Od Anubisa C.D Moon

  Anubis nie chciał tak łatwo odpuścić waderze, więc po raz kolejny zaczął ją śledzić, tym razem jednak w wilczej formie. No i uważał o wiele bardziej, niż poprzednim razem. Przez ten czas Moon poprawiła swoją kondycję. No i sylwetkę. Chłopak aż nie mógł napatrzeć się na jej obfite kształty. Liczył, że zaprowadzi go do swojego domu, żeby mógł z nią porozmawiać, jak wilk z wilkiem. 
  Faktycznie. Po jakimś czasie dziewczyna myśląc, że go zgubiła (albo myśląc, że da jej spokój, kiedy znajdzie się w domostwie), w końcu znalazła się pod swoim domem i otworzyła drzwi. Anubis, czuwając przed jednym z pobliskich drzewek kilka metrów od domku dziewczyny.Nie chciał jeszcze wchodzić. Chciał poczekać, bo dziewczyna mogłaby wyskoczyć przez okno, gdyby ten nagle wbił.. czy coś. A tak, to w razie czego mógłby jeszcze ją dogonić. Kiedy jednak po dwudziestu minutach nie zauważył, żeby dziewczyna wychodziła, postanowił w końcu zaryzykować i zmienił się w rudowłosego, młodocianego chłopaka. 
  Nie pukając wszedł po prostu do domu dziewczyny, wcześniej oglądając się, czy aby nikt go nie śledził. Wiedział, że tak nie wypada, jednak nie chciał już dłużej czekać, a pukaniem mógłby przepłoszyć swoją "ofiarę". Domek był całkiem ładny. Owszem, nie przypominał willi ojca, ani żadnego bogatego apartamentowca, jednak dawał wrażenie bardzo przytulnego. Anubis sprawdził pierwsze dwa pomieszczenia - kuchnię i salon. Niestety, w żadnym z nich nie zastał kobiety, a do łazienki wolał raczej nie wchodzić. Bez uprzedzenia otworzył sypialnię. Spodziewał się tam ujrzeć puste łóżko, jednak kiedy zobaczył półnagą Moon.. 
  Kobieta wstała zdezorientowana. Jej mina nie wskazywała na to, by była zadowolona z niespodziewanej wizyty swojego.. już pewnie byłego kolegi. Anubis za to tylko się wyszczerzył i oparł o ramę drzwi, jakby spoglądał sobie na coś zupełnie zwyczajnego. 
  - Masz bardzo ładne kształty. - mruknął. 
  Po chwili poczuł, że oberwał czymś twardym w nos. 

<Mooniele-aniele? xd>

Przestałam szukać potworów pod łóżkiem [...]

Przestałam szukać potworów pod łóżkiem, kiedy zrozumiałam, że one są w mnie..
"
gracemeere

GODNOŚĆ:Amnesia
PRZYNALEŻNOŚĆ:Wataha Karmazynowej Nocy
PŁEĆ:Wadera
ORIENTACJA: Heteroseksualna
WIEK: 17 lat
RASA:  Wilk Deltowski
SYMPATIA: Raz
CHARAKTER: Dziewczyna o dość specyficznym charakterze. Amnesia jest za razem tajemnicza i bardzo towarzyska. Woli przebywać w towarzystwie basiorów. Każdego wieczoru udaje się na samotny spacer w blasku księżyca. Pozwala mówić na siebie ,, Ami ,, ale tylko niektórym osobom. Kiedy pozna się ją bliżej, umie rozkochać w sobie każedego. Jest romantyczką. Bardzo nie lubi podlizywania się -.-
ŻYWIOŁY:  Ogień, magma, ogniki
MOCE: Jeżeli chce, umie zostawiać za sobą płonący ślad
ZAINTERESOWANIA/TALENTY: Walka. Kolekcjonuje noże różnego rodzaju. 
HISTORIA: Zaraz po urodzeniu, została porzucona przez matkę. Nigdy nie znała rodziców. Przez 7 lat chodziła po świecie samotna. Kiedy miała 8 lat, przygarnął ją stary, schorowany basior, Azyl. On nauczył ją wszystkiego. Nigdy nie miała ,, stałego ,, domu. Po 6 latach, stary basior zmarł. Wtedy Amnesia została 1 raz zaatakowana przez inne stado. Do ran dostało się zakażenie i cudem uszła z życiem.Po 2 latach natrafiła na Watahę Karmazynowej Nocy.
PRZEDMIOTY:  Talizman w kształcie piórka. Od zawsze przynosi jej szczęście. 1 kolczyk w nosie i 1 kolczyk w uchu.
LOKALIZACJA: Nieznana
BANK: 200♣ 
TOWARZYSZ:  Malutki alicorn Asylium
SIŁA 250 SZYBKOŚĆ: 650  ZWINNOŚĆ:200 MOC:400 TECHNIKA:350
RÓWNOWAGA: 400 ZRĘCZNOŚĆ: 200 UKRYCIE:550

Od Tary C.D Syriusz

Odwróciłam się nieprzytomnie i spojrzałam na Darknesa który jakby nigdy nic wszedł do pomieszczenia, robiąc w pewnym rodzaju,, wejście smoka,, .Dark nie wracając na mnie w ogóle uwagę odrazy zaczął kierować się do dopiero co poznanego chłopaka. Od razu przyłożył mu pod szyję kosę i szyderczo się uśmiechnął.
-Dawno się nie widzieliśmy
Już mężczyzna chciał się zamachach by zadać cios ale ja szybko zareagowałam i wzywając miecz zablokowałam jego cios. Darkness spojrzał na mnie zaskoczony.
-Może jakieś dzień dobry.
Chłopak cofnął się trochę
-Odsunąć się, jak zwykle zawadzasz.
Powiedział będąc trochę znudzony.
-Słuchaj , wchodzisz do mojego domu jakby nigdy nic, nie mówiąc ani słowa i do tego chcesz zaatakować mojego pacjenta!!
-Może łagodniej, co? -zadrwił ze mnie
-Bo co, mam się bać? -odwzajemniłam to
-Jestem władcą podziemi, mam potężną moc, a czy widzisz tą koronę -wskazał na nią dłonią
-Nudzisz - westchnęłam na końcu
Czarnowłosy zacisną lekko zęby i zamachną się by mnie zaatakować ale jego kosa przeleciała przeze mnie.
-Przeze mnie magia nie przechodzi, a ta kosę zmaterializowałeś z magii -powiedziałam do niego trochę znudzonym tonem
Dark wziął głęboki wdech by zachować spokój, po chwili jego wzrok skierował się ku chłopakowi. Syriusz patrzył na nas o szeroko otwartymi oczami i lekko rozwartymi ustami. Odwróciłam się i zamknęłam jego usta . Posłałam mu ciepły uśmiech i wróciłam do Darka.
-Czy ty wiesz kim on w ogóle jest ?
-To nie ma znaczenia . Istotne jest to że potrzebuje teraz mojej opieki.
Odesłałam miecz i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.

(Syriusz? :3)

Kasai do KTS

Coś mi, w tym nie grało, no ale trudno. Doszliśmy do bram, strzeżonych.
-Hayo.
-Cześć.
-Widzę, że służba lajtowo przebiega.
-Ta jak tam wycieczka.
-Spoko, ale muszę już wracać do obowiązków.
-Rozumie się.
W tym czasie widziałam, że KTS się przemkną do środka, szybko go znalazłam.
-Nie ładnie tak uciekać.
-Jak ty.... Znaczy, nie uciekałem.
Powiedział nie pewnie.
-Tak, tak, a ja to zwykły dzieciak jestem.
Zaśmiałam się, on nie wiedział, o co chodzi.
-Trzymaj.
Powiedziałam dając mu kartkę, z adresem do sklepu z tym, czego szukał.
-Nie daj się złapać.
Powiedziałam, po czym pobiegłam równoległą ulicą do domu.


(KTS)

Od Syriusza C.D Tary

  - Ta, właśnie.. yyy.. dzięki. - mruknął Syriusz uśmiechając się nieznacznie. 
  Nie mógł się napatrzeć na piękną niewiastę, która pomogła mu wrócić do zdrowia. Piękna, młoda kobieta od razu przypadła do gustu chłopakowi. Syrek przeciągnął się leniwie i znowu wrócił do pozycji leżącej. 
 - Jestem jeszcze nie na siłach. Mogę tutaj zostać jeszcze kilka godzin? Jeżeli uniknę zboczonego wzroku Haylee, to będę szczęśliwy. 
  Kobieta cicho zachichotała słysząc Syriusza, jednak nie wygoniła go z miejsca. Wyszła jedynie do kuchni, by przygotować coś pożywnego do jedzenia. Anguis zamknął oczy, próbując ponownie zasnąć. Niestety, nie potrafił. Zaczął więc rozmyślać. A więc.. dostał się na tereny najpiękniejszego (i jedynego) zamku na Spatium. Nigdy nie miał odwagi zapuścić się do innych królestw, a Ziemię odwiedzał niechętnie. Posiadał w końcu wstręt do zwykłych, prymitywnych ludzi. A tutaj na Spatium przynajmniej coś ciekawego się działo. 
  A dziewczyna? Zachowała się wobec niego naprawdę w porządku, mimo iż był z wrogiego stada. Zaimponowało mu to. Może nie wszyscy musieli być tu tak wredni, jak Darkness? 
  Kobieta po chwili wróciła do pokoju, trzymając w ręce talerz z przygotowanym omletem. Podała go chłopakowi, a ten na widok normalnego śniadania oblizał się. 
  - Dziękuję madame. - powiedział, starając się być uprzejmym dla pielęgniarki, która mu pomogła. - Wybacz, że się jeszcze nie przedstawiłem. Mówią mi Syriusz. A tobie piękna niewiasto? 
   Dziewczyna zarumieniła się pod wpływem komplementu Syriusza. Spojrzała w górę, a po chwili odparła. 
  - Jestem Tara. I jak się pewnie domyślasz, należę do Watahy Karmazynowej Nocy. 
  Po chwili do chatki dziewczyny wszedł czarnowłosy, wysoki  mężczyzna. Syriusz rozpoznał go od razu, po czarnej koronie, którą nosił na głowie i kosą, którą targał ze sobą. Darkness. 

<Taro? Wybacz długość, ale komputer nie pozwolił mi na więcej ;_;>

Od Mobiusa C.D Rodzinka Rivers

Tak więc to tutaj. Spojrzałem na dzwonek, który po chwili nadusiłem palcem. Nie musiałem długo czekać na reakcję gospodarza. Drzwi otworzył mi masywny i dobrze zbudowany mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Zdążyłem jeszcze stwierdzić iż mężczyzna ma jedną tęczówkę niebieską, a drugą czarną, gdy drzwi zatrzasnęły się przed moim nosem. Czyżbym nie był mile widziany? Po chwili znowu dostrzegłem gospodarza
- Powiedz swojemu alfonsowi, że za ten numer zgłoszę skargę - To pierwsze słowa, które zostały do mnie skierowane, tak więc to jest Pan Darkness, niczym trudnym było wyczucie jego nadludzkiej siły, która potrafiłaby niejednego wbić w ziemię - Czeg..? - Chciał już warknąć mężczyzna, gdy przeszkodziła mu młoda dama stojąca za jego plecami
- Alpha TiCoD? - Zapytała dziewczyna spokojnym głosem, jej zachowanie częściowo mnie zmyliło i gdyby nie wygląd wziąłbym ją za osobę dorosłą
- Miło mi - Zrobiłem delikatny ukłon
- Ktoś jeszcze w tych czasach się kłania? - Prychnął sarkastycznie mężczyzna
- Lubię zachowywać stare rodzinne zwyczaje - Uśmiechnąłem się przyjaźnie, tym samym trochę wyprowadzając z równowagi gospodarza
- Co cię tu sprowadza? - Zapytała dziewczyna, tym samym powstrzymując Pana Darknessa przed arogancką odpowiedzią
- Chciałbym porozmawiać, na dość ważny temat - W tym momencie za mną pojawiła się jakaś kobieta, blondynka z kręconymi włosami, w skąpym stroju i widocznymi, dużymi kobiecymi walorami. Kiedy wróciłem wzrokiem do moich rozmówców zobaczyłem szeroki uśmiech na twarzy mężczyzny
- Ja mam niestety ważniejsze sprawy - Wyszczerzył jeszcze bardziej zęby zapraszając kobietę do środka i znikając gdzieś w jednym z pokoi
- Najwyraźniej wybrałem nieodpowiedni moment - Powiedziałem, dziękując stojącej przy mnie panience i miałem już się zawrócić, gdy dziewczyna mnie powstrzymała
- Skoro to ważna sprawa, powinniśmy to w tej chwili przedyskutować zamiast zwlekać - Początkowo nie byłem pewny, czy rozmowa na taki temat z tak młodą osobą jest odpowiedni. Aczkolwiek widząc zachowanie Pana Darknessa, wiedziałem, że nie powiem nic co ją zszokuje
- W takim razie, powinniśmy wejść? - Zapytałem, a dziewczyna  zerknęła nerwowo za siebie
- Powinniśmy znaleźć odpowiednie miejsce - Czarnowłosa poprowadziła mnie po schodach i znaleźliśmy się w małym pokoju położonym daleko w głąb budynku - Przepraszam, że takie miejsce, ale tutaj nie będzie słychać.. wiadomo czego - Powiedziała ze stoickim spokojem i spojrzała na mnie wyczekująco
- Assyrio zostało zaatakowane, przez ludzi zamieszkujących Imperium - Dziewczyna nie ukrywała niemałego zdziwienia, że doszło to do jej uszu dopiero teraz - Chciałbym, jako iż tu zamieszkujecie wyrównali rachunki, a najlepiej sprawdzali wszelkie pogłoski, gdyż niestety iż tego nie robicie, jeden z moich ludzi, szpieg, ciężko ucierpiał podczas sprawdzania tych informacji i to nie tylko fizycznie - Tłumaczyłem nie próbując nikogo oskarżać, chciałem jedynie by byli bardziej czujni - A dziesiątki straciło życie - Dodałem z powagą
- Wojna to coś prostego, pozabijają się i minie, skoro tutaj jesteś pewnie ich wszystkich powybijaliście - Prychnęła dziewczyna, na co spojrzałem na nią wrogo. Nie spodziewałem się tak lekceważącego podejścia. Jednak rozmowa z tą młodą damą nie była dobrym pomysłem, oby Pan Darkness wykazał krztę rozumu, ta sytuacja musi być wyciszona, bo może się powtórzyć, a pokój o jaki wywalczyliśmy, może nagle przemienić się w wojnę między wszystkimi rasami
- A kiedykolwiek informowałaś rodziców o śmierci ich ukochanego dziecka? - Podniosłem głos, jednak szybko się opamiętałem, była młoda, powinienem bardziej nad sobą panować, tym bardziej w zaistniałej sytuacji - Przepraszam uniosłem się, będę już wracał, spieszę się, proszę o wybaczenie i poinformowanie Pana Darknessa o wszystkim, co dzisiaj panience przekazałem  - Ukłoniłem się delikatnie. Wyszedłem z domu Riversów, spieszyłem się na spotkanie z informatorem. Wszedłem w jedną z ciemnych uliczek i spojrzałem na zegarek, jeszcze dwie minuty. Nie musiałem długo czekać, wystarczyło by mój wzrok przyzwyczaił się do panującego tu mroku. Zobaczyłem niskiego mężczyznę, ciągnącego za sobą smugę smrodu. Śmierdział jak zjełczały tłuszcz, czy wnętrze śmieciarki w upalny dzień. Miał na sobie parę podartych, starych spodni, w równie ubogim stanie szarą koszulkę i wyblakłą, niebieską kurtkę od ocieplacza, z której naderwany zamek błyskawiczny wisiał jak naszyjnik zębów. Wierzchy butów miał połączone z podeszwami taśmą klejącą. Przy tym mężczyźnie nawet najprostsza czynność była trudna, oddychanie było prawie niemożliwe. Uśmiechnąłem się krzywo, by nie być niemiłym pokazując niezadowolenie z jego odoru. Najważniejsze jest to, że ta jego imaginacja bezdomnego działa przeciwko innym i bez problemów może szpiegować, a za dobrą opłatą wydać każdą informacje
- Dzień dobry - Uśmiechnąłem się miło i rzuciłem rulonik studolarówek w stronę mężczyzny - Tak więc gdzie ich znajdę? - Zapytałem wpijając mój wzrok w twarz bezdomnego, który powoli przeliczył pieniądze
- Brakuje tysiaka - Stwierdził ochrypłym i ciężkim głosem
- Umawialiśmy się na dwadzieścia tysięcy, ani grosza więcej - Uśmiechnąłem się, jednak we wnętrzu byłem trochę podirytowany
- W takim razie, nic ze mnie nie wyciśniesz - Charknął flegmą i plunął mi pod nogi. Kiedy się odwrócił zaczął nieostrożnie wracać stamtąd skąd przyszedł
- Jestem zwykle bardzo miły - Wyszeptałem z zadowoleniem przykładając mu pazury do pleców, mężczyzna był człowiekiem z ziemi, słysząc za sobą sapanie wilka i jego ostre szpony w okolicy tułowia przeszły go ciarki
- Czy... czym ty.. jesteś? - Wydukał po chwili
- Możesz mnie zwać, jak chcesz, ale jak nie dasz mi informacji, to będę nosić imię "śmierć" - Warknąłem i przemieniłem się w człowieka, mężczyzna wtedy się nagle odwrócił i dostrzegł oczy błyszczące krwistą czerwienią - To jak? - Zapytałem zaciągając się fajką i wypuszczając małą ilość czarnego dymu, który jeszcze bardziej go przeraził. W pewnym momencie mężczyzna popuścił, a wszystkie jego ubrania stały się mokre w okolicy krocza. Bezdomny, mimo przerażenia, zaczął palić się ze wstydu.
- M..mają spotkanie dzi..dzi...dzisiaj w hotelu Wellington - Wydusił ledwo. Jeden z najbardziej znanych, niedaleko stąd, a znalezienie miejsca by się zaczaić będzie trochę trudne
- Jak wyglądają? - Zapytałem i dostałem szczegółowy opis. Opuściłem mężczyznę jak najszybciej kierując się do centrum burzliwego miasta. Wszedłem do starego mieszkania. Strasznie śmierdziało nawet gorzej od mężczyzny, z którym niedawno miałem styczność. Najwyraźniej do ścian budynku dostały się zwierzęta i tam zdechły, a teraz powoli się rozkładają. Zasłaniając koszulką usta i nos podszedłem do okna i je otworzyłem na całą szerokość. Wychyliłem się na zewnątrz i nabrałem powietrza. Chyba czas bardziej dbać o swoje domostwa. Nabrałem powietrza i zacząłem przeszukiwać pokoje. Nic pożytecznego. Przeszedłem dalej i otworzyłem powoli szafę, z której nagle wybiegła cała rodzinka rosomaków, czy innego podobnego zwierzęcia
- Kurwa.. - Warknąłem uderzając mocno nogą o podłogę. Westchnąłem głośno i przeczesałem dłonią włosy. Informowanie ludzi o śmierci ich bliskich sprawiło, że stałem się nerwowy. Uspokój się Mobius. Głęboki wdech i wydech. Przebadałem szafę, z której wyjąłem stary plecach. Znalazłem. Jak najszybciej opuściłem mieszkanie i wyjmując z kieszonki kluczyk skierowałem się w stronę garaży znajdujących się niedaleko. Nawet na chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, czy by nie odpuścić? Brak wahania, gdy zwykle przed chęcią zabicia kogoś mam natłok myśli. Otworzyłem garaż, z którego wziąłem wszystkie naboje, jakie miałem, ponad czterysta sztuk. Włożyłem je do starego plecaka i zarzuciłem go na ramię. Kiedy znowu wyszedłem na słońce, uśmiechnąłem się beztrosko. Tak uśmiechałem się za dziecka w moje urodziny, w Boże Narodzenie, gdy miałem okazję siedzieć przy stole z bliskimi. Bez jakichkolwiek zmartwień, tylko ja i oni, brak myśli o przyszłości, czy jakiekolwiek bolesnej przeszłości. A teraz czas kilku zmartwień się pozbyć, by więcej nie zaprzątały mi głowy. Załadowałem snajperkę i schowałem ją pod płaszcz, ruszyłem w kierunku miejsca nad autostradą, gdzie mogłem schować się w cieniu opuszczonego budynku, z którego niedługo ludzie usłyszą strzały.
---
Przyłożyłem oko do lunety i po chwili błądzenia po oknach budynku, dostrzegłem kilku mężczyzn, idealnie pasujących do opisu, a dodatkowo popijali wykwintne whisky. Drogie kamienie na rękach, a na stole całe opakowanie marlboro i rolki grubej kasy. Jakaś mafia, ale który jest szefem? W pewnym momencie do pomieszczenia wszedł dobrze zbudowany straszy facet, z intensywnym zarostem na twarzy. Powiedział coś do swoich pachołków i jeden z nich zasłonił zasłonami okno.
- Cholera - Syknąłem i nagle wyczułem czyjąś obecność. Szybko odwróciłem się na plecy, przy tym wyjmując pistolet z kabury, wycelowałem w drzwi. Moim oczom ukazała się czarnowłosa dziewczyna. Westchnąłem głośno - Co Pani tutaj robi? - Zapytałem wracając do obserwacji

< Wybacz, ale nie znam charakteru twojej postaci, ponieważ link do forma nie działa, ale mam nadzieję, że za bardzo nie odstaje od rzeczywistości XD>

Od KTS C.S Kasai

Ledwo się przebudziłem i dostrzegłem, że wadera już szykuje się do wyjścia. Przez chwilę chciałem dać jej spokojnie odejść, ale uświadomiłem sobie, że szkoda by było zostawić kogoś, kto ma dostęp do najbardziej rozwiniętego technicznie miejsca w okolicy.
-Hej, czekaj! Mam małą propozycję. - Zawołałem do Kasai.
-Jaką?
-Odprowadzę cię bezpiecznie do domu, a w zamian ty wprowadzisz mnie do środka. Okay?
-Przecież okolica jest bezpieczna. Dam sobie radę.
-Tak ci się tylko wydaje. W stronę tej jaskini doszłaś cała, ale te tereny są dosyć niebezpieczne. Możesz nie wrócić.
-Załóżmy, że wiem, o czym mówisz, ale dlaczego akurat ja mam ci pomóc?
-Cóż... Zgubiłem swoją kartę i nie mam jak wejść do środka. Muszę wyrobić nową, ale nie mam jak tam wejść. Dlatego... proszę cię o pomoc. - Nie wiedziałem jak wytłumaczyć chęć wyposażenia się w broń palną, więc zacząłem kłamać. 
-Nie wyglądasz, jakbyś był z imperium.
-To wina tego, że dawno mnie tam nie było.
-No... dobrze, więc chodźmy.
Przyjęliśmy ludzkie postacie i szliśmy w stronę imperium. Już po godzinie byliśmy pod bramami.

~Kasai?

Od Calypto do Laroty

Spojrzałem przelotnie na kobietę obok.
- Jak ciebie zwą?-zapytałem, ignorując moich towarzyszy.
- Larota.- odparła.
- No, panowie. Ta pani wyraźnie mnie potrzebuje.- uśmiechnąłem się delikatnie, podnosząc się z krzesła. Gdy zacząłem zbierać przedmioty ze stołu, na twarzach graczy pojawiła się złość. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Jestem Calypso. Miło mi cię poznać.- powiedziałem do Laroty, gdy ta podążyła za mną.- Chętnie bym cię poznał, jesteś śmiała, a ja to lubię.- uśmiechnąłem się.- Niestety, za rogiem jest wspaniałe przyjęcie mojego przyjaciela, na które muszę wpaść.
- Z chęcią wybiorę się z tobą.- rzuciła towarzyszka.
- Wspaniale. Poznam cię z moimi przyjaciółmi.- zatrzymałem się przed drzwiami i otworzyłem je.- Wszystko jest tu blisko.- napomknąłem.- Pani przodem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Otworzyłem oczy. Oślepiło mnie światło, ciepłe powietrze prześlizgnęło mi się po skórze, niczym nóż skrobiący przypalony chleb, poczułem pulsowanie w mózgu... i natychmiast gwałtownie zwymiotowałem. Garcia- rozmazana przed moimi oczami w biało-czarną plamę- podstawiła mi miednicę.
- Gdzie jestem?- wychrypiałem.
- Vao- Rax.
Czyli nadal byłem tam gdzie wczoraj. Dobry znak.
- Wybraliśmy się na wycieczkę?
- Włamałeś się do cudzego domu. Ukradłeś dywan i kazałeś nasączyć go magią, żeby latał, a potem pofrunąłeś w noc. Ścigaliśmy cię pieszo, mimo że przeleciałeś na inną wyspę.
- Aha.
- Krzyczałeś.
- Co krzyczałem?
- Wolę tego nie powtarzać.- Garcia przybrała znużony wyraz twarzy.- Tak jak wolę nie wspominać czasu spędzonego na pustyni. Ta wyspa była naprawdę wielka, Veli.
- To niezwykle pouczające i ciekawe.- wyrzęziłem, wtulając głowę w poduszkę. Miałem nadzieję, że Garcia przyniesie mi coś do picia oraz, być może, młotek, którym mógłbym roztrzaskać swoją czaszkę. Byłem przekonany, że jeśli w tej chwili się poruszę, głowa z pewnością sturla mi się z karku- a do tego nie mogłem dopuścić. Liczne relacje świadków potwierdzały, że moja głowa najlepiej wygląda na swoim miejscu.- Na pewno się ucieszyłem na wasz widok. Goniłaś mnie z Axelem. 
- Kazałeś nam zostawić cię w spokoju na pustyni, ponieważ zamierzasz rozpocząć nowe życie jako kaktus.- wyjaśniła.- A potem wyczarowałeś takie maleńkie igiełki i cisnąłeś nimi w nas. Z idealną perfekcją.
- Cóż.- stęknąłem z godnością.- Musieliście być zachwyceni moją celnością, biorąc pod uwagę to, jak byłem wstawiony.
- Słowo "zachwycona" nie do końca oddaje to, jak się wtedy czułam.
- Dziękuję że mnie powstrzymaliście. Jesteście wspaniałymi przyjaciółmi. Czy mogłabyś...
- Wcale cię nie powstrzymaliśmy.- weszła mi w słowo Garcia.- Próbowaliśmy, a potem znów odleciałeś. Zacząłeś wypisywać dla nas wiadomości na niebie. Dywanem.
Parsknąłem śmiechem. Dobrze, że Axel i Garcia nie znali języka w którym pisałem.
- Potem wróciliśmy do klubu. Rozdałeś swój numer chyba wszystkim.- kobieta wzięła głęboki oddech.- Zrobiliśmy przerwę na posiłek, a ty natarczywie przekonywałeś żebyśmy spróbowali cuy.
- Na pewno zaczynałem już trzeźwieć.
- Calypto... Próbowałeś flirtować z własnym talerzem.
- Jestem absolutnie wolny od wszelkich uprzedzeń!
- Za to Axel nie bardzo. Kiedy dowiedział się, że karmisz nas świnkami morskimi, zdzielił cię twoim talerzem w łeb. Talerz pękł.
- I tak skończyła się nasza miłość. Cóż, trudno; to był związek bez przyszłości. Rozumiem że potem nakarmiliście mnie i położyliście do łóżka?
- Wyrżnąłeś jak długi na ziemię. Chcieliśmy cię tam zostawić żebyś trochę pospał, ale gdy tylko spuściliśmy cię z oczu, próbowałeś czmychnąć. Axel twierdzi, że pełznąłeś do dywanu niczym wielki, nienormalny krab.
Nie wierzyłem w to. Axelowi nie można było ufać.
- Ja mu wierzę.- rzuciła Garcia. Zdrajczyni.- Nawet zanim oberwałeś talerzem, ledwo trzymałeś się na nogach. Poza tym, jedzenie nie bardzo ci posłużyło. Przemieniłeś się w dym i zacząłeś fruwać w kółko i wygadywać, że widzisz koty, małpy, ptaki i lamy.
- Litości... miałem regularne halucynacje? Tylko raz aż tak się upiłem, ale to nieciekawa historia z klatką dla ptaków. Ale proszę cię, nie pytaj o szczegóły.
- To nie wszystko. Wspięliśmy się na wzgórze, skąd krzyczeliśmy do ciebie "Ląduj idioto!", zacząłeś nas wyzywać po starogrecku. Gdy w końcu wylądowałeś, wpadłeś do jakiegoś baru, zamordowałeś dwóch gości i po wszystkim wróciłeś do domu.
- Dzięki Bogu.
- Na miejscu zwymiotowałeś. Osiem razy.
Poczułem wstyd i zażenowanie i spojrzałem na Garcię.
- Wspaniały wieczór. Nie ma co.- rzuciła z ironią.
- Zawsze urozmaicę twoje życie, Garcio.
Kobieta przewróciła oczami i w tym momencie zadzwonił mój telefon. Na wszystkie świętości, żadnego spokoju.

Larota?

Od Akali C.D Kasai

Czyli jednak byłyśmy przyjaciółkami - pomyślała Akali. - Kto by pomyślał, że miałam jakichkolwiek przyjaciół poza... poza Doro. Ciekawe gdzie on jest? Dawno go nie widziałam. Pogadałabym z nim. Tęsknię za Doro. Czy Kasai o nim wiedziała?
Z zamyślenia waderę wyrwał głos Kasi:
- Napijesz się może czegoś? - zaproponowała.
- Chętnie, mam ochotę na czarną herbatę, jeśli oczywiście ją masz.
- Mam, mam – odparła Kasai i zniknęła, by po chwili wrócić z dwoma filiżankami, jednym z kawą, drugim z kawą dla niej. Wadera podała Akali jej napój.
Biała furry z dwoma ogonami zamieszała w kubku łyżką.
Akali podniosła łyżkę do oczu i dźgnęłą się nią w narząd wzroku.
- Co ty robisz? - spytała wystraszonym głosem Kasai.
Kali nie odpowiedziała. Zajęła się wydłubywaniem oka. Ból. Cudowne uczucie krew. Oko upadło na podłogę. Krew polała się po pysku wadery. Akali oblizała się po nim. Cudoym słodko-metaliczny zapach.
- Aaaaaa!
- Aka, chcesz może cukru?
Za pierwszym razem wadera nie zaregowała. Uporczywie mieszała herbatę łyżeczką.
- Akali?
Ciało białej lekko drnęło. Akali spojrzała na ziemię. Spojrzała dwoma oczyma. Dwoma? Nie było tam krwi. Kasai była spokojna. Nie krzyczała.
- Coś mówiłaś?
- Pytałam tylko czy chcesz cukier...
- Nie, nie chcę – odparła jakby nieobecna duchem Akali.
Co się właśnie stało? Ostatnio miała tak coraz częściej...
- Mówiłaś, że byłyśmy przyjaciółkami. Ile o mnie wiedziałaś? Co ci mówiłam?
- Dużo.
- Czyli?

Kasai?

Od Kasai do Shadow, Tytani i Yokami

  Gdy Tytania się, już wystroiła, ruszyliśmy w miasto. Zaczęłam jej wszystko opowiadać, bo mało co tu się powtórzył z naszej historii, podczas, której przeniosłam nas do Holandii. Weszliśmy do jednej z cukierni, usiedliśmy przy jednym z wielu stołów.
-Kas co chciałaś mi powiedzieć?
-Już nie ważne, nie pamiętam.
W ten do cukierni weszła Yokami.
-Cześ Kasai, cześć Tytania.
-Hayo Yokami.
Przyszedł mi esemes. "Kas, nie zapomniałaś czegoś?"
-Czego?
Odpisałam
-"O to, co Cię poprosiła jedna z szych miasta."
-Na wielkie nieba, zapomniałam! Zajmij się Tytanią, mam małą amnezję, uderzyła się dziś mocno w głowę.
Wyjęłam pieniądze z kiszeni i położyłam na stole, po czym szybko wybiegłam z cukierni. Po załatwieniu tamtych spraw i usłyszenia paru niemiłych słów na swój temat, po czym przeniosłam sie do Nowego Yorku, gdzie wpadłam na Shadowa.

(No to tak, Tyks pisze z Yokami, a ja z Shadowem).

Od Kasai do KTS

  Lało jak cebra, a ja siedziałam w jaskini z jakimś gościem, który wygląd jakby w szyi nie miał kości.
-Jak się nazywasz.
-KTS.
-Ja Kasai.
-Wiesz, że nie powinnaś tak daleko odchodzić od domu?
-Tak, no ale ja zawsze tak daleko odchodzę świat, jest tu ciekawszy niż w murach.
Chłopak spojrzał na mnie jak na debila.
-Ale nie martw się, jak przestanie padać, od razu opuszcza twoją jaskinię.
Wyjęłam z plecaka duży koc i położyłam na ziemi, po czym się na nim położyłam i zasnęłam.
***
Następnego dnia, gdy się ocknęłam, już nie padało, więc opuściłam jaskinie.

(KTS. JAK nie chcesz, nie musisz odpisywać).

Od Laroty "Nocny spacer po kasynie" Do Calypto


  Dziewczyna przewróciła się na drugi bok zniecierpliwiona. Tyle miała myśli w głowie, że nie potrafiła ich uporządkować i jak normalny, zdrowy wilk, pójść spać. Kołdra leżała już na podłodze, a obok niej kilka miśków Lary. Kobieta wpatrywała się bezmyślnie w sufit. W końcu jednak nie wytrzymała. Wiedziała, że tej nocy już nie zaśnie, więc złapała swój paralizator i zaczęła rozkładać go na części pierwsze. Zaczęła dokładnie analizować każdą, nawet najmniejszą śrubkę w rozmontowanej już maszynie.
  Gdyby na Delcie istniała taka choroba jak RLS, można by było powiedzieć, że ową chorobę ma właśnie Larota. Wywijała cały czas nogami, próbując złożyć na powrót swoją broń. Było jednak ciemno, a okna nad dziewczyną wcale nie dawały jej wiele światła. W końcu przestała i odłożyła części na bok.
  Fioletowowłosa wstała i przebrała się w swój strój roboczy. Krótkie, dżinsowe spodenki, które sięgały jej do połowy tyłka, odsłaniając przy tym co nie co, oraz zniszczony stanik. Odkąd z Imperium przeniosła się na Vao-Rax wiele nocy nie przesypiała. Tu nie chodziło o lęk wysokości, ale o niewygodną kwaterę, którą dostała od zaprzyjaźnionego robotnika. Dziewczyna wybrała Latające Wyspy, ponieważ interesowały ją konstrukcje statków i mogła się jakoś wykazać przy budowie. W Imperium jej wynalazki nie były potrzebne, ponieważ tam było tej technologii aż za dużo.
  Wyszła ze swojego małego mieszkanka na zewnątrz. Widziała cumujące i odpływające statki w porcie. Nawet o pierwszej w nocy był tu ogromny ruch. Wiadomo, mniejszy niż za dnia, gdyż wiele osób bało się wychodzić w nocy, ze względu na piratów, oraz różnych podejrzanych typów.
  Nie mając gdzie pójść, skierowała się do pobliskiego kasyna. Grywała tam od czasu do czasu w pokera, jednak nie aby zarobić, a aby zmarnować trochę swojego czasu. Dobrze zarabiała sprzedając swoje gadżety handlarzom. Czasami sama otwierała swój mały straganik w Rynku.
  O dziwo - kasyno było prawie puste. Prawie, bo przy jednym ze stołów do pokera siedzieli mężczyźni. Było ich czworo, a na stole leżało bardzo dużo żetonów, co oznaczało, że grali o wysoką stawkę. Zaciekawiona Laruś podeszła do jednego z mężczyzn. Dobrze zbudowany, czarnowłosy i przystojny facet. Wyczuła od niego coś, co mogłaby nazwać.. magią. Jeden z mężczyzn był khajitem, a konkretnie tygrysem, z długimi kłami. Widocznie był zdenerwowany. Obok niego siedziały też dwa krasnoludy, które różniły się jedynie kolorem bród gdyż jeden miał rudą, a drugi czarną.
  Mimo wszystko naszej bohaterce najbardziej spodobał się mężczyzna, trzymający przy sobie najwięcej przedmiotów. Po chwili jeden krasnolud nie wytrzymał, odrzucił swoje karty i warknął:
- Jeszcze mi za to zapłacić! Przegrałem wszystko! Nawet swój ulubiony topór!!
  Kobieta pogłaskała czarnowłosego. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na nią.
- Ale z ciebie ciacho.. - mruknęła Laruś i zaczęła bawić się swoimi krótkimi, fioletowymi włosami.

<Calypto? XD>

"Dżentelmeńska pijawka" od Reny do Venus, Sarah

      No dobra, tego się nie spodziewałam... Wcześniej nie widziałam nigdy Venus w takim stanie.  Coś niedobrego działo się z jej ciałem. Już na samym początku zauważyłam, że coś z nią nie tak. Mimo to ta wciąż uparcie twierdziła że wszystko jest w porządku. Znając ją nie chciała wyjść na słabą czy coś w ten deseń. To bardzo typowe dla niej.
      Obserwowałam uważnie jej walkę z krwiopijcą. Skłamałabym że się nie bałam. Ale to nie trupia pijawka mnie przerażała a raczej myśl, że jeśli włączyłabym się do walki, a Venus przestałaby być dłużej sobą, skończyłabym jak ten wampir. Swoją drogą szybko się z nim uporała. Podeszłam ostrożnie nieco bliżej i związałam jegomościa.
- Wszystko dobrze...?
- Tak. Czy teraz możemy się już stąd zmywać? - wycisnęła przez zęby a ja tylko skinęłam głową. W mgnieniu oka znalazłyśmy się z powrotem w domu brunetki. Jak można się domyślić przez ten czas stan pacjentki nie polepszył się a wręcz przeciwnie. Nie mogłam jednak nic zrobić do puki nieumarły nie zbudzi się. Już wkrótce miało zmierzchać, więc nie martwiłam się tym. Głód sam go zbudziłby. Ważniejsze było dla mnie zdrowie Venus jednak jak się okazało nie miałam o co się martwić. Wyglądała już znacznie lepiej. Teraz gdy o tym myślę tamto miejsce mogło mieć coś wspólnego z jej stanem. Będę musiała kiedyś ją o to zapytać...
       Gdy tylko słońce zniknęło za horyzontem wampir powrócił do życia. Jak można się domyślić nie był skory do pomocy. Wręcz mnie wyśmiał kiedy usłyszał całą historię.
- I niby dlaczego miałbym wam pomóc? - zapytał kiedy w końcu skończył się rechotać.
- Bo inaczej skończysz z kołkiem w sercu?
- Venus!  - skarciłam ją po czym dodałam już tym razem do krwiopijcy - Eh... Spójrz na to z innej strony. To będzie niczym darmowe jedzenie. Wystarczy że zostawisz jej nieco krwi, by się przemieniła.
- Zazwyczaj gdy ktoś gwarantuje gościom darmowy bufet nie stawia żadnemu z nich warunków jak dużo mogą zjeść.
- Z tego co pamiętam nie jesteś naszym gościem tylko jeńcem, pijawko. - odgryzła się Venus. O dziwo cała ta sytuacja mocno rozbawiła wampira.
- Niech wam będzie. Przystaję na waszą propozycję. W końcu żaden mężczyzna nie odmawia kobiecie w potrzebie. Poza tym ta mała jest całkiem zabawna. - ostatnie słowa skierował do mojej towarzyszki.
- Oż ty mały-
- Venus, przestań się z nim przekomarzać i pomóż mi go trzymać. Nie żebyśmy ci nie ufały ale sam wiesz jak to jest.
     Cała zirytowana podeszła do mnie. Obie złapałyśmy krwiopijcę za bok i przywlokłyśmy wprost do pacjentki. Wszelkie próby kontaktu były bez znaczenia. Cały czas patrzyła nieobecnym wzrokiem w sufit.  Krwiopijca zbliżył twarz do tętnicy szyjnej brunetki. Wysunąwszy kły otworzył usta i gdy już miał ją ugryźć zaniechał tego i zbliżył się do jej ucha.
- To będzie najwspanialsza rzecz jaką w życiu doświadczysz. - wyszeptał. Sam ton jego głosu zmroził mnie. Tak samo brzmiał TAMTEN potwór.
     Nim się zorientowałam z powrotem znalazł się przy szyi, wciąż jednak nie ugryzł jej. Zamiast tego lizał jej skórę.
- Pośpiesz się! - warknęła sfrustrowana Venus.
- Spokojnie, wampiry nigdy się nie śpieszą z wyssanie krwi. Zwłaszcza jeśli chodzi o przemianę kogoś w jednego z nich...
- A ty niby skąd to wiesz? - zapytała lekko zdziwiona jednak nic już nie odpowiedziałam. Całą swoją uwagę skupiłam na krwiopijcy, który podczas naszych rozmów zdążył już przyssać się do pacjentki i powoli opróżniał jej żyły. Wolałam nie spuszczać z niego oka aby nie wykręcił przypadkiem jakiegoś numeru. O dziwo jednak ten nic takiego nie zrobił.
- Dziękuję za posiłek - odparł odczepiając się od brunetki. - A tym czasem przepraszam panie ale na mnie już czas.
- Czekaj! Nigdzie się nie wybierasz! - krzyknęła Venus jednak ten nic sobie z tego nie robił.
- Zostaw go... Zrobił co miał zrobić i to bez żadnej niemiłej niespodzianki. Teraz musimy tylko czekać. Proces przemiany już się rozpoczął ale to trochę potrwa. - odparłam spokojnie. I tak nic innego nam nie pozostało poza uzbrojeniem się w cierpliwość...
 Venus? Sarah??

Od Tary C.D Syriusza

Był taki puszysty i piękny. Coś niesamowitego. Szybko się ogarnęłam i zerwałam się na równe nogi i wykrzyknęłam
-Potrzebuje dwóch osób które pomogą mi przenieść go !!
Zgłosiło się dwóch mężczyzn którzy od razu podnieśli tą istotę i i pokierowali się za mną. Otworzyłam im drzwi , wnieśli go do pomieszczenia i położyli na łóżku .Podziękowałam im za pomoc i wróciłam do lwa. Podeszłam do niego i przykucnęłam .
-Słyszysz mnie ?- samiec pokiwał lekko głową – Ok, jeśli masz możliwość przekształcania się w człowieka to zrób to jeśli posiadasz jeszcze wystarczająco dużo siły.
Po chwili na miejscu bestii ujawnił się chłopak. wyglądał jeszcze na młodego. Miał mnóstwo tatuaży , czyli nie należał on do spokojnych ludzi. Szybko się otrząsnęłam gdy zobaczyłam ranę pod kolanem. Wzięłam stołem na którym potem usiadłam . Wyciągnęłam dłonie ku ranie które razem z nią otoczyła błękitna aura . Rana na jego nodze zaczęła pomału się goić . Po niecałych 25 minutach nie było już śladu po ranie. Mimo to chłopak dalej był słaby i wyczerpany. Położyłam swą dłoń na jego czole- była rozpalona . Wyjęłam z komody kocyk którym następnie go przykryłam . Wzięłam ścierkę którą potem namoczyłam w wodzie a następnie posypałam na nią specjalne zioła wykonane przeze mnie . Położyłam ścierkę na jego czole i usiadłam na stołku przy łóżku i bacznie się mu przyglądałam. Był bardzo przystojny . Lekko rozczochrane włosy , tatuaże … przede wszystkim tatuaże , były wspaniałe. Nawet się nie spostrzegłam jak oddałam się w objęcia morfeusza.
Obudziłam się dość wcześnie , chłopak jeszcze spał ale było już widać że było z nim lepiej. Pokierowałam się od razu do łazienki by wykonać podstawowe czynności i jeszcze rozczesałam włosy i wróciłam z powrotem do pokoju . Mój pacjent już nie spał , od razu mnie zauważył i wpatrywał się we mnie a ja na niego. Po paru minutach niezręcznej ciszy nie miałam co liczyć na słowa podziękowania a zresztą chciałam jakoś zacząć rozmowę więc od razu powiedziałam.
-Nie ma za co – powiedziałam obojętnie krzyżując ręce na klatce piersiowej i opierając się o futrynę . Chłopak zrozumiał o co chodzi i chyba poczuł się trochę niezręcznie. Uśmiechnął się szeroko i podrapał się po karku.

<Syriusz?>

Od Kasai do Akali

- Hm..... To opowiem ci wszystko w drodze do mojego domu.
Dziewczyna się zgodziła, wiec ruszyliśmy.
-Więc Akali, poznałam cię parę księżyców temu. Zatrzymałaś się nas na jakiś czas i zaprzyjaźniłaś się z wieloma członkami watahy, ale właśnie tej większości już nie ma. Za to przybyli nowi członkowie, których na pewno polubisz.
Przenieśliśmy się przez jeden z portali na Delte i po chwili byliśmy u mnie w domu.
-Bracie już jestem!
Zielono włosy szybko zabrał ode mnie torbę i podał lekowi mojemu drugiemu bratu. Zabrałam, Akali do swojego pokoju.
-Rozgość się.
Powiedziałam, siadając na łóżko.
-To wszystko?
-Tak, no prawie byłyśmy przyjaciółkami, ale jak nic nie pamiętasz, nie szkodzi.

Akali?

Od Akali C.D Kasai

  Akali przyjrzała się waderze, która przedstawiła się jej jako Kasai. Czy ją pamięta? Z jej pamięcią od kiedy ćpała było bardzo źle. Prawie wszystko zapominała. Możliwe było, że ją zna, ale.. czy taka jest prawda? Miała jednak wrażenie, że kiedyś już słyszała to imię. Kasai... Może była w jej poprzedniej watasze. Z tamtych lat pamięta tak mało... Rodzice.
  Kasai z uśmiechem przyglądała się waderze. Mimo, że starała się to ukryć z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Akali postanowiła potraktować ją jako kumpele z przeszłości, którą zapewne była. Postanowiła tym razem być z kimś szczera. Potrzebowała tego. Nie chciała żyć już w świecie zbudowanym ze swoich kłamstw, jak dotychczas to robiła.
- Ja... Ja nie wiem... nic nie pamiętam - westchnęła Akali. Próbowała spojrzeć waderze w oczy, ale niezbyt jej to wychodziło, bo co chwilę spuszczała wzrok i wpatrywała się w ziemię.
- Akali, co ty mówisz? - powiedziała Kasai z lekkim zawiedzeniem w głosie. - Jak możesz nic nie pamiętać?
  Biała wadera poczuła nagle wyrzuty sumienia. Co jeśli się kiedyś przyjaźniły? Albo... albo nienawidziły? W końcu trzeba brać pod uwagę wszystkie opcje. Kasai, kim ty jesteś?
- Powiesz mi, kim jesteś? - spytała Akali, a po chwili wahania dodała: - Kim dla siebie byłyśmy?
- A więc chcesz znać całą prawdę? - uśmiechnęła się Kasai.
- Tak. Opowiedz mi wszystko.

Kasai?

Od Dreamer'a Do Mobiusa

Delta mnie zadziwia cały czas. Tyle historyjek słyszałem o tym cudnym wymiarze, a jest on od nich o wiele lepszy. Powietrze jest czystsze niż na ziemi, woda lśni, a rośliny... one dodają kolorów całej tej krainie. A same poszukiwania istot żywych nie trwały długo. Mały czteroogonowy lisek pił wodę z jeziorka. Zerwałem kilka jagód z krzaka obok i powoli podszedłem do tego stworzenia. Nie wyglądał, jakby się mnie bał, chyba nawet się cieszył, jak mnie zobaczył. Wyciągnąłem dłoń pełną owoców w jego stronę, a on podszedł i zaczął je jeść.
-Cóż za niesamowite stworzenie. Masz piękne lśniące futerko. -Powiedziałem cicho.
Wykorzystałem chwilę i aparatem zrobiłem mu zdjęcie. Lisek po posiłku powoli poszedł w stronę drzew, a ja dalej poszedłem przed siebie.
Nagle wpadł na mnie jakiś czarny wilk, powalając mnie.
-Oj przepraszam, zagapiłem się. -Powiedział lekko zdyszany.
-Nic nie szkodzi. Też mogłem bardziej uważać. Jestem Dreamer, a ty?
-Miło mi, jestem Shadow. -Opowiedział i podał mi łapę na przywitanie. Oczywiście zrobiłem to samo.
-Mam małą prośbę. Mógłbyś opowiedzieć mi o tym wymiarze? -Grzecznie zapytałem.
-Oj, chciałbym, ale strasznie się śpieszę. Może innym razem jak się spotkamy. Do widzenia. -Powiedział, po czym pobiegł dalej.
-Ach te Deltowskie sprawy, kto je zrozumie? -Pomyślałem i poszedłem dalej.
Nadeszła pora obiadu. Usiadłem w cieniu pod drzewem i wyjąłem bułki oraz napój z plecaka. Po kilku minutach podszedł do mnie jakiś człowiek.

~Mobius?

Od Evie C.D Mobius

Z trudem obróciłam głowę w stronę osoby, której nie potrafiłam zidentyfikować. Przez chwilę widziałam rozmazany obraz, ale chwilę później byłam w stanie dojrzeć zarysy twarzy mężczyzny.
- O Evie, córeczko, obudziłaś się - uśmiechnął się i wyciągnął w moją stronę rękę. Delikatnie pogłaskał mnie po głowie. Gdy tylko mnie dotknął, przez koje ciało przeszły zimne dreszcze. Poczułam strach, a może to była niepewność czy brak zaufania? Nie wiem, ale odruchowo chciałam się odsunąć, jednak moje ciało nie pozwoliło mi na to.
- Tato... - zaczęłam, jednak zabrakło mi sił by dalej kontynuować zdanie.
- Spokojnie, zaraz Sansa przyniesie ci jakieś zioła - powiedział łagodnym głosem i wstał. Opuścił pokój, a ja zostałam sama na kilka minut. Czułam, że stało się coś okropnego, że zraniłam kogoś bliskiego. Nagle do pokoju weszła moja przyszywana matka. Dała mi jakieś ohydztwo do wypicia, ale od razu poczułam jak przez moje ciało przeszła pozytywna energia. Mogłam się również poruszyć, co mnie niezmiernie cieszyło.
- Gdzie jest Mobius? Co się z nim stało? - to były pierwsze słowa, które wypowiedziałam po przebudzeniu. Co prawda mówiłam bardzo cicho i mój głos drżał, ale dało się mnie zrozumieć.
- Słuchaj kochana... - usiadła obok mnie kobieta. Opowiedziała mi wszystko, dokładnie z każdymi szczegółami. Gdy doszła do momentu, gdzie zaczęła mówić o mojej nieświadomej walce z Mobiusem, poczułam jak serce mnie ściska ze smutku. Poczułam wstręt do samej siebie. Znowu go zraniłam... Znowu musiał przeze mnie cierpieć. Opowiedziała mi też jak on w Boże Narodzenie wybił wszystkie osoby, które były odpowiedzialne za tą rzeź. Kamień mi spadł z serca, ponieważ wiem, że na jakiś czas handlarze niewolników nie będą zagrożeniem dla mieszkańców Assyrio. Przyszedł ojciec, który od razu powiedział mi, że kiedy Mobius wrócił z Imperium, prawie całymi dniami siedział przy mnie. Od razu zrobiło mi się ciepło w sercu i poczułam jak się delikatnie rumienię.
- Jednak, nie możesz się z nim dzisiaj spotkać. Lucjan pragnął się z tobą zobaczyć od razu jak się przebudzisz. Naprawdę jest czarującym mężczyzną - uśmiechnęła się szeroko kobieta. Jej oczy błyszczały z ekscytacji, w przeciwieństwie do moich. Bardzo byłam niechętna co do tego wszystkiego. Miałam wrażenie, że zdradzam Bisu, mimo że nie byliśmy parą. Jednak byłam świadoma tego, że tego całego Lucjana nie pokocham, a dlaczego? Nie wiem. Przeczucie. Coś mi podpowiadało, że on na pewno nie będzie tym jedynym i tylko cierpienie oraz nieszczęście przyniesie. Spojrzałam błagalnie na ojca a potem na matkę. Nadal miałam cichą nadzieję, że jednak zrezygnują z tego pomysłu. Ale w co ja wierzę? Sansa była już tak podekscytowana, że zabiłaby mnie jakby dowiedziała się, że z wielką niechęcią wychodzę za mąż z przymusu.
- Ubierz się ładnie skarbie - uśmiechnęła się - Podobni chce cię zabrać do restauracji, więc masz wyglądać olśniewająco - dodała i zaczęła szukać coś w szafie. Uniosłam jedną brew, zastanawiając się co ona takiego znajdzie. Wyjęła błękitną suknię z długim rękawkiem. Przez chwilę zastanawiałam się, czy była świadoma tego, że jesteśmy w XXI wieku i takie typu ubrania już nie są modne.
- Mamo... - westchnęłam głośno - Sama się ubiorę - wstałam i podeszłam do szafy. Od razu wyciągnęłam czerwono czarna sukienkę. Mina kobiety była bezcenna.
- Boże Evie, w tym nie możesz chodzić! Zbyt dużo pokazujesz - wrzasnęła na mnie bardzo niezadowolona z mojej decyzji.
- Jezu, to ma być moja randka, daj mi się ubrać tak jak chcę - spojrzałam na nią błagalnie. Przecież nie będę chodzić ubrana w ciuchy ze średniowiecza. Po moim trupie. Kobieta chciała już coś powiedzieć, ale jej ukochany położył dłoń na jej ramieniu i posłał w jej stronę piękny uśmiech. Ona jedynie westchnęła głośno i wyszła z mojego pokoju. Zaczęłam się przebierać. Kiedy skończyłam spojrzałam w wielkie lustro na ścianie. Nie wyglądałam najgorzej, co było wielkim sukcesem.
Zrobiłam delikatny makijaż. Zeszłam do kuchni gdzie rodzice rozmawiali z jakimś wilkiem z watahy.
- Proszę przekazać alfie, że Evie już się przebudziła - powiedział Gregor poważnym głosem. Poczułam nagłą potrzebę spotkania się z kuzynem. Chciałam się w niego wtulić i przeprosić, ale wiedziałam, że najpierw musiałam spotkać się z przyszłym narzeczonym. Pożegnałam się z rodzicami i poszłam w stronę portalu, który prowadził do Nowego Yorku. Spotkałam kilku dobrze wyszkolonych wilków z naszej watahy, którzy przyglądali mi się niepewnie a nawet ze strachem w oczach. Czyli musieli dowiedzieć się o mojej przemianie, nad którą się nie da zapanować. Przeszłam przez portal i znalazłam się w starym, opuszczonym budynku. Wyszłam przez stare, drewniane i skrzypiące drzwi. Obok nich stał granatowowłosy mężczyzna.
- Jesteś Olivia Kendrick? - uśmiechnął się szeroko.
- Tak, a ty kto? - zapytałam się.
- Lucjan Norrington - odpowiedział i chwycił moją dłoń, którą ucałował. Poczułam jak przez moje ciało przeszły ciarki. Miałam dziwne wrażenie, że ten mężczyzna wcale nie jest taki niewinny na jakiego się wydaje. Może jednak jestem przewrażliwiona... Cóż, po ostatnim incydencie wolę być ostrożna, nawet jeśli dana osoba nie wydaje się ani trochę podejrzliwa. Ludzie to genialni aktorzy potrafią wcielić się w każdą osobę, tylko po to by coś zdobyć. Mężczyzna co chwilę próbował mnie zagadywać, ale odpowiadałam szybko i bardzo krótko. Nie czułam takiej wewnętrznej potrzeby, dzielenia się jakimikolwiek informacjami o sobie. Na pewno nie teraz, kiedy znamy się tyle ile nic. Czułam się również niekomfortowo jak podczas rozmowy, jego wzrok perfidnie był skupiony na moich piersiach. Doszliśmy do jakieś wysokiej klasy restauracji. Nie powiem, zaskoczyło mnie to, że mężczyzna już na dzień dobry pokazywał się jako bogata oraz wpływowa osoba. Usiedliśmy do stołu i do nas podszedł od razu kelner.
- Ma pan piękną dziewczynę - powiedział posyłając w moją stronę delikatny uśmiech. Odwzajemniłam gest i wzięłam menu do ręki. Gdy tylko zobaczyłam cenę na pierwszej stronie, gdzie były przystawki, to myślałam, że spadnę z krzesła. To nie były zwykle ceny, na które stać zwykłego człowieka z dobrze płatną pracą.
- Wybrałaś coś, czy ja mam za ciebie wybrać kochana? - zapytał się. Na jego twarzy zagościł piękny uśmiech.
- Możesz za mnie - odpowiedziałam spokojnym głosem. Powiem tak, chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce. Czułam się dziwnie, ponieważ rzadko bywam w takich miejscach. Wszyscy klienci byli ubrani w drogie, markowe garnitury a ich damy w najdroższe suknie oraz najróżniejsze rodzaje biżuterii. Lucjan zamówił nam posiłek. Pierwsze co przyszło, to bardzo drogie czerwone wino. Kelner nalał nam do szklanych kielichów, które były ozdobione wieloma pięknymi wzorami. Wzięłam łyk tego czerwonego napoju. Nigdy nie byłam wielką fanką alkoholu, ale muszę przyznać, że to wino przypadło mi do gustu. Chwilę później podano nam zupy, a potem danie główne. Podczas posiłku mężczyzna opowiadał o sobie. Zastanawiało mnie, czy on zna takie słowo jak „skromność", ale jego zachowanie wskazywało, że nie, w jego słowniku takie słowo nie ma brawa bytu. Nagle z tematów o nim, przeniosły się o mnie. Bardzo niechętnie odpowiadałam. W końcu zadał pytanie, które mnie dotknęło.
- Słyszałem pogłoski, że masz romans z swoim alfą - powiedział z nutką zazdrości w głosie.
- Nie twoja sprawa - burknęłam - Co cię to w ogóle interesuje? - spytałam się niepewnie.
- Ano wiesz, odkąd będziesz moją narzeczoną, zakazuję ci spotykać się z nim - rzekł bardzo poważnym głosie.
- Co kurwa? - warknęłam bardzo, ale to bardzo niezadowolona z tego co słyszałam.
- To co słyszałaś skarbie - uśmiechnął się słodko, jednak to na mnie nie działa. - I co ro za słownictwo? - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Nie możesz mi zabronić tego, to będzie zupełnie jak odebranie mi wolności - mój głos stał się zimny, pozbawiony uczuć.
- Owszem mogę, traktuje swoją kobietę jako osobę, która ma mi być posłuszna - odparł obojętnie. To było już za wiele.
- Wybacz, ale źle się trochę poczułam. Muszę natychmiastowo pójść do domu. Dziękuję za pyszny posiłek, ale muszę cię zostawić - wstałam z miejsca i posłałam w jego stronę wredny uśmieszek. Wyszłam bardzo szybkim krokiem z tego budynku. Kiedy szlam przez salę, kilka mężczyzn spojrzało się na mnie. Oczywiście ich wzrok skupiał się na moich nogach, albo biuście. To nie jest najmilsze uczucie, ponieważ miałam wrażenie, że w ich głowach zaczęły się rodzić najdziwniejsze pomysły. Gdy byłam już na zewnątrz, skierowałam się szybkim krokiem do portalu, który przeniósł mnie z powrotem do Assyrio. Gdy znalazłam się na terenach wielkiego labiryntu, zdjęłam koturny, i chwyciłam je do ręki. Pobiegłam w stronę domu Mobiusa. Gdy tylko dobiegłam do jego domu, zapukałam do drewnianych drzwi. Mężczyzna otworzył je w trybie natychmiastowym. Gdy mnie zobaczył stanął jak wryty. Zaczął przyglądać się każdemu milimetrowi mojego ciała. Dobra, on też nie lepszy od tamtych facetów...
- Mobius... - spojrzałam mu prosto w oczy i objęłam go w pasie. - Przepraszam... - wydusiłam z siebie. Bisu odwzajemnił objęcie.
- Za co przepraszasz? - zapytał się i delikatnie się uśmiechnął.
- Wiem ile problemów ci przysporzyłam. Wiem jak bardzo przeze mnie cierpiałeś... - powiedziałam smutnym i pełen wyrzutów sumienia głosem.
- To nie twoja wina - pogładził mnie po włosach - Chodź, wejdź - zaprosił mnie do swojego domu. Od razu rzuciłam gdzieś swoje buty w kąt. Nienawidziłam obuwia na obcasie czy koturnie. Od tego napierdalały mi nogi do tego stopnia, że mogłam na kilka godzin okuleć. Zamiast pójść do salonu, poszliśmy do jego sypialni. Pomógł mi zdjąć gorset, który zaczął mnie delikatnie podduszać. Gdy tylko go zdjęłam, sukienka stała się nieco luźniejsza, a dekolt się trochę obniżył, ponieważ gorset go trochę podtrzymywał. Jednak nie zwracałam na to uwagę, ponieważ w mojej głowie cały czas siedziały słowa Lucjana. Wróciliśmy do salonu, gdzie usiadłam na fotelu naprzeciwko niego. Opowiedziałam Bisu całe nasze spotkanie oraz o tym, że on zabronił mi się z nim spotykać. Kuzyn nie ukrywał zdziwienia, gdy usłyszał tą informacje. Nastała przez chwilę niezręczna cisza. Westchnęłam cicho i wstałam. Usiadłam na jego kolanach bokiem, tak bym mogła spojrzeć mu prosto w oczy.
- Nie wiem czy kiedyś w przyszłości będę miała taka możliwość, ponieważ rodzice już zdecydowali, a ja raczej innego wyboru już nie mam, bo wiesz jacy są oni uparci - zaczęłam, mój głos drżał. Bałam się, cholernie się bałam. Jednak byłam gotowa na każdą reakcję.
- Do czego zmierzasz? - uniósł jedną brew i zaciągnął swoją fajkę.
- Kocham cię, ale nie jako kuzyna, tylko jako kochanka - wyrzuciłam z siebie. Teraz tylko czekałam na jego reakcję. Nigdy wcześniej się tak nie stresowałam. Mimo że wyznawała swojemu byłemu mężowi miłość, ale stres towarzyszący przy nim, był niczym w porównaniu do tego przy moim kuzynie. Domyślałam się, że on już o tym wiedział od dawna, ale nigdy mu tego prosto w twarz nie powiedziałam.

Mobius? ;////;

Nowa odsłona Discorda + Informacji C.D!

Postanowiłam, że członkowie od teraz, ci co będą mieli oczywiście na to ochotę, będą mogli sami wstawiać opowiadania. Powstanie też możliwość stworzenia własnych kart postaci, jednak to jeszcze uzgodnię z drugim administratorem. Opowiadania mimo wszystko jednak będą sprawdzane i w razie czego - poprawiane. Ci, którzy chcą dodawać opowiadania niech wyślą mi swój e-mail z dostępem do bloggera. Większych uprawnień niż autor nie dostaniecie, więc nie będziecie mieli możliwości kasowania postów innych niż swoje, czy grzebanie w stronach.

No i pojawiła się nowa odsłona Discorda.
https://discord.gg/YPtWxd
 

Kasai do Akali

Mój starszy o rok brat rozchorował się, więc drugi nim zająć, a mnie wysłał do apteki po leki. Noc, jak na lato, była chłodna, ale to mnie nie powstrzymało, by kupić leki. Gdy tylko znalazłam aptekę, weszłam do środka, sprzedawczyni od razu mnie zauważyła, bo gdy wchodziłam, zadzwonił dzwonek, wiszący nad drzwiami.
-W czym mogę ci pomóc?
-Dobry wieczór.
Podsunęłam kartkę z receptą do okienka, kobieta od razu wzięła ja do ręki i zaczęła szukać produktów. To wszystko minęło szybko, wychodząc, nie mogłam otworzyć drzwi, wiec sprzedawczyni mi pomogła, podziękowałam jej i wyszłam. Gdy tylko przekroczyłam próg apteki, przemieniłam się w wilka, by jak najszybciej stamtąd wyjść. Nagle usłyszałam wołanie, wiec się przemieniłam z powrotem w człowieka i zaczęłam biec, niestety osobnik, który za mną biegł, dogonił mnie. Szybko odwróciłam się w jego kierunku, był to wilk, a raczej wilczyca. Po chwili, gdy się jej przyglądałam, doszłam do wniosku, że ją skąd kojarzę. „Już wiem!”
-Ty jesteś Akali?
-Tak...
-Dawno ciebie nie widziałam. (powiedziałam z uśmiechem) Jestem Kasai, pamiętasz mnie?


(AKAli)

Od Akali

Mimo iż w naszym wymiarze, cudownej Delcie, zagościło już ciepłe lato dzisiejsza noc była wyjątkowo chłodna. Można wręcz powiedzieć, że było zimno. Dni były coraz to dłuższe, jednak było już tak późno, że na niebie zagościł księżyc w pełni otoczony migoczącymi gwiazdami. Chyba większość wilków z watahy bohaterki tego opowiadania już zasnęło. Słychać było tylko odgłosy dzikiej natury.
Akali nie mogła tej nocy spać. To nie było dla niej nic nowego. Bezsenność męczyła ją już od jakiegoś czasu. Zwykle chodziła po hydroksyzynę do apteki na Ziemii, bo tylko to mogło jej pomóc. Skąd miała recepty? Podrabiała je sama. Chyba nie była jedynym wilkiem, który często bywał w aptece, bo ludzie pracujący tam nie byli zdziwieni jej wyglądem. Ale tego dnia hydroksyzyna się skończyła.
Biała wadera cicho wymknęła się ze swojej jaskini, by udać się do wymiaru ludzi.
Na ulicach Wrocławia, mimo iż jest to duże miasto, którym żyje wielu ludzi, nie było prawie nikogo. Tylko gdzieniegdzie na zapomnianych, zalanych czernią uliczkach spotkać można było nachlanych meneli albo narkomanów. Akali przemieniona w furry szybko mijała ich szybko, nie patrząc na nich - przecież nie chciała, żeby ktokolwiek ją rozpoznał. Żeby ktokolwiek rozpoznał w niej wilka.
Po jakiejś godzinie drogi dotarła do apteki. Już miała wejść do środka, kiedy to nagle drzwi otworzyły się przed jej nosem policzkując ją boleśnie. Wadera zatoczyła się do tyłu i upadła na ulicę wykładaną kamieniami. Z jej nosa trysnęła stróżka krwi.
Osoba, która ją popchnęła nie zwróciła na nią uwagi. Nagle Akali dostrzegła coś. Istota ta miała ogon! Wilczy ogon! Wszędzie by taki rozpoznała.
- Zaczekaj! - krzyknęła wadera i niezwracając uwagi na krwotok ruszyła za nim. Po chwili go dogoniła i chwyciła za ramię. Wilk odwrócił się. Spojrzeli sobie w oczy. Dostrzegła coś w nich. Czyżby ją rozpoznał? Kim był?

Ktoś? Odpisz ktosiu chodzący po nocy do apteki..

Powrót Akali!

Po długiej nieobecności członkini Watahy Karmazynowej Nocy! Ponownie przywitajmy radośnie - AKALI! :D

Orphen-Sirius
GODNOŚĆ: Nazywa się Akali. Po prostu Akali, bez nazwiska. Dla przyjaciół Aka bądź Kali.
PRZYNALEŻNOŚĆ: Wataha Karmazynowej Nocy
PŁEĆ: Stuprocentowa wadera
ORIENTACJA: Hetero
WIEK: 7 lat jako wilk, 17 jako furry (nieśmiertelna)
SYMPATIA: Kto by chciał jako dziewczynę ćpunkę ze schizofrenią?

Informacja

 Jak wiecie mamy wakacje, a co za tym idzie - wyjazdy, dni wolne, a czasem dni pełne nudy (może jak się waśmościowie nudzą, to coś napiszą?)  Wiadomo, nad blogiem znowu trwają prace, tym razem dotyczące sklepu. Jeżeli ktoś, ma jakieś koncepcje,rzeczy, które mogłabym dodać do Rynku, to zapraszam do napisania tego pod postem. Byłoby mi miło, gdybyście rzucili jakimiś propozycjami :") 


Szukam również ciekawego pomysłu na system walk. Jeżeli ktoś ma coś do zaoferowania, to zapraszam. ^^ 
Pierwsza kwestia, którą chcę poruszyć to prośba, o zwiększenie swojej aktywności. Rozumiem, wena nie doskwiera i są wakacje, jednak nie chcę, by blog upadł, a liczba postów w czerwcu zwyczajnie mnie dobija. Zależy mi, by w miesiącu było +100 postów, lub równe 100. 
Chciałabym, żebyście też zaczęli reklamować naszą watahę, a w tym celu podbijam stawki:
  • Jedno, wysłane zaproszenie (proszę o screeny, bo inaczej nie zaliczam!) - 500 trefli.
  • Reklamowanie na dowolnej stronie (chacie, gdzieśtam, też wymagany screen)  - 700 trefli 
  • Za każdego nowego, który dołączy, jedna twoja postać otrzymuje 1000 trefli i 100 punktów do dowolnej umiejętności. 
To na razie tyle. Pozdrawiam i życzę udanych wakacji! :)

Od Mobiusa C.D Evie

Miałem czas na zbadanie labiryntu. Mnóstwo czasu. Co prawda spędziłem tutaj połowę życia, jednak nigdy nie poznałem go całego. Kiedy zamykają się drzwi i gasną światła, człowiek nie ma co robić. Wielu nowych mieszkańców z trudem przyzwyczajają się do panujących tu warunków, jednak te tereny są niezwykle bezpieczne. Łatwo dostać kręćka. Mimo że stałem daleko od jego centrum dostrzegałem wielkie drzewo, które było domem wielu stworzeń. Nieliczni samotnicy, oraz strażnicy zamieszkują zwykle ślepe uliczki, albo lasy otaczające te ogromne mury. Skoro miałem okazję poznać jeszcze lepiej to miejsce, to nie ma co marnować czasu
- Mobiusie.. - Dostrzegłem KTS'a, którego sierść była zlepiona błotem i krwią - Zaatakowali nas - Powiedział ciężko dysząc. Dostrzegłem ciemne chmury zbierające się nad Assyrio. Zareagowałem błyskawicznie biegiem w kierunku, z którego przybył mężczyzna. Mijałem wszelkie przeszkody, a za sobą słyszałem kroki zabójcy. Prędko doszły do mych uszu odgłosy walki i odór ludzi z imperium. Wiele stworzeń przemknęło obok mnie w popłochu. Są blisko ziem elfów, lecz czy one nam pomogą? Jeśli ludzie pokażą zainteresowanie labiryntem możemy o tym pomarzyć. Wszelcy mieszkańcy tak wychwalali jego potęgę, że elfy nie mogą już o tym słuchać, zapewne będą chciały ujrzeć moc labiryntu, a jeśli zginą jakiekolwiek stworzenia, stwierdzą, że myśleli, że jest tak bezpieczny jak mówiono. Ich arogancja i ego przerasta samego boga. Przede mną pojawił się mężczyzna z dziwną bronią, którą widziałem pierwszy raz na oczy, odbijając się od skały chwyciłem szczękami jego szyję i zmiażdżyłem kark
- Wszyscy kryć się w labiryncie! - Wrzasnąłem, patrząc na uciekające i wystraszone stworzenia, ktoś musiał je poprowadzić - Ci którzy mają zdrowe nogi i ręce walczcie! walczcie o swój dom! - Krzyczałem głośno i wyraźnie, lecz co chwilę padał jeden za drugim. Nie wiem co to za broń, jednak jej kule są niezwykle bolesne. Dostrzegłem wyjące się w plamach krwi wilki - Nie obawiajcie się, macie magię! Wykorzystajcie wasze dary! - Utworzyłem lustra, które zasłoniły rannych, rozkazałem zabrać ich do świętego drzewa, tam na pewno ktoś się nimi zajmie. Widząc jak wielu się wycofuje, by tylko się skryć w bezpiecznym miejscu, zacisnąłem szczęki - Jeśli macie zamiar uciekać, uciekajcie! - Poczułem na sobie liczne spojrzenia - Lecz, gdy ja polegnę na polu walki, wy powiedźcie rodzinom i całej Delcie, że baliście się walczyć o własny dom, by tylko wrócić pod ciepły kominek! Uciekajcie, jeśli chcecie niedługo widzieć śmierć waszych bliskich! - Odwróciłem się i przemieniłem w człowieka. Nabrałem dużo dymu z fajki i zacząłem go wypuszczać w ogromnych ilościach - Wszystkie wasze instynkty są sprawniejsze od ludzkich, tak więc wykorzystajcie moją umiejętność do pozbycia się wroga. Zamknijcie oczy i wysłuchujcie strzałów, oddechów, nawet samego bicia serca... zabijajcie - W dym wbiegła liczna armia, od zmiennokształtnych, po satyry, czy jednorożce. Sam tak postąpiłem, wykorzystałem fakt, że widziałem więcej niż inni. W ręku pojawił się mój dwuręczny miecz, który jednym zamachem ściął trzy głowy. Przeciwników było wyjątkowo wielu, to musiało być organizowane od miesięcy. Biorąc kolejny zamach, odpędziłem cały dym od mojej osoby, przez co się odsłoniłem
- Tam jest! - Usłyszałem krzyk i wystrzał. Po moim policzku zaczęła spływać krew, kule mnie zaledwie musnęła. Chciałem wrócić do osłony dymnej, jednak zaczął lać deszcz, który powoli zniwelował moją moc. Miałem już biec w stronę przeciwnika, gdy nagle poczułem silne trzęsienie ziemi, stworzenia zamieszkujące labirynt zdążyły się schować w jego wnętrzu, kiedy jego ściany zaczęły się przesuwać. Labirynt zmieniał kondygnacje. Teraz nie dorwą bezbronnych. Wielu ludzi nierozważnie zaczęło się wspinać po murach, ale nie minęło kilka sekund, kiedy ich spopielone zwłoki upadły na ziemię. Ich następcy wzięli dynamit, który zaczęli rozkładać wzdłuż ścian
- KTS, wprowadź ludzi do labiryntu, wiesz gdzie są zapadnie - Chłopak pokiwał głową i zaczął wykonywać rozkazy. Najpierw skupił na sobie sporą grupkę przeciwników, po czym wprowadził ich wprost do środka pułapki. Myśleli, że wilk zaprowadzi ich do reszty, jak mogą brać nas za takie prymitywne stworzenia, kiedy możemy żyć tysiące lat dłużej od nich? Z suchym trzaskiem uderzyłem prawą pięścią o dłoń. Pojawił się w nich wodny pejcz. Widząc jak ludzie chcą wysadzić mur, prędko przeciąłem wszystkie paski metalu, utrzymujące laski dynamitu. Kolejne uderzenie było skierowane w przeciwnika, który w mgnieniu oka stracił wszystkie palce i z okrzykiem bólu zsunął się na ziemię. Zamieszanie, które wywołałem przez ten czas wokół mojej osoby, przyniosło mi więcej przeciwników. Byłem otoczony, a każdy z nich trzymał tę dziwną broń
- Czemu to robicie? - Zapytałem marszcząc brwi
- Skoro zaraz zginiesz, to czemu by Ci nie powiedzieć? - Uśmiechnął się parszywie jeden z bardziej zbudowanych mężczyzn - Dla pieniędzy - Powiedział krótko
- Zniszczenie Assyrio ma przynieść wam korzyść? - Parsknąłem śmiechem, na co napastnik pokazał swoje niezadowolenie
- Przejmiemy labirynt i będziemy nietykalni, jeszcze go trochę podrasujemy i stworzymy tam naszą własną fabrykę - Uśmiechnął się szeroko - Pewnie pierwszy raz widzisz te cudeńka, powinieneś do nas dołączyć - Zaczął głaskać broń jak pupilka
- Ten szajs nazywasz cudeńkiem? - Fuknąłem, na co mężczyzna wycelował mi prosto między skronie
- Ten szajs zaraz odstrzeli Ci głowę - Charknął. Zamknąłem powieki, czekając na wystrzał, jednak nic się nie stało. Kiedy ponownie otworzyłem oczy, zobaczyłem jak ciało mężczyzny bezwładnie opada na ziemię
- Co to kurwa jest?! - Dostrzegłem cień jednej z głów Cerbera. Evie... Wszyscy otaczający mnie napastnicy zaczęli strzelać w ciemną powłokę co wykorzystałem, poprzez odcięcie im łbów. Zacząłem nerwowo się rozglądać za dziewczyną. Dostrzegłem ją w momencie, gdy zaczęła uciekać w las. Bez namysłu pobiegłem za nią, gdyż kilku innych uzbrojonych mężczyzn również ruszyło w pościg. Od razu zaniepokoiło mnie zachowanie dziewczyny, szamotała się, nie była skupiona na ucieczce, co się działo. Intuicja mnie nie zawiodła, chociaż wolałem już nie mieć racji widząc jak na jej ramionach tworzą się dwa czarne pyski. Miałem już kiedyś styczność z Cerberem, dawno temu, jednak potrzebowałem pomocy kilku bardzo silnych wilków. Widząc stopień zaawansowania, wiedziałem, że już nie powstrzymam przemiany. Dziewczyna może zasiać większy chaos od atakujących ludzi. Musiałem ją stąd zabrać. Jestem dużo bardziej wyszkolony niż za tamtych czasów, jednak równie dobrze Cerber może być silniejszy, mimo kilkusetletniego snu. Nie miałem czasu się zastanawiać. W pewnym momencie coś przemknęło obok mnie, gdy się odwróciłem ujrzałem upadającą ludzką głowę na ziemię. Wracając wzrokiem do Cerbera, zobaczyłem jak właśnie morduje kolejnego człowieka, przy tym wydając okropne, niskie dźwięki. Inna głowa wbiła natomiast ostre szczęki w kark mężczyzny. Zostało jeszcze dwóch, którzy szybko upadli w kałuże własnej krwi. Wielkie stworzenie, poruszało spazmatycznie dwoma bocznymi głowami, dając nieprzyjemne odczucie lęku. Cerber wybił ludzi w kilka sekund. Jedyną przewaga jaką w tej chwili posiadałem, była znajomość umiejętności stworzenia, lecz mimo to nie mogłem skrzywdzić stwora, jak nie patrząc tam w środku nadal jest Evie. Czułem dreszcze na samą myśl co może się stać z dziewczyną, ostatnim razem była krok od śmierci, przemiana w Cerbera niszczy jej organizm. Nabrałem dużo powietrza i skupiłem się na głowach, środkowa panuje nad mrokiem i iluzją, dlatego powinienem unikać kontaktu wzrokowego. Lewa wysysa duszę, za wszelką cenę nie mogę się dotknąć. Prawa, wysysa krew, także muszę unikać kontaktu, ja będę słabnąć, a Cerber rosnąć w siłę. Napiąłem jeszcze bardziej wszystkie mięśnie. Musiałem najpierw zabrać stąd stworzenie, ale by się upewnić, że będzie mnie gonić, musiałem doprowadzić je do jeszcze większej furii. Uderzyłem głuchym plasknięciem o ubranie i wytworzyłem dokoła Cerbera lustra. Stworzenie natychmiast zareagowało atakiem, zbijało jedno za drugim, gdyż w każdym był mój wizerunek, w ten sam sposób coraz bardziej się irytując i okaleczając. Wybacz Evie, jeszcze chwilę. Słysząc jak tłuką się kolejne lustra przestałem je wytwarzać i Cerber przebił się do mojej osoby. Uśmiechnąłem się nerwowo i zacząłem biec jak najdalej od labiryntu, czy jakichkolwiek żywych stworzeń. Trójgłowy demon jak na zawołanie zaczął za mną podążać, przy tym odzywając się głosem brzmiącym jak szorowanie ostrym mieczem o stal w mojej głowie. Doprowadzał do okropnego bólu, przy tym każąc mi się zatrzymać. Odwracając się zobaczyłem stojącego Cerbera, nie atakował. Obawiał się? A może jest mądrzejszy niż myślałem? Nie miałem zamiaru przełamywać pierwszych lodów. Tym razem nie mam pomocy, sztuczka, którą użyłem z towarzyszami za pierwszym razem teraz nie wypali. Co robić? Mobius myśl. Wiercący mi dziurę w głowie głos nie ułatwiał sprawy. Serce mi kołatało jak szalone. Wykonałem ruch, który pierwszy przyszedł mi do głowy, pokryłem całą ziemię szkłem, sprawiając, że powierzchnia stała się śliska, a Cerber zaczął tracić równowagę. Wiedziałem jednak, że niedługo się przyzwyczai. Ruszyłem biegiem w stronę stwora, chcąc czy nie chcąc musiałem go okaleczyć, by go osłabić. Zacząłem tworzyć sztyletem płytkie skaleczenia, by upewnić się, że Evie nie straci zbyt dużej ilości krwi, jakbym popełnił chociaż najmniejszy błąd, dziewczyna mogłaby umrzeć. Wycofałem się zaraz, gdy lewa głowa próbowała mnie chwycić w szczęki. Jestem przywiązany do swojej duszy, więc nie tym razem. Stworzenie wbiło pazury w szkło, tym samym doprowadzając do jego pęknięcia. Zadowolony, sprawiłem że wszystkie ułamki utkwiły w ciele stworzenia, które zaczęło wyć z bólu. Mam przewagę, zwróciłem uwagę, gdy nagle wszystkie kawałki szkła zwyczajnie zostały wypchnięte z ciała Cerbera. Zdziwiony patrzyłem, jak krew stworzenia zaczyna się unosić wokół jego osi. No tak Evie jeszcze tego nie opanowała, więc nie miałem okazji poznać jak to działa. Zmarszczyłem brwi i zobaczyłem jak z krwi kreuje się jakiś kształt, nie czekałem długo by dostrzec wielki dwuręczny miecz podobny do mojego. Czując drżenie rąk przywołałem swój oręż, który pojawił się w mojej dłoni. To tylko krew, powinienem z łatwością się przebić. Nie myśląc nad tym długo stwierdziłem, gdzie stworzenie ma mniejszą ilość ran i tam zaatakowałem. Zamachnąłem się i uderzyłem z całej siły w imaginację miecza. Mój atak został z łatwością powstrzymany, zszokowany odskoczyłem do tyłu na bezpieczną odległość, jednak Cerber korzystając w większej ilości krwi wydłużył broń i uderzył we mnie z ogromną mocą, gdyby nie mój oręż, już dawno byłbym martwy. Spojrzałem pod stopy, których ślad hamowania było widać na dobre kilka metrów. Mój oddech zaczynał być ciężki i to nie przez strach, a wysiłek fizyczny. Próbując stwierdzić jak długo zdołam walczyć z Cerberem dostałem z bicza krwi prosto w twarz. Utraciłem chwilowo wzrok, co bestia wykorzystała i zadała mi kolejne uderzenia, które wytworzyły liczne płytkie rany na moim ciele. Wszystko zaczęło piec, do czasu, gdy powstrzymałem bezlitosną serię. Uderzenie w twarz doprowadziło do silnej opuchlizny, na lewym oku. W tej chwili jak nigdy przydałby się mój wodny pejcz, jednak deszcz przestał już dawno padać, a nie utrzymał się na tyle długo, by powstały kałuże. Brak widoczności na lewe oko bardzo osłabiło moją sytuację. Nie mogłem już się powstrzymywać. Ruszyłem w stronę stworzenia zaczynając wymieniać się z nim ciosami. Walczył niczym wyszkolony szermierz, jednak ja dłużej czasu spędziłem przy broni dwuręcznej. Przebiłem się i pozbyłem Cerbera jednej głowy, który okropnym wrzaskiem określił wielkość jego straty. Zbyt późno robiąc unik dostrzegłem wielką łapę, która uderzyła w moją broń wyrzucając ją wysoko w powietrze. Odleciałem na kilkanaście metrów uderzając plecami o drzewo. Usłyszałem gruchot łamanych kości. Wyczuwając przeszywający ból w klatce piersiowej dostrzegłem, jak cała jest pokryta krwią. Czując jak szybko mi jej ubywa, wiedziałem, że muszę coś zrobić w tej chwili, albo zginę. Patrząc na stojące i nie wzruszone stworzenie z trzema łbami wycofałem się delikatnie, kiedy jedna z głów znowu się odrodziła? To cholerstwo było w pełni siły i do tego napawało się moim cierpieniem. Nie widziałem już na jedno oko, było na tyle spuchnięte, że nie byłem wstanie go otworzyć. Nie mam szans w walce wręcz. Spojrzałem w bok na leżący na ziemi dwuręczny miecz. Nie mam wyboru. Szybko wytworzyłem wielkie lustro przed Cerberem i złączyłem ręce jak na modlitwę skupiając uwagę w jednym miejscu. "Znowu ta słaba sztuczka z lustrem" Usłyszałem głos, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Mobius skup się, nie daj się omotać. Zacisnąłem mocno powieki, a dłonie stały się białe od narzuconego na nie wysiłku. Trójgłowy pies zirytowany dziecinną zabawą zaczął biec na lustro, które rozbił, nie wiedział jednak, że za nim otworzyłem portal do innego wymiaru
- Żegnaj - Charknąłem, kiedy stworzenie wpadło do środka, a ja natychmiastowo je zamknąłem. Dyszałem ciężko. Nie miałem energii, cała magia mnie opuściła, jednak widziałem, że miejsce do którego wysłałem Cerbera, działało zabójczo, a czas tam płynął dużo szybciej. Jeśli zaraz nie otworzę ponownie portalu... Zachwiałem się i oparłem ramieniem o drzewo. Nigdy nie robiłem tego w tak krótkim odstępie czasowym. Zawsze musiałem czekać co najmniej kilka dni, a i tak miało to srogie skutki na moim organizmie. Nie zważając na konsekwencje, połączyłem dłonie i się skupiłem. Poczułem jak coś zaczyna rozrywać moją klatkę piersiową. W głowie dudnił odgłos dzwonów, a z nosa zaczęła cieknąć krew. Dobrze wiedziałem, że wykorzystuję w tej chwili maksimum swoich umiejętności. Widząc wytwarzający się mały porta, skupiałem się coraz bardziej, jeszcze tylko trochę, jeszcze trochę. Nigdy to słowo nie wydawało mi się tak motywujące. Ledwo mogłem unieść powiekę, wysiłek był tak silny. Tym ułamkiem wypatrywałem Evie. No dalej maleńka, wracaj do mnie. Poczułem jak jakaś ciecz napływa mi do gardła, po czym znajduje ujście w jamie ustnej. Próbując utrzymać się na nogach dostrzegłem, jak z ust cieknie mi coraz więcej krwi. Wszystko było rozmazane, dostrzegałem zaledwie plamy, kiedy coś czarnego pojawiło się w portalu, postawiłem wszystko. Rozłączyłem dłonie i schwytałem postać z dłoń mocno ciągnąc w moim kierunku. Upadłem na ziemię, a to coś obok mnie. Skuliłem się z bólu i przechyliłem twarz, by z ust wylać kolejne dawki krwi. Ostry ból brzucha doprowadzał do łez, w głowie miałem coś na rodzaj mieszkanki, która w każdej chwili może eksplodować. Leżąc tak kilkanaście minut mogłem już sensowniej poruszać kończynami. Podniosłem się powoli, przy tym przytrzymując drzewa i spojrzałem na posturę, którą wyjąłem z portalu. Zacisnąłem mocno pięści i zacisnąłem szczęki. Uderzyłem czołem o drzewo, po czym się odwróciłem i podszedłem do znanej mi sylwetki. Wziąłem resztką sił kobietę na ręce i otarłem dłonią jej twarz, jednak pokryłem ją jedynie większą ilością krwi. Przysunąłem wargi do jej ust i delikatnie ucałowałem. "Przepraszam" wyszeptałem powoli niosąc Evie przez morze zwłok
- Kilka godzin później -
Syknąłem z bólu czując jak igła kolejny raz wbija się w moją skórę
- Wiem, że boli, jednak rany zadane przez Cerbera są bardziej bolesne i dłużej się goją - Powiedział wujek zszywający moją ranę
- Zdziwiłbyś się z czym człowiek potrafi żyć - Westchnąłem patrząc na śpiącą Evie. Żyję z zakazaną miłością, to chyba jest najgorsze - Ile będzie nieprzytomna? - Zapytałem zatroskany
- Powinieneś bardziej martwić się o siebie -  A ja spojrzałem na wuja wyczekująco, który westchnął i dał mi upragnioną odpowiedź - Kilka dni, może dłużej - W tym momencie do pomieszczenia weszła ciotka, która niosła czystą wodę i szmatkę, którą zaczęła czyścić ciało dziewczyny
- Ty też powinieneś się umyć - Zwróciła uwagę na moje poplamione krwią ciało
- Zrobi to tylko skończę zszywać mu ranę - Fuknął wujek. Ciotka nie zostawiała na mnie suchej nitki, obwiniała mnie za nieszczęście, które spadło na Evie, natomiast jej mąż był mi wdzięczny za uratowanie jego córki. Mimo to nie czułem niczego. Przed oczami miałem liczne ciała leżące na ziemi skąpane w krwi zmieszanej z błotem. Zadawałem sobie pytania, czy mogłem to jakoś powstrzymać? Czy kiedy Evie mi mówiła, że musi ruszać, powinienem podjąć odpowiednie środki? Mój sen powinien wystarczająco dać mi do myślenia, a potem misja kuzynki, przecież to nie mógł być zwykły zbieg okoliczności. Kolejne ukłucie i kolejne, po tym na pewno pozostanie blizna, dobrze, że chociaż w niewidocznym miejscu, przez co dziewczyna nie będzie mogła go zobaczyć. Przez moją klatkę piersiową przechodziła ukośna linia, która już nie krwawiła tak intensywnie jak wcześniej. Pomimo mocnego zmęczenia nie potrafiłem zasnąć nawet na chwilę, gdyż przed oczami pojawiała się natychmiastowo prawdziwa masakra, która miała miejsce zaledwie kilka godzin temu. Czułem jak drżą mi dłonie, a oddech nadal jest niespokojny. Pokonaliśmy ich, myśl o tym, że zostali zabici. Bezskutecznie, dobrze wiedziałem, że Ci co to zaplanowali nadal są w Imperium, powiedział mi to jeden z mężczyzn, których bardziej przycisnąłem. Jeśli nic z tym nie zrobię znowu zbiorą armię chłopów pragnących wzbogacenia się za wszelką cenę. Widząc zszytą kompletnie ranę szybko wstałem z miejsca
- Nadal jesteś słaby, nie wstawaj - Wuj próbował mnie powstrzymać. Podszedłem do Evie, której delikatną dłoń ucałowałem z przeprosinami, że nie będzie mnie, gdy się ocknie
- Jestem Alphą, mam swoje obowiązki - Zacisnąłem szczęki i wyszedłem z budynku. Od razu skierowałem się w miejsce niedawno odbytej rzeźni. Patrzyłem na liczne zwłoki, niektóre były tak zmasakrowane, że trudno było zidentyfikować samą rasę. Poczułem niebywałe obrzydzenie
- Gotowy? - Obok mnie stanął KTS, a ja niepewnie pokiwałem głową. Musiałem to zrobić, mimo że to był nieprzyjemny widok i czułem okropny żal do siebie, że pozwoliłem tylu stworzeniom zginąć. Nie chciałem by KTS na to patrzył, jednak dobrze wiedziałem, że sam nie dałbym sobie rady. Zacząłem powoli identyfikować zwłoki, większość osób znałem. Niestety to nie było najgorsze zajęcie, najgorsze było przede mną. Poinformowanie rodzin o śmierci ich syna, córki, ojca, matki, narzeczonego... Jaka ilość dzieci została osierocona? Ilu rodziców dostanie zgryzoty przez tęsknotę za dzieckiem? Ale najważniejsze, jak im to przekazać? Umarli w chwale, broniąc swojego domu. To największy zaszczyt. Tak samo jak grób w postaci wbitej deski, na której wisi pamiątka po danej osobie, w miejscu stoczonej bitwy. Takich ludzi się nie zapomina, co innego tych przykrytych kilogramami betonu. Sprawdzając ilość poległych poczułem jak po policzku spływa mi łza. Kurwa. Zacisnąłem szczęki. Przepraszam was wszystkich. Szybko otarłem łzy, kiedy usłyszałem jak ktoś się zbliża
- Skończyliście? - Zapytał satyr, do którego stałem tyłem
- Tak.. wykopcie im groby, prywatne rzeczy, które przy nich znajdziecie powieście na deskach i wyryjcie ich imiona, macie je poznać za wszelką cenę. Niektórych jednak nie potrafiliśmy zidentyfikować - Podszedłem do satyra - U każdego połóż po jednym - Dałem mu do dłoni moje medaliony, które znaczą dla mnie więcej niż cokolwiek materialnego - Uśmiechnąłem się delikatnie przyjmując od KTS'a listę. Tak więc czas przekazać tę gorzką nowinę? Poczułem suchość w ustach i skręcenie w żołądku. Nie ma co tego odwlekać
- Kilka dni później -
Tak więc to tutaj. Spojrzałem na dzwonek, który po chwili nadusiłem palcem. Nie musiałem długo czekać na reakcję gospodarza. Drzwi otworzył mi masywny i dobrze zbudowany mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Zdążyłem jeszcze stwierdzić iż mężczyzna ma jedną tęczówkę niebieską, a drugą czarną, gdy drzwi zatrzasnęły się przed moim nosem. Czyżbym nie był mile widziany? Po chwili znowu dostrzegłem gospodarza
- Powiedz swojemu alfonsowi, że za ten numer zgłoszę skargę - To pierwsze słowa, które zostały do mnie skierowane, tak więc to jest Pan Darkness, niczym trudnym było wyczucie jego nadludzkiej siły, która potrafiłaby niejednego wbić w ziemię - Czeg..? - Chciał już warknąć mężczyzna, gdy przeszkodziła mu młoda dama stojąca za jego plecami
- Alpha TiCoD? - Zapytała dziewczyna spokojnym głosem, jej zachowanie częściowo mnie zmyliło i gdyby nie wygląd wziąłbym ją za dorosłą osobę
- Miło mi - Zrobiłem delikatny ukłon
- Ktoś jeszcze w tych czasach się kłania? - Prychnął sarkastycznie mężczyzna
- Lubię zachowywać stare rodzinne zwyczaje - Uśmiechnąłem się przyjaźnie, tym samym trochę wyprowadzając z równowagi gospodarza
- Co cię tu sprowadza? - Zapytała dziewczyna, tym samym powstrzymując Pana Darknessa przed arogancką odpowiedzią
- Chciałbym porozmawiać, na dość ważny temat - W tym momencie za mną pojawiła się jakaś kobieta, blondynka z kręconymi włosami, w skąpym stroju i widocznymi, dużymi kobiecymi walorami. Kiedy wróciłem wzrokiem do moich rozmówców zobaczyłem szeroki uśmiech na twarzy mężczyzny
- Ja mam niestety ważniejsze sprawy - Wyszczerzył jeszcze bardziej zęby zapraszając kobietę do środka i znikając gdzieś w jednym z pokoi
- Najwyraźniej wybrałem nieodpowiedni moment - Powiedziałem, dziękując stojącej przy mnie panience i miałem już się zawrócić, gdy dziewczyna mnie powstrzymała
- Skoro to ważna sprawa, powinniśmy to w tej chwili przedyskutować zamiast zwlekać - Początkowo nie byłem pewny, czy rozmowa na taki temat z tak młodą osobą jest odpowiedni. Aczkolwiek widząc zachowanie Pana Darknessa, wiedziałem, że nie powiem nic co ją zszokuje
- W takim razie, powinniśmy wejść? - Zapytałem, a dziewczyna  zerknęła nerwowo za siebie
- Powinniśmy znaleźć odpowiednie miejsce - Czarnowłosa poprowadziła mnie po schodach i znaleźliśmy się w małym pokoju położonym daleko w głąb budynku - Przepraszam, że takie miejsce, ale tutaj nie będzie słychać.. wiadomo czego - Powiedziała ze stoickim spokojem i spojrzała na mnie wyczekująco
- Assyrio zostało zaatakowane, przez ludzi zamieszkujących Imperium - Dziewczyna nie ukrywała niemałego zdziwienia, że doszło to do jej uszu dopiero teraz - Chciałbym, jako iż tu zamieszkujecie wyrównali rachunki, a najlepiej sprawdzali wszelkie pogłoski, gdyż niestety iż tego nie robicie, jeden z moich ludzi, szpieg, ciężko ucierpiał podczas sprawdzania tych informacji i to nie tylko fizycznie - Tłumaczyłem nie próbując nikogo oskarżać, chciałem jedynie by byli bardziej czujni - A dziesiątki straciło życie - Dodałem z powagą
- Wojna to coś prostego, pozabijają się i minie, skoro tutaj jesteś pewnie ich wszystkich powybijaliście - Prychnęła dziewczyna, na co spojrzałem na nią wrogo. Nie spodziewałem się tak lekceważącego podejścia. Jednak rozmowa z tą młodą damą nie była dobrym pomysłem, oby Pan Darkness wykazał krztę rozumu, ta sytuacja musi być wyciszona, bo może się powtórzyć, a pokój o jaki wywalczyliśmy, może nagle przemienić się w wojnę między wszystkimi rasami
- A kiedykolwiek informowałaś rodziców o śmierci ich ukochanego dziecka? - Podniosłem głos, jednak szybko się opamiętałem, była młoda, powinienem bardziej nad sobą panować, tym bardziej w zaistniałej sytuacji - Przepraszam uniosłem się, będę już wracał, spieszę się, proszę o wybaczenie i poinformowanie Pana Darknessa o wszystkim, co dzisiaj panience przekazałem  - Ukłoniłem się delikatnie. Wyszedłem z domu Riversów, spieszyłem się na spotkanie z informatorem. Wszedłem w jedną z ciemnych uliczek i spojrzałem na zegarek, jeszcze dwie minuty. Nie musiałem długo czekać, wystarczyło by mój wzrok przyzwyczaił się do panującego tu mroku. Zobaczyłem niskiego mężczyznę, ciągnącego za sobą smugę smrodu. Śmierdział jak zjełczały tłuszcz, czy wnętrze śmieciarki w upalny dzień. Miał na sobie parę podartych, starych spodni, w równie ubogim stanie szarą koszulkę i wyblakłą, niebieską kurtkę od ocieplacza, z której naderwany zamek błyskawiczny wisiał jak naszyjnik zębów. Wierzchy butów miał połączone z podeszwami taśmą klejącą. Przy tym mężczyźnie nawet najprostsza czynność była trudna, oddychanie było prawie niemożliwe. Uśmiechnąłem się krzywo, by nie być niemiłym pokazując niezadowolenie z jego odoru. Najważniejsze jest to, że ta jego imaginacja bezdomnego działa przeciwko innym i bez problemów może szpiegować, a za dobrą opłatą wydać każdą informacje
- Dzień dobry - Uśmiechnąłem się miło i rzuciłem rulonik studolarówek w stronę mężczyzny - Tak więc gdzie ich znajdę? - Zapytałem wpijając mój wzrok w twarz bezdomnego
---
Wszedłem do starego mieszkania. Strasznie śmierdziało nawet gorzej od mężczyzny, z którym niedawno miałem styczność. Najwyraźniej do ścian budynku dostały się zwierzęta i tam zdechły, a teraz powoli się rozkładają. Zasłaniając koszulką usta i nos podszedłem do okna i je otworzyłem na całą szerokość. Wychyliłem się na zewnątrz i nabrałem powietrza. Chyba czas bardziej dbać o swoje domostwa. Nabrałem powietrza i zacząłem przeszukiwać pokoje. Nic pożytecznego. Przeszedłem dalej i otworzyłem powoli szafę, z której nagle wybiegła cała rodzinka rosomaków, czy innego podobnego zwierzęcia
- Kurwa.. - Warknąłem uderzając mocno nogą o podłogę. Westchnąłem głośno i przeczesałem dłonią włosy. Informowanie ludzi o śmierci ich bliskich sprawiło, że stałem się nerwowy. Uspokój się Mobius. Głęboki wdech i wydech. Przebadałem szafę, z której wyjąłem stary plecach. Znalazłem. Jak najszybciej opuściłem mieszkanie i wyjmując z kieszonki kluczyk skierowałem się w stronę garaży znajdujących się niedaleko. Nawet na chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, czy by nie odpuścić? Brak wahania, gdy zwykle przed chęcią zabicia kogoś mam natłok myśli. Otworzyłem garaż, z którego wziąłem wszystkie naboje, jakie miałem, ponad czterysta sztuk. Włożyłem je do starego plecaka i zarzuciłem go na ramię. Kiedy znowu wyszedłem na słońce, uśmiechnąłem się beztrosko. Tak uśmiechałem się za dziecka w moje urodziny, w Boże Narodzenie, gdy miałem okazję siedzieć przy stole z bliskimi. Bez jakichkolwiek zmartwień, tylko ja i oni, brak myśli o przyszłości, czy jakiekolwiek bolesnej przeszłości. A teraz czas kilku zmartwień się pozbyć, by więcej nie zaprzątały mi głowy. Załadowałem snajperkę i schowałem ją pod płaszcz, ruszyłem w kierunku miejsca nad autostradą, gdzie mogłem schować się w cieniu opuszczonego budynku, z którego niedługo ludzie usłyszą strzały.

< Evie? Końcówka delikatnie niezrozumiała, dlatego wyjaśniam, że Mobius idzie zabić tych co wymyślili ten atak na Assyrio, i to jest kilka dni przed twoim wybudzeniem xD Koniec ze słodkością>