas czuł się nieco lepiej, ale teraz przestawały działać i znowu czuł, jakby miał zaraz zwymiotować, umrzeć albo zmienić formę. Właściwie, to wszystko naraz. Przyparł paznokcie do ściany i zaczął drapać nimi o nią, dopóki krew nie zaczęła ściekać mu z palców. Wtedy przerwał na chwilę, żeby zobaczyć to jakże ciekawe odkrycie. A potem znowu zaczął, mimo protestów Chłopca. Kiedy zobaczył, że zostawia jakieś ślady na ścianie, zaczął kreślić swój numer na ścianie. Własna krew być może nie była do tego najlepszym materiałem, ale to przynajmniej zapewniało She jakieś zajęcie, żeby nie zwariował. Upływ czasu nadal był dla niego jednak pojęciem totalnie abstrakcyjnym, więc nawet nie miał pojęcia, która jest teraz godzina. Ani nawet pora. Miał tylko nadzieję, że jego nowa.. właścicielka? będzie przychodziła o w miarę stałych porach. Może to pozwoli mu się jakoś ogarnąć w czasie. Chociaż.. czy to miało jakikolwiek sens w tej chwili? Życie She zależało tak naprawdę tylko od tamtej kobiety, która przecież wcześniej walnęła go prądem.. bolało. She nie wiedział, do czego jeszcze jest zdolna, ale wolał tego ne sprawdzać.

A przynajmniej tak twierdził jeszcze wtedy, zanim leki przestały działać. Na jego nieszczęście, jakiś czas potem weszła dziewczyna. Wiedział, że nie ma najmniejszego sensu się wyrywać, więc po prostu grzecznie stał na swoim miejscu. Dopóki Amithia nie zbliżyła się do niego i nie wyciągnęła ręki, żeby go dotknąć. Z początku tylko odskoczył i uchylił się, ale potem się wściekł. Zachował się jak pies, a tak bardzo gardził tym zachowaniem.. Nie był żadnym uległym psem. W mgnieniu oka rzucił się na czarnowłosą, a raczej chciał to zrobić, ale łańcuch go przytrzymał. Ale dla Amithii widocznie liczyły się intencje, bo chwilę potem ciało She wypełnił obezwładniający ból. Zaskomlał cicho, kuląc się na podłodze.


Ami? 

Od Sir She CD Amithii [+12]

— Powodzenia, ty mała dziwko. — zaśmiał się chrapliwie, odrzucając głowę do tyłu.
Zamknął oczy i skrzywił się z bólu. Jego ciało trawiła gorączka, wywołując drżenie na całej jego powierzchni. Bolała go głowa, tak bardzo bolała go głowa.. pragnienie paliło jego wnętrzności. Krew w żyłach jakby zaczęła wrzeć, rozprowadzając po ciele ból niemożliwy do zniesienia. Zasyczał przez zęby, a jego ciało chciało się skulić, ale łańcuch powstrzymał ten odruch. Sir She przestąpił z nogi na nogę, mając nadzieję, że chociaż trochę mu to ulży. Nie ulżyło, ani trochę. Wręcz pogorszyło sprawę. Spanikowany niczym zwierzę złapane w sidła zaczął rzucać spojrzeniem po całej celi, ale było zbyt ciemno, żeby cokolwiek dostrzegł. Zresztą.. nawet gdyby coś tu było, nie wydostałby się. Te jebane kajdanki przytrzymywały go tak, że nic nie mógł zrobić. Oblizał spękane wargi, chcąc przynieść sobie nawet chwilową ulgę. Odwyki nigdy nie działały na niego zbyt dobrze. A ten wyjątkowo.
She. Chłopiec odezwał się w jego umyśle. Jego ton był smutny i przestraszony, w sumie jak zawsze. Chłopiec zawsze zachowywał się jak pies, którego właściciel zbił o jeden raz za dużo. Gdyby mógł, podkuliłby ogon i zwiał. Ale nie mógł. She, nie powinieneś był jej tak traktować.. ona mogłaby ci pomóc. Naprawdę. Przecież już dała ci dach nad głową, mimo tego wszystkiego. Ratuje ci skórę. Powinieneś być milszy.. gdyby nie ona, siedziałbyś w areszcie z policją nad głową.
— Nie mów do mnie She, jebana sieroto. — wywarczał z satysfakcją, kiedy odczuł jego strach. Karmił się tym. — Po chuj mam cię właściwie słuchać, pierdolona wywłoko? Matka ci nie mówiła, że silniejszym się nie podskakuje? Ano tak.. nie zdążyła. Oddała tę kurwią spierdolinę jaką jesteś od razu do przytułka.
She, proszę..
— Zamknij kurwa ryj! — ryknął She, rzucając się do przodu. Kajdany nie puściły. — Czy nie możesz po prostu zdechnąć?!
Dopiero po kilku godzinach She zasnął, chociaż odpowiedniejszą formą byłoby stracił przytomność. Opadł z sił, a jego kolana uderzyły w zimną, twardą posadzkę. Chłopaka nie obchodził już ból. Był bardzo, bardzo zmęczony. 
Nie pamiętał, ile spał. Wiedział tylko, że po jakimś czasie obudził go zgrzyt otwieranych drzwi.

Ami?

Od Somina C.D Fragonia

Frago odzyskała przytomność dopiero następnego dnia. Widocznie potrzebowała się porządnie wyspać. To był dla mnie ciężki okres życia. Pracowałem w nowym otoczeniu z ludźmi, którzy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do mojego z lekka olewającego charakteru. Nie mniej, moją głowę najbardziej zaśmiecała Frago i Antales. Tak jak o malutkiego nie musiałem się martwić, tak z dziewczyną nie było nigdy wiadome, co może jej wpaść do głowy. Nasilony stres trwał zaledwie trzy dni, ale przez ten czas szpital stał się moim domem. Praktycznie z niego nie wychodziłem. Nie przeszkadzała mi domowa pustka. Po prostu czułem się potrzebny na miejscu.
 ~*~
Dni mijały jeden po drugi. Odkąd Frago znów zaczęła chodzić, a malutki Antales znalazł się w naszych progach, pół roku strzeliło mi jak z bicza. W pracy wszyscy już przywykli do mojego stylu życia, a w domu zaczęło tętnić życiem. Mimo iż mieszkaliśmy tam tylko we troje, w całym ogromnym mieszkaniu nie znalazłbym kąta osamotnienia. Zawsze było coś do roboty, pomijając już moją pracę. Posiadanie dziecka jest koszmarem! Chciałem jak najbardziej Frago odciążyć, ale nie wyrabiałem pracować na dwa etaty. Nie mogłem poświęcić maluchowi tyle czasu co Frago, która prawie nigdy nie wychodziła z domu. Nie mieliśmy za to nigdy problemów w zrozumieniu się nawzajem, zwłaszcza że dziewczyna wiecznie miała swój potulny charakter. O śnie oboje już dawno zapomnieliśmy. Dnie wyglądały podobnie. Z pracy wracałem wyręczyć młodą matkę w obowiązkach, by mogła się wyspać. Gdy Frago już się wyspała, to ja kładłem się spać, odpocząć przed kolejnym dniem pracy. Tak dzień się zapętlał i trwał w nieskończoność… Nadszedł dzień sądu. Malec podrósł już na tyle, że można było odpuścić sobie karmienie go piersią i Frago mogła wyjechać. Dzieckiem najprawdopodobniej zaopiekowałaby się niania. Nie brakowało nam pieniędzy na opiekunkę. Zastąpiłaby Frago na jakiś czas. Dziewczyna już dawno chciała pojechać do Darknessa i z nim pogadać. Teraz nadeszła ta pora. Leżałem obok niej, próbując zasnąć. Przekręciłem się na bok i otworzyłem jedno oko. Dziewczyna siedziała z zamkniętymi oczami. Zerknąłem przez ramię do kojca, gdzie spał Antales. Cisza zaczęła boleć w uszach.
- Frago śpisz?
- Tylko odpoczywam. – nie otwierała oczu.
- Pomyślałem, że jest odpowiedni czas, byś pojechała do Darknessa i z nim pomówiła. Mały już nie potrzebuje byś była przy nim cały czas. Myślałem, by załatwić niańkę dla niego, byś mogła bez zmartwień pojechać. Ja bez ważnego powodu nie mogę zostawić dyżuru bez zastępstwa.
 - Mówisz poważnie? – przyjrzała się mojej osobie.
 - Kiedyś trzeba będzie.
- Nie mogę tak was zostawić Somin…
- O nas się nie martw, twardzi z nas zawodnicy. Bardziej martwiłbym się o ciebie. Poradzisz sobie? Nastała głucha cisza, którą zakłóciłem, starając się o odpowiedź.
- Frago?
- Dam radę. Jak tylko znajdziemy odpowiedniego opiekuna dla maluszka.
- Cieszę się. W takim razie idę spać.
- Oczywiście, odpocznij.

 Frago? Jedziesz do Darkusia? ^^ #On mnie zje. Antales, jak i Darek więc wracaj szybko…

Od Kune C.D Mike

Powoli obudził się z tak zwanego "snu" i rozejrzał się do okoła, zobaczył chłopaka, na którego widok przeszedł go dziwny dreszcz jakby zapowiedzenie zdarzeń z przyszłości, chłopak patrzył na niego przewiercającym wzrokiem błękitnych oczu.
Zaczął sobie przypominać zdarzenia z wczoraj i szybko przeszukał kieszenie w poszukiwaniu kości, którą wczoraj otrzymał, uspokoił się nieco, gdy ją znalazł i obejrzał się na chłopaka, gdy ten przemówił.
-Witaj- Powiedział pustym głosem, w którym wyczuł furię sprzed paru godzin, dla jakiegoś powodu umiał wyczuwać negatywne emocje oraz ich cienie w ludziach.
Skinąłem mu głową odpowiadając na jego powitanie, chłopak się uśmiechnął, w oczach innych mógłby wyglądać na młodzieńca, ale ja żyjąc prawie dwieście pięćdziesiąt lat widziałem, że chłopak nie może być młodszy niż sto lat. Spojrzałem na niego a on spytał -Jak się nazywasz?-
-Imiona są groźnie wiesz? Ale możesz mówić mi cień-odpowiedziałem spoglądając na niego zirytowanym wzrokiem, a on popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem, zastanowiłem się, czy to jakieś zrządzenie losu, czy może coś innego.
Wstałem z łóżka i spojrzałem z góry na niebiesko okiego chłopaka, wyglądał na niższego odemnie prawdopodobnie nieznacznie, ale czułem się lepiej wiedząc, że jestem wyższy od tej przyprawiającej mnie o dziwne uczucie osoby, preszedłem się po pokoju przyglądając się dosyć gładko wyciosanym ścianom z kamienia i drzwiom zrobionym z ciemnego drewna, w pokoju stało też jedno krzesło i łóżko.
Chłopak wstał z krzesła i podszedł do drzwi otwierając je, zobaczyłem długi korytarz, który w przeciwieństwie do pokoju wyglądał dość prymitywnie, ściany oblepione błotem a na nich pochodnie zasilane oliwą, którą trzeba dolewać co godzinę, miałem pewne domysły na temat mojego wybawcy, choć nie czułem u niego negatywnych emocji, które mogłyby oznaczać, że chce mi coś zrobić. Poszedłem korytarzem a chłopak szedł za mną, doszedliśmy do rozgałęzienia dróg a on wyforsował się na przód skręcając w lewo, poszedłem za nim i weszliśmy do wielkiego pomieszczenia, wyglądało jak jaskinia dosyć wysokie sklepienie w "jaskini" stało dużo pudeł, mała stajnia a na końcu było wyjście.
- Co teraz zrobisz?- obejrzałem się na chłopaka, gdy zadał to pytanie.
- Chyba już pójde - spojrzałem na niego. Chłopak z oporem kiwnął głową, odwróciłem się i poszedłem w stronę wyjścia sprawdzając, czy mam moje wszystkie rzeczy.

Od Maeve C.D Somina

-Widzisz… bo… Szukałam cię, bo…- zająknęłam się, wystawiając dłoń z zegarkiem -Ale nie tylko dlatego. Czuję się oburzona, że zabawiłeś się wyłącznie i od tak poszedłeś. To było niemiłe z twojej strony i nietaktowne. A ta dziewczynka… Przecież ona ma z dwanaście lat! Nie mów, że lubisz takie dzieciaki.- powiedziałam z oburzeniem.
 Mężczyzna założył na nadgarstek swój zegarek, a potem na mnie spojrzał. Wiedziałam, że nie jest zadowolony. Pft… Nie obchodzi mnie to. Chciałam wytłumaczenia. Co to miało być, że on myślał, że ja będę jego głupią zabaweczką?!
- Dwanaście? Ostatnio skończyła piętnaście. - podrapał się po głowie. 
- Ot rzeczywiście! Ty jesteś starym piernikiem, a ona jest niepełnoletnia!-powiedziałam, chwytając jego ramiona.-Zrozum człowieku, że zniszczyłeś jej życie. Ona ma je jeszcze przed sobą, a teraz będzie musiała jeszcze zajmować się dzieckiem. A ty moim zdaniem powinieneś znaleźć sobie kogoś, kto przynajmniej ma osiemnaście lat.-dodałam lekko się czerwieniąc. - Zajmie się małym jakiś czas, później będzie wolna. Dzieciaka chętnie przygarnę, a co do szukania sobie kogoś... Nie sądzisz, że to dziecinne bawić się w związki? -Skarbeńku, czy ja powiedziałam cokolwiek, że masz od razu się żenić?-położyłam dłonie na biodrach.-Zalecam ci zostawienie tej dziewczynki, póki możesz. Potem jeszcze się zdziwisz, ale takie małe, biegające jeszcze w pieluszkach dziewczyny mogą ci na tyle nakręcić w głowie, że zapomnisz o otaczającym ciebie świecie. Nim się obrócisz, będziesz zmuszony do ślubu, potem sobie znajdziesz ciepły zakątek, a kiedy ty będziesz się kopał do grobu, będziesz miał kolejnego dzieciaka w drodze. Uwierz, że wiem, co mówię.-warknęłam oburzona.
 - Zazdrosna? – na chwilę ucichł.- Nie jedna próbowała i nie dała rady odmienić mego zdania. Zachichotałam pod nosem i zawadiacko, okrążyłam go, a potem uczepiłam się jego ramienia. Spojrzałam mu w oczy, oblizując swoje wargi.
- Może i zazdrosna, ale jestem pewna, że odmieniłabym łatwo twoje zdanie…- wymruczałam, przejeżdżając palcem po jego torsie.
- Może nie dzisiaj i nie tutaj. Masz gdzie się zatrzymać?
-Nie mam, ale chyba od tego są pudełka na ulicy. Dla takich koteczków jak ja to nie problem. Z resztą, połowę dzieciństwa byłam na ulicy, więc kolejne kilka dni mnie nie zbawi.
- Zostaniesz u nas w gościnnym.- powiedział, a potem popatrzył w okno. Ja za to uśmiechnęłam się i nim przemieniłam się w kota, musnęłam ustami jego policzek. Potem jako pocieszna kicia otarłam się o nogi Somina i patrząc przed siebie czekałam, aż pokaże mi, gdzie jest pokój gościnny. Ciemnowłosy po chwili ruszył, a ja za nim. Na szczęście ta dziewczynka w pieluszce nie szła za nami kiedy chłopak wszedł do środka, popchnęłam go na ścianę, a potem zbliżyłam usta do jego ucha. 
- Tylko mi powiedz, kiedy będę mogła ci udowodnić, że ja się tobą dobrze zajmę… -wymruczałam, delikatnie chwytając zębami płatek jego ucha, a kolanem ocierając się o jego krocze. Potem się odsunęłam i jak gdyby nigdy nic, położyłam się na łóżku, bawiąc moimi ostrzami. Kątem oka spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się, ale już potem skupiłam się na nożykach.

<Somin?>

Od Darknessa C.D Nemain

  Idiotka. 
  Darkness powoli podniósł się ze swojego fotela i spojrzał na odciętą łapę. Wymruczał kolejny, słodki wulgaryzm i pomimo braku energii, rozpoczął regenerację potrzebnego narządu. Westchnął cicho, kiedy puste miejsce ponownie zajęła jego łapa. Długo spał? Nie, on przecież nie spał. Jego dusza ulotniła się z ciała i jakimś cudem, zaraz po tym, jak Mroku wyrwała Nemain jej najważniejszy narząd, stracił łapę w walce z demonem. Nie udało mu się jej zranić. Miał ochotę ponownie położyć się spać, jednak było wiadome, co mogłoby się wtedy stać. Na samą myśl o spotkaniu się po raz kolejny z tym ścierwem, miał ochotę wyć z wściekłości. Przeklną kilka razy i po chwili wyszedł ze swojej zatęchłej nory, aby móc w końcu spojrzeć na słońce. Wiedział już, gdzie musi się udać i z kim należy teraz porozmawiać o tej całej sytuacji, która nie wydawała się Wilkobójcy normalna. Ona naprawdę pracowała teraz dla jego największego wroga, dlatego obiecał sobie, że nie ulegnie. 
  Ale krótka zabawa mogłaby mu się przydać. Zresztą, tu nie chodziło tylko o to, aby się trochę wyluzował. Pragnął czegoś więcej. [...]

  Zapukał do drzwi. W lewej ręce trzymał bukiet róż. Czekał niecierpliwie, aż w końcu Nemain otworzy i będzie mógł wparować do środka. Uwielbiał to. Po chwili, zgodnie z jego oczekiwaniem, kobieta otworzyła drzwi, a ten wręczył jej niedbale kwiaty i wszedł bez słowa do chaty. Zaczął się rozglądać, niczym Sherlock Holmes, szukając swojego trupa. Wyczuł ostrą woń krwi i powędrował na górę, aby spojrzeć pod łóżko kobiety. Co się okazało... Było pod nim serce.
  Wilkobójca westchnął wściekły i założył rękawiczki, po czym wziął delikatnie narząd do góry i przyjrzał się mu. Wyczuwał wręcz bijącą magię od tego serducha. I tą słabą duszyczkę.
  - Serce to najważniejszy nasz organ. - powiedział Darkness, mając nadzieję, że jakimś cudem kobieta usłyszy jego długi monolog. - To w nim umieszczona jest cała moc i dusza. Nasza egzystencja. Okaleczenie go, bez odpowiedniego rytuału grozi pozbawieniem największej mocy. To ono jest centrum sterowania, mimo iż tak mało osób o tym wie. Nie mózg, właśnie serce jest naszą magiczną egzystencją. Co z tego, że ten demon podarował ci nowe, skoro nie uszanowałaś starego i nawet nie wypuściłaś z niego swojej energii. Takie serce może więc przejąć każdy. Każdy może przejąć twoją moc i stać się dwa razy potężniejszy. Ty zaś na zawsze utracisz duszę, a tego byś nie chciała. Egzystowanie bez duszy jest jak egzystowanie niczym zwykła roślinka. Czujesz pustkę, nie możesz się odnaleźć i gdyby nie ja i moja ofiara wtedy, dzisiaj byłabyś chodzącym zombie.To trochę niezrozumiałe, ale gdybyś była na moim miejscu, robiłabyś to samo. Popełniłaś samobójstwo. Jesteś więc ze mną ściśle związana....
  - Coś mówiłeś? - zapytała Nemain, wchodząc nagle na górę.
  Darkness, poirytowany tym, że znowu gadał sam do siebie, wyrzucił kilka wulgaryzmów z siebie i spojrzał w oczy kobiety.
  - To były nieistotne bzdety skierowane do samego siebie.

Slake? Nie dałam rady.

Od Somina C.D Maeve

- A ty to…? - Co?! Jeszcze nie pamiętasz?! Świetnie! – weszła do środka, zamykając za sobą okno. Stanąłem do niej przodem i uważnie się przyjrzałem. Mam ją pamiętać? Nie przypominam sobie, bym w tak krótkim czasie zdołał narozrabiać w nowym miejscu. Zaraz… żółte oczy i kocie uczy.
- Maeve? – zapytałem niepewnie.
 - We własnej osobie. Co ty z tym bachorem robisz? – patrzyła zezłoszczona.
 - Trzymam na rękach. Niedawno zasnęło, więc zniż trochę swój ton.
- Aaaaa, przepraszam… - powiedziała cicho. – To twoje dzieło? – znów wróciła do agresywnego tonu.
- A nie widać, że podobny? – przysunąłem dziecko nieco bliżej swojej głowy. Kotka ledwo mogła ustać ze złości. W ręce ciągle obracała swoim nożem. Powoli zacząłem się martwić o moje i Antalalesa zdrowie.
- Co cię tu sprowadza tak nagle? – zapytałem.
 - Mnie? – zakłopotała się. – Szukałam cię już jakiś czas. To było… Nie ważne! Nie spodziewałam się, że zastanę cię z bachorem. Jak to się stało?! – Maeve podchodziła coraz bliżej.
- Co to za przesłuchanie. Ty tu jesteś gościem. – trzymałem ją na odległość ręki.
- Gadaj albo giń!
- Spokojnie. Powiedziałem, że mi dzieciaka obudzisz.
Usłyszałem jak drzwi od pokoju, w którym spała Frago się otworzyły. Zerknąłem dyskretnie za siebie i widziałem, jak matka maluszka z zaspaną twarzą opuszczała pokój. Chciałem zgarnąć Maeve w głąb mieszkania, ale ta zrobiła susa pod moją ręką i kilkoma skokami była już przy Frago. Z dzieciakiem na rękach nie mogłem jej powstrzymać. Obie stanęły naprzeciwko siebie i w tej samej chwili z przerażeniem zapytały: „Kto to?” Sytuacja chodź tak poważna, mi wydawała się komiczna. Dziewczyny o podobnym wzroście wyglądały jak odbicie lustrzane. W momencie, kiedy zaskoczone się na mnie spojrzały, uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem.
- To jest Maeve. – wskazałem wzrokiem na kotkę. – A to matka dziecka, Frago. – spojrzałem na zaspaną nastolatkę.
 - Kim jest Maeve?
- Czekaj, co ona?! Możesz powtórzyć?
 Podszedłem bliżej, stając prawie pomiędzy nimi.
- Maeve poznałem kiedyś na jednej z misji w Otorm. Znam ją tylko z kilku spotkań. – tłumaczyłem spokojnie Frago.
– Nie wiem, w jakiej sprawie do nas przyszła?
 - W jakiej sprawie?! – odezwała się oburzona włamywaczka. – Odebrałeś mi dziewictwo ty chory zboczeńcu! Jak możesz mieć dziecko z tą małolatą? To jest chore. Niedobrze mi się zrobiło. Frago stała jak posąg z kamienia. Spojrzałem na małego. Na szczęście się nie obudził. Ma bardzo głęboki sen…
- Mówiłem ci byś była cisze…
 - Nie uciszaj mnie!
- Potrzymasz, Frago… - podałem dziewczynie maluszka na rączki. Zmartwiłem się lekko, bo wyglądała jakby dostała granatem ogłuszającym. Nie wiem, co ją wtedy dotknęło. Fakt, że do naszego domu przyszła obca jej osoba mówiąca, że się kochaliśmy czy to, że jej wiek razi w oczy. Na szczęście przycisnęła Antalesa do piersi i zamknęła się w pokoju.
- O co ci chodzi? Co masz do mojego stylu życia? Cała ta akcja z tym malutkim była jak sen. Ale przyjąłem do wiadomości fakt, który już w żaden sposób się nie odwróci.
 - Sypiasz z nią?
- Co to za pytanie? Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie masz?
- Czemu mieszka u ciebie? Jesteście ma-małżeństwem? – dziewczyna zaczęła się plątać.
- Nie jesteśmy. – ona zawsze była tak irytująca?
- Nic z tego nie rozumiem. – złapała się za głowę.
 - Już ci mówiłem, że tamten dzień nie powinien nigdy nastąpić. – założyłem ręce na pierś. – Skończyłaś strzelać jak z karabinu pytaniami?
 - Mam rozumieć, że jesteś kawalerem?
 - Nie jestem typem ludzi popadających w poważne związki. Szybko się one kończą…
- Stary piernik!
- Wypraszam sobie. Skończyłaś?
- Widzisz… bo. Szukałam cię, bo…

Maeve?

Od Peruna C.D Amithii

 Przed swoim wyjściem jeszcze ucałował Amithię w skroń. Potem wsiadł do samochodu i pojechał do swojego mieszkania, żeby chociaż trochę się ogarnąć przed pracą. Wziął prysznic, umył zęby, przebrał się w czyste ubrania i rzucił soczystą wiązanką, że przed tę pracę praktycznie nie ma czasu dla siebie. No i musiał się jeszcze dowiedzieć, co wiedzą o tej kradzieży. Peruna nigdy to nie interesowało, nigdy się też tym nie zajmował, więc nie sprawdzał raportów z kradzieży. Może kiedyś w końcu trzeba będzie.

 Zaparkował pod budynkiem NYPD i wysiadł z auta. Już miał się skierować w stronę biura, jednak zobaczył swoją partnerkę opierającą się o swój prototyp czołgu. W dłoni trzymała kubek z kawą, a jej wzrok utkwiony był w kilku policjantach. Uśmiechała się w ten swój złośliwy, sarkastyczny sposób.
— Co się tam dzieje, dziewczyno bez zęba na przedzie? — zapytał basior, stając obok niej. Było słonecznie, ale dosyć zimno, więc schował ręce do kieszeni. 
— Złapali jakiegoś narkomana, ale jak widzisz, nie radzą sobie. — wyjaśniła. Lekko zmrużyła oczy, kiedy usłyszała głośny krzyk któregoś gliniarza. — Czekam tylko, aż karze im się ustawić w kolejce, żeby nikt dwa razy wpierdolu nie dostał. Ale chyba się nie doczekam. Nie mówi zbyt dużo, właściwie, to tylko drze mordę i niewiele można zrozumieć. On drze mordę, oni drą mordę, ogólne szaleństwo. 
— A ty stoisz i pijesz kawę. — stwierdził Perun, lekko wychylając łeb, żeby dostrzec wiecej szczegółów. 
— Aha. — odparła bez cienia najmniejszych wyrzutów sumienia. — Lubię patrzeć, jak głupsi ode mnie się męczą. To jest już ich szóste podejście, a chłopaczek nadal im obija te mordy. Wygląda, jakby zażył jakiegoś mocarza. 
— Nie możemy po prostu załatwić tego? — Wziął oddech, kiedy zobaczył krew na betonie. To jego.. czy ich? Nie miał pojęcia, ale nie było co robić sensacji. Dziennikarze pewnie już czyhają. 
Jeanette tylko westchnęła smutno i odstawiła kawę na maskę. Podwinęła rękawy swojej bluzy, po czym podeszła bliżej tłumu, a następnie wzięła oddech i krzyknęła głośne "wszyscy wypierdalać!". Następnie zbliżyła się do chłopaka, który od razu odwrócił się w jej stronę. Był nieco niższy i gorzej zbudowany od Peruna, ale i tak stanowił dość spore zagrożenie, z tego co widziała przed chwilą. Kiedy tylko rzucił się na nią z łapami, wykonała zgrabny unik, a następnie wyciągnęła paralizator z paska. Zanim dzieciak ogarnął, co się właściwie stało, Jeanette już klęczała przy nim, opierając kolano między jego łopatkami. Skuła go, po czym brutalnie poderwała z ziemi i ustawiła przy swoim małym czołgu. Kiedy zaczął się rzucać, po prostu pociągnęła za kajdanki w dół, a chłopak zmuszony był uklęknąć.
— Mówił, jak się nazywa? — rzuciła do tłumu policjantów, którzy najwyraźniej nadal byli zszokowani, że temu rudemu mikrobowi udało się cokolwiek zdziałać. Jak się ma paralizator i potrafi się go używać, można wszystko. W końcu Jean wiele razy takim dostała.  Odpowiedź była przecząca. — Idioci, otaczają mnie idioci..
Przekazała go Perunowi, na co zareagował jeszcze większą agresją. Mógł się rzucać ile chciał, a basior miał to głęboko gdzieś. Próbował go nawet ugryźć, ale jedno mocniejsze szarpnięcie skutecznie zniechęciło go do tego typu działań. Jeanette lekko się pochyliła, chcąc zajrzeć mu w oczy. Miał zwężone źrenice i cały się telepał. Nie wiedziała, czy to ze złości, czy z tego powodu, że był na ewidentnym bad tripie..
— Godność? — zapytała, patrząc chłopakowi w oczy. Nie odskoczyła, kiedy rzucił się ku niej. Co jak co, ale w pracy nie da się zastraszać. 
— A po chuj ci to wiedzieć, pierdolona suko? — Gdyby głos przenosił jad, zapewne wszyscy w promieniu kilku mil już by nie żyli. 
— Skarbie, a stęskniłeś się za paralizatorem? —mruknęła, a jej głos imitował matczyną troskę. Tak naprawdę miała ochotę go strzelić. — Nie? Tak myślałam. Godność? 
— Sir She. — wysyczał, próbując odwrócić się w stronę Peruna. Nie udało mu się to.
— Dobrze, She. — Nie miała wątpliwości, że nie podał jej swojego prawdziwego nazwiska. — Czy w ostatnim czasie przyjm..
— Nie mów do mnie She, kurwo! — ryknął ze wściekłością. A potem nagle krzyknął z bólu i splunął krwią. 
— Nie mów do mnie kurwo, Sir She. — Była nieco podirytowana, ale nie pokazywała tego po sobie. — Cholera, po co ja to w ogóle robię. Przecież widać, że jest narąbany jak szpadel. I wymaga jakiejś pomocy medycznej. I psychologicznej. Za kratki go nie wsadzimy, bo nam cały areszt rozpierdoli i zdechnie po kilku dniach.. jakiś przytułek? Raczej żaden go nie przyjmie, jeśli dalej będzie taki milutki. Znasz jakieś miejsce? Oprócz dwóch metrów pod ziemią. 
— Mogę spróbować coś zdziałać. — Wolną ręką wybrał numer do swojej przyjaciółki. — Cześć, Ami. Słuchaj, mógłbym mieć do ciebie prośbę? Wiem, że masz sporo znajomości.. Oh, po prostu przyjedź, wszystko ci wytłumaczymy na miejscu. 

Ami? 

Bo nie jestem ja wilkiem [...]

Bo nie jestem ja wilkiem i krew mam niewilczą.




GODNOŚĆ: Sir She (czytaj jako Sir Sze), w skrócie She, chociaż jeszcze nikomu nie pozwolił się tak nazywać. Właściwie, to nawet nie jest jego imię, tylko pseudonim. Bo wiecie, She nigdy nie miał imienia, tylko numer seryjny, bodajże pięćset sześćdziesiąt siedem. Chłopiec numer pięćset sześćdziesiąt siedem. Uroczo, prawda?
STRONNICTWO: Imperium.
PŁEĆ: Mężczyzna.
ORIENTACJA: W ludzkiej postaci nawet zbytnio nie odczuwa pociągu seksualnego, ale nie można powiedzieć, że jest aseksualny, bo jednak ciągnie go trochę do kobiet. Po prostu ma ciekawsze rzeczy do roboty niż uprawianie seksu. Jako wilk, nie wybrzydza. Zupełnie nie przejmuje się, czy przedmiot jego pożądania jest kobietą, mężczyzną, czy żyje, czy też nie.
WIEK: Ma coś około.. dwudziestu kilku lat. Nie wiadomo, ile dokładnie.
RASA: Wilkołak, wolałby jednak być zwykłym człowiekiem.
RODZINA: Miał siostrę, chociaż właściwie nie wiadomo, czy byli złączeni więzami krwi. Po prostu zawsze przy nim była, od urodzenia. Nie znał jej imienia. Wie tylko, że kiedy zaszła w ciążę, zniknęła. 
STANOWISKO: Ima się wszystkiego, za co można dostać pieniądze. Oficjalnie nie pracuje.
CHARAKTER: Można śmiało powiedzieć, że w Sir She żyją tak naprawdę dwie osoby, zupełnie różne od siebie. Bardziej dominujący jest sam She, który prawie w całości opanował ciało i to głównie jego działania dochodzą do skutku. She nie jest dobrą osobą, żeby nie powiedzieć zgniłą. Jest uosobieniem wszystkich złych cech Chłopca, skutkiem lat poniżania, pewną formą tarczy obronnej, która chroni go przed wszystkim. Jest chamski i apodyktyczny, zupełnie nie przejmuje się uczuciami innych. Zawsze mówi co myśli i jeśli będzie chciał coś zrobić, po prostu to zrobi. Często klnie, nawet z samej nudy. Wulgarny, nawet nie zdaje sobie tego trudu ubierania zdań w nieco ładniejsze słowa. Często mówi z sarkazmem i ironią, nie szczędząc wyzwisk. Nie panuje nad sobą, bywa agresywny i uszczypliwy. Potrafi idealnie się wbić w słaby punkt danej osoby i zostać tam, jak ostry cierń, powoli rozrywający skórę na kawałki. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jest apodyktycznym chujem, jednak nie zamierza tego zmieniać. Rani z pełną premedytacją, nie słucha nikogo, nie daje się przekonywać, chociażby dla własnych zasad, które i tak sam łamie. Łatwo mu przychodzi ocenianie innych. Jest kłamliwy i niehonorowy, uważa, że inni ludzie są tylko narzędziem, które można wykorzystać w dowolny sposób, a potem wyrzucić, niczym zepsutą zabawkę. Nie odczuwa pozytywnych emocji, nie jest empatyczny, za to często wpada w furię. Dba tylko o swój własny zad, nie boi się sprzedać kogoś za działkę, bo jest uzależniony od narkotyków. Nie chce zmieniać swojego stanu. Nie potrafi składać obietnic, bo wie, że i tak je wszystkie złamie. Bezduszny jak cholera. Sam prowokuje bójki i inne zwady, żeby mieć na co popatrzeć i samemu się potem z tego wywinąć. W swoich działaniach jest kompletnie nieprzewidywalny, ba, on sam nie wie, co w danej chwili zrobi. Często robi coś, zamiast przed tym pomyśleć. Czy żałuje tego? Nie, bo She nie miewa wyrzutów sumienia. Nienawidzi Chłopca, bywa dla niego jeszcze gorszy niż dla wszystkich innych osób. Nie rozpamiętuje, ale chowa urazę tylko po to, żeby się zemścić w wyjątkowo brutalny sposób. Do swojego życia nie przywiązuje żadnej wagi - żyje tylko dlatego, że nikt go jeszcze nie zabił. Nie boi się śmierci, ale też nie czeka na nią z wytęsknieniem. Pozostaje neutralny w tej kwestii, chociaż Chłopcowi życzy "zdechnięcia w jak najgorszych męczarniach". Wielu osobom tego życzy, ale do niewielu się przyznaje. Jest nietaktowny, kompletnie nie ma poczucia sytuacji i dobrego wychowania. Nie bywa wdzięczny, ale też nie uważa, że wszystko mu się należy. Chłopiec jest inny, o wiele inny. Wrażliwy, delikatny, empatyczny, i co najważniejsze - skrzywdzony. Boi się wielu rzeczy, przez co woli pozostawać w cieniu She. Nie podoba mu się to, co She robi, jednak jest zbyt słaby by zaprotestować. Ma niewiarygodnie niską samoocenę. Bardzo dużo myśli i uważa na uczucia innych osób. Żyje w ciągłym strachu i stresie. Mało co sprawia, żeby się uśmiechnął, ale za swoich przyjaciół skoczyłby w ogień. Samotny i to bardzo, bo jego dominująca strona nie pozwala mu na nawiązanie zbyt wielu tożsamości. Często próbuje przemówić She do rozumu, jednak ten go tylko ignoruje, a czasami także i okrzyczy, przez co Chłopiec już zupełnie traci grunt pod nogami. Stara się we wszystkim co robi, a raczej starałby się, gdyby tylko She dopuszczał go do kontroli. Coraz częściej jednak schodzi na drugi plan, a Sir She staje się wyłącznie She, a nie She i Chłopcem. Potrafi kochać, zupełnie w przeciwieństwie do She. Chciałby uchronić wszystkim przed całym cierpieniem tego świata. Trudno mu się otworzyć, jest rozważny i opiekuńczy. Martwi się o She, jednak She nie martwi się o Chłopca. Chłopiec chciałby się rozwijać i kochać, jednak She skutecznie mu to uniemożliwia. Czasem jednak mają przebłyski zgody, kiedy wspólnie troszczą się o siebie. Takie sytuacje zdarzają się bardzo, bardzo rzadko i Chłopiec czuje, że niedługo odejdzie w zapomnienie. Jest marzycielem, ale jednocześnie realistą. Po prostu chciałby, żeby wszystko się ułożyło. Żeby She przestał ćpać. Żeby znaleźli dom. Żeby w końcu She przestał być bezdusznym chujem. Żeby wszystko było dobrze..
ZAINTERESOWANIA/TALENTY: She zawsze interesował się nieumieraniem z głodu. Dopiero od Chłopca można wymagać bardziej rozwiniętych zainteresowań, ale on nie miał nawet okazji poznać, jak wspaniałe mogą być niektóre dziedziny życia. Siostra opowiadała mu jedynie o starożytnym Egipcie, wobec czego Chłopiec właśnie tym zaczął się interesować. Egiptem, ich religią, obyczajami, życiem pośmiertnym.. Lubi także poezję, praktycznie każdą jej dziedzinę oprócz erotyków. Podoba mu się muzyka klasyczna, zwłaszcza marsze żałobne. Nie pogardzi także rockiem. Książkę w ręku trzymał tylko kilka razy w życiu, ale i tak wie, że lubi czytać. Umiejętności? Znikome.. potrafi uciec z każdego miejsca i naprawdę szybko biegać. Potrafi także przeżyć na ulicy, nie mając przy sobie żadnych pieniędzy ani niczego, co można by było sprzedać. Nauczył się kiedyś grać na gitarze, ale nie jest pewny, czy nadal to potrafi.
HISTORIA: Sir She jest tak zwanym dzieckiem Cescau. Został narodzony tylko po to, aby podwyższyć licznik populacji, więc nic dziwnego, że praktycznie od razu po narodzinach został oddany do przytułka. To nie było dobre miejsce, żeby nie powiedzieć złe. Zaznał tam głodu i przemocy, więc gdy tylko podrósł w siłę, uciekł. Trafił na ulicę w wieku dziesięciu lat, gdzie już zło zaczęło wyciągać do niego swoje ręce. W wieku jedenastu lat zaczął ćpać. W wieku dwunastu, zaczął słyszeć głosy w głowie. A właściwie jeden głos. A był nim She. She zaczął domagać się zemsty za to wszystko. Na samym początku dogadywali się, jednak z czasem She wymagał od Chłopca rzeczy, których on nie chciał robić. Z czasem przestali się dogadywać, a raczej She chciał więcej niezależności, czego Chłopiec nie mógł mu zapewnić. Zepchnął go więc na drugi plan, by samemu zająć się pomszczeniem wszystkich zbrodni dokonanych na Chłopcu. Niestety, kiedy tylko przejął władzę nad ciałem, zaczął uzależniać się jeszcze bardziej, gdzie zaczęło mu odbijać już po pierwszych kilku godzinach niespędzonych na braniu heroiny. Doszły do tego myśli samobójcze i zaburzenia lękowe, które już dosadnie ukształtowały charakter Chłopca. Zaczął się zamykać w sobie, wyrażając jedynie niemy sprzeciw w działaniach She. Chciał krzyczeć, ale on go nie słuchał. Przez jeden ze swoich lekkomyślnych wybryków, Sir She został pojmany jako niewolnik, gdzie harował ponad swoje siły. W międzyczasie doszło do zakażenia przez użycie niesterylnej strzykawki. Tak właśnie Sir She stał się wilkołakiem, chociaż wcale tego nie chciał i nadal nie chce, bo przemiana dla niego jest niezwykle bolesna i bezcelowa. Jakiś czas potem udało mu się zwiać. Trafił do Ameryki, gdzie zaczął nowe, uliczne życie. I popadł w jeszcze gorszy nałóg, a Chłopiec został całkowicie zepchnięty na drugi plan, jeszcze bardziej skrzywdzony niż przedtem.
LOKALIZACJA: Nie ma stałego miejsca zamieszkania. Błąka się od miejsca do miejsca.
CHAT: Wołkow
INNE:
> Chłopiec odzywa się w jego umyśle, jednak She nie potrafi tej sztuki i żeby Chłopiec go usłyszał, mówi na głos. Często można go zobaczyć, jak wydziera się na samego siebie.
> Sir She nie toleruje na sobie dotyku. She go nie lubi, zaś Chłopiec się go boi.
> Mówi o sobie w liczbie mnogiej ("zrobiliśmy").
EKWIPUNEK:
  • 200 trefli
  • Scyzoryk
Siła - 200 Szybkość - 750 Zwinność - 500 Moc - 0
Technika - 300 Równowaga - 500 Zręczność - 250 Ukrycie - 500