Od Peruna C.D Amithii

 Przed swoim wyjściem jeszcze ucałował Amithię w skroń. Potem wsiadł do samochodu i pojechał do swojego mieszkania, żeby chociaż trochę się ogarnąć przed pracą. Wziął prysznic, umył zęby, przebrał się w czyste ubrania i rzucił soczystą wiązanką, że przed tę pracę praktycznie nie ma czasu dla siebie. No i musiał się jeszcze dowiedzieć, co wiedzą o tej kradzieży. Peruna nigdy to nie interesowało, nigdy się też tym nie zajmował, więc nie sprawdzał raportów z kradzieży. Może kiedyś w końcu trzeba będzie.

 Zaparkował pod budynkiem NYPD i wysiadł z auta. Już miał się skierować w stronę biura, jednak zobaczył swoją partnerkę opierającą się o swój prototyp czołgu. W dłoni trzymała kubek z kawą, a jej wzrok utkwiony był w kilku policjantach. Uśmiechała się w ten swój złośliwy, sarkastyczny sposób.
— Co się tam dzieje, dziewczyno bez zęba na przedzie? — zapytał basior, stając obok niej. Było słonecznie, ale dosyć zimno, więc schował ręce do kieszeni. 
— Złapali jakiegoś narkomana, ale jak widzisz, nie radzą sobie. — wyjaśniła. Lekko zmrużyła oczy, kiedy usłyszała głośny krzyk któregoś gliniarza. — Czekam tylko, aż karze im się ustawić w kolejce, żeby nikt dwa razy wpierdolu nie dostał. Ale chyba się nie doczekam. Nie mówi zbyt dużo, właściwie, to tylko drze mordę i niewiele można zrozumieć. On drze mordę, oni drą mordę, ogólne szaleństwo. 
— A ty stoisz i pijesz kawę. — stwierdził Perun, lekko wychylając łeb, żeby dostrzec wiecej szczegółów. 
— Aha. — odparła bez cienia najmniejszych wyrzutów sumienia. — Lubię patrzeć, jak głupsi ode mnie się męczą. To jest już ich szóste podejście, a chłopaczek nadal im obija te mordy. Wygląda, jakby zażył jakiegoś mocarza. 
— Nie możemy po prostu załatwić tego? — Wziął oddech, kiedy zobaczył krew na betonie. To jego.. czy ich? Nie miał pojęcia, ale nie było co robić sensacji. Dziennikarze pewnie już czyhają. 
Jeanette tylko westchnęła smutno i odstawiła kawę na maskę. Podwinęła rękawy swojej bluzy, po czym podeszła bliżej tłumu, a następnie wzięła oddech i krzyknęła głośne "wszyscy wypierdalać!". Następnie zbliżyła się do chłopaka, który od razu odwrócił się w jej stronę. Był nieco niższy i gorzej zbudowany od Peruna, ale i tak stanowił dość spore zagrożenie, z tego co widziała przed chwilą. Kiedy tylko rzucił się na nią z łapami, wykonała zgrabny unik, a następnie wyciągnęła paralizator z paska. Zanim dzieciak ogarnął, co się właściwie stało, Jeanette już klęczała przy nim, opierając kolano między jego łopatkami. Skuła go, po czym brutalnie poderwała z ziemi i ustawiła przy swoim małym czołgu. Kiedy zaczął się rzucać, po prostu pociągnęła za kajdanki w dół, a chłopak zmuszony był uklęknąć.
— Mówił, jak się nazywa? — rzuciła do tłumu policjantów, którzy najwyraźniej nadal byli zszokowani, że temu rudemu mikrobowi udało się cokolwiek zdziałać. Jak się ma paralizator i potrafi się go używać, można wszystko. W końcu Jean wiele razy takim dostała.  Odpowiedź była przecząca. — Idioci, otaczają mnie idioci..
Przekazała go Perunowi, na co zareagował jeszcze większą agresją. Mógł się rzucać ile chciał, a basior miał to głęboko gdzieś. Próbował go nawet ugryźć, ale jedno mocniejsze szarpnięcie skutecznie zniechęciło go do tego typu działań. Jeanette lekko się pochyliła, chcąc zajrzeć mu w oczy. Miał zwężone źrenice i cały się telepał. Nie wiedziała, czy to ze złości, czy z tego powodu, że był na ewidentnym bad tripie..
— Godność? — zapytała, patrząc chłopakowi w oczy. Nie odskoczyła, kiedy rzucił się ku niej. Co jak co, ale w pracy nie da się zastraszać. 
— A po chuj ci to wiedzieć, pierdolona suko? — Gdyby głos przenosił jad, zapewne wszyscy w promieniu kilku mil już by nie żyli. 
— Skarbie, a stęskniłeś się za paralizatorem? —mruknęła, a jej głos imitował matczyną troskę. Tak naprawdę miała ochotę go strzelić. — Nie? Tak myślałam. Godność? 
— Sir She. — wysyczał, próbując odwrócić się w stronę Peruna. Nie udało mu się to.
— Dobrze, She. — Nie miała wątpliwości, że nie podał jej swojego prawdziwego nazwiska. — Czy w ostatnim czasie przyjm..
— Nie mów do mnie She, kurwo! — ryknął ze wściekłością. A potem nagle krzyknął z bólu i splunął krwią. 
— Nie mów do mnie kurwo, Sir She. — Była nieco podirytowana, ale nie pokazywała tego po sobie. — Cholera, po co ja to w ogóle robię. Przecież widać, że jest narąbany jak szpadel. I wymaga jakiejś pomocy medycznej. I psychologicznej. Za kratki go nie wsadzimy, bo nam cały areszt rozpierdoli i zdechnie po kilku dniach.. jakiś przytułek? Raczej żaden go nie przyjmie, jeśli dalej będzie taki milutki. Znasz jakieś miejsce? Oprócz dwóch metrów pod ziemią. 
— Mogę spróbować coś zdziałać. — Wolną ręką wybrał numer do swojej przyjaciółki. — Cześć, Ami. Słuchaj, mógłbym mieć do ciebie prośbę? Wiem, że masz sporo znajomości.. Oh, po prostu przyjedź, wszystko ci wytłumaczymy na miejscu. 

Ami? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!