Śnieżnobiała kartka, którą zdobiły niewielkie perełki, trzymana w moich
drobnych dłoniach, napawała mnie przerażeniem, złością, ale też i
ekscytacją. Na środku u góry widniał piękny napis "Zaproszenie".
Usiadłam na łóżku, zastanawiając się, jak w ogóle mnie odnaleźli.
Okazuje się, że rodzina, która niegdyś królowali na salonach, w
ozdobnych strojach, nie szczędząc pieniędzy na jedzenie, czy biżuterię,
chcę znowu pokazać swoją siłę oraz potęgę naszej rasy. Całe przyjęcie
miało odbyć się w pałacu na ziemi. Przesuwałam palcami po papierze,
zastanawiając się, co powinnam zrobić. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio
się z nimi widziałam, każdy z nas się zmienił, niektórzy mieli nowe
rodziny, dzieci, inni zahartowani walkami spędzali czas w samotności.
Wrogowie, przyjaciele, wszyscy, którym kiedykolwiek podpadłam, mieli się
spotkać w jednym miejscu. Jęknęłam przeciągle, opadając na łóżku, w
sumie dobrze mi tu gdzie jestem, po co mam się wychylać? Narażać?
Chciałam już napisać wielkimi literami, iż nie zjawię się na uroczystym
przyjęciu. Nie chce słyszeć do kogo, to nie jestem podobna, nie chce
słuchać, jak mówią o mojej matce, o której ledwo co pamiętam. Zamknęłam
oczy, zabierając głęboki oddech.
Siadając przy stole i łapiąc za
pióro, poczułam powiew chłodu oraz charakterystyczny zapach. Mięta i
delikatny aromat malin. Tylko jedna osoba wchodzi bez pukania, niosąc za
sobą powiew wiatru.
— Kana co Ty tutaj robisz? - Odwróciłam się,
widząc uśmiechnięta twarz kuzynki. Włosy, jak zawsze miała upięte w
koka, który sterczał na czubku jej głowy. — Poza tym się puka — Dodałam,
marszcząc nos.
- Tai, Tai jak zawsze obrażalska — Posłała mi jeden
ze swoich grymasów — Już piszesz odmowę? Ty niedobra! Z kim ja się będę
bawić!? Z tymi drętwymi staruchami?
— Przypominam Ci, że same nie
mamy już po trzysta lat — Zaśmiałam się krótko. Pamiętam stare czasy,
jak mogłyśmy spędzać ze sobą całe dnie, bajerując głupków, którzy
stawiali nam wszystko, o czym tylko zapragnęłyśmy. Niestety młodość
często idzie w parze z głupotą i tak było i z nami.
— Stare, ale
jare! Jesteśmy jak wino, im straszę tym lepsze — Uniosła palec ku górze,
na co przewróciłam rozbawiona oczami. - Odmawiasz ze względu na swoją
matkę? - Powiedziała nagle, na co moja twarz przybrała kamienny wyraz.
Nie umiałam... Albo nie potrafiłam odpowiedzieć jej na to pytanie.
Zresztą ona najlepiej znała moją historię z nich wszystkich. - Chyba
czas Ci pokazać prawdę, wiesz, że zawsze byłam lepsza, jeśli chodzi o
magię książkową — Zaśmiała się, stając na środku z księgą, na którą
chyba wcześniej nawet nie zwróciłam uwagi. Zaczęła z uśmiechem
wypowiadać słowa w dobrze znanym mi języku, nim zdążyłam zaprzeczyć, jej
dłonie rozbłysnęły się jasnym światłem.
— Powodzenia Taiguś — Zaśmiała się, a ja czułam, jakby moje ciało zdrętwiało. Po kilku sekundach upadłam na zimną podłogę, zasypiając.
Obudziłam
się, czując, że mam Saharę w ustach. Nie wiedziałam jeszcze, co się
dzieje, ale już się bałam, tego, co zmajstrowała moja kuzynka. Szybko
spostrzegłam, że nie jestem w swoim mieszkaniu. Dookoła mnie znajdowały
się tylko domy, które wskazywały na to, że cofnęłam się znacznie w
przeszłość albo że jestem na zupełnie innej planecie. Ludzie, do których
próbowałam się odezwać, ignorowali mnie, albo wyzywali od jakichś
szatanów. No tak, w porównaniu do nich wyglądałam, jakbym właśnie wyszła
z jakiegoś cyrku. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc wiszące pranie
nieopodal. Dyskretnie ściągnęłam ze sznurka kilka fatałaszków i ukryłam
się za jednym budynkiem, aby móc się przebrać. Zostawiłam jedynie swoją
pelerynę, którą okryłam twarz. Po godzinie dopiero dowiedziałam się,
gdzie tak naprawdę jestem. Miałam ochotę usiąść i zacząć płakać. Byłam w
mieście, w którym się urodziłam, w którym wychowywałam się przez
pierwsze lata mojego życia. Dodatkowo był rok, w którym zmarła moja
mama, najgorszy dzień mojego życia, powtarzał się. Chciałam uciec, w
końcu nie mogę grzebać w przeszłości, ale nie chciałam też widzieć, jak
moja matka ponownie umiera. Patrząc na swoje stopy, szłam przed siebie,
jak mi się wydawało w stronę wyjścia. Wpadłam na kobietę, która
emanowała ciepłem i radością. Spojrzałam na nią obojętnym spojrzeniem,
lecz gdy ujrzałam twarz nieznajomej, zatkało mnie. To była ona, moja
matka.
- Jesteś tutaj nowa? Nie kojarzę Cię — Uśmiechnęła się do
mnie, a ja tylko skinęłam głową — Nie znasz naszego języka? - Była tak
bardzo zatroskana, pomimo iż zupełnie mnie nie znała... Znaczy się...
Znała, ale o tym nie wiedziała. Musiałam zachować zimną krew, pomimo iż
było to dla mnie niezwykle trudne. Chciałam się na nią rzucić,
przytulić, wszystko powiedzieć i poprosić, żeby ze mną uciekła.
—
Znam — wydukałam z siebie — Ja... Jestem podróżniczką... Zwiedzam różne
kraje — Powiedziałam, nie mogąc oderwać wzroku od jej oczu.
— W takim
razie zapraszam do mojej kawiarni, poznasz moją córkę i może polecisz
nam znajomym — Zaśmiała się, a ja uśmiechnęłam się jak jeszcze nigdy.
Zgodziłam się, pomimo iż nie chciałam się mieszać, w to, co jest tutaj,
to nie mogłam się powstrzymać, aby nie skorzystać z tego zaproszenia.
Chciałabym wykrzyczeć, że to ja jestem jej córką, a jedynie się
uśmiechnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!