Od Dorina CD Mishabiru

Wpatrywał się w otwierające się drzwi, podnosząc przy tym swojego partnera do pionu. Będzie musiał się jeszcze poniewierać z tym truchłem po Senacie, cudownie. Miał jednak nadzieję, że mężczyźnie nic się nie stało, przez te cholerne kapsuły. Blondynka najwyraźniej zdążyła wezwać pomoc, bo do pomieszczenia wtargnęło trzech kolejnych, ogromnych strażników? Czym oni ich karmią? Po zauważeniu mężczyzn czym prędzej pociągnął swojego towarzysza z powrotem na podłogę. Czuł się trochę jakby chciał wynieść stąd wielki worek kartofli. Mieli szczęście, bo schowali się za komputerami, a raczej ich resztkami,  które stały prawie na środku pomieszczenia. Oparł głowę o metalową płytę, jak niby mają się wydostać z tego cholernego budynku? We dwójkę ciężko było im wejść, ale wtedy wchodzili w pułapkę, a jak niby ma teraz wydostać się stąd z workiem kartofli na głowie. Spojrzał krytycznym wzrokiem na swojego towarzysz, przegryzając wargę. Nie ozdrowi go nawet teraz, bo oczywiście jego moc musiała wziąć sobie wolne, oczywiście w najlepszym momencie.
Strażnicy byli coraz bliżej ich, ich ciężkie buty stukały głośno po podłożu. Białowłosy rozejrzał się dookoła siebie, szukając jakiejś sensownej broni. Nie miał zamiaru rzucać się na nich z mieczem w dłoni, zwłaszcza, że było ich trzech, samobójcą jeszcze nie był. Zobaczył ciało sterydziarza, którego powalił przy wybuchu. Doskoczył do niego i chwycił pistolet, który tamten miał za pasem. Na chybił trafił wymierzył i strzelił w mężczyznę, który był najbliżej nich. Trafi w rami, ugh mogło być dużo lepiej, ale przynajmniej nie strzelił w ścianę. Strażnikom, chwilę zajęło zapoznanie się w sytuacji, więc wykorzystał chwilę i trafił kolejnego już czysto w klatkę piersiową. Schował się znowu za komputerami, by chwilę później wychylić zza nich głowę, szukając wzorkiem kolejnego ze sterydziarzy. Moment później kolejne wielkie cielsko zwaliło się na podłodze. Białowłosy wstał, pociągając za sobą swojego towarzysza. Dla pewności strzelił jeszcze pierwszemu mężczyźnie, którego trafił w nogę, żeby ten nie zaczął ich gonić. Od dwóch zabitych zabrał broń, którą wsadził za pasek, ktoś na pewno będzie chciał ich jeszcze zatrzymać.
Wyszli przez drzwi, którymi weszli strażnicy. Znaleźli się na kolejnym szarym korytarzu z masą identycznych drzwi, jak oni niby mają stąd się wydostać skoro wszystko tutaj wygląda tak samo? Przeklął cicho pod nosem, podciągając swojego towarzysz jeszcze wyżej, żeby go lepiej złapać. Nie mając innego wyboru ruszył do przodu ślimaczym tempem. W tym tempie może do jutra, jeśli nie napotkają żadnych staży, wyjdą z tego przeklętego budynku. Musiałby zorganizować coś na czym przewiózłby białowłosego. Jakiś wózek najlepiej, tylko skąd on coś takiego wytrzaśnie? Nagle go olśniło. Pralnia! I te ich dziwne wózeczki na pościel. Tak to był dobry pomysł i nie będą może wyglądać aż tak podejrzanie. Ugh, chociaż z tymi spiczastymi uszami na pewno uda mu się dyskretnie przejść, na pewno. Ważne, jednak, że nie będzie musiał nieść tego truchła. Sam nie odczuwał prawie, żadnych skutków przebywania w kapsule, ale ta należąca do jego towarzysza włączyła się dużo wcześniej.
Przyśpieszył kroku. Gdyby jego moc działała to mógłby bez problemu go uzdrowić, spojrzał błagalnie na swoją wolną rękę. Westchnął cicho, gdyby mógłby ją kontrolować, życie stałoby się dużo łatwiejsze i lepsze. Na razie mógł tylko o tym pomarzyć. Korytarz skończył,  a zastąpiły je schody, jedne, które prowadziły do góry i drugie do dołu. Przegryzł wagę, zastanawiając się które wybrać. Pralnia była na samym dole, ale tamte schody może nie prowadziły na najniższe piętra? Te imperialne budynki często bywały ogromnymi labiryntami. Wybrał jednak te kierujące na dół. Spojrzał na swojego towarzysza, miał nadzieję, że nie wyrwie mu ręki ze stawu. Co jak co, ale  nie chciał go jeszcze bardziej uszkodzić, poza tym nie wiadomo kiedy będzie w stanie pozbyć się skutków przebywania w kapsule.
Już po pierwszym piętrze miał wrażenie, że umrze na zawał serca i dostanie palpitacji. Tragarzem najwyraźniej nie zostanie. Spojrzał na schody, które musiał jeszcze pokonać i przeklął cicho pod nosem. Czy na pewno dobrym pomysłem będzie jeszcze większe zagłębianie się w budynek Senatu? Musi jednak załatwić coś, żeby lżej mu było przetransportować białowłosego. Zastanawiał się tylko, gdzie były straże. Oprócz tamtych trzech mężczyzn, nie pojawił się nikt po uwolnieniu jego mocy, a to zaczynało robić się podejrzane. Czy to była kolejna pułapka? Nie wiedział. Zerknął na swojego partnera, czy on musiał tyle ważyć? Co on cegły jadł? Westchnął głośno i ruszył powoli dalej. Minął kolejne piętro i jeszcze jedno, prawie wypluwając płuca.
Nagle usłyszał czyjeś ciężkie kroki, zbiegł szybko na następną kondygnację, szarpiąc za ramię białowłosego. Wypadł na biały korytarz, który był oświetlony mocnym, jasnym światłem, a jedna z żarówek migała co chwilę. Czy tutaj wszystko musiało wyglądać identycznie? Otworzył losowe drzwi, które na szczęście nie były otwierane żadnym kodem i  dziwo bez najmniejszych problemów ustąpiły. Toaleta? Czy on trafił do kibla w Senacie? Oni w ogóle robili tam WC? Nie wierzył w swoje szczęście, mógł jednak obstawić ten kupon w totka. Ułożył białowłosego pod ścianą i sam z niepokojem wpatrywał się w drzwi, czekając na osobę, która ich goniła. To musiał być zapewne jakiś strażnik albo kilku, którzy zostali zawiadomieni o sprawie. Nikt jednak nie zakłócił ich spokoju, a kroki ucichły po kilku sekundach. Wilkołak podszedł do zlewu i przemył twarz zimną wodą, omijając swój wzrok w lustrze, bo wiedział, że wygląda okropnie.
Kilka spokojnych wdechów i wydechów później podniósł z powrotem swojego towarzysza z podłogi, że też musiał zemdleć w tym momencie. Wyszedł z toalety, wciąż nie wierząc w ten niespodziewany łut szczęścia. Wyjrzał ostrożnie na korytarz i nie dostrzegając nikogo niespiesznie wyszedł z pomieszczenia. Wrócił się do schodów i zaczął trochę szybciej niż ostatnio schodzić na dół. Ledwo zdążył minąć jedno piętro, a przez balustradę z góry wychyliło się trzech strażników. Przeklął pod nosem i ostro przyspieszył tempa. Nie należało to do łatwych zadań, ale w końcu wypadł na korytarz. Nie miał najmniejszych szans, żeby uciec, więc gdy droga się rozwidliła skręcił ostro w prawo i usiadł po ścianą. Wyciągnął broń zza paska i czekał na strażników. Spojrzał jeszcze błagalnie na swoje dłonie, jeśli jego moc chciałaby się ponownie pojawić to teraz zapewne byłby odpowiedni moment... Jak na zawołanie jego ręce zajaśniały czerwono-pomarańczowym blaskiem, a wilkołak prawie przez to krzyknął ze szczęścia. Szybko płomień zamienił się w taki o barwie świeżej zieleni. Białowłosy pochylił się nad swoim towarzyszem i przyłożył mu płonącą dłoń do czoła. Miał nadzieję, że to zadziała, bo innego pomysłu już nie miał. Tak jak przewidział jego partner otworzył szeroko oczy i wyglądał już  na przytomnego, a kroki strażników były coraz bliżej.



Sizu? Troszkę taki gniot wyszedł...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!