Od Mishabiru C.D Dorina

Po raz kolejny mimowolnie stracił przytomność. Zatracony w ciemności nie wiedział, jak długo nie był świadomy, szczególnie biorąc pod uwagę to, że nie wybrał najlepszego momentu. Nie krył swego zdziwienia, kiedy ponownie ujrzał wymęczonego towarzysza, który to od razu wcisnął mu w dłoń pistolet, a gestem palca przyłożonego do ust nakazał być cicho. Ściągnął brwi w odpowiedzi, słysząc zbliżające się kroki, prawdopodobnie strażników. Spojrzał na broń trzymaną w dłoni, odbezpieczył ją i wycelował w przestrzeń, gdzie spodziewał się zaraz kogoś ujrzeć.
Wystarczyło tylko poczekać parę sekund. Dwóch mężczyzn oberwało prosto w klatki piersiowe. Ich ciała ledwo zetknęły się z posadzką, a oni już dawno biegli przed siebie. Mishabiru biegł znacznie wolniej, nie do końca kontrolując jeszcze swoje kończyny. Dobry słuch dał im znać, iż mieli pojedynczego towarzysza za plecami, posiadającego ewidentnego zeza podczas biegu, ponieważ wystrzelił cały magazynek, a żadnego nie trafił. W chwili, gdy tamten przeładowywał, przebiegli przez jedyne drzwi na korytarzu, zaś po drugiej stronie zaparli się, nie chcąc tamtego wpuścić do…
Znajdowali się na parkingu podziemnym, pełnym przeróżnych aut, prawdopodobnie należących do pracowników Senatu. Typ po drugiej stronie drzwi bardzo chciał tutaj wejść, dlatego porozumieli się bez słów. Jeden uskoczył w bok, a Alvarez otworzył drzwi tuż przed kolejnym uderzeniem ze strony strażnika. Mężczyzna wpadł do nich, na przywitanie dostając kulkę między oczy. Okrutne, ale nie mieli innego wyjścia.
- Mocne, szybkie, ja zobaczę, jak stąd wyjechać – poinstruował swojego towarzysza, zamykając drzwi, po czym rozbiegli się w dwie różne strony.
Mishabiru błądził między najróżniejszymi modelami aut, starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki stąd. Kiedy droga wyznaczona przez pomalowane słupy zaczęła się rozszerzać, aż dotarł do dość sporej przestrzeni, której to centrum była winda dla aut w postaci wielkiej, okrągłej płyty. Prawdopodobnie zjeżdża jeszcze niżej i tam jest jakiś wyjazd. Nim zdążył do niej podejść, rozległ się alarm jednego z aut. Zaklął pod nosem i pobiegł w tymże kierunku.
Krzyczący pojazd był nawet dobrym modelem na pierwszy rzut oka. Wybita szyba od strony kierowcy i stojący obok białowłosy ze sztyletem oraz zakrwawioną dłonią były widokiem godnym pożałowania, ale nie było na to czasu.
- Jak zamierzasz go odpalić? – zapytał patrząc, jak Alvarez wślizguje się przez wybite okno.
- Stawiam, że niewielka jest różnica między nimi a autami z Ziemi, wystarczy dobry impuls, by wszystko ruszyło. – Odetchnął, kładąc dłonie na kierownicy.
By użyć chociażby najmniejszej cząstki mocy, naprawdę trzeba było się wysilić. Szczęście w tym całym nieszczęściu, udało się. Auto otworzyło się i uruchomiło silnik. Basior gestem głowy zaprosił towarzysza na miejsce pasażera. Nim zdążył zadać pytanie, czy potrafi prowadzić takie cholerstwo, ruszył z miejsca, prosto do widzianej wcześniej windy. Kiedy zatrzymał się na idealnym środku, niczym wariat zaczął szukać jakiegokolwiek przycisku we wnętrzu, co by uruchomić te cholerstwo.
- Wyjdź i poskacz – rzucił do Dorina, który spojrzał nań, jak na debila.
- Cieszę się, że nawet w sytuacji zagrożenia życia dopisuje ci humor, ale nie wiem, czy widzisz, że właśnie biegnie do nas eskorta – Z każdym kolejnym wyrazem mówił głośniej, kończąc krzykiem.
Alvarez uniósł wzrok, napotykając parę czarnych luf wymierzonych prosto w nich. Bez ostrzeżenia zaczęli strzelać, lecz kule tylko się odbijały od karoserii oraz szyby. Zadziwiające i kupujące trochę czasu. W końcu udało mu się znaleźć dziwny przycisk. Bez zahamowani przydusił go, zaś winda poczęła zjeżdżać. Auto ledwo dachem opadło poniżej podłogi, kiedy to dziura nad ich głowami zaczęła się zamykać. Ostatnie strzały przelatywały rykoszetami. Jazda prosto w dół była dziwnym doświadczeniem, lecz Alvareza bardziej przykuła rozcięta dłoń towarzysza. Niewiele mógł sam zrobić, a w Imperium magia praktycznie nie istniała. Tak źle i tak niedobrze.
W końcu winda się zatrzymała, a przed ich oczyma zaczęły otwierać się metalowe wrota. Cóż, miłą niespodzianką było spotkanie drugiego auta po drugiej stronie, lecz stojącego wystarczająco daleko, by mogli się wyminąć. Tak też uczynił i tak, jak się spodziewał, auto zawróciło, gnając za nimi.
Kiedy wypadli na imperialną drogę, Mishabiru zaczął się niespokojnie się rozglądać.
- Jak stąd wyjechać? W którą stronę? – zaczął dopytywać, spoglądając co jakiś czas we wsteczne lusterko. – Na pewno w tym aucie jest nadajnik, ale wystarczy, że opuścimy miasto i przesiądziemy się do innego środka transportu.
- Czy ja ci wyglądam na nawigację? – oburzył się, zaczynając grzebać po wszelkich możliwych skrytkach, prawdopodobnie w poszukiwaniu mapy.
- Przydałbyś się w końcu o czegoś!
- Wypraszam sobie! Gdyby nie ja, to spłonąłbyś razem z tym pieprzonym laboratorium!
- Mam ci teraz dziękować za uratowanie dupy?! – Wkurzony skręcił w wąską, jednokierunkową uliczkę, zmuszając inne auta do zjechania im z drogi. – Rozliczymy się potem, gdy wyjdziemy z tego cało, ale jeśli będę musiał cię zostawić, zrobię to z przyjemnością.
Tak naprawdę nie byłby w stanie tego uczynić, pomimo tego, że właśnie skakali sobie do gardeł. Taka jego natura, chociaż zdarzały mu się chwile bycia okrutnym. Kiedy jednokierunkowa droga się skończyła i wyjechał na skrzyżowanie, zostali powitani przez salwę pocisków, które wybiły im boczną, tylną szybę. Zakręcił ostro w przeciwnym kierunku, jadąc slalomem, niczym rasowy wyścigowiec.
Na nic się to zdawało. Pościg stale się powiększał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!