Od Nany, CD Rupert

To nie była normalna sytuacja, a ja mogłam mieć drobny atak paniki, ale to miało zdecydowanie źle się skończyć. Rupert był niebezpieczny, miał w sobie jeszcze więcej skrywanej agresji niż Roberston, nie potrafiłam jeszcze umiejscowić ją w żadnym konkretnym punkcie, a z każdym dniem bałam się coraz mniej, a to już zwiastowało nieszczęście.
Z drugiej strony potrafiłam to zrozumieć. Przełknęłam gorzki posmak w ustach, palcami wczepiając się w fotel i oczekując na powrót Ruperta, bo tego teraz potrzebowałam. Rozmowy, nie nadmiernego myślenia, bo ono mnie nigdzie wcześniej nie zaprowadziło. Konkretnej konfrontacji, wyjaśnienia, że wiem, bez zwracania na to jakiejś szczególnej uwagi. Mogłabym ukryć fakt spowiedzi poczynionej przez Violet przed mężczyzną, ale to nie byłoby właściwe. Więcej komplikacji, za dużo podejrzeń i niedopowiedzeń w późniejszym etapie. Szybkie wspomnienie, że wiem, ale bez drążenia tematu, bo on zostawiał mi wolną przestrzeń na moją przeszłość, więc ja jemu tym bardziej powinnam. 
Ale Rupert nie nadszedł, ani tej nocy, ani kolejnej, więc wróciłam do mojej egzystencji z Hanką. Dziewczynka bawiła się z suką, starała się powoli tresować ją na właściwego "psa obronnego" (choć był to raczej "pies liżący", sądząc po tym, jak rzucała się na każdego i goniła do zabawy). Adam starał się wyraźnie omijać pracownię, Kurt nie zadawał pytań, za to częściej zagadywał o Hankę, gdy mogliśmy porozmawiać już jak samotny ojciec z samotną matką. Sam był ojcem trzynastolatka i śmiało śmiał się, że już niedługo sama poczuję na własnej skórze, jak to jest mieć bachora z burzą hormonalną, jak mi Młoda pierwszego chłopaka w okresie buntu przyprowadzi, pewnie jakiegoś metalowca słuchającego kiepskiej muzyki, mającego miliard tatuażów i przeklinającego w co drugim słowie.
Po moim trupie, Hanka prędzej rosła na wojującą feministkę niż pachnący kwiatek, raczej widziałam ją już prędzej w roli silnej, wyzwolonej lesbijki, aniżeli małostkowej dziewczątki, dającej się omotać pierwszemu facetowi na horyzoncie. Żeby tylko nie wdała się w swoim talencie do nawiązywania relacji romantycznych we mnie i nie powinno być większego problemu. 
Odłożyłam narzędzia na półkę, decydując się sprawdzić, czy Rupert przyszedł jednak dzisiaj. Co prawda nie pojawił się w rezydencji już prawie od tygodnia, ale spotkania wyczekiwałam jak na szpilkach. Wyczyściłam resztki cyny z blatu, marudząc nad stanem naszej lutownicy, gdy poczułam czyjeś ręce na biodrze. Prychnęłam pod nosem, odwracając się wściekle.
— Czego chcesz, Rup... — Zamrugałam, gdy usta Adama zmiażdżyły te moje. Jedna z dłoni przeniosła się z biodra na skrawek koszuli spod pracowniczego fartucha, rozpinając dolne guziki i starając się wejść pod nią. Z ust mężczyzny pachniało alkoholem na kilometry i doskonale znałam ten stan, dodatkowo sprawiający, że nie chciałam mieć nic wspólnego z tą całą sytuacją. Próby wyrwania się spaliły na panewce, jak tylko poczułam, gdy ten pierdolony chuj podjął nędzną próbę odpięcia mi stanika. Docisnął mnie mocniej kolanem do stolika, gdy szybko rozprzestrzeniające się poczucie strachu napawało mnie coraz większym obrzydzeniem. Wyrywanie się nie zdawało rezultatu, ale wierzchem dłoni wymacałam niedoszłą lutownicę na bracie, którą z całej siły przywaliłam mężczyźnie w głowie, rzucając się do ucieczki przez drzwi. 
Sądząc po głośnych przekleństwach głowy mu nie rozbiłam, co najwyżej będzie miał jutro wielkiego guza, ale wolałam zwiewać w podskokach, ignorując rosnące poczucie desperacji. 
Ruperta nadal nie było w pokoju. Położyłam Hankę do łóżka, uśmiechnęłam się do siebie w lustrze, zanim pierwszy raz od wielu lat wyjęłam tabletki nasenne, doskonale wiedząc, że bez nich nie zasnę przez następnych kilka nocy. 
Następnego dnia z rana ponownie ruszyłam, mając nadzieję na spotkanie z mężczyzną, ale ostrożne pukanie do drzwi nie zapewniło mi żadnej odpowiedzi, jedynie kręcąca głowa Violet sugerowała, że ponownie nie było go w pokoju. Wróciłam wieczorem, w końcu wchodząc do środka i rozsiadając się w fotelu, bo przecież w końcu musiał wrócić, prawda?
I w końcu się pojawił. Szkoda, że krwawił przy tym jak zarzynane prosie.
— Popierdoliło cię?! — jęknęłam, rzucając się do łazienki po apteczkę, zanim siłą (no, nie do końca, pewnie jedynie dzięki zmęczeniu mężczyzny) posadziłam go na łóżku, nakłaniając do ściągnięcia koszuli i podjęłam próbę medykowania jemu ramieniu. 
Wyjęłam kulę, wyczyściłam ranę, zdezynfekowałam wszystko kilkukrotnie, zabierając się w końcu na szycie, cały czas mamrocząc pod nosem kolejny z moich monologów, gdy Rupert tylko słuchał z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.
— Oszalaleś, leźć z taką raną, powinieneś się na miejscu opatrzyć, nawet jak nic strasznego, no co, ty, Rupert, chcesz żebym ja zawalu dostała, że ty tak tutaj znikąd przychodzisz, nie dość, że mnie straszysz, to jeszcze wyglądasz na umierającego, wiesz jak mi serce przed chwilą stanęło, jak cię zobaczyłam z krwią na koszuli? — fuczałam wściekle na przysypiającego mężczyznę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!