Fire Arkadia Rivers


Imię: Firesa Arkadia Rivers (czyt. Firesa Arkadia Riwers). Nazwisko przejęła po swoim towarzyszu, Viperze. Nawet w dowodzie ma zapisane, że jest jego młodszą siostrą. Imię "Firesa" kjest imieniem fantastycznym. Właśnie od niego powstał skrót "Fire"  oznaczający po prostu ogień. Często nazywana jest również Blue Fire.
Rasa: Smoczyca, jednak z początku pewnie nawet tego nie zauważysz.
Żywioł: Woda
Właściciel: Viper. Kiedyś traktowała go jak ojca, w później zaczęła się w nim podkochiwać. Dziwne, ale prawdziwe. Za swojego drugiego właściciela uważa Hikaru. Ją traktuje bardziej jako matkę, lub niańkę. Albo ciotkę.
Opis Towarzysza
APARYCJA: Fire jako dziewczyna ma zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu. To dosyć mało jak na czternastolatkę. Jej długie, pofalowane brązowe włosy sięgają jej do łydek. Nigdy ich nie wiąże. Nie lubi tego. Jej oczy, podobnie jak i u Vipera, są w kolorze oceanu, niezwykle błękitne, które potrafią, według chłopaka, hipnotyzować. Ubiera się zazwyczaj elegancko, w spódnicę, rajstopy, jakiś mundurek, podobny do szkolnego w odcieniach granatu i błękitu. Ma szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Biustu nie ma praktycznie wcale. Jako smok Fire jest o wiele większa, jednak nadal mała, jak na smoka, które to potrafią osiągnąć wielkość do stu metrów długości. Ona sama jest długa jak cztery miejskie autobusy (z ogonem), a rozpiętość skrzydeł wynosi.. tak około czterdziestu metrów. Ma nieskazitelnie  białe łuski. Nie posiada tęczówki w oczach, a źrenice są zwężone jak u kota. Brzuch, obwódki oczu, oraz końcówki skrzydeł ma zafarbowane na turkusowo. Na całym ciele posiada też intensywne, niebieskie kropki.
[C] Tiffashy
OSOBOWOŚĆ: Jest to istotka bezczelna, potrafiąca sprzeciwić się każdemu, bez względu na rangę, jaką posiada, lub inne dyrdymały. Hierarchii w sumie to ona nigdy nie uznawała. Spróbuj w jej obecności tylko zbliżyć się do Vipera, to naprawdę gorzko tego pożałujesz. Arkadia należy do osób zazdrosnych, a zwłaszcza o NIEGO. Potrafi zaatakować w dowolnym momencie i nigdy nie wiesz, jak zareaguje w danej chwili. Nie należy do wiecznie ryczących małolat, cykających sobie selfie. Można powiedzieć, że jest to "baba z jajami", która nie wstydzi się niczego. Typowa chłopczyca, jarająca się horrorami oraz flakami. Kocha rajdy samochodowe, mogłaby nawet wziąć w jednym z nich udział. Jest lojalna, zarówno wobec Vipera jak i Hikaru. Jest wybredna i potrafi narzekać nawet na najdrobniejsze niedociągnięcia. Leniwa, jednak nie uważa tego za jakąś złą cechę. Nie potrafi zarówno kłamać, jak i manipulować innymi. Po cichu jest romantyczką.
Historia: [KLIK]
Moce:  
  • Blue Fire - smoczyca posiada swój specjalny ogień, odporny na wodę, związany właśnie z tym żywiołem. Potrafi za pomocą oddechu wywołać ów ogień. W ludzkiej formie ciska takim ogniem za pomocą kończyn. Wbrew pozorom jest to naprawdę gorące, więc nie radzę łapać.
  • Smocza Krew - Arkadia potrafi dzielić się swoim darem przemiany w smoka za pomocą swojej własnej krwi, którą może ofiarować dowolnej istocie. 
  • Neutralizacja - Pozwala na zneutralizowane dowolnych zaklęć. Nie ważne, jaki to rodzaj magii. Co więcej, zneutralizowane zaklęcie potrafi obrócić przeciwko jego stwórcy, ale niekoniecznie musi. Im więcej zaklęć zneutralizuje, tym lepiej potrafi władać magią. Co za tym idzie? Smoczyca oprócz neutralizować, potrafi i rzucać zneutralizowane zaklęcia, kiedy tylko chce. 
LEVEL:
Punkty
 Siła: 0 Szybkość: 20 Wytrzymałość: 10 Magia: 30

Od Raza c.d Tytanii

Jak jest w domu pogrzebowym? Hmm? Nie wiecie? Ciekawie. Nie strasznie, ponuro. Ciekawie. Wszystko sprawia wrażenia innego. W końcu to jest miejsce, gdzie trafiają ludzie, którzy się wyrwali. Odcięli od świata. Skończyli z czasem. To jest miejsce gdzie kończy się czas. Nie, nie w szpitalu, na ulicy. Czas kończy się dopiero gdy znajdziesz się pod ziemią. Dlaczego? Bo jeszcze tu jesteś. Każdy może cię zobaczyć. Czyż rodzina nie żegna zmarłych? Jak już mówiłem dom miał swój urok. Spokój. Ale małe trupie rączki, które wyciągnęły Tif pod podłogę go zaburzyły. Niestety. Albo stety? W sumie chyba jeszcze nie zdziadziałem aż tak, żeby pragnąć tylko spokoju. Nieee.... nadal chcę akcji. Chcę dużo akcji. Chcę przygody, imprez, zabawy! Ale... najpierw trzeba ogarnąć wszystko i mieć nadzieję, że znowu wszystko się nie spierdoli. No.... to może zacznę ogarnianie od wyciągnięcia Tif spod podłogi. Podszedłem spokojnie do dziury w schodach. Wyciągnąłem rękę do Tiffany. Małe zombie-ścierwo co chwilę łapało się jej nogi. Co chwilę wpadała w "mini panikę" i nie mogła złapać mojej ręki.
- Odsuń się Tif. - powiedziałem. Odwróciłem się i złapałem pierwszą lepszą masywną rzecz. Tą rzeczą okazał się być tak na oko dwu kilogramowy kamień, jeden z elementów ozdobnych. Wziąłem zamach i rzuciłem tym w łeb tej małej pokraki. Zgniła dziewczynka upadła na ziemię z zmasakrowaną głową. Tytania na chwilę się wzdrygnęła ale potem złapała moją rękę i dała się wciągnąć.
- Przecież to była mała dziewczynka - powiedziała patrząc na trupa.
- Nie. To było zombie. Trup jak trup. Dobrze, że nie mutant. Chodźmy stąd Darknessa tu nie ma. - zastanowiła się chwilę  a potem powiedziała.
- No nie wiem. Powinniśmy to dokładnie sprawdzić. Może to jednak być ważniejsze niż myślimy. - faktycznie dobrze mówiła, ale.. ja już w głowie miałem inne rzeczy. Już miałem plan. Plan, w którym w końcu będzie fajnie. Plan, w którym pierdolę to jak ważna jest ta sprawa.
- Wiesz co ci powiem. Masz rację. Ale chyba się ze mną zgodzisz, że każdy ma dość tego napięcia, stresu i ciągłego-"jest źle i może być gorzej". Dlatego mam propozycję. Zbierzmy SC i się odstresujmy... zapomnijmy o tym wszystkim na chwilę. I wiesz, że nawet mam pomysł jak możemy to zrobić. W całym Nowym Yorku jest jeden klub, który będzie dobrym wyborem. Największy, najlepszy i najporządniejszy SOLAR. Co ty na to?
(Hej..... hej....... wróciłem choć nie wiem na ile. Nwm jak to będzie. Mam dużo nauki. Itp. Ale największym problemem jest to, że kiedy piszę nie czuję tego co kiedyś mnie do tego pchało. Nie mam już z tego takiej przyjemności jak kiedyś. Mam nadzieję, że to się zmieni. Przepraszam za czas oczekiwania i za długość. Ale zaraz biorę się za BOEL ale jebać i tak nie wiecie co to za lekcje.)

Od Miyashi - Quest 15 [+16] [+18]

 Była siódma rano. Nie spałam od około czwartej nad ranem, kolejny koszmar mi przerwał sen. A w sumie sama przerwałam, ponieważ sen wzbudzał we mnie strach z tego powodu. Powstrzymywałam się od niego. Przy okazji bolało mnie gardło, sama nie wiem od czego. Jak mogłam się czymkolwiek zarazić w domu? Krzyczałam? Nie, na pewno nie… ktoś by usłyszał i mnie obudził… Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Chciałam pójść otworzyć, kiedy usłyszałam:

Sadako

 Imię: Sadako
Rasa: Lalka porcelanowa
Level: 1
Opis towarzysza:
Ma około 60 cm wzrostu. Jej włosy są brązowe, a oczy duże i brązowoszare. Nosek jej jest malutki, tak jak i usta. Jej ciało jest śnieżnobiałe i delikatne, w końcu jest z porcelany. Jej sukienka jest biała z brązowymi elementami, a buciki o kolorze czekoladowym z białymi kokardkami. Nosi naszyjnik z motylem.
Jest spokojna, czasem uśmiechnięta. Czasami prawie nie okazuje emocji, ale jest to zależne od jej nastroju. Uwielbia być przytulana, ale nie przez nieznajomych, chyba że to malutkie dzieci będące w wieku przedszkolnym. Nie przepada za przemocą i unika jej jak ognia. Lubi jak ktoś się o nią troszczy.
Powstała ona w Czechach, przed pierwszą wojną światową. Wtedy była ona w jednym z przedszkoli jako lalka do zabawy. Była bardzo lubiana, ale podczas wojny przedszkole zostało zamknięte, a lalka wywieziona do Niemiec. Przez kolejne dziesiątki lat służyła dzieciom z pewnej niemieckiej rodziny. Po drugiej wojnie była na terenie dawnej Republiki Federalnej Niemiec, tam zatrzymał ją na granicy z NRD jeden z amerykańskich żołnierzy, nawet o tym nie wiedząc. Była ona w pudełku z narkotykami, aby odwrócić uwagę wojska. Jednak nie udało się to. Po kilku latach trafiła do Ameryki, gdzie już została do teraz. Tam była w pewnej rodzinie, jednak rodzina wyprowadziła się. Po tym wprowadziła się kolejna, nie wiedząc o tym, że lalka została. Ta rodzina była tam krótko, a gdy opuściła dom, budynek stał pusty. Pewnego dnia spłonął, ale Sadako została w całości. Po pożarze jej prawa rączka się urwała, ale gdy Miyashi ją odnalazła – naprawiła ją z pomocą jednego z artystów zajmujących się tworzeniem artykułów z porcelany. Po śmierci artysty Sadako zaczęła żyć w pełni należąc do Miyashi. Do dzisiaj nie wiadomo jak to możliwe, że ożyła, prawdopodobnie spowodowała to magia.
Magiczne zdolności:
** Telekineza
** Kontrola nad światłem
Modyfikacje genetyczne: brak
Właściciel: Miyashi 
Statystyki:
| Siła: 5 | Szybkość:  20 | Wytrzymałość: 5 |Magia: 30 |

Od. Alexa c.d Berbali


Pierwszym. co poczułem po przebudzeniu, był chłód. Zimno przeniknęło przez moją skórę sprawiając, że mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, co tak faktycznie się stało.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się dookoła. Nie rozpoznawałem tego miejsca. Mój oddech zmieniał się w obłoczek pary zaraz po opuszczeniu moich nozdrzy. Co gorsza, nigdzie nie widziałem tamtego basiora. Nawet nie wiem, jak ma w końcu na imię, bo raczej "Berb" to on się nie nazywa.
Westchnąłem głęboko i podniosłem się z ziemi. Podmuch wiatru sprawił, że lekko zachwiałem się na nogach. Ponownie przeczesałem teren wzrokiem w nadziei, że znajdę gdzieś białego wilka. Nic takiego jednak się nie wydarzyło.
Jasny gwint, gdzie go wywiało?
Ruszyłem przed siebie, nie wiedząc dokładnie, gdzie idę - szczyt inteligencji.
Przedzierałem się przez różne zarośla, przystając co jakiś czas, aby poszukać jakiegokolwiek śladu białego basiora. Niestety, nie zobaczyłem nic innego oprócz różnego rodzaju flory wchodzącej w skład lasu, w którym właśnie byłem.
Nie wiem, jak długo chodziłem po gęstwinie, ale w końcu zimno stało się tak dokuczliwe, że nie mogłem zrobić nawet kroku. Skuliłem się więc pod drzewem i rozpaliłem ognisko w pobliżu. Otoczyłem je naprędce znalezionymi kamieniami, aby nie wzniecić pożaru. Tylko tego by mi brakowało.
Spojrzałem w ogień. Przyglądałem się żywości jego barw, a ciepło przez niego wytwarzane powoli rozgrzewało moje ciało. Jednak nie czułem się szczęśliwy.
Gdzieś tam siedział tajemniczy "Berb", a wątpię, żeby z nim było tak wesoło jak ze mną. Po jakże długiej, kilkusekundowej chwili namysłu zgasiłem płomień jednym machnięciem i ruszyłem w dalszą drogę.
Po raz kolejny przedzierałem się przez gęstwinę, jednak tym razem nie towarzyszyło mi światło dnia. Po ciemku szło mi nieco gorzej tym bardziej, że w trakcie marszu próbowałem nawiązać kontakt telepatyczny.
I w końcu go usłyszałem, a raczej wyczułem. Słaba poświata świadomości, świadcząca o tym, że z tamtym nie jest za dobrze.
Szybko ruszyłem w tamtym kierunku. Znalazłem go leżącego pod drzewem. Jednak nie to zaniepokoiło mnie najbardziej. Jego sierść i tak już biała, pokryta była jasnym nalotem. Z ulgą stwierdziłem, że oddycha.
Ponownie rozpaliłem ognisko. Starałem się, żeby było ono jak najbliżej basiora, żeby mógł się ugrzać, ale żeby przypadkiem nie spopielił się na wiórek.
Sam położyłem się nie daleko, jednak nie zmrużyłem oka przez całą noc.
To dla mnie żadna nowość.

<Berbali? Sorki za długość>

Od Zdrajcy cd. Est

- ...efakty? - Zdrajca był wyraźnie poruszony. - ...o ...ię je?
- Badumtss - skomentował Sans, strzelając kostkami. A widząc, że czarny wilk nie do końca rozumie, o co mu chodzi dodał: - Artefakty, to rodzaj przedmiotów, przechowujących, skumulowaną w nich przed wiekami magię. Oczywiście nie jest ona nieskończona, jednak zdecydowanie przewyższa magię przeciętnej osoby. Często, by powstał artefakt, ktoś musi oddać swoją duszę.
  Na te słowa z cichym szumem i krzykiem Est wpadła w pobliską zaspę. Zdrajca stracił zainteresowanie słowami szkieleta i nie pa patrząc, czy ten ma coś jeszcze do powiedzenie, podbiegł do jasnej wadery. Pomógł jej wygrzebać się ze śniegu, robiąc przy tym zmartwioną minę.
- ...ystko ok? - spytał, strzepując jej łapą resztki śniegu z głowy. 
- Poza tym, że ten idiota wystrzelił mną w powietrze, a potem puścił?! - warknęła Est, odtrącając łapę Zdrajcy (swoją drogą omal go w ten sposób nie przewracając...) i wymijając go, by skierować się w stronę Sansa. - SANS! Jak mogłeś to ze mną zrobić?!
- Daj spokój Est, to była tylko demonstracja naukowa. - Szkielet rozłożył ręce w wyrazie bezradności. - Przecież nic ci się nie stało.
- Zamorduję cię! - Wadera na wyprostowanych nogach, z zaciętym wyrazem pyska coraz bardziej zbliżała się do swojego przyjaciela. Wyglądała na prawdę groźnie... no może nie na prawdę. Może trochę bardziej uroczo, jak dziewczynka złoszcząca się o cukierka, ale wciąż Zdrajca wolał nie ryzykować, że ten mały demon zrobi coś niebezpiecznego. Obrócił się gwałtownie, by pojawić się pomiędzy szkieletem i wilczycą, swoim nagłym pojawieniem się sprawiając, że oboje odskoczyli. Czarny wilk usiadł i zwiesił smutno głowę.
- ...epra...am, że ...eze m...e ...ię ...okłóciliście... - wymamrotał. - ...ie ch...ałem, ...eby tak ...yszło. Ale... ja... ja ...otrze...wałam ...egoś... chce ...mie...kać na ...iebie. Bo ..utaj... ...iejsc... ...a mnie.
- Chyba nie do końca rozumiem, co mówisz... - zaryzykowała przerwanie mrukliwego wywodu wilka Est. - Chcesz... zamieszkać na niebie?
Zdrajca pokiwał twierdząco głową. 
- ...utaj ...ie ma ...iejsc... ...a mnie - powtórzył, nie patrząc na żadnego z rozmówców. Gdy wypowiedział to na głos poczuł się jeszcze gorzej. Entuzjazm sprzed kilku minut gdzieś kompletnie zniknął. Tutaj nie ma dla niego miejsca, jednak czemu miałoby być na niebie? Przecież... tam też będzie sam. Też będzie komuś zawadzał. Też będzie zagubiony. Może nawet bardziej. Wilk poczuł, jak coś smolistego wypływa z jego oczu, a gdy spojrzał pod łapy, ujrzał czarną plamę na śniegu, delikatnie błyszczącą jakby drobnym pyłem krystalicznym.
(Est?)

Od Hikaru c.d Vipera

Spojrzałam tępo na niebieskowłosą dziewczynę. Wyglądała zupełnie jak ja – kurdupel  z krótkimi włosami. Świetnie, czyli ja też miałam swoją anty wersję? Ciekawe jaki był w  tym wypadku Viper. Dziewczyna rzucała się i gadała jakieś niezrozumiałe rzeczy. Viper wyglądał na równie zdezorientowanego co ja. I w tym momencie podbiegł do nas anty-Darkness i wcisnął mi do rąk koszyk wypełniony czekoladkami. Bez słowa, ze sztucznym uśmiechu na twarzy, wypchnął nas na zewnątrz i zamknął z hukiem drzwi. A to tchórz, pewnie się bał o swoje zdrowie. Viper skupi się na rozmowie z niebieskowłosą, która skakała na wszystkie strony i opowiadała coś, czego żadne z nas nie było w stanie zrozumieć.
Zajęłam się koszykiem z przysmakami. Właściwie to był on całkiem niezłą rekompensatą za to nagłe wyrzucenie nas na zewnątrz. Był tu zapas czekolady, mnóstwo cukierków, batonów i KINDER NIESPODZIANEK!!!
Wzięłam pierwsze jajko i rozerwałam papierek. Chwilę później, o mało co nie dławiąc się czekoladą, próbowałam otworzyć plastikową kapsułkę z zabawką.
Pierścionek. 
Różowy, plastikowy pierścionek ze złotym koralikiem. Uśmiechnęłam się pod nosem, może być z tego całkiem niezła akcja.
Schowałam pierścionek do kieszeni i powolnym krokiem podeszłam do Vipera. Złapałam go za rękę i spojrzałam mu głęboko w oczy. Cóż, musiałam przyznać, że już dawno porzuciłam myśl, że ktoś mnie pokocha, a myśl, że zostanę starą panną ze stadem kotów była coraz wyraźniejsza i zaczęłam się już do niej przyzwyczaić, jednak co złego było w małej zabawie kosztem alfy? Viper wydawał się być co najmniej zdziwiony. Odciągnęłam go na bok, jakieś trzy metry od mojej drugiej wersji z niebieskimi włosami. Stanęłam naprzeciwko chłopaka z poważną miną.
- Wiesz, długo o tym myślałam – zaczęłam. Musiałam nieźle się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć śmiechem, może i dobrą aktorką nie byłam, ale w takiej chwili byłam zdolna do wszystkiego. – To wszystko przez co razem przeszliśmy… -Viper zaczął powoli robić się blady jak ściana. Patrzył na mnie nie wiedząc co powiedzieć. – Tyle nas już łączy, ta więź… nie jest już niczym zwykłym. – To. Będzie. Piękne. – To dość trudna decyzja i wciąż nie jestem pewna, czy to dobry wybór… -  Viper nerwowo przełknął ślinę i uśmiechnął się krzywo. Musiałam zadzierać głowę, bo mimo tego, że chłopak nie był przerośnięty, to i tak w porównaniu do mnie był wysoki. Ale zadzieranie głowy bardzo się przydało. Promienie słońca raziły mnie, przez co oczy zaczynały mi łzawić. – Ale moje serce zawsze bije coraz szybciej gdy tylko cie widzę. Nigdy nie mogę się skupić gdy jesteś przy mnie, przy tobie czuje się bezpieczna i ważna.
DRAMATYCZNA PAUZA.
Przyklękłam na jedno kolano i złapałam dłoń Vipera. Z kieszeni wyciągnęłam różowy pierścionek i z uśmiechem na ustach zapytałam:
- Czy wyjdziesz za mnie?
<VIPERRRRRRRRRRRRR, BĘDĘ CIĘ NĘKAĆ JEŚLI NIE POWIESZ "TAK">

Od Hikaru/Kano/Noxy - Konkurs

#1

#2

#6

#7
Zatem Hikaru kupuje paczkę z prezentem i wręcza ją Viperowi, który dostaje +200 do umiejętności podpierdzielania walizek ze stanikami!


#9
(Nie ma to jak krzywa bombka)

#10
(Nie ma to jak kiepski skaner co pozjadał kolory +jestem zbyt leniwa by bardziej się postarać:c)

Od Darknessa i Vipera c.d Tyks

*D*
Spojrzałem na kobietę kot, która usiadła obok mnie. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głowy, jakby pierwszy raz w życiu spojrzała na moje ciało. W sumie, to naprawdę mało osób miało okazję zobaczyć mnie w formie "furry".
- Ty? - zapytała i cofnęła się kilka kroków.
Zaśmiałem się i wstałem z siedzenia. podłoga aż zaskrzypiała. Tyksona chciała przede mną uciec. Nie pozwoliłem jej nawet oddalić się od siebie. Złapałem ją za rękę. Kobieta syknęła i spojrzała na mnie. Syknęła cicho. Nagle coś stuknęło. Pobliska szafa poruszyła się, jakby ktoś się w niej wiercił. Wypadł z niej mój syn.
*V*
Tak naprawdę znalazłem się tutaj przypadkiem. Wiercąc się po okolicy znalazłem w niej dom. I Bahura, przechadzającego się po ogrodzie. Skoro on tutaj był, to i musiał być tu mój ojciec. Wszedłem do starej, rozpadającej się szopy, aby przyjrzeć się niej z bliska. Usłyszałem hałasy i chcąc się schronić, wpadłem do tego oto pomieszczenia. A potem do szafy. Nie zauważyłem nawet ogromnego pająka, łażącego po moim ramieniu. Chciałem go strącić, ale zamiast niego, strąciłem cały mebel. Hałas obudziłby zmarłego.
*D*
Przyszedłem pod mebel i rozbiłem go jednym uderzeniem swojej wilczej łapy. Spojrzałem na Vipera, leżącego na ziemi.
- Czeeść ojciec. - mruknął chłopak i wstał.
Obejrzałem się za siebie. Tyksona zwiała.
<Tyksu? Ktoś? Nie ma jak odpisać sobie samemu ze względu na konkurs :")>

Od Berbaliego c.d Alex

Siedziałem sobie spokojnie, kiedy ktoś do mnie powiedział:
- Hej.
- No hejo. - Wstałem i popatrzyłem, się na wilka. - Kto ty? - powiedziałem.
- Jestem Alex, a ty?
- Berb... - Nie dokończyłem, po zobaczyłem lodowego smoka.
- Dokończ.
- Nie mogę zobacz...
- Gdzie?
- Popatrz! W górę!
- Dobra! - Alex patrzył się w górę.
- TEN SMOK! ON... - Nie skończyłem mówić, bo smok trafił mnie swoim lodowym ogniem. Zostałem zamrożony, ale żyłem. Kiedy się obudziłem nie byłem zamrożony, byłem w dziwnym świecie. Był on mroźny, zimny i lodowy. Było mi zimno. Szedłem patrząc się w dół. Słabłem z każdą chwilą, kiedy osłabłem całkiem spadłem na śnieg.
Est: Coraz mniej błędów! :D Good job! Tylko jeszcze naucz się wierszyka o interpunkcji który ci dałam ;w;

Od Vipera #3 "Coś za dużo tych panienek, czyli jak NIE zdobyć dziewczyny - Zatruta Miłość"


Jak to się stało, że ganiają mnie rozkochane pannice? Mercury, Accelia, Hikaru, Fire oraz Shira? Tego jest po prostu za wiele! Nigdy nie otwieraj drzwi obcym - wmawiali nam dorośli. Teraz sądzę, że nie powiedzieli nam wszystkiego, bo pełne zdanie by brzmiało "Nigdy nie otwieraj drzwi obcym oraz tłumie kobiet". Wszystkie z nich nagle rzuciły się na mnie, z czego dwie (Hiakru i Mercury) zaczęły mnie całować, jedna rozbierać (Accelia, nigdy bym się nie spodziewał, że z niej taki zbok!), a dwie pozostałe obsypywały mnie życzeniami z okazji dnia poligamistów (teraz wiem, że taki dzień nie istnieje) i zakładali mi na głowę ręcznie robiony wianek. Ja rozumiem, że jestem seksowny, ale żeby aż tak? Nigdy w życiu bym się czegoś takiego nie spodziewał. Kiedy mnie otoczyły - byłem bezradny. Nie chciałem żadnej z nich robić krzywdy, ale nie potrafiłem dać im też do zrozumienia, że po prostu jedna kobieta to wszystko, czego mi trzeba. Ponoć poligamia to fajny zwyczaj. Panowie, wyobrażacie sobie? Pięć żon, z czego jedna ci plecki pomasuje, druga ugotuje przepyszny obiad, trzecia ogarnie porządki, czwarta wychowa dzieci, a z piątą zawsze możesz się pobawić. Jednak żeby to szło aż tak szybko? Nieee.. Kiedy w końcu udało mi się uwolnić z tego tłumu, pierwsze co zrobiłem, to wbiegłem do mieszkania mojego ojca. A raczej nie tyle mieszkania co "Domu Spokojnego Spoczynku", Darkness siedział na biurku, noga na nogę i coś czytał. Nie widziałem okładki.
- OJCIEC! JAKIE JA MAM DZISIAJ BRANIE! - zawołałem i schowałem się za plecami Darknessa.
Mężczyzna spojrzał na mnie i zapytał:
- Jesteś pewien, że żadna z nich nic nie brała?
- Skąd..?
- Widzę je za oknem. - Darkness uśmiechnął się i znowu wziął się za czytanie lektury.
Pisnąłem jak dziewczyna, widząc tłum kobiet, z transparentami pod tytułem "KOCHAMY CIĘ, VIPER!", "WYJDŹ ZA MNIE", lub z jakimiś bardziej zboczonymi tekstami. Wtedy spojrzałem na Hikaru. Miała jakieś dziwne oczy..właściwie wszystkie je miały. Różowe, przekrwawione gały jak po..eliksirze miłosnym. Klasnąłem w dłonie. Znałem przepis na odtrutkę, ale potrzebowałem czasu. A te kobiety czasu mi nie dawały!
- Pożyczę twój gabinet zabiegowy do obrabianie trupów. - powiedziałem szybko i wyskoczyłem zza biurka.
Akurat wtedy tłum kobiet wkroczył do pokoju. Szybko ruszyłem pędem po schodach, kierując się do pomieszczenia, w którym Wilkobójca kremował zwłoki. Wpadłem do niego i zamknąłem się na klucz. Na szczęście na stole nie było żadnego ciała. Sprzęt tu był jak marzenie. To właśnie tutaj niektórzy chirurdzy przeprowadzali za zgodą Darknessa różne zabiegi. Oczy aż mi się zaświeciły. A gdyby wziąć na wiwisekcję Hikaru? Moje nowe marzenie i nowy cel w życiu!
- Dobra..marihuana lecznicza..gdzieś tu ją trzymał. - mruknąłem sam do siebie i zacząłem przeszukiwać szybko szafki.
Ktoś mocno uderzył w drzwi. Usłyszałem tylko głos Hikaru. Dziewczyna prosiła mnie, abym otworzył drzwi, ale ja kategorycznie odmówiłem. Znalazłem liście. Wrzuciłem do znalezionej wcześniej miski i zacząłem przeszukiwać pułki, aby znaleźć jeszcze pióro feniksa, krew "Świętego Byka" oraz dwa inne składniki, których nazwy już nie pamiętam. Wrzuciłem to wszystko, rozdrobniłem i wlałem płyn do inhalatora. Otworzyłem drzwi i włączyłem go, uwalniając opary. Dziewczyny zaciągnęły się i wszystkie jakby..znormalniały. Tylko ja zacząłem się szaleńczo śmiać. Obraz mi się rozmył i zapadła ciemność.

Od Tytanii #3 "Zatruta Miłość"


Prawda jest taka, że mojemu bratu do rozumu nie przemówisz. I nie mam tu na myśli Anubisa, bo on jest w miarę normalny. W miarę. Kochany Viper najpierw chce mi nagrać sextaśmę, a później prosi mnie, abym go przenocowała. Jego wina, że nie potrafi sobie znaleźć mieszkania, a ja oczywiście muszą za to płacić. Bo czemu nie?! Percy wbił do chaty Raza i poprosił o nocleg. Czarnowłosemu już było wszystko jedno, za to mi nie. Chciałam stąd mojego brata przepłoszyć, gdyby nie to, iż był dla mnie ważny. Jego wataha już nie, ale on owszem. Poza tym, uratował mi życie, a mógł stracić własne, lub zostać inwalidą, gdyby nie szybka interwencja chirurgów i dwa bolesne zabiegi. Zgodziłam się więc. Brązowowłosy wszedł z uśmiechem na ustach do naszego wspólnego mieszkania. Potem rozejrzał się i powiedział:
- Bez ślubu, a wy już mieszkanie razem! Pierwsza noc już była? Spodziewasz się potomstwa? - zapytał chłopak i wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu.
- On tylko mnie nocuje. Tak jak i ciebie. Jesteśmy tu w gości, więc zachowuj się.
Viper zasalutował mi i położył swoje walizki na kanapie. Raz przygotowywał nam herbatę, a kiedy wszedł z tacą, spojrzał na mnie i mruknął cicho:
- Ktoś chyba pukał do drzwi. Sprawdź, co to było.
Skinęłam głową i wyruszyłam w stronę wyjścia. Percy zaś przyglądał się z ciekawością, jak mój przyjaciel, a może nawet i mogę uznać go za sympatię, nabiera łyżeczkę cukru i wsypuje ją mojemu bratu, a ten, aby się bezczelnie nabić, mówi, udając mój głos:
- Och! Z jaką ogromną gracją dosypujesz do herbaty cukru! Jakiś ty męski! Daj dziuba, kochanie.
Raz spojrzał nań jak na wariata i powiedział spokojnym głosem, starając się zachować powagę, choć ja widziałam kątem oka jego uśmieszek:
- Jeszcze raz tak powiesz, a wygonię cię z tego domu, KOCHANIE.
Uśmiechnęłam się tylko i otworzyłam drzwi. Zobaczyłam leżącą na wycieraczce kopertę. Podniosłam ją. Była różowa. Dla mnie. Pewnie od Raza, ale przecież nie było walentynek. Otworzyłam ją. Liścik miłosny. Zaczęłam czytać. Spojrzałam na podpis, i aż mnie zamurowało. Obejrzałam się, ale..Raza nie było. Na sofie siedział tylko Viper. Wstał, podszedł do mnie i powiedział:
- Och! Pani mego serca! Proszę, wyjdź za mnie!
Spojrzałam jeszcze raz na podpis. Percy nie wyglądał, jakby żartował. W dodatku ta kartka..była od niego. Cofnęłam się, ale Viper objął mnie w pasie na kolanach i przewrócił. Po chwili zaczął całować.
- ...AZZ! - zawołałam rozpaczliwie i zaczęłam się szarpać.
Wtedy przyszedł chłopak. Przez chwilę myślałam, że V mu coś zrobił, jednak myliłam się. I dzięki Bogu. Raz wziął do ręki patelnię i uderzył mojego brata.
- ZWARIOWAŁEŚ?! JAK COŚ SIĘ MU STANIE TO.. - zaczęłam się na niego wydzierać, ale wtedy Raz wskazał ręką na jego butelkę po piciu.
Wstałam i powąchałam ją. Eliksir miłosny, a na zakrętce napis "To od waszego ojczulka na ślub!"
- Zaraz mu przejdzie - powiedział Raz spokojnie i zawlókł mojego brata do przygotowanego posłania - Podobnie jak i efekt eliksiru.
<Dedykacja dla Hikaru, która zawsze uważała, że opowiadania Tytanii są sztywne XP W sumie... teraz też by było, gdyby nie Viper XD>

Od Vipera - Quest 1


Już po raz setny wziąłem do ręki tą zasraną gazetę. Mimo, iż ostatnio naprawdę było dużo do roboty, to tak naprawdę cholernie się nudziłem. Dosłownie wszystkie papiery zdołałem podpisać, przekreślić, spalić, napisać od nowa. Za oknem naprawdę mocno sypało śniegiem. Spojrzałem w końcu na nagłówek Neewsweek"a. Oprócz tego chciałem włączyć swój ulubiony serial, który obecnie leciał w telewizji, jednak zamiast tego, włączyłem jakiś kanał informacyjny.
- Niebezpieczny psychopata na wolności. Dzisiaj w nocy, o godzinie czwartej jeden z funkcjonariuszy policji znalazł na chodniku cztery zmasakrowane i rozprute ciała.
Podniosłem wzrok znad gazety. Przybliżyłem się do ekranu telewizora.
- Rick? - mruknąłem na głos, przyglądając się napisom, które wyświetlali pod korespondentką.
Były tam wymienione ofiary nieznanego zabójcy. O ile dobrze pamiętam, z tym chłopakiem chodziłem do podstawówki. Zanotowałem ulicę, na której zdarzyła się owa masakra. Byłem ciekaw. W końcu coś się zaczęło dziać! Miałem tylko nadzieję, że nie była to sprawka Warrena Rivers'a. Nie zamierzałem wsadzać swojego ojca do pierdla, mimo iż czasem mnie kusiło, aby wybiec kiedyś z domu z okrzykiem "TEN PSYCHOL CHCE MI WYCIĄĆ NERKĘ!" Spojrzałem na leżącą niedaleko mnie kurtkę . Wziąłem ją do ręki i ubrałem. Spojrzałem jeszcze raz na kartkę z zapisaną ulicą.
***
Stanąłem przez latarnią. To właśnie gdzieś tutaj doszło do tej krwawej rzezi. Zamknąłem oczy i odetchnąłem. Nie było ani śladu krwi, ani policji.
- No dobra, Holmes, do roboty! - zagrzałem sam siebie.
Po chwili zdjąłem kurtkę i przemieniłem się w wilka. Zwykle nigdy nie zdejmowałem żadnej części stroju przed przemianą, gdyż nie było takiej potrzeby. Teraz akurat jednak potrzebowałem tego jak cholera. Kurtką mogłem łatwo zakryć swoje skrzydła, a bardziej normalnie wygląda wilk z kurtką na grzbiecie, niż parą skrzydeł. Obwąchałem teren i włączyłem "Tropiciela". Teraz o wiele łatwiej można było dostrzec ślady krwi, nawet zaschnięte, lub rzekomo wyczyszczone. Podniosłem wzrok do góry. Wyczułem ten słodki odór szkarłatnej cieczy. Teraz mogłem sobie wyobrazić miejsce zdarzenia. W powietrzu nie śmierdziało moim starym. Gdyby faktycznie tutaj był, wyczułbym go na kilometr. Wyczuwałem pięć, różnych zapachów zmieszanych z krwią. Zacząłem się kierować w stronę najbardziej charakterystycznego. Zamknąłem oczy. Widziałem chłopaka, w rękawiczkach chirurgicznych ze skalpelem w ręce, podcinającego gardło Rick'iego. Do głowy przychodziła mi tylko jedna osoba. Myślałem..że on zginął. Nie! Przeżył! Ruszyłem pędem w stronę zapachu. Wyraźnie czułem jego woń. Tak! To jednak był on. Ogarnęła mnie furia. Uciekł, kiedy wataha go potrzebowała! Tchórz! Teraz mi za to zapłaci. Wpadłem do pobliskiego domu, a raczej bloku. Wszyscy się dziwili, czemu jakiś dziki pies, okryty kurtką wpadł do apartamentu, jednak mnie to nie obchodziło. Napędzała mnie żądza zemsty. On musiał za to zapłacić. Wszedłem na ostatnie piętro i zapukałem łapą do pierwszych drzwi. Otworzył mi chłopak, ubrany na czarno. Spojrzał na mnie lekceważąco i już miał zamknąć mi drzwi, kiedy przeobraziłem się w siedemnastolatka i rzuciłem sie na niego. Paznokcie pokryły się szkarłatnym, ostrym surowcem. Łatwo mogłem zranić fioletowookiego.
- REN! - wrzasnąłem - TŁUMACZ SIĘ SWOJEJ ALPHIE, GDZIE BYŁEŚ?!
Chłopak jednak tylko wybuchnął szaleńczym śmiechem i uniósł do góry narzędzie chirurgiczne. Cofnąłem się. Jednak nie był taki całkowicie bezbronny. Zaraz miałem się stać jego kolejną ofiarą. Nagle chłopak zniknął. I już wiem, gdzie się pojawił. Poczułem ból. Ren zaczął mnie ranić ostrzem, jako mój własny cień. Zrozpaczony przemieniłem się w wilka i rzuciłem się na okno. Ren, jako mój cień, zrobił to samo. Kiedy tak spadałem, dosłownie dwa centymetry nad ziemią w końcu skierowałem lot ku górze. Ren jednak nie wyhamował. Spojrzałem na dół. Leżał tam. Nie ruszał się. Był znowu człowiekiem. Nie wiedziałem, czy naprawdę go zabiłem. Nie obchodziło mnie to. Już miałem wrócić do domu, kiedy lecąc tak zobaczyłem kałużę. Spojrzałem w nią i zrozumiałem. Jestem jak ojciec.

<HA! Tera i ja zbieram punkty (czyt. hajsy) >:3<

Od Hikaru - "Zatruta Miłość"

Wygodna kanapa, stos poduszek, gruba warstwa koców, stolik tuż przy kanapie, czajnik, pudełko torebek herbaty, kubek, stos żarcia, pilot, telefon, wszystkie elektroniczne pierdoły, dwie książki. Czyli idealny ekwipunek na całodzienny maraton hiszpańskich telenoweli. Bite dziesięć godzin oglądania telewizji, od dziesiątej rano, do dwudziestej. Prawdopodobnie po tym wszystkim będę musiała sporo poćwiczyć, bo osiem paczek chipsów, popcorn, trzy paczki ciasteczek i pięć opakowań paluszków raczej nie sprawią, ze schudnę. Wydostałam rękę z „kokonu” uwitego z koców i sięgnęłam po pilot by pogłośnić telewizor. Pierwszy odcinek minął bardzo szybko. Po dwóch kolejnych pierwsza paczka chipsów została całkowicie opróżniona. W ciągu następnej godziny pozbyłam się całego popcornu i dwóch opakowań ciasteczek. Właściwie do czternastej połowa moich zapasów znikła. Wypiłam już pięć herbat a woda w czajniku zaczynała się kończyć. Poza tym, zaczynało mi się chcieć do kibla. Zapauzowałam telewizję i odwinęłam się spod koców.
Powolnym krokiem, przeciągając się, zaczęłam iść w kierunku łazienki. Ubrana byłam w piżamę złożoną z szortów i jakiejś luźnej koszulki. Nie planowałam dziś ruszać się z domu, więc nie widziałam w tym problemu. Gdy tylko pociągnęłam za klamkę od drzwi do toalety, usłyszałam pukanie.
- Serio? – mruknęłam niezadowolona i powlokłam się do drzwi wejściowych.
Otworzyłam drzwi a na korytarzy ujrzałam Lucasa. Świetnie, raczej nie chciałam by ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie: nieuczesana, z nieumytymi zębami, w luźnej piżamie i z żarciem na całej twarzy. Lucas chyba nie zwrócił na to uwagi, bo rzucił się w moim kierunku.
- MOJA TY UKOCHANA! – krzyczał na całe gardło.
Rzuciłam się do ucieczki. Wskoczyłam na stół i wydarłam się na niego, by się nie zbliżał. Chłopak stanął i zaczął się na mnie gapić.
- A tobie co? Nie masz przypadkiem dziewczyny? Co z Ishi? – zapytałam zdziwiona całą sytuacją.
Lucas potrząsnął głową.
- Co tam Ishi! WYJDŹ ZA MNIE!
C o.
Ale jak to?!
Co on sobie wyobraża. Spojrzałam zaskoczona na Lucasa.
- Yyy, NIE.
Chłopak był bardzo niezadowolony. Zaczął mówić coś o prawdziwej miłości i wiecznym szczęściu. Zeszłam ze stołu i utrzymując dystans, podeszłam do telefonu i wykręciłam numer do Ishi.
- Halo? – Odebrała dziewczyna.
- Czeeeść Ishi, mogłabyś mi powiedzieć, co robi tu Lucas i czemu wyznaje mi miłość? – zapytałam tak jakby od niechcenia.
Cóż, dziewczyna nie odpowiedziała. Usłyszałam huk odkładanej słuchawki. Posadziłam Lucasa na krześle i poleciłam mu się nie ruszać. Poszłam do swojej sypialni i z szafy wyjęłam jakieś ciuchy, w które szybko się ubrałam. Gdy otworzyłam drzwi mojego pokoju, ujrzałam Lucasa z szerokim uśmiechem na twarzy. Pierwszy raz się cieszę, że nie posiadam przeszklonych drzwi. Znów odesłałam go na krzesło i z łazienki wzięłam szczotkę do włosów by rozczesać splątane kłaki. Gdy już się z tym uporałam i chciałam odłożyć szczotkę, drzwi wejściowe nagle się otworzyły a do środka wpadła rozwścieczona Ishi. Porwała z kuchni patelnię i zdzieliła nią Lucasa w głowę. Zaskoczony chłopak padł zemdlony na ziemię.
- Już ja się z nim w domu policzę! – powiedziała dziewczyna.
Zanim jednak wyszła, zdążyłam ją zapytać czy wie, co może być przyczyną tego co najmniej dziwnego zachowania Lucasa.
Doszłyśmy do wniosku, że musiał to być jakiś eliksir. Z tego co mówiła Ishi, wszystko było rano w porządku. Aż Lucas postanowił wypić  jakiś dziwny napój przyniesiony dzień wcześniej przez Vipera. O tak, oczywiście panu alfie się nudziło i musiał co nieco pośmieszkować.
Oj już ja się z nim rozprawię.
Ale najpierw… reszta maratonu hiszpańskich telenoweli!!! 

Od Est cd. Zdrajca

Dziewczyna ciepło się uśmiechnęła.
- Niestety nie. - Odpowiedziała na co nieznajomy posmutniał. -... ale znam kogoś co może coś wiedzieć. - Stwierdziła, a wilk natychmiast się ożywił.
- ...rio?! ...ap...wdę ...ś ...i ...om...ła. - Wilczyca pokiwała głową.
- W sumie właśnie go szukam, bo znowu pewnie zasnął pod jakimś drzewem. - Est westchnęła rozczarowana. - Jak go znajdę to mogę go oto spytać, jeżeli chcesz możesz iść ze mną. - dodała dziewczyna, szczerze się uśmiechając. Nieznajomy szybko pokiwał głową na "tak" - w tą stronę. - Est wskazała ręką na drogę, która prowadziła w głąb lasu. Ruszyła do przodu, na wskazaną sobie ścieżkę, obserwując kątem oka jak co dopiero poznany wilk rusza tuż za nią. Nie powinna mu ufać, tak samo jak nie ufa innym, jednak ten wilk... wywoływał u niej sympatię u niej dziwną, znajomą sympatię. Est czuła to już kiedyś, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie... - Tak w ogóle mam na imię Est, a ty?
- ...dra...ca.
*time skip*
- Sans, ty kościany łbie! Gdzie jesteś?! - zawyła wilczyca, czując coraz większą złość. Szukali już dobrą godzinę, lecz wciąż go nie znaleźli. Najgorsze było to, że słońce powoli schodziło z niebieskiego sklepienia, co oznaczało, że coraz mniej pozostało im czasu na poszukiwania. - Przepraszam Zdrajco... - Dziewczyna westchnęła załamana. - Czasami tak znika i zdarza się, że nie wraca nawet na noc twierdząc, że zasnął. - Est spuściła głowę próbując ukryć zmartwienie, które kryje się w jej sercu.
-  ...ic ...ę ...ie ...ało ...st. ...ape...o ...o ...na...ziemy. - Zdrajca starał się choć trochę ją pocieszyć, lecz to nie wiele pomogło. Dziewczyna obróciła głowę w jego stronę i boleśnie się uśmiechnęła.
- Raczej... lecz teraz powinnyśmy się zatrzymać i odpocząć, po t... - Est nagle poleciała do przodu, uderzając pyskiem prosto w ziemię. Wydała z siebie jęk bólu spowodowany wypadkiem. Wstała powoli z ziemi pocierając łapą pysk by uśmierzyć ból. Chciała już kląć jak to ona nienawidzi tego świata i jak pech zawsze ją prześladuje, gdy nagle... zauważyła kość na ziemi i z niedowierzaniem spojrzała na jego właściciela.
- Sans ty debilu od siedmiu boleści! - wrzasnęła Est na co on jedynie przewrócił się na drugi bok. 
- Jeszcze pięć minut... - Wymruczał w odpowiedzi na co zirytowana Est złapała go zębami za jego nogę i pociągnęła sprawiając, że szkielet spadł uderzając się czaszką o ziemię. Sans podskoczył jak oparzony, przy okazji wyrywając wilczycy swoją nogę. - A to za co było?! - fuknął, tuląc do siebie swoją nogę.
- Ty się jeszcze pytasz?! Następnym razem przysięgam... wykastruję cię! - zagroziła dziewczyna na co oczodoły Sansa stały się puste.
- Co to to nie. Nigdy ci na to nie pozwolę. - Stwierdził lecz po chwili w jego oczodołach ponownie pojawiły się dwa małe, białe punkciki. - Nie no żartuję. Jestem szkieletem, więc nawet nie masz czego. - Chłopak zaśmiał się, a Est zrobiła się cała czerwona ze złości, czasami naprawdę miała dosyć. I wtedy przypomniała sobie o stojącym obok Zdrajcy. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się w stronę zdezorientowanego wilka.
- Zdrajca, Sans, Sans, Zdrajca. - Szybko ich sobie przedstawiła i po chwili dodała. - Kościany łbie, Zdrajca ma do ciebie pytanie.
- ...ak ...na ..w..ić ...ś ...a ...ebie?
- Co, mówisz? Nie słyszę cię. Może jak krzykniesz mi to do ucha... a czekaj. - Sans uśmiechnął się szeroko. - Ja, przecież uszu nie mam. - Zaśmiał się na co Est uderzyła się łapą  w twarz, kręcąc przy okazji głową.
- Sans... nie rób mi wstydu...
- Oj no... to proste, magia i trochę złamanych praw fizyki. - Szkielet, wzruszając przy okazji ramionami.
- ...o ...akie...o?
- Cóż jeżeli chcesz, jestem w stanie ci to wytłumaczyć. - Stwierdził i wstał z ziemi strzepując z siebie kurz.
- ...że...i ...żesz.
- Więc patrz teraz i dokładnie... - w jego dłoni pojawiła się kość o niebieskiej barwie. - Est, złap to. - Chłopak rzucił w jej stronę przedmiot a ta kiedy myślała, że już zaraz będzie mieć ją w dłoniach, przenikła przez nie i zniknęła.
- Sans co to ma zna... - Sans pstryknął palcami, a Est pokryła jasnoniebieska poświata.
- Teraz jesteś niebieska. - Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w stronę Est. Po chwili podniósł ją wysoko co sprawiło, że dziewczyna wzleciała w górę. Zdrajca spojrzał na Sansa z ognikami w oczach, a Est darła się jak głupia, lecz nikt jej nie słyszał, ponieważ była zbyt wysoko.
- A, więc jak widzisz po oznaczeniu jej byłem w stanie użyć na niej magii. Dzięki tej sztuczce jestem w stanie zmniejszyć grawitację danego przedmiotu. - Powoli opuścił Est kierując swoją dłoń w dół, jednak nie tak by dotykała łapami podłoża.
- Sans, przysięgam... jak znowu stanę na twardy grunt t-
- Lub ją zwiększyć. - Wilczyca wzleciała górę. - Jestem także w stanie poruszyć oznaczoną rzeczą w dowolnym kierunku. Niestety nie jestem w stanie używać jej wiecznie, ponieważ energia, którą dysponuje nie odnawia się zbyt szybko. Dlatego muszę dużo odpoczywać i wtedy, i jedynie jestem w stanie ją odnowić. Nie oznacza to jednak, że kiedy więcej śpię niż trzeba to zwiększam ilość energii. By coś wzleciało w powietrze i utrzymywało się na niebie, potrzebujesz przedmiotu, o pojemniku energii samoodnawialnej. Bez takowego energia kiedyś się wyczerpie i przedmiot opadnie. Na ziemi ludzie by coś wznieść w powietrze aby latało muszą zbudować coś na kształt ptaka. Typowe skrzydła, podwozie i takie tam by rozłożyć ciężar pojazdu a jako energii używają paliwa. Niestety na Delcie nie posiadamy takich wygód, lecz mamy duże pokłady magii, co jest o wiele wygodniejsze i prostsze niż ludzkie zasoby, ale trudniejsze do zdobycia. By coś wzleciało w powietrze potrzebujesz artefaktu, który w stanie jest zmniejszyć grawitację, dzięki czemu przedmiot będzie w stanie wzlecieć w górę. Artefakty są na tyle silne, że samodzielnie odnawiają energię i nie potrzebują czasu by się odnowić.     
(Zdrajco?)