Od Jeanette i Peruna CD Fragonii

   Perun skrzywił się, kiedy ostre światło z wyświetlacza jego telefonu uderzyło go po oczach. Dopiero co się położył. Kiedy jednak zobaczył o co chodzi, szeroko się uśmiechnął. Szybko otworzył esemesy i odczytał wiadomość od Fragonii. Odpisał, że już udało mu się ogarnąć cały dom. I to było prawdą, chociaż nie spał już od dłuższego czasu. Obiecał sobie, że prześpi się te parę godzin, w miarę się wyszykuje i wyjedzie po nie, w końcu nietrudno się zgubić na takim odludziu. Po wysłaniu wiadomości odłożył telefon i przewrócił się na drugi bok, dając sobie chwilę na sen. 
Obudził się dopiero rano, w panice, jakby gdzieś zaspał. Zaraz potem jednak się uspokoił, przypominając sobie, że Jean miała do niego zadzwonić, kiedy będą dojeżdżać. Wstał z łóżka, posłał je i udał się do łazienki, aby nieco się odświeżyć.
   Tymczasem Jeanette nie była najspokojniejsza, gdyż właśnie wykłócała się z celnikiem, który nie chciał jej przepuścić przez granicę. W końcu udało się, gdy biała suka powołała się na dziewczynę w ciąży, która nie mogła zwlekać. Poza tym, jeszcze kilka minut i by go udusiła. Cieszyła się, że jeszcze tylko kilka godzin i w końcu spotkają się z Perunem. Potrzebowała odpoczynku. Co z tego, że się przespała przez te kilka godzin, jak już od kolejnych kilkunastu była na nogach. Wstawała wcześniej niż Fragonia i o wiele gorzej spała, cały czas w stanie czuwania, nie mogąc porządnie się wyspać. Spała jak na szpilkach, zrywała się na każdy najmniejszy szmer. Wsiadła do samochodu, zamknęła drzwi, posłała Fragonii zmęczony uśmiech i ruszyła przed siebie, ostro piłując gaz. [...]

    Zatrzymała się na podjeździe, tuż za samochodem Peruna. Patrzyła przez chwilę jak dziewczynka opuszcza samochód i biegnie do Peruna, a ten ją nieco unosi w górę przy przytuleniu. Uśmiechnęła się niemrawo, sama opuszczając pojazd. Oparła się o niego i obserwowała tę rodzinną scenkę, kiedy po chwili poczuła, że nie może już ustać na nogach. Zacisnęła palce na swoim autku, jednak i tak opadła na chodnik, czując pulsujący ból w głowie. Przed oczami jej pociemniało, aż całe pole widzenia wypełniła tylko ciemność.

Frago?

Od Fragonii C.D Jean

  — Nie zastawialiśmy się nad tym tak bardzo. — szepnęła Fragonia, delikatnie masując swój brzuch. — Kilka razy jednak padło imię Alicja dla dziewczynki. Gdyby był chłopiec, chciałabym Jacka. Ale to do uzgodnienia z...z moim ukochanym. 
   Brunetka martwiła się. Bała się jak nigdy. Przeraził ją ten okropny pies, którego tylko ona zauważyła. Gdyby nie to, że Darkness był na Delcie, powiedziałaby, że to właśnie on ją śledził. Ale nie miał też swojej maski, z którą się nigdy nie rozstawał. Z drugiej jednak strony może to faktycznie był on. Albo wspomnienie. Czyżby tęskniła za mężczyzną aż tak bardzo?
  Albo omen. No tak, przecież rozmawiała z nim kilka razy. To nie powinno... nie powinno tak się skończyć. Miała zostać matką. Ile taki pies przychodził przed śmiercią? Kilka dni? Kilka tygodni? Kilka miesięcy? Rok? Tego jej akurat Wilkobójca nie powiedział. Ale bała się sprawdzać na internecie.
  — Jean...? — dziewczynka chciała już zaczepić rudowłosą po raz kolejny, jednak spostrzegła, że ona śpi. Westchnęła cichutko. No tak, zasłużyła sobie na krótki odpoczynek po podróży. Przykryła ją delikatnie swoim polarem. Jej samej było wystarczająco ciepło, a nie wyobrażała sobie nigdy spać bez przykrycia. Wilczyca jęknęła coś niezrozumiałego pod nosem i poprawiła się.
  Fragonia chciała zatelefonować do Perunka, jednak w ostatniej chwili się rozmyśliła. W końcu były już niedaleko. To był ostatni lot, ostatnie kilkanaście godzin przed spotkaniem się z ukochanym. Nie mogla się już tego doczekać. Wyciągnęła telefon i zastanawiała się przez kilka minut, po czym zaczęła pisać...
Jesteśmy już bardzo blisko. Mam nadzieję, że uporałeś się z porządkami. Bardzo chcę cię w końcu zobaczyć, przytulić. Zresztą, nie tylko ja.
Jean? Perunku?

Szukajka: Marzec!

Szukasz kogoś ciekawego do wątku?
Romansu, jakaś ciekawa walka, a może spisek przeciwko jednej z organizacji? 
Jeśli tak - zapraszam do wypisywania swoich ogłoszeń pod postem marcowym! Może znajdziecie kogoś interesującego?

http://watahakarmazynowejnocy.blogspot.com/2018/03/czystka.html
 Tyks, administratorka blogowa, poszukuje kogoś na maratony pisarskie, po 150-250 słów. Mało, a często. I najlepiej dużo akcji. Dostępne postacie:
Darkness
Viper
Tytania
Fragonia
Persefona
Tyksona
Aragorn
Syriusz
 Zaklepane!

 Nana poszukuje kogokolwiek do wątków.
Romanse, przyjaźnie, wrogów też miło sobie dorobić, zapraszamy wszystkich z okolicy. Szybkie wątki po 200 słów najmilej widziane, zapewnimy w miarę regularne odpisy (raz na dzień spokojnie da się załatwić).

Florence poszukuje kogoś do wątku!
Poszukuję kogoś na krótkie, lecz takie, w których będzie się sporo działo opowiadanka
Tematyka naprawdę dowolna, najchętniej płeć przeciwna może jakiś wątek miłosny?
Zaklepane!

Od Artura CD. Nemain

Nie wiedziałem czemu kobieta traktowała mnie w ten sposób, ani nawet dlaczego zostałem porwany. Owszem, miałem kilka większych czy mniejszych spraw na sumieniu, ale raczej wciąż kwestia zastanawiająca typu jak i dlaczego nurtowała moje trzewia, powodując nieprzyjemne swędzenie karku. Z irytacją prychnąłem coś niezrozumiałego pod nosem, przypominając sobie ostatnią sytuację, która wyglądała bardzo podobnie. Oh, nawet nazbyt. Wylądowałem w lochach tylko po to, żeby zostać zabranym z brudnego pomieszczenia do jeszcze większego skupiska zarazków, gmachu sądu kolegium. Mogłem tylko napluć na ziemię z irytacją, przez skute, antymagiczne kajdany nie byłem w stanie nawet wykonać poprawnego przywitania w stronę zasiadającej na podwyższeniu Rady Starszych. Grubi, pękaci magowie rozsiedli się wygodnie na rozłożystych, złotych krzesłach, przypominającym nieco podniosłe trony. Gdzie ja zawędrowałem po wyniesieniu się z rodzinnego domostwa, to nawet bogowie nie wiedzieli. Komuna, sekta, jakkolwiek by to nie nazwać Kolegium stanowiło swego rodzaju temat tabu na stołach rodzin osób uzdolnionych w sztuce czarowania. Tyle rzec się dało, że wrogów miało równie wielu, co sojuszników, a większość polityków zgrabnie patrzyła przez palce na lewe interesy robione tu i ówdzie, woląc nie igrać z nadludzkimi mocami. A przecież demony tak ładnie szły na rytualne wezwania, prawda?
- Co masz na swoją obronę, Adamie? -zamrugałem zdezorientowany, nie będąc pewien o chuj im tam wszystkim chodzi. To ja się obudziłem tutaj półżywy, z okropnym bólem głowy, w celi, która nie widziała środków czyszczących od wybudowania głównej siedziby Kolegium przed kilkoma wiekami.
- Żądam wyjaśnień, co się tutaj, kur... -przerwałem w pół słowa, jeszcze jako młokos zwykłem mniej panować nad własnym językiem, a jako piętnastolatek cechowałem się zdecydowanie nadmierną butą, której do tej pory żałowałem. Długi czas próbowałem powstrzymać zapędy do rzucania niezbyt odpowiednich tonem komentarzy, ale pewna nutka starej, dobrej zgryźliwości została mi do teraz. Kto by pomyślał, że wystarczyło wymordować jednego czy dwóch członków rzekomej "familie", żeby naprawdę poznać oblicze "wspaniałego" sądu. Komuna jak komuna, własne prawo, własne zasady, ale i własne doświadczenia, którymi dzieliła się z nielicznymi, a ja jak niczego na świecie pragnąłem wiedzy.

Tyle mi z tego przyszło, że w ciągu dwudziestu czterech godzin potrzebowałem udowodnić radzie, że nie zdradziłem żadnej z tajemnic Kolegium, tego czasu nie miałbym, gdyby nie zareagował Mistrz Leonard, wstawiając się za mną. A że to on okazał się późniejszym zdrajcą, to cóż mogłem poradzić, prawda? Nie wiedział, że podejrzenie spłynie automatycznie na mnie, poczucie winy go dobiło, a ja doskonale wiedziałem, że bez żadnej przyczyny nie sprzeciwiałby się radzie, więc rozpocząłem małe, prywatne śledztwo. Ze drastycznym końcem, zwłaszcza dla niedoszłego szpiega z Quirmu. A aktualnie jedynie siedziałem na parszywym, siwym wierzchowcu i zastanawiałem się nad czym świat stoi. 
- Czeka nas wspólny tydzień, więc będzie pan musiał się do mnie przyzwyczaić. Zapewniam, że to nie jest trudne. - Uśmiechnąłem się, prychając cicho pod nosem i wpatrując się w mijający krajobraz. - Może kiedyś przyjmie mnie pan do swojej agencji - dodała, a ja nie mogłem się nie roześmiać. Kobieta spojrzała na mnie tylko spod byka.
- Rozum panu odebrało, jak rozumiem, już na tak wczesnym etapie podróży? - zadrwiła niewymyślnie, zarabiając ode mnie tylko szerszy uśmiech, który zwykł mi (całe szczęście, bo zbliżałem się o wiele zbyt szybko do przekroczenia tej piekielnej granicy, choć fizycznie przecież nadal wciąż miałem jedynie czterdziestkę) parę lat.
- Jest pani niezwykle wybuchową kobietą, takie przynoszą zazwyczaj tylko kłopoty, a w mojej organizacji cenimy sobie pewność doznań i odpowiednią kulturę osobistą wobec przewożonych obiektów. To jakaś typowa zagrywka, zaproszenie od Mroku? Jest nazbyt samotna i potrzebuje kogoś do gry w brydża, bo Darek ją ogrywa na wszystkich frontach? - praktycznie wysyczałem z mściwym uśmiechem ostatnie słowa, wiedząc, że dziewczyna będzie wiedzieć w co celuję. To kto wygrywa tą całą wojenkę miałem całkowicie w dupie, ale skoro Mroku pofatygowała się najwidoczniej wysłać po mnie wielce uniżoną panienkę, to mogłem chociaż pozwolić sobie na rozruszanie języka. Dalsza podróż zdawała się upływać nam w ciszy, nie byłem uwiązany, ale wciąż pilnowany przez kobietę, która nuciła coś pod nosem. Wsłuchiwałem się w brzmienie jej niebiańskiego głosu, od czasu do czasu kręcąc głową przy szczególnie przyjemnych dla uszu dźwiękach. Co prawda nie nazwałbym tego odkryciem stulecia, ale miała tą nutkę czegoś pikantnego, co sprawiało, że muzyka obiecywała wiele i jeszcze więcej, aż człowiek sam pragnął odkryć wszystkie jej tajniki. Zapamiętać jak najwięcej informacji, sprawdzić po powrocie, ale wcześniej wypić herbatkę z jej... pracodawcą? Panią? Dla Mroku chyba wszyscy byli psami, więc uznajmy, że Pani będzie najlepszym określeniem.
I właśnie wtedy ktoś się na nas rzucił. Też nie do końca, bo bardziej w nasze konie, sprawiając, że oboje spadliśmy ze szkap, przewalając się gdzieś na bok. Rozejrzałem się wokoło, starając się dostrzec cokolwiek poza dogorywającym siwkiem, który tarzał się na ziemi, wydając ostatnie tchnienia. Chociaż koń kobiety wydawał się nie draśnięty. Pomogłem wstać kobiecie, zanim przybliżyłem się do zwierząt i przyjrzałem się rozharatanemu brzuchowi biedaka. Szlak, a taka kobyła z tego dobra była. Dostrzegłem jakąś dziwną maź, która sekunda po sekundzie wypalała coraz bardziej, cóż, teraz to już truchło. Odwróciłem się z powrotem do kobiety.
 - Dobra, gadaj, co Mroku odpierdala i kim jest cała reszta? - spytałem.

Nemain?

Od Nany, CD Rupert

To nie była normalna sytuacja, a ja mogłam mieć drobny atak paniki, ale to miało zdecydowanie źle się skończyć. Rupert był niebezpieczny, miał w sobie jeszcze więcej skrywanej agresji niż Roberston, nie potrafiłam jeszcze umiejscowić ją w żadnym konkretnym punkcie, a z każdym dniem bałam się coraz mniej, a to już zwiastowało nieszczęście.
Z drugiej strony potrafiłam to zrozumieć. Przełknęłam gorzki posmak w ustach, palcami wczepiając się w fotel i oczekując na powrót Ruperta, bo tego teraz potrzebowałam. Rozmowy, nie nadmiernego myślenia, bo ono mnie nigdzie wcześniej nie zaprowadziło. Konkretnej konfrontacji, wyjaśnienia, że wiem, bez zwracania na to jakiejś szczególnej uwagi. Mogłabym ukryć fakt spowiedzi poczynionej przez Violet przed mężczyzną, ale to nie byłoby właściwe. Więcej komplikacji, za dużo podejrzeń i niedopowiedzeń w późniejszym etapie. Szybkie wspomnienie, że wiem, ale bez drążenia tematu, bo on zostawiał mi wolną przestrzeń na moją przeszłość, więc ja jemu tym bardziej powinnam. 
Ale Rupert nie nadszedł, ani tej nocy, ani kolejnej, więc wróciłam do mojej egzystencji z Hanką. Dziewczynka bawiła się z suką, starała się powoli tresować ją na właściwego "psa obronnego" (choć był to raczej "pies liżący", sądząc po tym, jak rzucała się na każdego i goniła do zabawy). Adam starał się wyraźnie omijać pracownię, Kurt nie zadawał pytań, za to częściej zagadywał o Hankę, gdy mogliśmy porozmawiać już jak samotny ojciec z samotną matką. Sam był ojcem trzynastolatka i śmiało śmiał się, że już niedługo sama poczuję na własnej skórze, jak to jest mieć bachora z burzą hormonalną, jak mi Młoda pierwszego chłopaka w okresie buntu przyprowadzi, pewnie jakiegoś metalowca słuchającego kiepskiej muzyki, mającego miliard tatuażów i przeklinającego w co drugim słowie.
Po moim trupie, Hanka prędzej rosła na wojującą feministkę niż pachnący kwiatek, raczej widziałam ją już prędzej w roli silnej, wyzwolonej lesbijki, aniżeli małostkowej dziewczątki, dającej się omotać pierwszemu facetowi na horyzoncie. Żeby tylko nie wdała się w swoim talencie do nawiązywania relacji romantycznych we mnie i nie powinno być większego problemu. 
Odłożyłam narzędzia na półkę, decydując się sprawdzić, czy Rupert przyszedł jednak dzisiaj. Co prawda nie pojawił się w rezydencji już prawie od tygodnia, ale spotkania wyczekiwałam jak na szpilkach. Wyczyściłam resztki cyny z blatu, marudząc nad stanem naszej lutownicy, gdy poczułam czyjeś ręce na biodrze. Prychnęłam pod nosem, odwracając się wściekle.
— Czego chcesz, Rup... — Zamrugałam, gdy usta Adama zmiażdżyły te moje. Jedna z dłoni przeniosła się z biodra na skrawek koszuli spod pracowniczego fartucha, rozpinając dolne guziki i starając się wejść pod nią. Z ust mężczyzny pachniało alkoholem na kilometry i doskonale znałam ten stan, dodatkowo sprawiający, że nie chciałam mieć nic wspólnego z tą całą sytuacją. Próby wyrwania się spaliły na panewce, jak tylko poczułam, gdy ten pierdolony chuj podjął nędzną próbę odpięcia mi stanika. Docisnął mnie mocniej kolanem do stolika, gdy szybko rozprzestrzeniające się poczucie strachu napawało mnie coraz większym obrzydzeniem. Wyrywanie się nie zdawało rezultatu, ale wierzchem dłoni wymacałam niedoszłą lutownicę na bracie, którą z całej siły przywaliłam mężczyźnie w głowie, rzucając się do ucieczki przez drzwi. 
Sądząc po głośnych przekleństwach głowy mu nie rozbiłam, co najwyżej będzie miał jutro wielkiego guza, ale wolałam zwiewać w podskokach, ignorując rosnące poczucie desperacji. 
Ruperta nadal nie było w pokoju. Położyłam Hankę do łóżka, uśmiechnęłam się do siebie w lustrze, zanim pierwszy raz od wielu lat wyjęłam tabletki nasenne, doskonale wiedząc, że bez nich nie zasnę przez następnych kilka nocy. 
Następnego dnia z rana ponownie ruszyłam, mając nadzieję na spotkanie z mężczyzną, ale ostrożne pukanie do drzwi nie zapewniło mi żadnej odpowiedzi, jedynie kręcąca głowa Violet sugerowała, że ponownie nie było go w pokoju. Wróciłam wieczorem, w końcu wchodząc do środka i rozsiadając się w fotelu, bo przecież w końcu musiał wrócić, prawda?
I w końcu się pojawił. Szkoda, że krwawił przy tym jak zarzynane prosie.
— Popierdoliło cię?! — jęknęłam, rzucając się do łazienki po apteczkę, zanim siłą (no, nie do końca, pewnie jedynie dzięki zmęczeniu mężczyzny) posadziłam go na łóżku, nakłaniając do ściągnięcia koszuli i podjęłam próbę medykowania jemu ramieniu. 
Wyjęłam kulę, wyczyściłam ranę, zdezynfekowałam wszystko kilkukrotnie, zabierając się w końcu na szycie, cały czas mamrocząc pod nosem kolejny z moich monologów, gdy Rupert tylko słuchał z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.
— Oszalaleś, leźć z taką raną, powinieneś się na miejscu opatrzyć, nawet jak nic strasznego, no co, ty, Rupert, chcesz żebym ja zawalu dostała, że ty tak tutaj znikąd przychodzisz, nie dość, że mnie straszysz, to jeszcze wyglądasz na umierającego, wiesz jak mi serce przed chwilą stanęło, jak cię zobaczyłam z krwią na koszuli? — fuczałam wściekle na przysypiającego mężczyznę. 

Od Ruperta C. D. Nany

Słuchałam kobiety siedzącej naprzeciw mnie. Jej analiza przebiegała na zewnątrz. Dziwny osobnik. Za dużo błędów i wątków pobocznych przysłaniało jej obraz rzeczywistości. Nie było czasu do stracenia, Rupert mógł wrócić w każdej chwili.
— Matka, siostra, kochanka, narzeczona, żona? — spytała w końcu wprost. — Czy jest to jeszcze bardziej popierdolone? — nawet w połowie nie wiedziała jak bardzo.
Jeśli pytasz o mnie, to żadna z wyżej wymienionych. Inaczej jest w przypadku Tess. — siedziałam z brodą oparta na dłoni, nie przestając uważnie obserwować kobietę. — Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, niestety nie wskazane będzie mi przerywać. — nieme pytanie zawisło w przestrzeni pomiędzy nami. Kobieta przez chwilę walczyła z samą sobą, ale chyba ciekawość zwyciężyła jej gadulstwo bo tylko skinęła głową w odpowiedzi.  
— Opowiem Ci tyle ile wiem i tylko tyle ile mogę. Rupert zapewne nigdy nie przełamałby się na tyle, aby Ci opowiedzieć o tym, przynajmniej nie na początku. A bez tej wiedzy raczej nie będziesz w stanie ruszyć dalej. 
Zaczynając. Poznali się kiedy on miał 19 lat, ona była od niego starsza. Nie była nikim z kim należało się liczyć, w przeciwieństwie do rodziny Koji która z oczywistych względów była przeciwna ich związkowi. Przynajmniej do momentu w którym ojciec Ruperta nie dowiedział się o ciąży. Elita ceni sobie siebie i swoje geny, nawet te "zmieszane". Dziecko miało pozostać pod opieką rodziny, jednak nie było mowy o żadnym ślubie. Tu na scenę wkracza brat Tess. Co dokładnie powiedział głowie rodziny, tego nie wiem, skutek był jednak taki że ślub miał się odbyć najszybciej jak to tylko było możliwe. Przygotowania ruszyły pełną parą. Gołąbki zakochane w sobie po uszy. Jak zapewne zdążyłaś zauważyć Rupert bardzo ceni sobie to co uzna za swoją własność. — musiałam się postarać bardziej aby zrozumiała jego przeszłość. 
— Masz córkę Nano którą bardzo kochasz. Wyobraź sobie że patrzysz na nią teraz, stoi przed tobą istota najbliższa twemu sercu, za która bez wahania oddałabyś własne życie. — Widziałam, że wie do czego zmierzam. — W pewien słoneczny dzień kiedy ona biegnie by się w ciebie wtulić, to małe ciałko które sobie tak cenisz...zostaje brutalnie odebrane. Jeden strzał który sprawia że całe twoje życie ucieka pomiędzy palcami, wraz z każdą kroplą jej szkarłatnej krwi. A Ty nie możesz nic na to poradzić i wtedy spotykasz na swej drodze kogoś kto obiecuje zwrócić ją z powrotem. Co byś zrobiła na jego miejscu? pogrążonego w żałobie po stracie jedynej ukochanej i jeszcze nienarodzonego dziecka. Zabitych w dniu ich ślubu. Walczyłabyś z całych sił, czy poddała się bez walki rozpadając się wewnętrznie z rozpaczy?
Jestem częścią Tess, jego ukochanej. Udało mu się stworzyć robota z jej ciałem i nawet z jej krwioobiegiem. Robota którego trudniej zabić niż przeciętnego człowieka, ale nie posiadającego jej duszy i wspomnień. To było dla niego jak rozdrapanie ran nie do końca zaleczonych i posypywanie ich solą. Bolało, ale nie na tyle by od tego umrzeć. Może nawet byłaby nadzieja że w końcu uda mu się wyjść z tego, choć prędzej skończyłby martwy w czasie jakiejś bezsensownej bójki. Brat Tess nie mógł na to pozwolić, obiecał pilnować Ruperta. Zawarł więc pakt, dzięki któremu jestem dziś przed tobą. Mam dusze Nano, nie swoją ale Jej. — dotknęłam klatki w miejscu gdzie powinno bić ludzie serce. — I to jest powód dla którego wciąż jestem przy nim. Bo ja tego chce, nie on. Na początku zapytał mnie jak chce się nazywać. Posiadałam już ogólnie dostępną wiedzę, nie całą oczywiści ale dość sporą. Kazałam mówić do siebie Wiolonczela, bo jestem instrumentem o kobiecych kształtach, który ma uwodzić ludzi, doprowadzać ich do łez i melancholii swoim brzmieniem. Mój widok sprawia mu tylko ból Nano przypominając o niej, a ja nie opuszczę go dopóki nie będę pewna że znalazł kogoś, dla kogo będzie chciał żyć. To by było na tyle. Więcej opowie Ci sam Rupert jeśli będziecie mieli ku temu sposobność. — Wstałam, skłoniłam się i opuściłam pokój zamykając po cichu drzwi. Za nimi zostawiłam kobietę która musiał sama zdecydować co dalej. Miałam tylko nadzieję że w końcu znalazłam, tą której obydwoje szukaliśmy.

Rupert kasował dane z dysku w pokoju hotelowym. Tym razem wśród ludzi pracujących dla Mroku znów znalazł się ktoś, kto chciał odejść, zabierając ze sobą cenne dane. Na szczęście nie przeciekły one dalej. Uciekinier leżał w łóżku sparaliżowany, dusząc się własną śliną. Specyfiki Viol były skuteczne i przede wszystkim nie pozostawiały śladów. Był już zmęczony, nie spał od czterech dni i był na pograniczu. Ostatnie sekundy i mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Właśnie wieszał zawieszkę "nie przeszkadzać" i miał udać się w kierunku schodów przeciwpożarowych, gdy z za zakrętu wyłoniła się kobieta. Rozpoznał w niej kobietę doktorka który zapewne już nie żył. Nie miała ona nic wspólnego z projektem. Z obserwacji jasno wynikało, że trzymał ją z dala od spraw związanych ze swoją pracą. Nie było więc potrzeby pozbywać się jej. Obrócił się szybko zmierzając w kierunku wyjścia ewakuacyjnego. To był błąd, zwykłe niedocenienie cywila, wynikające z przemęczenia. W kasku przeskakiwały informacje dotyczące najkrótszej drogi do kolejnego celu, kiedy poczuł przeszywający ból w ramieniu. Suka strzeliła do niego z broni z tłumikiem. Tego się nie spodziewał po pani nauczycielce. Widać nie była na tyle naiwna by uwierzyć we wszystko co mówił jej doktorek. Skórzana kurtka skutecznie chłonęła krew nie pozostawiając śladów na jasnej hotelowej podłodze. Miał działać po cichu i w ukryciu, bez zbędnych ofiar. Szlak go trafiał że znów przybyło mu roboty. Nici niepostrzeżenie poleciały do przodu wraz z jego ciałem. Złapał kobietę unieruchamiając ją, nici przecięły pistolet blokując kule. Ogłuszył kobietę i z jej bezwładnym ciałem udał się w stronę wyjścia.
W wiadomościach zamieścili krótką informację o ciele pewnej nauczycielki znalezionym w parkowym jeziorze. Najprawdopodobniej kobieta wpadła do wody po wypiciu znacznej ilości alkoholu. Kolejny artykuł jeden z wielu opisywał śmierć mężczyzny w hotelowym pokoju. Mężczyzna zażył leki na sen cierpiąc na padaczkę. Atak nastąpił nocą, mężczyzna zadławił się własnym językiem.
Wchodził na schody rezydencji, mijał szósty dzień bez snu, w ranie wciąż tkwił pocisk. Marzył by w końcu udać się do sypialni i zasnąć, nawet otwarta rana nie była pilniejsza od potrzeby snu.

Happy Easter!

Z okazji świąt Wielkanocnych pragnę złożyć wszystkim czytelnikom bloga, członkom oraz moim kochanym administratorom dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności i czasu spędzonego z najbliższymi!
Tyksonka

Od Jeanette CD Artura

   Westchnęłam ciężko, sięgając jednak po mydło. Już drugi raz. Uwłaczało to trochę mojej godności, ale postanowiłam zamknąć pysk i nic nie mówić. Znalazł się pedant. Za nic nie mogłam pojąć, czemu wziął sobie kogoś z futrem, jeśli kilka włosów na prześcieradle mu tak bardzo przeszkadza. Moje futro nie było aż tak wyliniałe, żeby zostawiać sierść wszędzie. Ludzie zostawiają ten swój paskudny naskórek i nikt im z tego problemów nie robi. Czy to już dyskryminacja? Panie władzo, to musi być jakieś wykroczenie. Nie sądziłam też, że on naprawdę wierzy w to, że cały problem wypadającej sierści zniknie, jeśli przyłożę sobie mydło do ciała. To po prostu nie może się udać, ale nie protestowałam. 
 — Znasz Chrisa Cartera? — Uważam, że to dobrze wykorzystana szansa na zadanie pytania. Chciałam też zapytać o moje szmaty, ale skoro ja sama rażę jego pojęcie estetyki, moje ubrania pewnie tym bardziej. Podobno już ich nie ma, ale będę walczyć o jakieś lepsze ubrania niż.. to coś, co dostałam. Babskie rzeczy. Fuj. — Taki autor. — Uściśliłam po chwili. Nie musiał wiedzieć, o co konkretnie mi chodzi.
 — Tak, znam. — odparł, patrząc w moją stronę. Jego spojrzenie kojarzyło mi się z treserem dzikich zwierząt. Patrzy co uda się osiągnąć. Powinnam go teraz upierdolić w rękę i zobaczyć, czy spanikuje. Dzikie zwierzęta tak robią. Chyba. A jak nie, powinny zacząć. To dobry test na sprawdzenie, z kim tak naprawdę ma się do czynienia.
 — Jest zajebisty. — stwierdziłam, nie zaprzątając sobie głowy ładniejszym doborem słów. Nie byłam damą, tylko zwykłą suką pozbawioną manier i dobrego wychowania. — Co od niego czytałeś? Jakaś ulubiona książka?
 — Krucyfiks. — Nie uważam, żeby to była jego najlepsza książka. Owszem, ciekawy miała zwrot akcji, ale za dużo tam innych czynników, które opuszczają ją w moim rankingu. 
 — Moja to Geniusz Zbrodni. Była po prostu idealna w każdym aspekcie swojego istnienia. — odezwałam się, chociaż mnie o to nie pytał. Trudno, jakoś to przeżyje. Ale sama książka.. cud, miód i orzeszki. Żadnego bzdurnego mizdrzenia się do siebie, czysty przykład jak wielkimi skurwysynami potrafią istoty o nieco wyższej inteligencji od przeciętnej małpy. Nie urażając małp, oczywiście. To dobre stworzenia. — Powinieneś ją przeczytać, jeśli tego nie zrobiłeś. To istny majstersztyk. I Hunter dość mocno dostaje po dupie. 
 — Przeczytam, o to się nie martw. — skinął głową, jakby na potwierdzenie swoich słów. — Już jesteś gotowa?
 — Tak mi się wydaje. — mruknęłam, patrząc na swoje ciało. — Wali ode mnie na kilometr jakimiś kwiatkami, które nie są konwaliami. Czyli pedalsko. Pedalsko jak cholera.. Nieważne. W każdym razie o sierść na prześcieradłach nie musisz się martwić, antropomorficzni nie linieją tak intensywnie jak normalne zwierzęta. Poza tym.. serio? Nigdy psa nie miałeś? Liniejące zwierzęta się wyczesuje, a nie szoruje mydłem. Odpływ mógłby się zatkać, tak naprawdę. To było strasznie głupie. Tak samo, jak branie futrzastej dziewki, jeśli boi się sierści na ubraniach i pościeli. I, skoro masz moją żyletkę, masz pewnie też glocka. Opiekuj się nim jak własnym dzieckiem.

Artur?

Od Tyksony C.D Nany

  — Możesz to wrzucić do pralki. Ale jak zniszczysz, to łeb ukręcę. — syknęła Tyksona, niechętnie ściągając górną część garderoby. 
  Nie muszę chyba mówić, że dziewczyna nie ufała czarnoskórej. I broń Boże nie bierzcie ją za kogoś nietolerancyjnego. Po prostu owa kelnerka nie spodobała jej się od pierwszego oblania. I, o dziwo..., spławiła jej gówniarza, który najwyraźniej poczuł się dotknięty tym, że kobieta jako jedna z nielicznych potrafiła się oprzeć "urokowi" Vipera. Tyks nie zdziwi się, jeżeli zaraz po powrocie chłopak zacznie robić z siebie kretyna i użalać się, że jakimś cudem stracił swoje resztki seksapilu i ojcostwo tak daje mu się we znaki, że w ciągu kilku tygodni stał się stary.
  — Luźna noc? — prychnęła po chwili kotka, ponawiając pytanie kobiety. — Nie. Pilnowanie tego sukinsyna z pewnością nie można zaliczyć do jakiegoś rodzaju luzu. Chociaż wyrósł, to jednak wciąż nieodpowiedzialny gówniarz. Pamiętam, jak był jeszcze małym szkrabem i już wtedy przynosił mi same kłopoty. Aczkolwiek raz, cwana bestyjka, uratowała mi życie przed utonięciem. Gdzie się nie pojawia, prędzej czy później zjawiają się problemy.
  — To twój brat? — zapytała kobieta jakby od niechcenia.
 — Nie. Ale traktuję go jak młodszego brata. Przez jakiś czas pomagałam jego rodzicom w wychowaniu go. Byłam niańką. Jego ojciec dużo czasu przebywał w podróży, matka wiecznie zajęta w pracy. Zdarzało się, że całe dnie przebywałam w jego domu i zabawiałam chłopaka oraz jego siostrę, jednak ta wkurwiająca szatynka odziedziczyła swój nieprzyjemny charakterek po tatusiu. Z początku kochana, potem milcząca i wiele razy znęcała się nad bratem, próbując mu wyrwać pilota od telewizora. W dodatku potrafiła wybuchnąć płaczem w najgorszym momencie, bo gubiła swoje zabawki i musiałam szlajać się po całym domu w poszukiwaniu różowego lamorożca. Nikomu nigdy nie życzę opieki nad dwójką bliźniaków i jednym, małym kurwiszonem, jakim był równie przyjemny co siostra Anubis... — Tyksona dzisiaj najwidoczniej poczuła potrzebę z żalenia się ze swojego dawnego życia obcej, poznanej w klubie kobiecie. Mogłaby tak paplać przez wiele, długich godzin. I nawet zapomniała o robocie i o tym, dlaczego tutaj przyszła. Wiedziała, że Viper bawił się w najlepsze i nie będzie potrzebował jej pomocy, dopóki gdzieś nie rozlegnie się przerażający...
Huk!

Nana? Cóż to było? Cóż się stało?

Od Nany C. D. Ruperta

— Nie ma go. — Podskoczyłam, zastanawiając się, kiedy doszłam do tego momentu w swoim życiu że najmniejszy, niespodziewany szmer przyprawiał mnie o zawał serca. Chyba naprawdę nie nadawałam się do socjalizowania ze społeczeństwem, wszelkiego rodzaju bliższa integracja wkraczająca mnie o sferę cielesną przyprawiała mnie o atak paniki, ale teraz nie mogłam nie utrzymać wkurwu na samą siebie, że przestraszyłam się akurat Violet. Nie żebym miała coś do niej personalnie, ale po prostu irytowała mnie ta dwuznaczna gra, którą prowadził nasz zawzięty trójkąt. Ja z tym moim uciekaniem, chowaniem się po kątach. Rupert z tym swoim, nie wiem w sumie czym, zauroczeniem? To słowo nie oddawało raczej naszej sytuacji, ale innego nie znajdywałam, więc niech już zostanie. Z tym jego zauroczeniem na moim punkcie, uwielbieniem dla mojej córki, ale jednocześnie ewidentnie rozwiniętą relacją z Violet, przy której czułam się jak piąte koło u wozu. No i zostawała sama Violet, ale nadal nie poznałam jej na tyle dobrze, żeby dowiedzieć się co myśli.
— Aha, w takim razie wpadnę kiedy indziej. — W tył zwrot, maszerować, nawet lepiej, może nie palnę aż takich głupot, jak przyjdę jutro, na spokojniej z nim porozmawiać. — A tak dokładnie to kim właściwie jesteś? jego sekretarką? — zapytałam zaciekawiona, odwracając się, bo to jednak pytanie nurtujące mnie od jakiegoś czasu. Sypiali ze sobą, to akurat było oczywiste, ale jednocześnie była jakaś tam nitka czegoś więcej, historia, którą chciało się odkryć. 
— Jestem robotem który ma mu służyć. — Zamrugałam zdezorientowana, niepewna, o czym ona w ogóle pierdoli. 
— Nie rozśmieszaj mnie, mogłabyś wymyślać lepszą... — warknęłam, zanim dostrzegłam, jak kobieta, a właściwie robot, zdejmuje element zewnętrznej powłoki. Przełknęłam głośno ślinę. 
— Choć nie do końca można mnie nazwać robotem, wiele z moich części jest ludzkich i należało do panny Tess.
 — ... Do kogo przepraszam? — rzuciłam, nie będąc pewna, w której części rozmowy się znajdujemy, ani nawet czy robiła sobie ze mnie jakieś jaja. To zawsze mógłby być podstęp, ale wolałam podejść pokojowo, z rozsądkiem i potem wszystkie uzyskane z rozmowy informacje na spokojnie przemyśleć.
— Wygodniej będzie nam chyba w salonie. — Skinęłam głową, ruszyłam za prowadzącą mnie kobietą i już po chwili obie siedziałyśmy w salonie, zastanawiając się pewnie na czym świat stoi. Robot otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale od razu jej przerwałam. 
— Nie myśl, że się zamknę, Rupertowi się to jeszcze nie udało, więc z góry przepraszam, ale im bardziej się denerwuję, tym więcej nawijam, ale ni chuja nie potrafię zrozumieć, co to za teatrzyk cieni się tu odpierdala. Rupert ewidentnie ma kontakty z osobami, o których wolałabym nie słyszeć — nie wiem czy bardziej przerażała mnie Mroku czy Artur, choć z tą pierwszą nie miałam do czynienia, to krążące plotki i wizja nadchodzącej wojny mieszała moją zdolność logicznej oceny sytuacji z błotem — mroczną przeszłość, która go cały czas wkurwia i w jakiś sposób ty jesteś z tym wszystkim powiązana i dlaczego mam wrażenie, że historia koncentruje się na tobie? Kim jest ta cała Tess i dlaczego ktoś miałby używać jej części ciała dla ciebie? — zaczęłam mówić już prędzej sama do siebie niż do kobiety, na głos analizując poszczególne opcje, gdy znalazłam drobne podobieństwo. Robertson zawsze miał formułkę, zasadę czy miarę dostosowaną do idealnego obrazka który sobie umyślił na dany dzień. Czasem perfekcja stanowiła dobry obiad, czasem idealnie zgrany seks, ale najczęściej pokazówkę dobrej żony, której nienawidziłam szczególnie. Rupert nie bardzo pasował mi do tego schematu, już nawet nie widziałam go jako mordercy, którym niewątpliwie był, ale... zbieranie części ciała do pozorowania kogoś? Tworzenia jakiejś bliskiej osoby? 
— Matka, siostra, kochanka, narzeczona, żona? — spytałam w końcu wprost, dodając dwa do dwóch. — Czy jest to jeszcze bardziej popierdolone? — zakończyłam.

Od Artura CD Jeanette

— Zawsze jestem gotowa. — Ach, jak miło było od czasu do czasu posłuchać osób, które jeszcze miały to złudne poczucie własnej wartości, sugerujące im, że nadają się do czegokolwiek i kogokolwiek, prawda? A tutaj złota pannica z wyliniałym futrem umyśliła sobie najwidoczniej, że jakąś bzdurną butą czy typowymi odzywkami rodem z filmu klasy K wyżebra godziwsze warunki współpracy?

— To świetnie — odparłem bez zawahania, nie czując potrzeby, żeby w tej chwili atakować sukę. Później a i owszem, gdy nieco sytuacja się rozwinie, pojawi się tak sposobność, to nawet bedzie szczególnie przydatne rzecz przy ogarnianiu praktycznie wszystkiego. Poprowadziłem kobietę wzdłuż korytarza, prosto do łazienki, choć dziewczyna przymknęła oczy w trakcie prowadzenia, jakby szła prosto na rzeź. Niewygodnie, nieprzyjemnie, ponieważ znałem milion razy gorsze miejsca niż mój dom, ale skoro takie było jej oczekiwanie, to kim jestem, żeby odmawiać damie tego, czego się najwidoczniej spodziewa?

Białe, zimne kafelki musiały razić ją, zwłaszcza, że nie założyła żadnych kapci i mogła co najwyżej przebierać nogami, starając się unikać oczami ostrego światła. Przystanąłem przy drzwiach, opierając się plecami o framugę.

Z jednej strony tarasowałem jedyną drogę ucieczki, bo pomieszczenie nie miało nawet okien. Przestronna, duża łazienka, cała prawie w białych kafelkach oprócz jednej strony, gdzie ścianę pokryto lustrzaną powierzchnią. Prysznic w jednym kącie, w drugim sedes, niedaleko ogromny zlew, trochę szafek, porozwieszanych wokoło na plastikowych haczykach ręczników, ale punktem centralnym była ogromna, biała wanna, stojąca pośrodku całego uporządkowanego osprzętowania.

A z drugiej na dziewczynę chciałem zwyczajnie w świecie popatrzeć. Niekoniecznie pod kątem seksualnym zastanowić się nad jej walorami czy kojarzyć to w jakikolwiek sposób z erotycznością, prędzej chłodną kalkulacją kupca, który dobrze wie, ile może wyciągnąć z tej klaczy, zanim odda ją na mięso.
Kobieta napuściła wody do wanny, zdjęła niewolniczą tunikę, rzuciła na ziemię bawełniane majtki, cóż, następnym razem będę pamiętać, żeby jej ich nie dawać, skoro nie potrafi uszanować prostych rzeczy, to równie dobrze może chodzić tylko we własnym futrze.

Wyciągnąłem z kieszeni żyletkę, znalezioną w rzeczach dziewczyny i parę razy zrobiłem prostą sztuczkę, mieląc w dłoniach wirujące ostrzełko.

— Skąd u ciebie takie zamiłowanie do ostrych i niebezpiecznych rzeczy po kieszeniach? — spytałem z zaciekawieniem, bo jednak w jakiś sposób nazwałbym to interesującym.

— Uwielbiam ostre i niebezpieczne rzeczy. — Nie domyśliłbym się. — W moich książkach takich używają.

— W twoich książkach? — zagaiłem zaciekawiony, bo tutaj znajdowaliśmy jakiś punkt zaczepienia i w końcu miałem dowód świadczący, że biblioteczka dziewczyny w jej mieszkaniu nie stała tylko na pokaz. — Tamte kryminały? Piszesz coś sama? — spytałem, gdy dziewczyna zaczęła rozglądać się w końcu za czymś do wytarcia się.

— Jeszcze raz. — Spojrzała na mnie z niezrozumieniem, gdy wydałem polecenie. Uniosłem jedną z brwi nieco wyżej. — Masz tonę wyliniałego futra, a ja drogie prześcieradła i wolałbym, abyś nie naniosła pcheł. Spuść wodę, napuść jeszcze raz i wyszoruj się porządnie mydłem. Chcę, żebyś mogła się potem poddać badaniom medycznym od razu bez ponownego przychodzenia tutaj. Jakieś pytania?

Od Wendy do Luny

Siedziałam w blisko okna, aby móc w każdej chwili uciec. Tak właśnie Siedzenie w zamku, gdzie urządzili dzieciarni sale do malunków.. Mój obraz nie przypominał, niczego. Po prostu jedna wielka różnobarwna plama. Zastanawiałam się, przez dłuższą chwilę co mam tam dodać, jednak bez rezultatów. Co jakiś czas podchodzili do mnie osoby i spoglądali na pracę. Zaczęłam się przez nich krepować coraz bardziej. W końcu nie wytrzymałam, wybudowałam z pnączy wokół siebie i płótna jakby taka kopule. W końcu mogę być sama, ze swoimi myślami i obrazem.
Dotknęłam pnączy w pewnym momencie i mnie olśniło. Wzięłam na pędzel trochę farby i zaczęłam rysować kreski. Więcej i więcej kresek.
***
Końcowy efekt był pozwalający. Kopuła zniknęła, a mój obraz znalazł się obok innych. Stanęłam obok jakieś dziewczyny, wołali na nią Luna. Jej krajobraz był zachwycający, naprawdę potrafi malować. To takie piękne i przyjemne dla oka. Po obejrzeniu wszystkich innych nadeszła pora na mój.
Moje dzieło przedstawiała panorama barw, z czego czarne pnącza, się z niej wydobywały. Tworzy tym samym jakiś mały, nieduży kształt. W sumie nie miałam tego w planie, widać, iż to samo tak się stało.
- Dobrze, wszystkie pracy są cudowne. Jednak zdaniem większości Luna i Wendy mają coś w sobie i przechodzą do etapu drugiego. W drugim etapie obie musicie razem pomalować mural, tak, aby kawałek koncepcji jednej była na drugiej i vice versa. - powiedział jeden z mężczyzn.
Obie zostałyśmy zaprowadzone do jakiejś sali i tam ktoś miał przyjść, aby wyjaśnić ciąg dalszy.
Co było dziwne przyszła Tytania wraz z Brosnizmen. Jeden ze smoków, który potrafi przybierać ludzka postać. Weszli i pokazali, abyśmy usiadły. Tak też zrobiłam i czekałam, oczekiwałam co, powiedzą.

Luna?

Od Jeanette - Quest #51

   Wiecie, czego nie mówić na wejściu do szpitala psychiatrycznego, kiedy ma się tam do załatwienia kilka spraw? "Dzień dobry, gdzie mogę się powiesić?", jednocześnie zdejmując z siebie płaszcz. Już na wejściu wszyscy patrzyli się na mnie podejrzliwie, jakbym zwiała z podobnej placówki. Po przejrzeniu się w lustrze jednak stwierdziłam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ta sama nudna, chłopięca twarz, te same nudne, czarne ubrania. Wszystko po staremu. Pewnie chodzi im o całokształt, jaki to wszystko tworzyło. No cóż, nieważne. Oddam kilka listów i się stąd zmywam, nie zamierzam zostawać tu ani chwili dłużej, niż to potrzebne. Podeszłam do recepcji, zarzuciłam słynnym tekstem o wieszaniu się, na co recepcjonistka spojrzała na mnie jak na ciężko skrzywdzoną osobę, której natychmiast trzeba udzielić pomocy wykwalifikowanego psychiatry, bo inaczej zwinie się w kłębek i umrze. No cóż, trudno. Uniosłam obie ręce w obronnym geście pod tytułem "hej, ja tylko żartowałam" i dla podkreślenia mojej wiarygodności, zamachałam pęczkiem listów, które miałam przekazać. 
 — Nie oszalałam, proszę się o mnie nie martwić. — powiedziałam, opierając się o ladę. — Przyszłam tu tylko oddać kilka listów. Przekażę je i już sobie idę. Naprawdę. Nie chcę sprawiać kłopotu dłużej, niż to konieczne, bo nie o to nam chodzi, prawda? 
 — Dobrze. — Dziewczyna spojrzała na mnie nieufnie, jakbym zaraz miała zedrzeć z siebie koszulkę i ukazać pas szahida gotowy do detonacji. Uwielbiam budzić zaufanie u ludzi. — Czy mogłaby pani podać nazwiska adresatów? 
 — Oczywiście, proszę mi dać moment.. — Rzuciłam je wszystkie na blat, na co ona się lekko cofnęła. Zaczęłam przetrząsać koperty w poszukiwaniu nazwisk. — Hawk, Ashland, Moore, Brown..
 — Pacjenci Brown i Moore znajdują się pod stałą obserwacją. — Przerwała mi. Co za brak kultury. Poza tym, co mnie to obchodzi? Ja mam tylko dostarczyć kilka rzeczy. — Dlaczego ktoś miałby do nich pisać? Kiedy ostatni raz pani badała się u psychologa?
Zaśmiałam się gorzko. Tak, pomyłka, to od razu że pseudolistonosz od razu chory psychicznie. Nie, naprawdę, mogę już sobie iść? Teraz chcę stąd uciec jeszcze bardziej. Przecież jestem okazem zdrowia psychicznego. I wcale nie dzięki temu, że biorę kilkanaście tabletek co rano, żeby nie oszaleć.
 — Dosyć dawno. — odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą. — Minęło już chyba kilka lat, ale nie odczuwam takiej potrzeby. Czy mogę przekazać te listy? Za to mi płacą, a moim hobby zawsze było nieumieranie z głodu. 
 — Nalegam na badanie, pierwsze jest bezpłatne. — Podała mi jakąś ulotkę, zapewne z numerem telefonu, godzinami otwarcia i takich tam pierdół. — Pomoże to pani pomóc..
 — Nie potrzebuję pomocy. — Tym razem pokazałam, że to moja matka miała gdzieś moje wychowanie. — Naprawdę, nie jestem chora psychicznie. Chcę tylko zostawić te listy i pójść do domu. Naprawdę. Chcę spokoju..
 — Może zatrzymamy panią na obserwację, pani nazwisko..? — Zaczęła wstukiwać coś na klawiaturze.
 — Jezuspierdolonychrystus. — jęknęłam, łapiąc się za głowę. — Wszystko ze mną w porządku. Jeanette Twardowski-Rizzoli, pracuję w policji, jestem już po testach i naprawdę nie jestem chora psychicznie. Może pani to sprawdzić. Mogę dać pani numer do kapitan..
 — Osoby pracujące w służbach mundurowych często mają problemy ze sobą. — zaćwierkała tak uroczo, że podniosła mi poziom cukru we krwi. — Tym bardziej nalegam. Zwłaszcza, że badania mogą być nieaktualne..
Po kilkunastu minutach użerania się z nią w końcu udało mi się wymsknąć z sideł "chcemy ci pomóc" i przekazać te chędożone listy. Nie zajęło mi to dużo czasu, a pacjenci byli szczerze zdziwieni, że je dostali. Nie moja broszka, ja miałam je tylko przekazać. Niestety, żeby wyjść na dwór musiałam znowu przejść przez recepcję, gdzie z wyciągniętymi szponami i szerokim uśmiechem czekała na mnie blondynka za ladą, jakbym jednak się zdecydowała na badanie. Biedactwo chyba jest po trepanacji mózgu. Kiedy po raz kolejny zagadnęła mnie o moje zdrowie psychiczne, nie wytrzymałam i zadzwoniłam po Blake, żeby udowodniła to, że mówię prawdę. Na szczęście przyjechała i to zrobiła, a ja miałam ochotę ją wyściskać. Umililiśmy też pacjentom życie, w końcu radiowóz na sygnale to też jakieś urozmaicenie. Zwłaszcza w miejscu, w którym nic się nie dzieje. Wyszłam stamtąd najszybciej jak mogłam, nie szczędząc podziękowań mojej ukochanej pani kapitan. Już nigdy nie powiem na nią złego słowa, przysięgam. Oszczędziłam sobie jednak komentarza "głosy w mojej głowie mówią mi, że.." na wyjściu, chociaż z perspektywy czasu teraz tego żałuję. Może będzie inna okazja.

Zaakceptowano

Od Jeanette - Quest #52

   Mówiłam, jak bardzo nie lubię festiwali? Nie? To mówię teraz. Nie dość, że jest tam od cholery ludzi i innych dziwnych stworzeń, to jeszcze wszystkim się cieszą mordy, jakby właśnie to coś nadzwyczajnego się w ich życiu stało. Szczerzą pyski do tych wszystkich tandetnych ozdóbek i występów, jakby widzieli tam obietnicę lepszego życia. Też mi coś. Nigdy nie rozumiałam tej tendencji. Tym razem też wszyscy byli jacyś tacy dziwnie radośni. Hej, normalni ludzie się tak nie cieszą na widok głupiego balonika czy idiotycznej waty cukrowej. Nie wierzę, że dałam się tu zaciągnąć, toż to męka w czystej postaci. Zabiję tego, kto to wymyślił. Zabiję i oskalpuję, a ciało nabiję na pal, żeby wszyscy mogli wiedzieć jak kończą tacy debile. Nie no, nie ma mowy na niepowodzenie, co za wspaniałe miejsce spotkań! Gwarno, dużo ludzi, wszyscy radośni jak na ciężkich narkotykach, a do tego ścisk i te wszystkie sztuczne, tandetne elementy wystroju, których równie dobrze mogłoby nie być. Festiwal wiosny, też mi coś. Dupa nie wiosna, jeszcze jest zimno. A ludzi, którzy wymyślili takie rzeczy, powinno się aresztować i zamknąć w białym pokoju bez klamek, dla bezpieczeństwa całej ludzkości. Z bolesnym westchnięciem osunęłam się na ławkę przed sobą i popatrzyłam na szczerzącego się Peruna. Był z siebie wyraźnie zadowolony, że udało mu się mnie wyciągnąć na miasto. Jak myślał, że w końcu zaczynam się socjalizować, to się mylił. Bardzo się mylił. Jak tylko uda mi się stąd uciec, znowu zamknę się w swoim ukochanym samochodziku i nie będę dopuszczała do siebie nikogo. Już żałuję, że tu jestem. Naprawdę. Chcę do domu. Złożyłam pysk na skrzyżowanych rękach i popatrzyłam smętnym wzrokiem na przyczynę moich męk. Perun i Matt. Urocza parka z czasów pracy w jednym wydziale. Matt także podzielał entuzjazm czarnego, ale nie próbował nim zarazić wszystkich wokół. Za to popchnął niewielki kufel z piwem w moją stronę, puszczając mi przy tym oczko. Wymamrotałam krótkie podziękowanie i wychyliłam go na raz. Może jak się upiję będzie mi tu lepiej. Bo na trzeźwo nie ma opcji, żebym to wzięła. Naprawdę. Nienawidzę zatłoczonych miejsc. Zwłaszcza, jak jestem trzeźwa. Udało mi się wrócić do pozycji, w której nie wyglądałam na martwą i przyjrzeć się tym wszystkim ludziom. Rodziny z dziećmi. Dzieci ciągały swoich rodziców za ręce po różnych atrakcjach, normalnie jak nieposłuszne psy swoich właścicieli. To było moje pierwsze skojarzenie, może i trafne. Tamci dwaj rozmawiali ze sobą, czasem próbując włączyć mnie do rozmowy, jednak ich próby spełzły na niczym. Czasami tylko odpowiadałam jakimiś nieskomplikowanymi wyrażeniami jak "tak", "nie", "mhm", "aha", ale z reguły nic więcej. Nigdy nie byłam zbyt otwartą osobą. Czasami chciałabym umieć prowadzić konwersację w taki sposób, ale w tych wszystkich uroczych akcjach zatrzymywania zawsze byłam tym złym gliną, w końcu nie musiałam być miła, tylko użyć środków przymusu aby zmusić delikwenta do gadania. Idealna praca dla mnie.
— Kupiliśmy ci los na loterię. — wypalił po chwili Matt, szturchając mnie w ramię.
Aż się zakrztusiłam kolejnym piwem. Jaką, do cholery, loterię? Jeszcze jestem zbyt trzeźwa na takie rzeczy. Przepraszam, mają tu może mohito? Może tym się szybciej upiję, żeby jakoś to przetrwać. Nie? To szkoda. Pozostaje tylko ból i cierpienie. 
— Jaką loterię? — zmarszczyłam brwi, spoglądając to na Peruna, to na Matthewa. — Zapomnieliście o tym, że jestem totalnie aspołeczna i w życiu nie wzięłabym w czymś takim udziału?
— Bez spiny, ruda. — uśmiechnął się. — Są fajne nagrody do wygrania. Idealne dla takich freaków jak ty.
— Też cię kocham. — odpowiedziałam ironicznie, a on wcisnął mi w dłoń pomiętą kartkę z numerem dwadzieścia siedem. Bardzo ładna liczba. W tym wieku zabił się Kurt Cobain. — Więc, kiedy już wylosują te wszystkie rzeczy, mam tam po prostu podejść, dać kartkę i sobie pójść?
— No, powiedzmy. — odparł Perun, opierając się o oparcie ławki. On także rozglądał się po całym festiwalu, jakby tym wszystkim oczarowany. Nie nabierze mnie, że to coś fajnego. Nie ma takiej opcji. 

  Musiałam chwilę się naczekać, zanim skończyli tę loterię. Długa godzina spędzona na gadaniu z Perunem i Mattem. Czy im się w ogóle kiedyś te paszcze zamykają? Mam nadzieję, że tak. Jeśli nie, to cóż.. Biedna Frago i ich dziecko. Matt nie ma nikogo, z tego co wiem. Nie krzywdzi nikogo swoim gadaniem. Kiedy w końcu skończyli, zwlekłam się z mojej bezpiecznej ławki i poszłam tam, jak na rzeź. Nie pchałam się do kolejki, ustawiłam się na tyłach, żeby poczekać aż ten cały tłum sobie gdzieś pójdzie, najlepiej w pizdu. Albo niech go piekło pochłonie. Tak będzie najlepiej. Przeludnienie tej pięknej planety odroczy się w czasie. Kiedy wszyscy już sobie poszli, w końcu i ja podeszłam do ołtarza.. znaczy się, do stołu z zakładami. Widząc mnie, mężczyzna stojący za nim się uśmiechnął. Oho, czyli już wiedział, co mnie czeka. No tak, w końcu wszyscy już zdążyli odebrać swoje nagrody.. Kiedy podałam mu kartonik z losem, on podał mi niewielkie pudełeczko. Powiedział, że to bardzo potężny amulet. Ha.. amulety naprawdę mają moc, jednak sprzedawać taki przedmiot na loterii, to już delikatne bluźnierstwo. Pudełeczko otworzyłam dopiero wtedy, kiedy byłam sama. Wyciągnęłam z niego czarny rzemień, na końcu którego zawieszony był iks z pięcioma wypukłymi kropkami, po jednej na każdym końcu ramienia i jedna w środku. A więc bawimy się w hudu. Założyłam go po chwili na szyję, umieszczając go pod koszulką, tuż obok jeszcze jednego ochronnego wisiorka.

Zaakceptowano

Od Ruperta Quest #12

Jako dziecko miał tylko kilka godzin dziennie dla siebie, pomiędzy prywatnymi lekcjami a kolacją. Małą lukę czasową przeznaczoną na wypoczynek spędzał zazwyczaj w ogrodzie, gdzie nikt prócz młodego ogrodnika nie zaglądał zbyt często. Do najbardziej ulubionych miejsc należał płot na skraju ogrodu oddzielający posiadłość od sąsiednich terenów. Przysiadał na nim słuchając szumu natury i niekończącej się paplaniny w swojej głowie. Dziś miał trochę więcej czasu, wieczorem miało się odbyć przyjęcie. Ogród od wczesnych godzin rannych zapełniony był służbą, rozwieszającą wszędzie lampiony. Przeklął w myślach i udał się na poszukiwanie spokojnego miejsca.
Tuż za wschodnią bramą znajdowała się wąska dróżka, prowadząca w stronę wzgórz i lasu. Często wybierali się nią konno wraz z nauczycielem. W lesie mieściła się chatka w której mieszkał myśliwy, starszy już mężczyzna z kompletnie siwą brodą i łysą głową. Ruperta dziwiło skąd miał siłę wychodzić rano i polować. Jego stare kości chrzęściły przy każdym ruchu, a oddech rwał się po krótkim marszu przez leśne poszycie. Z dziwną fascynacją chłopiec od czasu do czasu błąkał się blisko chatki, by czekać na moment ostatniego pożegnania starca z tym światem.
Las pomału szykował się do późnej jesieni i choć wciąż było ciepło w dzień, to noce potrafiły być już dość chłodne. Był już naprawdę blisko chatki, jeszcze jeden zakręt i tuż przy rozwidleniu w prawo. W lesie powietrze było chłodniejsze i lekko wilgotne, pachniało specyficznie, lekką zgnilizną żyznej ziemi, zasilanej przez opadłe liście i martwe konary drzew tkwiące do połowy w ziemi i z wolna wyżerane przez robactwo. Tak właśnie widział las jedenastoletni Rupert.
Chatka jak zwykle wyglądała na opustoszałą, dziś nawet bardziej niż zwykle. Z konina nie unosił się dym i chłopiec stracił nadzieję na poobserwowanie myśliwego.
- Pewnie jest na polowaniu. - pomyślał. - - czy bóg wie czym. -
Do końca Rupert nie wierzył by starzec był jeszcze zdolny do upolowania czegokolwiek, poza być może podagrą.
Chwile stał jeszcze nieopodal domostwa nasłuchując. Żaden dźwięk jednak nie mącił odgłosów lasu. Koji postanowił wyruszyć na poszukiwanie starca.
Po około pół godziny później Rupert odnalazł myśliwego przy wnykach, w które złapał się tłusty zająć. Młody prychnął z pogardą zdradzając tym samym swoją obecność. Co jak co, ale stary miał wyjątkowo dobry słuch.
- tłusty, dobry będzie na kolacje. Ale lepszy większy zwierz. Taki jeleń, dzik, czy proszę ja Ciebie łoś. Tak, taki zwierz to coś. - staruszek uśmiechnął się jakby na wspomnienie dawnej ukochanej. - Ale widzisz proszę ja Ciebie, nie każdy potrafi upolować takie zwierze. Nie każdy. No i zwierza już tu takiego nie uświadczysz. Wszystko wycieli, to i gdzie ma siedzieć taki dzik ja się pytam!? A wszystko na psy! pfuu. - zakończył stary spluwając przez ramię.
Koji słuchał z uwagą. Lubił zwierzęta zwłaszcza wilki, były podobne do jego ukochanych psów ale stanowiły wyzwanie. Swego czasu próbował oswoić osierocone wilczki w sekrecie przed rodzicami. Skończyło się to jednak głębokimi ranami po ugryzieniach i pazurach. Wilczki kazano zabić, ale jednego z nich udało się Rupertowi uratować i wypuścić w lesie. Nie widział go jednak już nigdy więcej. Staruszek ruszył w stronę chatki ze zdobyczą wiszącą przy jego boku. Dziś na nic więcej nie było czasu, posłusznie wrócił by zdarzyć na przyjęcie.
Miesiąc później staruszek zmarł. Właśnie wtedy gdy młody zdarzył się z nim oswoić i przychodzić by posłuchać o dawnych polowaniach. Strata była nagłym ciosem. Długo nie myśląc wkroczył do opustoszałej chatki i chwyciwszy broń ze ściany wybiegł w las. Szedł długo, nie znajdując ani jednej żywej duszy po drodze. Stracił już nadzieję na pamiętne ostatnie polowanie jakie obiecał mu stary. Zmęczony padł twarzą w śnieg i leżał, sam nie wiedząc jak długo, gdy ciszę zastąpiły odgłosy życia. Chyba nawet przysnął na chwilę, obudził go hałas łamanych gałęzi i skrzypienie śniegu. Ostrożnie uniósł głowę widząc przed sobą wielkiego łosia z majestatycznym porożem. Jego ręka zacisnęła się kurczowo na broni którą miał obok siebie. Wiedział co nieco o polowaniu, miedzy innymi to by być pod wiatr, tak aby zwierze nie mogło go wyczuć. Z uśmiechem zadowolenia odnotował powiew wiatru na twarzy, co świadczyło o tym że jeszcze ma szanse zaskoczyć zwierze. Wstał powoli nadal niezauważony przez łosia, jednak przecenił własne siły. Zwłaszcza zdrętwiałe z zimna ręce, które wypuściły z dłoni broń gotową już do strzału, wprost w łeb stworzenia. Hałas zaalarmował zwierze, które zamiast uciec w popłochu, szykowało się do ataku jak to łosie maja w zwyczaju. Rupert zdążył podnieść broń i bez celowania pociągnąć za spust. 
Nic jednak się nie wydarzyło, mechanizm wewnątrz najprawdopodobniej się zaciął pozostawiając chłopca na łasce półtonowego olbrzyma. 
Zza skamieniałego w miejscu chłopca wyskoczył potężny wilk, wgryzając się w odsłonięte gardło zwierzęcia. Łoś całkowicie skupiony na chłopcu przegapił szarego drapieżnika i tym samym wystawił się na atak. Rupert z bijącym sercem, z mieszaniną strachu i fascynacji obserwował starcie obu zwierząt. Po kilku minutach Dołączył się drugi wilk wspomagając swoją siłą pierwszego. Chłopak rozpoznał w wilku swojego dawnego pupila, drugi wilk musiał być zapewne jego partnerką. Koji nie zamierzał czekać by przekonać się czy dawny ulubieniec nadal go pamięta. Zabrał broń i biegł jak najszybciej potrafił, zatrzymując się na skraju zemdlenia tuż przy płocie posiadłości.
Latem jadąc konno samemu przez las dojrzał w oddali tego samego wilka. Wiedział już kto zwyciężył starcie. 
Polowanie udało się. 
Myśliwy skończył syty i cały.

Zaakceptowano

Od Jeanette CD Fragonii

   Były już na kontynencie, w Portugalii. Jeanette przewiesiła swój płaszcz przez oparcie fotela i uchyliła szyberdach, aby chociaż trochę załagodzić te wysokie temperatury. Dostały wszystkie najpotrzebniejsze instrukcje, więc Jean wiedziała co ma robić. Trochę ją to uspokajało, w jej planie w końcu nie było miejsca na potykanie się i błędy. Nadal była jednak wytrącona z równowagi. Czarne, demoniczne psy pojawiały się w wielu wierzeniach i w każdym z nich pełniły podobną, jeśli nie taką samą rolę. I w każdej z nich ta rola była negatywna, żeby nie powiedzieć przerażająca. Zazwyczaj były to omeny śmierci. Ich obecność zwiastowała rychłą śmierć osoby, która ją widzi. Lub też mógłby być to ogar piekielny. Te psy były kagańcem na mordzie każdej osoby, która zawarła pakt z diabłem. Kiedy ktoś zwlekał zbyt długo z oddaniem swojej duszy i ciała, demon wysyłał po taką osobę ogary piekielne, które albo rozrywały nieszczęśnika na miejscu, albo sprowadzały go do piekła najkrótszą drogą. Nie wydawało jej się, że ta dziewczynka siedząca obok niej mogłaby paktować z demonem.. poza tym, umowa zazwyczaj jest nawiązywana na dziesięć lat. Musiałaby paktować jako pięciolatka, a to nie wydawało się Jean ani trochę prawdopodobne. Omen śmierci.. oh, nie. Jean nie pozwoli na to, żeby Fragonia umarła na jej służbie. Dowiezie ją bezpiecznie do Peruna, gdzie nic jej nie będzie groziło. Wszystko będzie dobrze.
— Jak się czujesz? — zapytała, chcąc odegnać od siebie wszystkie złe myśli. — Macie już wybrane imię dla dziecka?

Frago?

Od Fragonii C.D Jeanette

  To było jak przerażający trans. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że jednak krzyknęła. Wpatrywała się w drogę jak obłąkana. Widziała na niej czarnego, ogromnego psa, który szarżował na samochód i którego Jean nie zatrzymywała. Dopiero, kiedy zauważyła, że on był już metr przed nimi, wydała z siebie pisk, strasząc tym samym rudowłosą sukę. Pies zniknął. Ale ona nadal nie potrafiła przestać się trząść. 
  - Co do... - Jean odwróciła się w stronę Fragonii i spojrzała na nią złowrogo.
  - Wwwwwwwiiiidzzzziiałaś? - wypiszczała kotka, pokazując na drogę, gdzie jeszcze przed chwilą biegał czarny, stary kundel. - Ccczzzzarny... wwwwwwielki...ddddduży....oooogromny...ppppppies!
  Rudowłosa spojrzała z niedowierzaniem na brunetkę i machnęła jej ręką przed oczami, aby sprawdzić, czy nastolatka łapie jeszcze jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym. Ona jednak nie mrugnęła. Wzrok miała jakby nieobecny. Rudowłosa przyłożyła jej więc dłoń do czoła. Nie było rozpalone, a sama Frago była blada jak ściana. 
  - Frago? 
  - Jjjjuż lepiej. Wydawało mi się. Miewałam... takie wizje, kiedy... kiedy chodziłam z Darknessem. - szepnęła brunetka, wyglądając na wszelki wypadek z samochodu, jakby spodziewała się, że ten ogar zaraz po wyruszeniu w dalszą trasę będzie ich gonił. A jak na psa wydawał jej się wyjątkowo szybki. Odetchnęła z ulgą, kiedy upewniła się, że naprawdę żadne zwierze nie krąży wokół auta. Albo jej się wydawało, albo kundel ten zmył się równie szybko, jak szybko się pojawił. Było upalno, gorąco, duszno i być może mógł okazać się też mirażem.
Jean? Przepraszam, zajmowałam się szablonem xD

Od Jeanette - Quest #43

   Kto wymyślił tę pojebaną pogodę? Naciągnęłam kaptur mocniej na głowę, ale wiatr nadal wiał mi po pysku. Padało i wiało, jakby się ktoś powiesił. Było już ciemno, około dwudziestej trzeciej. Mimo tego, w tym chorym mieście wręcz roiło się od ludzi i innych pokurwów w pięciu smakach, a także od samochodów i innych środków transportu. Miałam już wystarczająco skopany dzień i stanowczo nie potrzebowałam, aby ktoś jeszcze bardziej się do tego przyczyniał. Neony uderzały mnie po oczach, a do domu jeszcze długa droga. Nie wiem, czemu nie zdecydowałam się wziąć swojego samochodu, naprawdę nie wiem. Skręciłam w boczną, mniej uczęszczaną uliczkę, po drodze oczywiście wpadając w kałużę. Z moich ust posypała się barwna wiązanka. Dobrze, że nie było tu żadnego dziecka, które mogłoby się tego nauczyć. Przeklęłam też, kiedy z kieszeni wypadła mi zapalniczka. Prosto w kałużę, bo jakżeby inaczej. Schyliłam się, żeby ją podnieść. A potem poczułam na sobie czyjś wzrok. Burknęłam, żeby ktokolwiek to jest się odwalił, ale nic takiego się nie stało. Moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem małego, czarnego kundelka.
 — Wystraszyłeś mnie, stary. — powiedziałam, podchodząc do niego. — Gdzie jest twój właściciel, co? Chodź tu..
 Kundelek zamerdał ogonem i zbliżył się, a ja chwyciłam go za obrożę i przyciągnęłam bliżej. Na szczęście miał adresówkę. Aha, Nero.. Jest i jego zamieszkanie. I było to całkiem niedaleko. Nie zaszkodzi się przejść i wykorzystać tym samym limit dobrych uczynków dla innych ludzi na co najmniej kilka lat. Wzięłam więc małego marudera pod rękę i poszłam dalej, w krótkim czasie znajdując się przy osiedlu szeregowców. Na adresówce był dokładny adres, więc wiedziałam pod które podwórko podejść. Załomotałam w drzwi, nie odstawiając jednak pieska na ziemię. Otworzył mi jakiś chłopak. Jego twarz od razu się rozjaśniła na widok czworonoga. Uśmiechnął się szeroko i wziął go ode mnie, a czarny kundelek polizał go po twarzy.
 — Dziękuję. — powiedział po chwili, patrząc na mnie. — Wejdziesz do środka? Na herbatę? Na dworze musi być zimno..
 — Jest. — przerwałam mu. Chłopak może i wygląda sympatycznie, ale ludziom nie warto ufać. — Ale już pójdę, dzięki za propozycję. Uważaj na niego następnym razem.
 — Oczywiście, będę. — skinął głową. — Na pewno nie zostaniesz? — Krytycznym wzrokiem spojrzał na moje lekkie ciuchy. Za lekkie jak na tę pogodę.
 — Nie nie, dziękuję. — wycofałam się i schowałam ręce do kieszeni. — Muszę już iść. Do widzenia.
Zanim chłopak zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciłam się i odeszłam z tego miejsca, zarzucając kaptur na głowę. Tak, zdecydowanie, limit dobrych uczynków wyczerpany na kilka najbliższych lat.

Zaakceptowano

Od Jeanette - Quest #17

    Tu jest tak szaro. I zimno. Okryłam się szczelniej moim czarnym płaszczem, jednak na niewiele to się zdało. Zimny wiatr nadal zawiewał pod moje ubranie, powodując drżenie na całym ciele. Czułam piach pod moimi nogami, widziałam zarys ogrodzenia zamykającego plażę ze wszystkich stron. Nie wiem, jak się tu znalazłam. I że w ogóle tu jest takie miejsce. Tak puste, tak zimne, tak nieprzyjazne, tak szare, a jednak tak mi bliskie z jakiegoś niewyjaśnionego powodu. Podeszłam bliżej wzburzonego morza, wpatrując się w jego czarną otchłań, tak nieprzeniknioną jak oczy dzikiego zwierzęcia. Patrzyłam, jak podmywa piaszczysty brzeg, zostawiając ciemniejsze ślady na jasnym piasku. Niebo było szare, jakby zakurzone, ale tu wszystko było w odcieniach szarości. Nie białe, nie czarne. Po prostu szare. To tak neutralny kolor. Wzięłam głęboki oddech, wypatrując w oddali jakiegokolwiek nadmorskiego ptactwa, jednak jedynym odgłosem jaki słyszałam był szum fal, spokojnie obijających się o wybrzeże. Tak jakby tu było martwo. Jednym z moich pierwszych skojarzeń było to, że właśnie tak wygląda kraina życia pośmiertnego. Czyściec, jak na przykład u chrześcijan. Jak idealne miejsce do błąkania się dusz, które jeszcze nie odpokutowały swoich grzechów. Utknęły gdzieś pomiędzy, nie mogąc pójść ani do Piekła, ani do Nieba. Nie utknęły na Ziemi, nie w świecie żywych. Jeśli tak ma wyglądać moje życie po śmierci, nie dziwię się, czemu ludzie nie chcą umierać. To strasznie przygnębiające, tak błąkać się po takim miejscu bez celu. Czy jest tu cokolwiek oprócz morza, piachu i ogrodzenia? Odwróciłam się w poszukiwaniu jakiejkolwiek odpowiedzi. I po krótkiej chwili na nią natrafiłam. Jakieś kilkaset metrów ode mnie stał niewielki drewniany dom. Wydawał się jedyną interesującą rzeczą w tej okolicy, więc nie musiał długo na mnie czekać. Drewniane schody zaskrzypiały pod moimi nogami, jakby zaraz miały się załamać. Nic takiego się jednak nie stało, a ja stanęłam przed drzwiami. Były zabite deskami, jednak miałam wrażenie że po delikatnym stuknięciu w nie się rozpadną i tak właśnie było. Weszłam do środka, patrząc na to wszystko czujnym spojrzeniem. Wyglądało tak krucho, jakby jedno dotknięcie miało zamienić je w proch. Po mojej lewej stronie stała rozpadająca się szafka, na której stało kilka zakurzonych przedmiotów. Jednym z nich była zakurzona ramka ze zdjęciem, która wydała mi się najbardziej interesująca. Kiedy zdmuchnęłam kurz ze szkła, nagle rozległ się trzask, jakby ktoś z rozmachem zatrzasnął drzwi. Wypuściłam przez to zdjęcie, a zaraz potem na podłodze rozpierzchło się szkło. Przeklęłam i szybko je podniosłam, niestety z szybki nie zostało nic, ale przynajmniej mogłam się przyjrzeć zdjęciu. Przedstawiało starszą kobietę obejmującego jakiegoś mężczyznę w mundurze. Uśmiechał się z dumą, ale z jego oczu można było wyczytać, że wojna jeszcze go nie dotknęła. Nie, nie. On dopiero na nią idzie. Matka z synem, a przynajmniej tak mi się wydawało. Odstawiłam je i chciałam pójść dalej, ale nagle tuż przede mną zwalił się dach. Jeszcze jeden krok do przodu i byłabym martwa.. Podniosłam wzrok w górę. Tam musiał być strych. Czemu się tam nie przejść..? Poszukiwanie schodów zajęło mi kolejne piętnaście minut, podczas których z różnych stron domu spadały różne rzeczy. Próbowałam otworzyć okno, ale stare deski trzymały mocno. Kiedy udało mu się jedną oderwać, okiennica zatrzasnęła się tam, gdzie kilka sekund temu była moja dłoń. Zupełnie, jakby dom chciał mnie zabić. Jak uroczo.
    Na strychu zastałam coś, przez co miałam ochotę stąd zwiać jak najszybciej. Na belce pod sufitem wisiał sznur, a na sznurze kołysał się wisielec. Podłoga pode mną niebezpiecznie trzeszczała, wszystko mówiło "wynoś się stąd, wynoś". Ale nie zamierzałam tego robić. Podeszłam bliżej wisielca i dostrzegłam na jego szyi nieśmiertelniki. To ten żołnierz. Popełnił samobójstwo.. przez nieuchwytną kochankę, wojnę? A może wrócił do domu i zastał go pustym, obcym, nieznajomym? Skrzyżowałam dłonie na piersi. Co, to jest źródło tego wszystkiego? Niespokojny duch? Moja matka wierzyła w takie rzeczy i.. i ja też wierzę. Tylko jak ukoić takiego jak on? Zazwyczaj spalenie zwłok pomagało, unicestwienie ciała, żeby dusza już nie miała do czego wracać. Tylko, cholera, ten dom jest drewniany i nie chcę go puścić z dymem. Komuś o słabych nerwach nie poleciłabym tego zadania jako fajną zabawę. Wyciągnęłam zwłoki na piach, robiąc dziurę w ścianie tej rudery. Udało mi się też wykaraskać zapalniczkę z kieszeni, a następnie ją odpalić. Niestety musiałam ją poświęcić, rzucając w trupa. Ogień rozprzestrzenił się w kilka sekund. Nie minęło pół godziny, a było już po wszystkim. To naprawdę dobre miejsce na śmierć.

Zaliczone

Od Ruperta C. D. Nany

Warga krwawiła i to obficie. Dzięki temu był w stanie na powrót myśleć trzeźwo. Czerwona płachta zazdrości opadła ciężko, zostawiając go kompletnie zażenowanego swoim zachowaniem. Nana wybiegła i wiedział że gonienie jej nic im nie da. Bardziej niż cokolwiek innego potrzebowali teraz chwili aby ochłonąć. Przeczesał włosy dłońmi, na chwilę zamykając oczy. Rozmyślał kiedy się tak zmienił, kiedy stał się tak cholernie niecierpliwy?. Przy Tess był zawsze opanowany, obchodził się z nią jak z porcelanową lalką i nie ogarniała go taka ślepa żądza, jaką czuł przy Nanie. Pomimo krwawiącej wargi nadał czuł słodycz jej ust. Może nawet byłby zadowolony z tego powodu, gdyby nie wyrzuty sumienia. Wiedział, że zawalił na całej linii.
W drodze do rezydencji wysłał Viol wiadomość. Zdarzył się umyć i przebrać, gdy do pokoju wkroczyła wojowniczo nastawiona Hania.
— Co się stało mamie?! — czyli było gorzej niż myślał, skoro młoda była aż tak roztrzęsiona. Dawno już, w czasie treningów przekazał jej, że w razie jakichkolwiek kłopotów ma się udać wprost do niego. Niestety kłopotem okazał się on sam. Rupert przykucnął przy młodej. Mówił powoli i spokojnie.
— Wystraszyłem Twoją mamę, ale więcej już tego nie zrobię. Obiecuję Ci. — zakończył czując jeszcze większy ciężar na swoich barkach.
— Nie wierze Ci! zawsze wszyscy obiecujecie że mama nie będzie już płakać, a później robicie to samo — młoda była dzielna, zaciskała pięści ale nie uroniła ani jednej łzy. Stał przed nim mały wojownik broniący kogoś dla siebie bliskiego. Niestety miła racje, raz już sobie obiecywał że da Nanie czas i nie dotrzymał słowa.
— Tym razem możesz być pewna, że nic takiego się nie powtórzy. — Tego jednego był pewien. Hania przez chwile stała patrząc na niego twardo aż w końcu...
— Tobie wierze. Dbaj o mamę, ona jest czasem denerwująca i za dużo gada i często mówi "Nie"...ale jest Kochana i za dużo już płakała. — wiedział już o tym doskonale sam. Skinął tylko głową i wstał widząc w drzwiach Viol. 
— Dziękuję za rady. Dzisiaj chyba nie ma sensu trenować. Pora abyś wróciła do mamy, bo pewnie martwi się o to gdzie jesteś. — Mała zgodziła się z nim wychodząc. Wysłał za nią Viol aby upewniła się że mała bezpiecznie trafiła do matki. Miał dla niej co prawda inne zadanie, ale równie dobrze może poradzić sobie z nim sam. Wychodząc wysłał wiadomość.

Viol patrzyła jak młoda znika w drzwiach prowadzących do mieszkania w którym obecnie przebywała wraz z matką. Sama nie wiedziała, co ma sądzić o kobiecie która pojawiła się nagle w rezydencji z dzieckiem. Dała jej czas i sposobność wracając na swoje piętro w kamienicy. Coś chyba jednak nie szło tak jak sobie to zakładała. Rupert był rozdrażniony i nieobecny. Kobieta płakała, a dziecko niedawno klejące się do niego teraz krzyczało. Musiała wszystko na nowo przeanalizować. Gdzieś popełniła błąd, który trzeba naprawić. Dostała wiadomość. Rupert zdecydował że sam wykona zadanie. Nie podobał jej się ten pomysł, za bardzo był rozkojarzony, a sam obiekt nie wydawał się być kimś z kim pójdzie łatwo. Nie śpiesząc się wróciła do pustej rezydencji, czekając i analizując. 
Nana minęła służbę kierując się w stronę pokoju Ruperta. Nie pytała nawet czy jest. Najwidoczniej uważała za coś oczywistego o tej porze jego w nim obecność. Viol patrzyła uważnie jak przystaje przed drzwiami łapiąc kilka oddechów, zanim podniosła dłoń aby zapukać.
— Nie ma go. — Kobieta podskoczyła. Łatwo było ją wystraszyć.
— Aha, w takim razie wpadnę kiedy indziej — odwróciła się gotowa wyjść, jednak coś zatrzymało ją w miejscu. — A tak dokładnie to kim właściwie jesteś? jego sekretarką? — 
— Jestem robotem który ma mu służyć — odpowiedziała zgodnie z prawdą.
— Nie rozśmieszaj mnie, mogłabyś wymyślać lepszą... —  Nana zamarła widząc ją zdejmującą płat skóry z piersi. Viol potrzebowała więcej danych o kobiecie aby dokończyć analizę a do tego potrzebna była szczerość.
 — Choć nie do końca można mnie nazwać robotem, wiele z moich części jest ludzkich i należało do panny Tess.
 — ...Do kogo przepraszam? — Viol wiedziała że ryzykuje odsłaniając wszystkie karty przed kobietą. No cóż najwyżej jeśli coś się nie uda po prostu będzie musiała się jej pozbyć. Choć na to pewnie nie pozwoli jej Rupert. Coś w każdym razie musi zrobić bo wszystko zmierzało ku jednemu. Kolejnej śmierci na którą nie mogła pozwolić, nie w momencie kiedy kobieta dała jej nadzieję na uratowanie Ruperta.
— Wygodniej będzie nam chyba w salonie. — Czekała je długa rozmowa.