Od Nany - Quest 6

Naprawdę zaczęło się niewinnie, gdzieś między postępującym złym samopoczuciem Hanki, coraz bardziej żałosną wypłatą i własnymi problemami związanymi z procedurą integracyjną musiałam to przegapić. Z jednej strony zdawałam sobie sprawę, że zaczęło się od rzeczy bardzo małych. Ot, raz znaleziony list w niebieskiej kopercie na wycieraczce przed drzwiami, który myślałam, że powinien trafić do laski z naprzeciwka. Budynek, w którym mieszkałyśmy stanowił istną ruderę, ale bezpieczną ruderę, w przynajmniej w porównaniu z tym, co się działo na ulicach w niektóre dni. Jednocześnie stanowił przystań dla tych wszystkich dziwnych osób, które nie umiały odnaleźć się w świecie na zewnątrz. Tylko na mojej klatce mieszkał weteran po wojnie, która chyba nigdy się nie wydarzyła, wariatka ze stadem niezarejestrowanych i nieszczepionych zwierząt, ale również prostytutka, której przypisywałam winę za list. Nie pierwszy i nie ostatni raz jakiś amant pomyliłby drzwi, zostawiając drobne przesyłki, wazony z drogimi (zwłaszcza w naszej dzielnicy) kwiatami, czy chociażby liścik z groźbą, przypominający o zapłaceniu procenta od zysków.
Nic, co byłoby szczególnie dziwne.
Sama ganiałam coraz bardziej za pracą w barze, gdy dostawałam coraz gorsze zmiany, zastanawiając się, czy kilka dodatkowych napiwków jest tego wartych. Spanie przez pół dnia, w oczekiwaniu na powrót Hanki ze szkoły, zrobienie jej obiadu, wspólne odrobienie lekcji, potem zakopanie się Młodej w podwórkowych zabawach z miejscową dzieciarnią, gdy sama siadałam w kuchni z losową książką, marnując papier na notatki, których pewnie nigdy nie użyję, ale magia była piękna. Była cudowna w swej prostocie, w tej idei, która łączyła wszystkie narody w jednym punkcie wyjścia, w tej niezidentyfikowanej naturze kropli szczęścia. W mocy. Nawet tutaj, w Imperium, gdzie szanse na jej wystąpienie co najwyżej były na obrzeżach miast i wiosek, czuło się jej wibrację pod skórą, jakby wołała do mnie przez tyle kilometrów barier, stukoczących maszyn i wrzeszczących w barze ludzi.
Ale w końcu ten temat sam wyszedł, gdy listy w skrzynce powoli przestawały się mieścić, a moje pukanie w drzwi naprzeciwko w celu ich dostarczenia nie zdawało rezultatu. Nikt nie otwierał.
— Ale jak to już tutaj nie mieszka? — Zamrugałam kilkukrotnie, wpatrując się w siedzącą przy stole Hankę. — I nie siorb — ofukałam ją, przewracając oczami, gdy charakterystyczny, irytujący dźwięk ponownie rozległ się w powietrzu. Mały potwór z tej smarkuli się powoli robił. — Dinah już tutaj nie mieszka? Skąd wiesz? — Dziecko ostentacyjnie chwyciło łyżkę, ponownie siorbiącą i dodatkowo rozchlapując na na stół odrobinę zupy. Zawsze mi mówili, że przywilejem bachora jest robić bałagan, ale nikt nie musiał po tym sprzątać. — Pamiętaj, kto dzisiaj sprząta — przypomniałam jej z wrednym uśmiechem, ignorując potęgujące się naburmuszenie Młodej.
— Dinah się wyprowadziła w zeszłym miesiącu, jeszcze się nie wprowadził nikt, bo ta stara wariat... — zgromiłam ją wzrokiem — pani z drugiego piętra się awanturowała, że chce dla wnuczki.
— Przecież ona nie ma wnuczki — mruknęłam do siebie w zamyśleniu.
— No właśnie. — Uśmiechnęło się ze zrozumieniem dziecię, jakby dostąpiło nagle oświecenia w świecie dorosłych, a zdecydowanie jeszcze nie powinno. Chyba dlatego zdzieliłam ją ścierką po głowie z rozbawieniem, każąc jeść szybciej i brać się za sprzątanie, jeżeli mam jej pomóc w lekcjach przed wyjściem do pracy.
x X x


Ktoś mnie śledził. Owszem, w barze było to nagminne, barmanów zwykle się miało na oku, za duża szansa, że gdzieś tam cię chyłkiem puszczą, okantują, dolewając wody do wódki czy podmieniając trzydziestoletnią (i tak fałszywą, bo nawet etykieta miała co najwyżej trzy lata) whiskey na nieco nowszy (równie lurowaty) model.
— Nanka, ktoś ci tam list dorzucił do napiwku, nie masz ty tam czasem kogoś na oku? — Przewróciłam oczami, zabierając się już powoli do wyjścia. Godzina była późna (a raczej wczesnoporanna), Hanka na pewno już spała, ale wolałam wrócić przed porankiem i zrobić jej śniadanie, nigdy nie lubiła budzić się sama w pustym mieszkaniu. Złapałam za płaszcz i już miałam wychodzić, gdy coś naszło mnie znikąd. Cofnęłam się do lady, wpatrując się w słoik z napiwkami. Niebieska koperta wyróżniał się na tle miedzianych i srebrnych monet, zanim przełknęłam ślinę, wyciągając dłoń. Kiedy ktoś wrzucił tutaj list? Normalnie kątem oka spoglądałam na słoik, dorzucając do zamówienia nieco szerszy i bardziej szczery uśmiech dla tych bardziej (lub w ogóle) hojnych, ale dzisiaj tyle ludzi...
Otworzenie koperty zajęło chwilę, czytanie nawet mniej.

"Tęskniłaś, Naira?"
x X x

Wszystkie listy w niebieskich kopertach wylądowały w piecu, w czasie krótszym niż potrzebowałam na złapanie Hanki za fraki, kazanie jej się pakować i skontaktowaniu się z osobą, od której podnajmowałam mieszkanie. Każda kartka pachniała jaśminem.
x X x

— Dlaczego musimy się pakować?
— Po prostu się pakuj, Hania. — Czasem można tylko uciekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!