Od Nataniela - Walka z Ruszczem

Pomoc w szpitalu była miłą odskocznią, od siedzenia  długimi godzinami przy sztalugach. Dzisiejsze przypadki wymagały, szybkich i zdecydowanych działań. Przed oczami wciąż miałem obraz 4 letniej dziewczynki, która ledwie przeżyła atak swojego Ojca psychopaty. Bo niby czemu by zamiast twardej i ciężkiej łapy, nie użyć dziś na kruszynie siekiery po pijaku. Skurwiel najprawdopodobniej sam teraz znajdował się w niezbyt miłym towarzystwie. Viol potrafiła być pomocna, jeśli chodzi o wyjątkowo paskudnie działające trucizny i kwasy. Jeden telefon wystarczył by zachciała ubrać się i ruszyć w tan z żywym trupem. Inaczej nie dało się już nazwać ojca dziewczynki.
Odpaliłem papierosa, zaciągając się nim mocno. Noc była wyjątkowo jasna, tuż przed pełnią. Wiał chłodny wiatr, wdzierający się pod najbardziej oporne mu, części mojej garderoby. Uwielbiałem te ukłucia małych żyletek zimna na skórze. Zwolniłem, napawając się tym i uczuciem ciepłego dymu w płucach,  nie dane mi jednak na zbyt długo. Z kieszeni płaszcza dobiegło moich uszu ciche miauknięcie. Dziś na oddziale zmarł pacjent, zostawiając swojego małego pupila samego na świecie. Zabrałem więc małą, czarną kulkę ze sobą.
 – Niedługo coś zjesz – Obiecałem malcowi wydłużając kroku.
 Z zaułku po prawej usłyszałem szybkie kroki i urywany oddech, kogoś biegnącego prosto na mnie. Chciałem już odsunąć się, by przepuści postać, gdy dotarł do mnie dobrze znany mi odór krwi.
– Pomocy! – krzyknął, na moje oko 12 letni chłopak. W ramionach trzymał niewielkie stworzenie, przypominające psa.
– Co się stało? – Cierpliwie czekałem, aż mały złapie oddech.
– wyszliśmy na spacer… ja i Odin – tu chłopak wskazał głową na pseudo psa. – i… i…wtedy nie wiem  …zerwał się mi ze smyczy i ….pobiegł za czymś. – z powodu płaczu, trudno mi było zrozumieć chłopaka.
– kiedy go znalazłem, leżał tam – chłopak wytarł nos w rękaw kurtki, wciąż trzymając w trzęsących się ramionach swojego pupila. Głową wskazał za siebie.
 Złapałem za ramię dzieciaka, wyciągając go na jasno oświetloną uliczkę. Nie wiedziałem co skrywał mrok zaułka. Przytrzymując ustami papierosa, delikatnie uniosłem kudłate stworzenie, by lepiej się mu przyjrzeć.  Psiak miał na łapie ranę szarpaną. Nie była to rana od ostrza, które zostawia po sobie równe brzegi. Wykluczyłem więc czynnik ludzki, wariatów chcących ugryźć psa, nie brakowało oczywiście w mieście, ale ta rana była na to zbyt mała.
 Jak na takiego typu obrażenia psiak był w dość krytycznym stanie. Dość mocno krwawiła, ale na pewno nie na tyle, by spowodować takie spustoszenie w jego ciałku. Spodziewałem się kłopotów ze strony układu krwionośnego, natomiast kudłacz miał wyraźne kłopoty z oddychaniem. Od czasu do czasu kaszlał, jakby próbując się czegoś pozbyć z płuc.
Tylko raz spotkałem się z czymś takim, będąc jeszcze na wyspach. W porcie, dochodziło do zgonów zwierząt przeznaczonych na sprzedaż. Zwierzęta miały podobne objawy jak ten tutaj. Przyczyną okazało się szczuropodobne stworzenie, roznoszące zarazę.
W małym mieście raczej trudno było je spotkać, znacznie częściej występowały blisko portów, lub w metropoliach. Nieraz te małe paskudztwa, pakowały się na statek, niezauważone prze nikogo. W ten sposób rozmnażały się, w coraz to nowych miejscach.
– Trzeba pozbyć się tego kurestwa, najszybciej jak się da – Pomyślałem.
– mam do Ciebie prośbę – przemówiłem łagodnie, patrząc prosto w zapłakane oczy chłopca, który posłusznie kiwnął głową – w kieszeni płaszcza mam małego kociaka – chłopak uważnie przyjrzał się mojej prawej kieszeni, z której ciekawsko wystawiła główkę czarna kuleczka – możesz go z niej wyciągnąć i przez chwilę dla mnie potrzymać? – Mały posłusznie zrobił o co go prosiłem. Zdjąłem  z ramion płaszcz, jedną ręką podtrzymując psiaka, a następnie otulając go w ciepły jeszcze materiał. Malec przypatrywał się mi uważnie, tuląc pod swoją kurtką kociaka.
– przykro mi mały – odezwałem się łagodnie i w kilka dosłownie sekund po tym, stworzonko wydało swoje ostatnie tchnienie. Łzy zrozumienia i bólu zakwitły na nowo w oczach chłopaka. Było mi go szkoda, cholernie szkoda.
– Dziś ten tutaj – wskazałem za kociaka – również stracił kogoś bliskiego – podrostek mocniej przytulił kuleczkę do swojej piersi. Wiedziałem, że już nie muszę szukać jej nowego Pana.
– zajmę się twoim Odinem i obiecuję Ci, że pozbędę się tego paskudztwa, które mu to zrobiło. A teraz uciekaj już do domu, bo robi się już późno i coraz bardziej niebezpiecznie, jak dla waszej dwójki – Chłopak trochę mniej płakał i dzięki temu usłyszałem jego ciche ”dziękuję”, kiedy znikał mi za rogiem ulicy, wracając do domu. Ostrożnie odłożyłem zawiniątko na chodnik. Dzisiejszy dzień jeszcze trochę się przeciągnie. Dałem nura w zaułek trzymając  w dłoni mój lodowy sztylet. Tej nocy nie ratowałem życia, tej nocy byłem mordercą z lodowym błyskiem w oku.
 Długo nie musiałem szukać, Ruszcz wybrał sobie za miejscówkę norę na końcu uliczki. Stwór stał przed swoim gniazdem, w którym ruszały się jego małe. Tyle co musiała urodzić. Stworzenie było szybkie, znacznie szybsze niż się tego spodziewałem. Zamiast otwartej konfrontacji wybrało ucieczkę. Wspięło się po pojemnikach,  które walały się na całej długości ślepej uliczki. Pognałem za nim. Kiedy stworek chciał ukryć się w pokaźnej stercie śmieci, cisnąłem sztyletem z całej siły trafiając w jego czaszkę. To była jedyna moja szansa. Ruszcz potrafił doskonale się chować, gdybym stracił go z oczy, pewnie zajęłoby mi wiele godzin zanim bym go złapał. Zależało mi na jego szybkiej śmierci. Wyjąłem sztylet z czaszki stworka, obróciłem się na pięcie i wróciłem do gniazda. Policzyłem czy ilość się zgadza i podpaliłem gniazdo. Poczekałem tak długo dopóki nie byłem pewny że wszystkie zginęły. Zagasiłem resztki i udałem się w drogę powrotną. Podniosłem delikatnie mój ładunek całkiem już zimny i z nim w ramionach wróciłem do domu. Po powrocie Umyłem się dokładnie i rozpaliłem ognisko kładąc w nim to co pozostało z Odina. Długo trwałem przy tlących się już popiołach. Ocknąłem się czując na ramieniu ciepłą dłoń Viol. Nie pytała o nic, stała tylko obok trzymając mnie za rękę.
 – Wróć do nas Natanielu – przemówiła do mnie łagodnie – Wszyscy tęsknimy za Tobą, zwłaszcza Rupert – jej słowa były jak miód, a ja byłem głodny- głodny ciepła, które tak szybko ulatuje z małych ciałem. Dłużej nie musiała mnie przekonywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wędrowcze, oto masz możliwość pozostawienia po sobie śladu! Proszę o podpisanie się nickiem na howrse/imieniem postaci na Divided Kingdom. Obraźliwe i anonimowe komentarze będą usuwane!