OD Mishabiru [Quest nr 3]

Przyjemnie grzejące słońce swoimi promieniami opływało szare futro Mishabiru, wylegującego się na polanie w lesie. W tej sielance pozwolił sobie na krótką drzemkę, po trudach zeszłej nocy. Niespodziewanie został obudzony przez bliżej nieokreślony warkot. Ledwo otworzył powieki, a uszami starał się wyłapać źródło dziwnego dźwięku. Podniósł się, rozganiając pasikoniki, biedronki i inne owady z trawy. Dopiero teraz ogarnął pochodzenie owych odgłosów. Burczący żołądek przypomniał mu o jednej z życiowych potrzeb.
Zaciągnął się rześkim powietrzem, jednocześnie starając się wyłapać jakikolwiek szmer. Nie ukrywał, że miał ochotę na coś dużego, soczystego, najlepiej jelenia. Truchtem ruszył w głąb lasu, śliniąc się na samą myśl obfitego posiłku. Znajomy zapach dziczyzny nakierował go w wprost na ofiarę, jaką okazał się sporych rozmiarów odyniec. Mishabiru schował się w krzakach, czekając na odpowiedni moment do ataku. Był to jednej z najmniej ulubionych momentów, ale konieczny, by nie stracić obiadu, bądź nie zostać zaatakowanym.
Dzik odwrócił się doń tyłem, co postanowił wykorzystać. Ruszył spod krzaków, w parę sekund pokonując dystans kilkunastu metrów. Ubicie go nie było trudne, wręcz ciche i szybkie. Zapalił jeden ze swoich ogonów czerwonym ogniem, by wysmażyć futro obiadu, wtedy głośny ryk rozdarł powietrze. Poderwał łeb do góry, po czym ledwo zdążył uskoczyć przed wielkim, czarnym cielskiem smoka, które spadło prosto na zdobycz wilka. Resztki krwi rozprysnęły się. Niemała wściekłość wtargnęła do jego serca.
- Zdeptałeś mój obiad! – warknął do gada, jednak ten w odpowiedzi wydał gardłowy pomruk, by następnie wypuścić strumień ognia w stronę Alvareza.
Wilkołak skoczył ponad to, chcąc rzucić się na smolisty łeb gadziny, lecz potwór zachował się tak, jakby przewidział jego ruch. Trzepnął skrzydłami, dzięki czemu uniósł się nieco i złapał połowę ogonów Mishabiru w swój pysk, by następnie cisnąć nim, niczym szmacianą lalką, w drzewa. Z głośnym hukiem i krzykiem zatrzymał się plecami na twardym konarze, aż grawitacja przyciągnęła go do ziemi. Obolały uniósł się, przemieniając w człowieka.
Nie zwlekając, rzucił się ku stworzeniu. Zwinnie wspiął się po jego ogonie, plecach, a następnie szyi, by usiąść na jego pysku. Wbił swój wzrok w rozjuszone, żółte ślepie.
- Czego chcesz?! – krzyknął wściekły, materializując katanę w prawej dłoni. Starał się odkryć, dlaczego smoczysko mu nie odpowiada oraz czemu go zaatakował. – Odpowiedz!
Gad zaryczał i machnął głową, podrzucając wilkołaka wysoko, ponad dwie długości drzew. Zgromadził ogień w pysku, wycelował w basiora, by ostatecznie wypuścić ogromna kulę. Mishabiru, będąc w powietrzu, nie miał szans na uniknięcie tegoż ataku. Osłonił oczy ramionami, wiedząc, że pomimo posiadania gorącego żywioły, smoczy oddech może wyrządzić mu krzywdę. Płomienie otuliły jego ciało, by po dłuższej chwili rozprysnąć się pod wpływem katany wilka.
W chwili, kiedy wylądował na ziemi, smok poderwał się do lotu w bliżej nieokreślonym dla Alvareza kierunku. Wkurzony do granic możliwości zrzucił z siebie częściowo spalony płaszcz, dopiero po kilku sekundach zauważając stopioną, miedzianą obręcz, na której trzymał klucze, które zniknęły. Na pewno nie podzieliły losu miedzy, musiały odpaść. Przymknął powieki, chcąc odnaleźć je po przepływie magii. Wyczuł, lecz sygnał był coraz słabszy. Smok.
Nie zdążył nic powiedzieć, a już znajdował się na grzbiecie swojego towarzysza, lecącego za czarną gadziną, która była tylko kropką na nieboskłonie. Na co tej cholerze były gwiezdne klucze? Jeszcze bardziej irytowało go to, że gad mu nie odpowiedział, chociaż Alvarez nigdy nie miał problemy, by komunikować się ze smokami. Może był opętany?
Ułożył się równolegle do ciała Galaxiasa, dzięki czemu ten mógł przyspieszyć. Tamten był również szybki i jeszcze wykorzystał dzielącą ich odległość, by schować się w chmurach. Pozostał im do użytku węch oraz słuch. W tak szybki tempie wlecieli pomiędzy szczyty gór, a zmysły poprowadziły ich do jednej z jaskiń. Wylądowali w bezpiecznej odległości, z daleka słysząc niski warkot gada. Alvarez zakradł się pod wejście, kiedy niespodziewanie smok wyleciał z pieczary. Podmuch od jego skrzydeł miotnął basiorem, lecz dzięki długiemu ogonowi towarzysza, nie spadł tysiąc metrów dół. Chciał ponownie ruszyć za nim w pościg, lecz magiczny sygnał płynący od kluczy był zbyt blisko.
Wbiegł do środka, od razu napotykając swoje trzy złote zguby. Z nieukrywanym zdziwieniem zebrał je w dłoń i wyszedł na zewnątrz.
- Nie rozumiem, po co była ta kradzież. ­– spojrzał na swojego przyjaciela, który ziewnął szeroko, tym samym ukazując swe niezainteresowanie zaistniałą sytuacją. Alvarezowi zaczęła pulsować żyłka na skroni. – Też jesteś smokiem, mógłbyś mi to wyjaśnić!
Biały jaszczur zmrużył swe złote ślepia, po czym odfrunął ku górze, aż zniknął całkowicie. Basior wyciągnął dłonie ku niebu, zaś kącik ust zaczął mu drgać.
- Galaxiasie, wracaj… Nie zostawiaj mnie tutaj, jak ja stąd zejdę? – Z ubolewaniem usiadł na krańcu i specjalnie pociągnął nosem.
Wróci, na pewno.
Kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!