Od Tayron'a c.d Fragonia

Szkoda, że nie wziąłem odpowiednich "narzędzi" do dzisiejszego treningu. Co prawda, deszcz przestał już padać, ale co kilka minut słychać było grzmot. Niebo spochmurniało tworząc lekko mroczną atmosferę. Człowiekowi, któremu nadzwyczaj się nudziło, zawsze przyda się odrobina rozrywki. Nie chciałbym specjalnie zostawiać ślady po treningu. Chociaż, ze mną było gorzej. Zawsze wracałem posiniaczony z owych zajęć. Będę bardziej delikatny niż mój trener. Znaczy, postaram się. W tym momencie trzymałem ją za rękę. Ponownie kierowaliśmy się na pole, które w obecnej pogodzie przypominało, zamiast zielonego, kolor szary. Uśmiechnąłem się złośliwe, właściwie robiłem to już od kilku minut. Nie lubiłem medytacji, chociaż po ranach na treningach, była naprawdę przyjemną odmiennością. Nakazałem dziewczynie usiąść. Natomiast sam rozejrzałem się po pustkach. W pobliżu było kilka drzew, a więc obok roślin powinny znajdować się patyki. Mocno chwyciłem jeden z nich w lewą dłoń, drugi w prawą. Najciszej jak potrafiłem zbliżyłem się do Fragonii. I dźgnąłem ją w biodro. Starałem się zrobić to najlżej jak potrafiłem, serio! Przewróciła się w pozycji lotosu. To wyglądało śmiesznie. Kąciki ust podniosły mi się wyżej, i zaśmiałem się złośliwie.
-Orient! -gwałtownie rzuciłem w nią kijem z prawej dłoni.
Zamachała obiema rękami usiłując chwycić lecący przedmiot, ale mimo to gałąź uderzyła ją w nos.
-Wstajemy młoda damo!
Niechętnie wstała pocierając dłońmi obolałą kość. Schyliła się po patyk i jakby ze złości zamachnęła się na mnie. Prawą ręką zablokowałem patyk, dodatkowo łamiąc go na pół. To nie moja wina że mam za dużo siły... Dałem jej swój.
-Wyobraź sobie, że jestem kimś kogo chcesz zabić. (XXXX z mojej klasy >_<)
Uśmiechnęła się lekko pod nosem.
-Wystaw prawą nogę do przodu, stań mocno na nogach. Złap "miecz" w obie ręce. Prawa u góry, lewa na dole. Myślę, że wiesz mniej więcej gdzie jest serce? -przewróciła oczami. -Chyba wiesz, okej. Musisz trafić w miejsca, które są śmiertelne. Wiadomo, jeżeli zadasz ranę w odpowiednim miejscu, przeciwnik szybciej umrze, a ty pozbędziesz się wroga. Jasne?
Kiwnęła głową.
-Zapomniałem... Wykonuj wygodne dla ciebie ruchy. Takie, które według ciebie są odpowiednie. Tak na początek.
-Rozumiem. -odpowiedziała. -Nie odpowiadam za krzywdy wyrządzone twojemu ciału. -mruknęła.
-Zaczynajmy, w takim razie.
Zamachnęła się celując w moją pierś. Odskoczyłem na bok i znalazłem się zaraz za nią. Objąłem ją dłońmi zaciskając na szyi.
-Umarłabyś. Ale spokojnie, też tak zaczynałem.
Klepnąłem ją po tyłku, i poczułem ostry ból w okolicy brzucha. Trafiła kijem w okolicy mojego lewego biodra.
-A ty byś już nie żył. -warknęła odsuwając się kilka kroków w tył.
Przewróciłem oczami. Trzeba zacząć od ostrych posunięć. Gwałtownie się odwróciłem zacisnąłem ucisk na dwóch rękach. Naparłem i przewróciłem dziewczynę na mokrą trawę.
-Są i tacy mordercy. Gwałcą swoje ofiary na początku, a później zabijają lub torturują. -uśmiechnąłem się pochylając się nad Cornelią. Znajdowałem się nad nią. Utrzymywałem ją w pozycji na łopatkach. Nie było łatwo, nieźle się wkurzyła, podczas usiłowania się wyszarpywania. Niestety, oczywiste jest to, że dwudziestolatek będzie silniejszy od niepełnoletniej dziewczyny. Dmuchnąłem w usta Fragonii.
-Serio, musisz jeszcze poćwiczyć. -uśmiechnąłem się chamsko.
-Od tego mam trenerów. -odburknęła, nie przestając wyszarpywania się.
Zapewne wkurzyła ją też moja wyluzowana postawa. Nie brałem jej na poważnie. Żeby lepiej ją nauczyć powinienem zacząć to robić. Ale troszkę rozrywki nikomu nie zaszkodzi.
-Znowu będziesz musiała się przebrać. -zaśmiałem się nie rozluźniając uścisku.
(Fraguś? xDD)

Od Zdrajcy Team "Shadow" - Pokój VII

Po przebyciu pokoju zwierciadeł i tego dziwacznego miasta ostatecznie Zdrajca znalazł się w spokojnym, pustym mieście. Podobnie jak wcześniejszy szklany zamek było w nim coś… znajomego. Wilk zaczął się zastanawiać, czy to miejsce w jakiś sposób nie grzebie w jego egzystencji, wybierając z niej takie elementy, o których on sam nie miał pojęcia. Stał w nędznym ochłapie cienia, pod jakąś niewielką wiatą.
To miejsce… kamienice po obu stronach uliczki miały jasne, przyjemne, pastelowe barwy. I tylko tam, gdzie zalegały niewielkie cienie dało się dostrzec niedoskonałości, odchodzący tynk i brud. Zdrajca położył po sobie uszy. W jakiś sposób to miejsce… go przytłaczało. Ta jasność…
A słońce wędrowało powoli, powoli… jednak nie tak wolno, jak zazwyczaj. Wilk zwrócił na to uwagę dopiero w momencie, w którym cień pod jego łapami wydłużył się i powoli wypełzł na biała kostkę deptaka, zamieniając ją w popękaną i porośniętą mchem skałę. Wilk spojrzał w niebo, by ujrzeć czerwoną łunę, pokrywającą dzienny błękit. Niczym krew, umierającej nadziei – przemknęło mu przez myśl, jednak nie miał pojęcia, skąd ten pomysł przybył.
A tymczasem mrok dotykał już przeciwległej ściany budynku i wędrował coraz szybciej w górę. 
Czarny wilk niepewnie wstał ze swojego miejsca i powoli ruszył pustą uliczką, już nie tak uroczą jak chwilę temu. Teraz kamienice po bokach wydawały się stare, ciężki i brudne. Grożące zawaleniem w każdej chwili, a blade światła, płonące w ich oknach przywodziły na myśl płonące ślepia bestii. Niektóre z nich zabite były deskami, niektóre odgrodzone od świata zewnętrznego czarnym szkłem. W niektórych domach brakowało drzwi i tylko sterczące z futryn zawiasy mówiły o ich niegdysiejszej obecności. A mrok w klatkach schodowych wydawał się głęboki i… żywy.
Cisza kroków Zdrajcy rozbrzmiewała echem  w ciszy tego dziwnego miejsca. 
Mrok już nie zapadał powoli. Nie. On zapadł nagle. Opadł na świat, niczym czarna kurtyna na scenę życia, ukazując gwałtownie tłum ludzi za sceną. Ludzi, bez których przedstawienie nie miało prawa się odbyć, a których świat nigdy nie pozna. Ludzi? Zdrajca zatrzymał się i wyprostował, unosząc głowę. Rozglądał się.  Mijające go istoty zdecydowanie nie wyglądały na ludzi. Jedne miały łuski, inne pióra, jeszcze inne połyskujące pancerze. Były tam rogi, macki, kopyta, łapy, skrzydła, pazury i narośla. Były zniekształcone ciała i twarze, były zwierzęce sylwetki, były i ludzkie. Ale wszystkie one, wszystkie, miały jedną wspólną cechę. Ich twarze nie miały wyrazu. Snuły się gdzieś, skądś, po coś… Marne odbicia samych siebie.
Na kostce przed Zdrajcą coś stuknęło cicho. Wilk gwałtownie spojrzał w tamtym kierunku, by ujrzeć jedną, jedyną osobę, w tłumie stworów. Mały Chłopiec o złotych, kędzierzawych włosach i błękitnych, ciepłych oczach. Ubrany był jedynie w białą koszulę nocną. Był jak światło w mroku uliczki, a pod jego stopami dało się dostrzec gładkie linie białej kostki. Czarny wilk ruszył w jego kierunku, pochylając łeb. Coś się z nim zaczęło dziać. Stał się masywniejszy, a ilość przednich łap zwiększyła się dwukrotnie, a zamiast zwykłych, wilczych opuszek pojawiły się szpony. Również liczba oczu Zdrajcy zwiększyła się o dodatkowe trzy pary, a z obu boków głowy pojawiły rogi. Chłopiec również dojrzał kroczącą ku niemu postać. Cofnął się gwałtownie, z przerażeniem, widocznym na jego pięknej twarzyczce. Wilk wysunął swój długi język i oblizał jego koniuszkiem pysk. Chłopiec odwrócił się i rzucił do ucieczki. A Zdrajca za nim, a wszystkie beznamiętne potwory ustępowały im z drogi. Chłopiec skręcił w boczną uliczkę, a wilk za nim. Zatrzymał się na samym jej końcu, na wprost Chłopca, który z przerażeniem próbował wspiąć się po odartej do cegły ścianie. Jednak nie był w stanie. Był w potrzasku. Z gardzieli Zdrajcy wydobył się cichy, złowrogi warkot. Chłopiec odwrócił się i oparł plecami o mur. Był przerażony. Zacisnął ręce w pięści i opuścił głowę.
- Ponowisz swoją propozycję? – zapytał, drżącym głosem. – Odmówię. Śmiało, możesz wydłubać moje oczy, odgryźć kończyny i pożerać powoli. Możesz przyzwać kruki, możesz wyjąć igły. Jak to zawsze robisz. Odmówię.
Zdrajca stał w pustym zaułku. W nagłej ciszy słychać było czyjeś głosy. Ktoś szedł przez ciemność. Wilk kojarzył te głosy. Zbliżały się, kompletnie nie świadome jego obecności. W ciemności. Czy to miejsce nie było idealne? Czy warto dłużej zwlekać? Igrzyska wkrótce dobiegną końca. Igrzyska walki o władzę. A Darkness życzył sobie, by wygrał jego syn. Życzenie nie było wyrażone wprost, jednak Alpha uczynił Zdrajcę już swoim zabójcą. Tego dnia, gdy kazał mu pozbyć się Wilka z Watahy Zachodu. Impuls. Tamtego dnia poczuł ten impuls. Teraz czuł go ponownie. Takie było życzenie Darknessa.
Czarny wilk ugiął łapy i bezszelestnie szurając brzuchem o kostkę podszedł do skraju uliczki. Przywódczyni grupy już tam była, razem z tym czarnym basiorem co wcześniej. Zdrajca był dla nich kompletnie niewidoczny. Rozmawiali o czymś cicho, nie przejmując się wogóle światem dookoła. Mój cel, cel… Mrok wypłynął na ulicę, kształtując się w wilka tuż przed samymi przybyszami. Tytania cofnęła się gwałtownie, gdy szczęki potwora wystrzeliły w jej kierunku. Mimo to nie chybiłyby, gdyby czarny basior nie wykazał się refleksem i nie stanął między szczękami Zdrajcy, a gardłem pani swojego serca, odpychając ją na bok. Oba czarne wilki potoczyły się po zniszczonej kostce, splecione w zabójczym uścisku. Raz kopał i drapał, gryzł i miotał się. Jego ciosy były naprawdę silne, jednak powolne. Zdrajca tylnimi-przednimi łapami unieruchomił jego łapy, a przednimi tułów i pysk przeciwnika, tracąc przy okazji kilka pazurów, które jednak odrosły w zastraszającym tempie. To była sekunda, gdy olbrzymie szczęki dominującego wilka zatopiły się w tętnicy przeciwnika. I pociągnęły. Raz gwałtownie ryknął, zacharczał i już nie wydał żadnego odgłosu. Zdrajca zszedł z przeciwnika i zwrócił się do jego towarzyszki, nadal trzymając główną żyłę w kłach. Warknął i uśmiechnął się groźnie. Wokół wadery płonął czarny ogień. Jego mroczny blask pokrywał cienie czarnymi iskrami. Fioletowe elementy na ciele wadery iskrzyły się. 
- Umieraj, potworze! – wrzasnęła, a sceneria wokół Zdrajcy zmieniła się ponownie. Stał w szklanym pałacu, a przed nim na wysokim podeście szklana kula. U jego stóp leżał Chłopiec, a jego jasne włosy nie były już skręcone w loczki jak dawniej. Nie miały też w sobie już ani trochę dawnego blasku. Chłopiec był martwy. Zdrajca schylił się ku niemu. Wyciągnął do niego rękę i obrócił Chłopca na plecy. Miał otwarte oczy. One też straciły ten blask… teraz były matowe i szare… nie. One zawsze były szare, jednak energia w nich zaklęta nadawała im tego blasku. Zdrajca wyciągnął dwa palce i delikatnie zamknął powieki Chłopcu. Dopiero teraz zauważył, że na piersi tego wykwitła czarna plama, a z niej powoli na posadzkę upadł złoto-diamentowy odłamek. Zdrajca chwycił go w dwa palce… i świat przestał być taki, jaki był. Odłamek przeobraził się w małą, kryształową szkatułkę, obitą złotem. Mężczyzna wsadził do niego dłoń…
W środku Zdrajca znalazł głównie jedzenie, jednak pomiędzy owocami natrafił na żywą, ogromną gąsienicę, w kolorze różu, wyjadającą resztki. Ponad to zyskał również sztylecik.
-10 HP oraz 300 punktów do rozdania.
Jeżeli RAZ napisze opowiadanie w ciągu 3 dni, zdoła się uratować i powróci do igrzysk, jeżeli zaś nie, traci całe HP. Po Razie pisze: ENURI.
Do team'u CRYSTAL: NASTĘPNA PISZE KASAI!!!

Od. Haru c.d Darkness

Po nieudanej misji rozeszliśmy się,cóż nie miałam dokąd iść.
Poszłam nad wodę i spojrzałam w swoje odbicie,byłam szkarłatna.
Czułam się znowu dziwnie samotność która zawsze była najlepsza dla mnie stawała się uciążliwa. Poszłam wiec do Darknessa a on nas gdzieś zabrał
-Co tutaj robisz, do cholery?!
- Cóż...spróbujemy odbić zamek.
Po chwili skinęłam posłusznie głową,wiedziałam ze ma pojęcie o mojej mocy i dlatego za pewne chce wypełniać ze mną te zadania.
-Jesteśmy we dwoje a wrogów będzie sporo-mruknęłam
-Twierdzisz,że nie damy rady ?
-Nie .. -odparłam
-Nie podobne do Ciebie jest zwątpienie droga Haru ..
-Bierzmy się do roboty .. -mruknęłam
Zbliżyliśmy się do bram zamku widać Darkness był podekscytowany
Pierwsi osobnicy którzy nas zdemaskowali oberwali moimi igłami i bez trudu przedarliśmy się dalej .. co oznaczało większy problem ..

<Darkness>

Od. Darknessa c.d Haru

Spojrzałem na waderę znudzonym wzrokiem. Też nic nie znalazłem. Byliśmy w czarnej dupie. Zostawiłem Haru samą i poszedłem do domu. Nie chciałem się z nią użerać.
*kila tygodni później*
Rozpoczęły się igrzyska. O wielu rzeczach zdążyłem już zapomnieć. Oparłem się o fotel i zacząłem się lekko kołysać. Wziąłem kolejną porcję frytek do ust. Niezbyt smaczne. I bardzo tłuste. Zdecydowanie nie preferowałem tego typu potraw, chyba, że z kechupem. Poza tym, nie mogłem wyróżniać się za bardzo z tłumu i musiałem jeść to, co zwykle amerykanie jedzą. Musiałem zrobić sobie kilka dni wolnego. Przed emeryturą. Nie czułem się jednak staro. W końcu, czy 32 latka można posądzić o problemy ze stawami i inne tego typu duperele?! Zamknąłem oczy i spróbowałem się zrelaksować. Nie za bardzo mi to jednak wychodziło. Nagle poczułem muśniecie. Otworzyłem oczy i ujrzałem Haru. Wadera wpatrywała się we mnie znacząco. Pokręciłem tylko ze zrezygnowaniem głową. Wstałem i również przemieniłem się w basiora. Poprawiłem tylko swoją czaszkę i spojrzałem na Haru swoimi ogromnymi ślepiami. Zanim ta się odezwała, przeniosłem ją na Deltę, do zamku. Rivangoth. Jak ja dawno tutaj nie byłem. A był to wspaniały zamek.
- Co tutaj robisz, do cholery?! - warknęła dziewczyna.
- Cóż...spróbujemy odbić zamek. 
<Haru? Coś króciutko ;-;>

Od. Fragonii c.d Tayron

Byłam pewna, że zaraz go pier...uderzę. Jak tylko coś huknęło obok mnie wstałam i wykrzyczałam to szanownemu panu, co o tym całym gównie myślę. Po chwili jednak powoli zaczęłam się uspokajać. Weszłam po prostu do domu i nie obejrzałam się nawet za siebie. Zamknęłam drzwi przed moim nowym nauczycielem i pobiegłam na górę. Po drodze, na schodach, wpadłam na Vipera i gdyby nie jego szybka reakcja, pewnie leżałabym już na parterze. Chłopak spojrzał na mnie dosyć mocno zdziwiony, ale o nic mnie nie zapytał. Wyszedł na pole do Tayrona, a ja zamknęłam się w pokoju Tytanii. Póki przebywałam w tym domu, był to mój pokój, a Tytania spała u...Raza. Właściwie, to teleportowała się tu dzięki Anubisowi tylko na zebrania i inne pierdoły. Usiadłam na jej łóżku i zaczęłam cicho płakać. Spieprzyłam, jak zwykle. Nie ma rzeczy, w której byłabym dobra.  Otworzyłam laptopa i sprawdziłam swoją watahę.  Niektórzy podnieśli swoje szanowne tyłki i coś napisali, z czego byłam zadowolona. Szybko przestałam się mazgaić. Faceci tego nie robią. Ale jestem kobietą, więc mam prawo. Zacisnęłam wargę i wygrzebałam z siebie resztki pozostałej weny. Nagle usłyszałam huk. Nie spodziewałam się, że Viepr będzie AŻ TAK na mnie wściekły za ten trening. Wyszłam więc z pokoju i obudziłam w sobie Tyksonę - pyskatą istotkę bawiąca się w licealistkę.
Kopnęłam drzwi. Usłyszałam cichy jęk bólu.  To nie był widocznie Viper.  Tayron. Tego byłam pewna. Już miałam uciec, kiedy mężczyzna złapał mnie za rękę i pociągnął. Byłam blisko poręczy i omal się nie wypierd.. omal nie wyleciałam. A to wszystko dzięki interwencji mojego "mistrza". Niespodziewanie znalazłam się obok niego blisko. Za bardzo blisko. Swoją głowę skierował na mój biust. Zdrowa baba powinna mieć tam dwa cycki jak arbuzy. Moje można jednak było porównać do spłaszczonego placka. Ugh. Jakież to było krępujące!
- Puść mnie. - powiedziałam delikatnym głosem, jednak mężczyzna nie posłuchał.
- No już. - pogoniłam go i dopiero wtedy wyrwał się z transu.
Spojrzałam na niego tymi swoimi małymi oczętami i uniosłam delikatnie brew ku górze.
- Błagam, ostatni raz medytacja w deszczu. Pozwól mi się wysuszyć, zmienić ubranie i dopiero POTEM wyjść potrenować. Zresztą, tym razem Z BRONIĄ.
- Ale nie sądzisz, że jeszcze za... - zatkałam mu usta dłonią, jednak on ją polizał i odruchowo schowałam ją do kieszeni.
Był to nad wyraz obrzydliwy ruch z jego strony. Chociaż..nie tak obrzydliwy jak wkładania sobie penisa do ust przy stosunku. Czy pocałunek gei. O fuu..Muszę ograniczyć porno w watahach. Teraz takie czynności wyglądają ohydnie, ale jak czytam...cóż..to co innego. Zakazany owocek smakuje najlepiej.
- Błagam, używaj tego narządu tylko w celach jedzenia i mówienia. - powiedziałam spokojnym głosem i odwróciłam się.
Nagle poczułam na sobie chłód. Otwarte okno znowu dawało mi się we znaki. Zamknęłam je i spojrzałam beznamiętnie na Tay'a. Po chwili chłopak pociągnął mnie za rękę i ruszyliśmy znowu na pole. Tym razem deszcz ustał. Mężczyzna zrobił znaczący dla mnie ruch: "usiądź". Znowu medytacja? No dobra, pomyślę nad pisaniem swoich opowiadań, okaleczaniem Vipera, i o tych opkach +18. Albo nie. Pomyślę oo... hmm... o Darknessie. Znęcającym się nad moją znienawidzoną klasą w moim imieniu. To była naprawdę piękna wizja. Nagle jednak poczułam mocne uderzenie w biodro i upadłam. Nade mną stał chłopak z kijem w ręce. Uśmiechał się złośliwie. Och..ależ był silny.. O KUŹWA!!!! On ma dziewczynę, a ja przysięgłam sobie dziewictwo..przynajmniej do ślubu. I ZERO FACETÓW (bab to też dotyczy, no women, no gey). 
<Tayuś? Nie zabij mnie tym kijem! XD>

Od. Tayrona c.d Fragonia

Nie miałem ochoty nic jeść. Jak to mam zwyczaju, zwyczajne grzebanie łyżką w płatkach. Siedzę tak od trzydziestu minut, a potrawy nie ubywa. Marnotractwo jedzenia, cóż nic nie poradzę. Niechętnie podniosłem się z krzesła i ruszyłem w kierunku łazienki. Wylałem pozostałości do klozeta i spuściłem wodę. Noszenie telefonu w tylnych kieszeniach jest ogromnym błędem. Zwłaszcza, gdy nie spodziewasz się esemesa i masz ustawiony dzwonek miauczenia kotów. Niestety moja reakcja na owy dźwięk nie wyglądała interesująco. Naturalniej w świecie wyciągnąłem nóż z przepaski na biodrze. Taki odruch. Poczułem wibracje w tylnym miejscu. Kto może być aż tak głupi? Ja.
Napisał do mnie Viper. Pytał się czy mógłbym wpaść i pouczyć trochę Fragonię. Nie mam co robić, serio... Więc czemu nie! Dziewczynę widziałem maksimum dwa razy. Nie przypominam sobie jej biustu, szkoda. Chciałbym mieć co oglądać. Zerknąłem na śpiącego Dimitriego. Może na coś się przyda. Smok zmniejszył się do rozmiaru pierścienia i ospale wszedł do bocznej kieszeni plecaka.  Zapakowałem wodę i jabłko. Jedyny posiłek na który miałem ochotę. Wyszedłem z domu i skierowałem się w kierunku podziemnego parkingu. Odpaliłem samochód i wyjechałem z garażu. Dokładnie dziesięć kilometrów od mojego domu. Jechałem za wsazówkami Viper'a. Nikogo nie potrąciłem, jest przyjemnie. Na razie. Zaparkowałem auto. Zapukałem do drzwi owej willi. Ze środka usłyszałem głos Vipera "wchodź". Pierwsze wrażenie domu. Całkiem dobre. Przy stole siedziało dziecko. Czułem się lekko zażenowany, ale cóż. Nie po większych się ocenia, prawda? Małolata wpatrywała się we mnie osłupiałym wzrokiem. Po chwili osoba wstała.
- To co? Zaczynamy ten trening, czy będziesz tak stała? -mruknąłem.
Przysiągłbym, że usłyszałem przełkniecie śliny. Dziewczę niepewnie kiwnęło głową i skierowało się po kurtkę. Pogoda nie dopisywała, słońce nie było łaskawe i nie zamierzało wyłonić się za pociemniałych chmur. Oparłem się o drzwi. Zapięła bluzę i stanęła koło mnie. Wyglądała na lekko spiętą. Otworzyłem drzwi i niemalże wypchnąłem ją na zewnątrz. Moje treningi rozpoczęły się od znienawidzonej przeze mnie medytacji. Opanowanie i spokój, rzecz jasna to najważniejsze przed rozpoczęciem realnej techniki walki. Wyciągnąłem z plecaka koc i rozłożyłem na trawie. Ściągnąłem buty  i usiadłem na kocu. Cornelia stała. Klepnąłem ręką na materiał.
-Zapraszam do siedzenia. -lekko się  uśmiechnąłem odsłaniając śnieżne zęby.
Zdjęła buty i usiadła w pobliżu mnie.
-Wiesz jak wykonać pozycję Lotosu? -mówiąc to sam przybrałem odpowiedni siad.
Zerknęła na mnie zdziwionym wzrokiem.
-Wiem. -mruknęła.
-Zamknij oczy i zrelaksuj się. -zamknąłem oko w szkarłacie, niebieskim obserwowałem ruchy Cornelii.
Przyjęła nakazaną pozycję i przymknęła oczy. Nie zamknęła ich. Podniosłem rękę i przejechałem nią po powiekach dziewczyny. Wzdrygnęła się, gdy poczuła mój dotyk.
-Mają być zamknięte, a nie wpół otwarte.
-Mhm... -odpowiedziała.
-Pomyśl o czymś, co lubisz - i co sprawia ci przyjemność... -zacząłem wypowiedź, gdy poczułem kroplę deszczu na ręce. -Zignoruj deszcz. -powiedziałem kładąc się na kocu.
Nie miałem nigdy ucznia. Tak naprawdę to nie do końca wiedziałem co mam robić.
-Głęboki wdech i wydech. Postaraj się... Tak jakby odpłynąć.
Po kilku minutach dosłownie wszystko było mokre. Włosy w szczególności. Mimo tego Fragonia wyglądała tak, jakby w ogólnie nie sprawiało jej to problemu. Szczerze, całkiem dobrze jej to wychodziło. Byłem zdziwiony. Ja ogarnąłem to dopiero po kilku dniach. Najwyraźniej nie potrafię nawet się skupić. Przynajmniej z walką dobrze mi idzie. Chyba. Usłyszałem grzmot. Jeden, gwałtowny odgłos całkowicie rozbił równowagę dziewczyny. Automatycznie wstała i z niewiadomego powodu krzyknęła coś niesłyszalnego dla mojego ucha. Dimitri przybrał postać dużego smoka.
(Fragonio? xDD Dobra, sory naprawdę że tak długo... Ale w końcu się udało! .___. )

Od. Moon c.d Anubis

Dziewczyna znalazła się w parku usiadła w jakimś mniej uczęszczanym miejscu. Opierając się o korę drzewa parzyła w dal. Po kilku chwilach jej oczom ukazał się kawałek jeziora. Tafla wody pięknie błyszczała od promieni zachodzącego słońca. Przymknęła oczy. Po kilku chwilach poczuła znajomy sobie zapach otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła lecz nikogo nie było.
-Co jest do diaska?-szepnęłam do się zastanawiając się czy Już mi zmysły zaczęły nawalać.
-Ja jestem- z za drzewa wyszedł dość wysoki i dobrze zbudowany Brunet. Dziewczyna dość szybko poderwała się i stanęła naprzeciwko bruneta.
-Czego chcesz?-warknęłam oschłym głosem- To co była między nami już się dawno zakończyło sam tak stwierdziłeś.
-Oj mała przestań-położył dłoń na policzku dziewczyny. Moon w reakcji na to zerwała jego dłoń ze swojego policzka.
-Nie dotykaj mię- warknęła dość agresywnie patrząc mu w oczy by zrozumiał przekaz w jego kierunku.
-Spokojnie mała nie po to tu przyszedłem.-Powiedział w brew Dziewczyny łagodnym głosem.
-No więc co cię do mię sprowadza? Proszę nie przedłużajmy tego spotkania.
-Hmm? Czyżbyś już sobie kogoś znalazła? Uj szybka jesteś nie powiem... Ale cóż Dzi*ki tak mają -roześmiał się na swój sposób.
-Tak Tak Nie komplementuj mi tylko przejdź do rzeczy.-Nadal trzymała poważny ;lekko oschły głos przy wypowiedzi. Mężczyzna nagle przyparł ją do drzewa a jego łagodny wygląd troszkę się zmienił po chwili dodał:
-Zabierz tą małą od Mojego syna.. Rozumiesz?!
-Gadaj z moim bratem z tego co wiem jest jego.-odpowiedziałam obojętnie- No chyba że się nadal go boisz :').
Potem Facet znikną oddalił się natychmiastowo tak jakby urażony, na twarzy Moon za to istniał piękny wygrany uśmiech który długo jednak nie pozostał na jej twarzyczce. Po odejściu tego osobnika zobaczyła kontem oka patrzącego się nią centralnie Anubisa, któremu chyba humor nie przyświecał gdyż na jego twarzy jedyne co się malowała to łagodnie mówiąc złość.

<Anu?>

UWAGA!!!

Jako iż niepewne jest, kto wygra w evencie postanowiłam powołać sponsorów. Wasz wilk (który nie bierze udziału w evencie!)  może przydzielić dodatkowe +5 HP do dowolnego team'u. Jeżeli team wilka, na którego zagłosował, wygra, wilk dostanie dodatkowe 100 punktów do każdej umiejętności. Przydzielać punkty możecie w komentarzu.

Od. Tytanii Team "Shadow" - Pokój VI

Otworzyłam oczy i spojrzałam mimowolnie w górę. Nade mną ciemne sklepienie nieba. Wpatrywałam się w gwiazdy. Obok mnie nie było nikogo. Może to i lepiej.
Nowy York był pięknym miastem. Zwłaszcza nocą, a cudownie się go obserwowało na dachu. Pamiętam, kiedy pierwszy raz Viper zabrał mnie tutaj. Bałam się. Nienawidziłam wcześniej wspinaczki, zwłaszcza po dachach. Teraz jednak przyzwyczaiłam się do tego. Kiedy byłam bezdomna, musiałam jakoś umieć spieprzyć przed policją.Zamknęłam znowu oczy i położyłam cię na zimnych płytkach. Było cudownie. Przez może kilka sekund zapomniałam o tych wszystkich kłopotach. Przypomniałam sobie jednak, kiedy zdałam sobie sprawę..że nie ma obok mnie żadnego z moich braci.
Automatycznie zaczęłam płakać. Czy byłabym w stanie naprawdę go zabić? Nie mogę. Nie jestem pewna. A jeżeli jednak? Otworzyłam oczy.
Usłyszałam huk i odruchowo schowałam się za pobliskim kominem. Obok mnie pojawili się nagle dwaj mężczyźni, uzbrojeni w karabiny maszynowe. Wycelowali we mnie. Wstrzymałam oddech. Nabój minął mnie dosłownie o kilkanaście centymetrów. Zacisnęłam wargi i pomimo obaw wyszłam z ukrycia i ze złowrogim uśmiechem podeszłam do pierwszego mężczyzny. Ten spojrzał na mnie jak na wariatkę. I w sumie nic dziwnego. W mojej prawej dłoni pojawił się sztylet. Zacisnęłam go z całej siły. Po chwili bez ostrzeżenia rzuciłam się na niego z bronią w ręku. Nie zdążył zareagować, bo już po chwili leżał na ziemi martwy, z pustymi oczyma, wpatrującymi się w niebo. Jego kolega zdołał jednak strzelić do mnie. Prosto w twarz. Poczułam ból ale...nie przejęłam się. To był jak trans. Strzelił do mnie po raz drugi, w klatkę piersiową. Uśmiech stał się nienaturalnie szeroki. Zeszłam z ciała mojej ofiary i ruszyłam ku uzbrojonemu mężczyźnie.
Ten wiedząc, że strzały nie zrobią mi krzywdy, przerażony wyrzucił broń za plecy i podniósł dłonie. "Nie zabijaj!" - krzyczał. Coś jednak nie pozwoliło mi przestać. Zaczęłam podchodzić powolutku do niego ze sztyletem, jeszcze brudnym od krwi poprzedniej ofiary.
Otworzyłam usta i przyssałam się do jego szyi. Po chwili przestał całkowicie oddychać. Padł na ziemię, a z rany ciągle lała się krew. Przemieniłam się w waderę. Teraz wyglądałam inaczej. Futro było czarno-białe, a oczy fioletowe. Nie posiadałam skrzydeł. Jednak pomimo to skoczyłam z budynku. Posiadał może z...dwanaście pięter. Po chwili znalazłam się na ziemi. Czułam sączącą się z mojej rany postrzałowej krew, jednak wystarczyło jedynie liźnięcie, abym zatamowała krwawienie. Co więcej: rana sama zniknęła. No i dobrze. Pomimo iż skoczyłam z ogromnej wysokości, nic sobie nie złamałam. Żyłam. Byłam..bogiem. Mogłam robić, co mi się podobało. I to było niezwykłe uczucie. Teraz wiem, jak sobie radzi Darkness.
Zapomniałam całkowicie o swoim zadaniu związanym ze skrzynką. Dopiero później zobaczyłam przedmiot, który faktycznie mógł być ową złotą skrzynią. Był to porzucony portfel. Sięgnęłam po niego i coś jakby odezwało się w mojej głowie.
"Naprawdę chcesz?"
Coś we mnie wtedy zaiskrzyło.Wypuściłam skrzynię. Nie chciałam. Mogłam tu zostać. Odpuścić bratu. Tak, zrobię to. Zostanę. Będę robić, co tylko mi się spodoba. Zadowolona ze swojego "inteligentnego" planu wypuściłam portfel na ziemię.
Chwilę jeszcze wpatrywałam się w niego, ale on...zniknął. I dobrze. Zadowolona ruszyłam w stronę najbliższej kawiarenki. Usłyszałam jednak mrożący krew w żyłach ryk. Odwróciłam się. Rozpoznałam, kim był ten krzykacz. Terror. Czarno-fioletowy smok. Spojrzał na mnie tymi swoimi oczyma, jakby chciał mnie przewiercić. Po chwili zrezygnował z niszczenia pobliskiego budynku i podleciał do mnie. Zadowolona z siebie stanęłam przy nim dumna. Smoczysko zaatakowało mnie. Poczułam ból. Terror przebił mnie pazurem. Poniosło mnie. Może byłam odporna tylko na ludzkie ataki, czy coś w tym stylu? To było potworne. Umierałam. Teraz naprawdę.
"I jak? Miło?"
Nie był to ewidentnie głos Pana Smoków. Raczej mojego ojca. Rzucił mną o pobliski blok. Upadłam pół przytomna, ale nadal żywa. O dziwo. Skupiłam całą swoją energię na własnej ranie. Po chwili nie było po niej śladu.
- WALCZ JAK WILK Z WILKIEM! - krzyknęłam i zaatakowałam go.
Darkness zaśmiał się i odepchnął mnie ogonem. Znowu wylądowałam na jakiejś twardej powierzchni. Tym razem jednak podniosłam się od razu i przemieniłam w wilka. Oczy zaświeciły mi na fioletowo. Darkness również dokonał przemiany, ale tym razem postanowił pobawić się w Vipera. Gdy tylko ujrzałam swojego brata, ogarnęła mnie jeszcze większa furia. Pseudo Viper przekręcił swój łeb i zaczął się rozciągać. Pierwsza wykonałam ruch. Był to jednak bardzo kiepski pomysł. Tym bardziej, że nie walczyłam z prawdziwym Viperem, a jego ojcem. Pokazał mi swoje ostre jak brzytwa zęby. Byłam pewna, że za chwilę mnie zaatakuje. Jednak on zrobił tylko unik. No cóż, słabo jak na niego. Jednak kiedy tylko przygotowałam się do skoku, on złapał mnie za szyję i wykręcił dosyć brutalnie. Zapiszczałam jak małe szczenię i upadłam na ziemię, cała się trzęsąc. Co gorsza, podszedł do mnie i unieruchomił moje łapy..siłą woli. Po chwili do mnie podszedł i zaczął delikatnie naciskać moje krocze. To już nie było normalne. On robił to z pazurami. Piekło mnie jak cholera. Wrzeszczałam.
- No już już... - powiedział spokojnym głosem, po czym polizał moje intymne miejsce.
Otworzyłam oczy. Leżałam półżywa obok jakiegoś budynku. Czułam, że kości zaczęły mi się regenerować. Niedaleko mnie leżał, dzięki Darkossowi, portfel, który rzekomo wyrzuciłam. Modliłam się w duchu, żeby był to tylko sen. Myliłam się jednak. Obok mnie była kartka. Odwróciłam ją i przeczytałam napis:
"Było cudownie, tylko niepotrzebnie się wierciłaś. Rany ci się zagoją skarbeńku, spokojnie."
Nie chciałam nikomu mówić o tym wydarzeniu. Otworzyłam portfel.
"Jako iż Tytania spóźniła się kilka godzin, w skrzyni nie znajduje nic. Następny: ZDRAJCA"

Od Scarlet

Spokojnie przechadzałam się po watasze Zachodu. Chciałabym poznać wszystkie wilki, chociaż trwałoby to pewnie dosyć długo, ponieważ niektórzy są negatywnie nastawieni do innych. Najpierw chciałabym zapoznać się z Alphą, Bethą i tymi ,,ważniejszymi" członkami Watahy Zachodu. Jak mam zwiedzać nie wiedząc gdzie idę? Właśnie dlatego muszę znaleźć sobie znajomego. Żeby oprowadził mnie po watasze. Chodziłam w kółko próbując kogoś spotkać. I co? Akurat dziś miałam pecha i nikogo nie było. Usłyszałam szmer w krzakach.
- KTO TU JEST?! - wrzasnęłam.
Nie było odpowiedzi.
- No dalej. - szepnęłam. - Nic Ci nie zrobię. - dodałam.
Ktoś ewidentnie tam był i nie chciał się ujawnić.
- Halo? - zapytałam zaniepokojona. - Eeee....
- Tu jestem - powiedział dziwny głos. Odwróciłam się. Nikogo nie było. - Tu!
Popatrzyłam znów przed siebie. Stał tam duży Wilk.
<Ktoś??>

Aktualności i inne pierdoły, którymi Tyks chce wam zniszczyć wiarę w ludzkość.

Czujesz dreszcze na swojej skórze, bowiem wiesz, że dosłownie za chwilę, dziewczyna która to pisze, zrobi coś bardzo, ale to bardzo złego. Masz wrażenie, że ona patrzy na ciebie i czyta w twojej głowie, mimo iż jej nie widzisz. Zadaj sobie więc pytanie: Czy aby na pewno Tyks to człowiek? Może to Darkness, bawiący się wami i sterujący członkami watahy jak marionetkami. Skąd wiesz, może to naprawdę trzydziestoletni psychol..z.. *bateria padła*
Ehh.. nienawidzę laptopów. Ale mają dwie zalety, dzięki którym jeszcze na nim siedzę. Po pierwsze: mam dzięki nim mikrofon, czyli skype, a po drugie: jest przenośny. Jeżeli ojciec wejdzie ci do pokoju, ty zawsze możesz wejść z przyrządem do pisania do ciemnej piwnicy, w której Darkness przechowuje resztki martwych ciał. On wyczuwa twoją obecność, a mimo to nie podchodzi...czeka...aż skończysz..
Ale wracając do rzeczy: DUPA W TROKI I RUSZAMY, BO POŁAPYWACZ ANTYGEJOWSKI TYKS NIE DA WAM TARYFY ULGOWEJ! Wiem, jest szkoła, ale zróbmy proszę na złość Hetece i BĄDŹMY AKTYWNI! NIE POZWÓLMY WKJNowi UMRZEĆ! Bo jak nie..tooo...będzie mi smutno i Darkness będzie was prześladował, jak to robi ze mną i Youkami C: 
Dlaczego te nowe watahy mają tyle nowych członków, a u nas pisze tylko..ja *w tle tajemnicze: No już, Korciu, nie przesadzaj.*, trochę Hikaru (podkreślam: trochę!), Zdrajca *dzięki ci, mistrzu!*, no i ostatnio Yokuś, Dessari i  Kasai coś skrobnęły. Ja wiem: dużo osób nie ma, ale waćpanowie: piszta do kogokolwiek innego!!! A zmieniając temat: w tej piwnicy jest upiornie ;-;
Po drugie, kolejna kwestia:
Które zakładki w watasze wydają wam się niepotrzebne? Co warto zmienić w formularzu? Czy chcecie zmienić szablon? Na jaki? Ilukolumnowy? A jak chat? Podoba wam się? Który jest lepszy: xat, czy smartbox? Które zakładki warto całkowicie zmodyfikować, a które dodać? Piszcie w komentarzu, bo chcę, aby było..lepiej niż jest. 
Proszę też o REKLAMACJĘ WATAHY!!! 
Dziękuję - Tyksu
PS: Weźcie mnie stąd, bo zaczynam widzieć wychudzonego, przystojnego mężczyznę z kosą w ręku.... 

Od Zdrajcy - Walka z Wściekłym Wilkiem

Wilk stał w milczeniu przed ciemnym wylotem nory. Nie był pewien powodu, dla którego został wezwany przez Alphę i nie był pewien, czy chce go znać. Dotychczasowe doświadczenie z Darknessem kazało mu się spodziewać, że albo basior będzie chciał go zgwałcić, albo sprawdzić, co Zdrajca ma w środku. Jednak nie było wyboru. Wilk wiedział, jak należy postąpić. Czuł jakiś wewnętrzny przymus, jakiś cień uczuć, którymi darzył kogoś innego, a które kazały mu stawić się na wezwanie. Wezwanie jego Alphy. 
Skulił się jeszcze bardziej niż zazwyczaj i położył po sobie uszy. Powoli wkroczył do królestwa Darknessa. Powoli i bezszelestnie przemierzał rozległą jaskinię, pełna różnego rodzaju okultystycznymi gadżetami i księgami, rozrzuconymi na podłodze. Wreszcie dojrzał Alphę, krzątającego się niemal na samym końcu jaskini, w blasku czarnych świec. I dokładnie w tym momencie pod łapami Zdrajcy pojawiło się niezwykle ciężkie i niezwykle opasłe tomisko, zaburzając chwiejną równowagę wilka. Czarnowłosy, nie wydając przy tym praktycznie dźwięku, poleciał do przodu wyrżnął głową o twardy kamień. Zaalarmowany czymś, czego przybysz nie mógł wyczuć, Darkoss odwrócił się z groźnym warknięciem. 
- Uważaj jak leziesz. – Koło nosa Zdrajcy wylądował kawałek białego kamienia. – Lepiej napraw, co zepsułeś, zanim coś paskudnego nie upomni się o twoje ciało.
Czarny wilk podniósł się ostrożnie, chwytając kredę w pysk. Dopiero teraz zauważył, że nieszczęśliwie lądując przerwał wyrysowany białą linią krąg, otaczający pentagram, wewnątrz którego leżała już martwa przepiórka. Nie był pewny, co to oznacza, jednak szybko dorysował brakujący fragment i na wszelki wypadek cofnął się o krok.
- Msza za krwawe Igrzyska – zarechotał basior, po czym chwycił odciętą głowę kozła i rzucił na przepiórkę, chlapiąc wszystko dookoła krwią. Poprawił jeszcze krzywo stojącą świecę i wszedł do drugiego, mniejszego pentagramu. – Lepiej się cofnij.
Jednak Zdrajca ani myślał posłuchać polecenia. Przed jego oczyma działo się właśnie coś, czego sensu nie rozumiał, a co zrozumieć chciał. Darkoss przez chwilę patrzył na błyszczące z podniecenia oczy wilka, na jego ciekawość. Pochlebiała mu, o tak, ale nie zamierzał niańczyć tego dziwaka. Wzruszył do siebie ramionami i odczytał dudniące głębinami oceanu słowa. Uszy Zdrajcy poderwały się czujnie, próbując zrozumieć ich znaczenie, a nie mogąc. Wewnątrz kręgu całkiem niespodziewanie wybuchł czarny ogień, miotając się i pożerając wszystko, co znajdowało się w środku. I szukając drogi wyjścia. Zdrajca zrobił krok do przodu, a płomień rzucił się jego kierunku i… równie niespodziewanie jak się pojawił – zniknął.
- Po wszystkim – powiedział Alpha, wychodząc ze swojego pentagramu i ruszając w kierunku przybysza. Zniżył łeb na wysokość oczu wilka, w których nadal szalał czarny ogień ekscytacji. – A ty tu po co?
- …zywa…ś ..ie – wymamrotał wilk, wciąż nie mogąc się skupić po niedawnym pokazie.
- Co? – warknął Darkness. – A zresztą nieważne. Z tobą i tak się nie dogadam. – Dolna szczęka basiora wykrzywiła się w wyrazie niezadowolenia. – Ale skoro już tu jesteś to zajmiesz się czymś. Wiesz, nic nie może przeszkodzić w Igrzyskach. Nawet taka drobna niedoskonałość. – Zdrajca zogniskował całą swoją uwagę na Alphie. Zadanie. Poczuł w głębi siebie jakiś impuls, każący skupić się na poleceniu. – Chory. Na wściekliznę. Wilk z Zachodu, zdecydowanie zbyt blisko granicy. Nie byłoby miło, gdyby rozpraszał uwagę oglądających Igrzyska. – Wargi basiora rozciągnęły się w złowrogim uśmiechu do granic możliwości. – Pozbędziesz się go. Jak dobrze się sprawisz, to może częściej będziesz mi pomagał. – Po tych łowach niespodziewanie uderzył przyszłego zabójcę w łopatką. – Powodzenia.
Zaskoczony Zdrajca poleciał na prawy bok, przekoziołkował dwa razy i wylądował rozpłaszczony na już drugi raz w ciągu tego spotkania na kamieniu. Tym razem wyraźnie wyczuwalna żądza mordu od Darnessa przybrała na sile. Czarny wilk się podniósł, by stanąć pysk w pysk z jarzącymi się oczyma basiora , wpatrzonymi w… rozmazaną, białą kredę w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą był spory kawałek pentagramu, pełen skomplikowanych run i symboli.
- Albo wiesz co? Zajebię cię tu i teraz. A tamtym wilkiem zajmie się kto inny – warknął basior, rzucając się na podwładnego. Zdrajca cofnął się o krok, na rozjaśnianą światłem księżyca Dolinę Brux. Dlaczego właśnie tu? Rozejrzał się. Ah tak. To tu przebiega granica terenów watah. Jak mógł zapomnieć? Światło księżyca nieprzyjemnie paliło futro wilka, jednak dało się to znieść. Cel. Teraz cel był najważniejszy. Zdrajca przyłożył nos do gruntu i zaczął wąchać. Choroba. Sam nie wiedział skąd zna ten zapach. Był słaby, ale dość mocny, by powieść naszego niezdarnego zabójcę przez polanę. Nie odrywając nosa od woni, z brzuchem przy ziemi, zygzakami ruszył na poszukiwania. 
Zapach doprowadził go do wylotu jaskini, a woń, z niej dochodząca była tak… przyjemna. Brudnozielona i sycząca. Przywodząca na myśl pianę, kapiącą z pyska na zimny kamień. Woń gnijącej za życia duszy. Niespodziewanie dla siebie samego, pewnie ruszył w mrok. Pierwotny mrok, który zalega tylko w miejscach, do których nigdy nie dociera światło słońca. O dziwo jego wzrok wyostrzył się i był w stanie widzieć wszystko, ze szczegółami. W ciągu dnia czy w nocy nie był w stanie dostrzec tyle, ile było mu dane w tym ciemnym zaułku świata. Czuł się jak stworzenie, żyjące we mgle, które nagle wyszło z białej chmury. 
Zapach choroby stawał się coraz silniejszy, na podłodze groty widać było coraz więcej szczątków zwierzęcych. Niektóre nie były nawet objedzone do końca i zalęgły się już w nich białe robale. Z głębi słychać było ciche chrapanie. Bezszelestnie dotarłem do umoszczonego z kości, skór i mięsa posłania, na którego środku leżał szary wilk. Sen. Zdrajca ostrożnie podszedł do karku wilka i delikatnie dotknął łapą jego głowy. Poczuł na języku gorzki smak toksycznej zieleni, a gdy się cofnął o kamień uderzyły trzy, niewielkie, brudnozielone kryształy. Wilk je podniósł i schował do niewielkiego woreczka, który nosił na szyi. Nagle cel poruszył się gwałtowniej. Zawarczał i otworzył do połowy oczy. Białka zaczęły poruszać się z niesamowitą prędkością. Przez chwilę Zdrajca patrzył na niego z zaciekawieniem, po czym znudził go widok katuszy chorego. Pochylił się nad jego szyją i powoli, niemal delikatnie, wbił kły w żywe ciało. Chory się przebudził i zaczął miotać ze skowytem. Jednak było już za późno. Dużo za późno. Brudna krew spłynęła na szczątki zwierząt, a wilk powoli zwalniał swoje ruchy. Wreszcie nastąpiły ostatnie, już pośmiertne konwulsje i znieruchomiał na zawsze. Zdrajca cofnął się, patrzył na ciało celu. Próbował odnaleźć w sobie jakieś uczucia, związane ze śmiercią tamtego… jednak nie czuł nic. Wzruszył ramionami i obrócił na pięcie, by wygodnie umościć sobie posłanie w cieniu drzewa. Krew nadal spływała mu z pyska. Wiedział, że powinien zameldować o swoim sukcesie Alphie, jednak postanowił to zrobić dopiero rano. Nie chciał narażać się na pozostałości gniewu Darkossa. Nie w tym niepewnym stanie… gdy nie czuł nic.

Elfia Creepypasta


[Autor: ArgonaRyuketsu]


,,To on nią był. Przez cały czas. Rycerz nie pojmował, jak mógł tego dotąd nie zauważyć. (...) Rycerz był bestią. Bestia była rycerzem. (...) Zamknął oczy. A więc wypełniło się. Klątwa została zdjęta, bestia umrze wraz z nim." ~Manuskrypt, Strażniczka Książek

Stronnictwo: Niby należy do WKN, ale obie watahy są dla niej neutralne.
Miejsce Pobytu: Ziemia
Imię: Julie
Płeć: Kobieta
Orientacja: Szczerze mówiąc dziewczyna nie wie czy jest hetero, czy też a.
Wiek: 12 lat, jednak w wcieleniu feniksa może żyć wiecznie.
Rasa: Niby człowiek, a jednak zmiennokształtna.
Sympatia: Brak
Rodzina:
Matka - Marie
Ojciec - Kris
Stanowisko: Zmiennokształtna, Bard
Charakter: Jaka jest ta mała żmija? Hm... Zdecydowanie chora psychicznie. Dla znajomych ze szkoły na pozór miła, słodka kujonka, a w rzeczywistości darzy sympatią tylko trzy osoby. Elfkę Siwą, Upadłą Anielicę Czarną i drugiego zmiennokształtnego , przyszywanego braciszka. W jej głowie często kotłują się myśli typu 'Co by było gdyby kogoś zabić?' 'Co jest po śmierci?' 'Trzymajcie mnie bo ją uduszę' i inne takie, włącznie z przekleństwami na sztuczne plastiki, które jej rodzice mają za autorytet. Brązowowłosa też zbytnio nie dba o swój wygląd. No i gówno ją obchodzą sprawy innych znajomych z realu. I jeśli nie chcesz jej wkurzyć to miej na baczności, by nigdzie jej nie oznaczać jeśli coś nie jest związane z nią, lub ma jakiś idiotyczny cytat, np '60 sekund smutku zabiera ci minutę szczęścia'. Nieraz na ten cytat chciała odpowiedzieć "W takim razie ja 'marnuję' miliardy minut. A, nie, ja ich nie marnuję. Ja ich tylko nie przeznaczam na IDIOTYCZNE zachwycanie się lampucerami." Wbrew temu, młoda naprawdę potrafi się uśmiechnąć i roześmiać. Cóż, jakby to mistrz Yoda powiedział, 'zmienny dziewczyny tej charakter bywa'. Jeśli Julie coś bardzo od ciebie chce i się uweźmie, mówię ci. Masz przejebane. Może nie pod tym względem, że cię pobije, ale jeśli będzie chciała np piwo (tak, dobrze czytacie) to będzie przynudzała dopóki a) dasz jej b) skończy się. Taki los. Dodatkowo dziewczyna jest strasznym leniem. W jej pokoju panuje wieczny bałagan sprzątany może raz na rok. Tylko czasem jest ogarniane biurko do odrobienia pracy domowej. Młodej chyba nigdy nie przyszło do głowy by wynieść śmieci czy pozmywać. Naukę też zostawia na ostatnią chwilę. W końcu rysowanie ważniejsze. A propos rysowania. Do niektórych rysunków Ju jest mocno przywiązana. Np do wymyślonej postaci Youkami, Rebbecy (lalka zazdrości, też wymyślona), Cassandre (też lalka)... Gdy kiedyś matka spaliła te postacie, brązowołosa w pewnym stopniu oszalała. I to chyba tyle?
Aparycja: Julie jako normalna osoba wygląda w miarę dobrze. Długie, ciemnobrązowe, wręcz czarne włosy do połowy pleców, dosyć szczupła, na pozór pogodna. No... Zawsze jest jakieś ale! Młoda od zawsze narzeka na swój wzrost. W końcu ma tylko 150 cm wzrostu. Jej oczy też są bynajmniej dziwne. Dla jednych zielone, dla innych złote, dla jeszcze innych niebieskie, brązowe, piwne, szare i długo by jeszcze wymieniać. Uwagę też przykuwają jej ramiona. Niestety szpetne. Przez nieliczne blizny i kilka strupów. Uszy Jul są normalne, jednak czasem wydłużają się jak elfie. Ubranie dziewczyny składa się zazwyczaj z luźnej, niebieskiej podkoszulki w czarne wzory i czarno-białych spodenek od wf-u. I butów. Czytaj zniszczonych adidasów. Jako feniks jest inaczej. Tam 12-latka jest czerwonym ptakiem który w każdej chwili może stać się popiołem i z powrotem istotą żywą.
Żywioł: Ogień, Muzyka
Moce:
  • Telekniza - uczona przez lata. Możliwe unoszenie samej siebie.
  • Głos syren - moc wykraczająca poza żywioł muzyki
  • Telepatia - również ćwiczona latami.
  • Możliwość stworzenia czegoś, uprzednie to rysując
  • Spalanie się i odradzanie z popiołu.

Zainteresowania/Talenty: Dziewczyna ma wiele zainteresowań i tak zwanych 'talentów'. Dlaczego tak zwanych? Większość typu telekniza, rysowanie i śpiewanie ćwiczyła dosyć długo. Co może dziwić, młoda ma wyjątkową smykałkę do matematyki. Natomiast z przyrodą i historią znacznie gorzej. Podobnie z wf-em. Owszem, 12-latka jest silna i szybka, ale niezbyt... em... Wygimnastykowana...? Co do zainteresowań - młoda interesuje się muzyką, informatyką i zjawiskami paranormalnymi. Ju chciałaby kiedyś zostać albo informatykiem, albo zwykłym psychopatą, co zresztą już się spełnia...
Moce Specjalne:
  • Nie wiadomo skąd to się wzięło, ale Julie i jej koleżanka posiadają jedną umiejętność związaną z creepypastami. Brązowowłosa może przywoływać wszelkie pasty, a jej koleżanka gdy śpiewa jakąś piosenkę o mordercach bądź o pewnej grze, powoduje wypadki u znajomych.


Umiejętności:
Siła: 600 | Szybkość: 550 | Zwinność: 400 | Moc | Technika: 450 | Równowaga: 400 | Zręczność: 200 | Ukrycie: 400 |
Historia: Historia? A jaka tam historia! Urodziła się jak każdy, żyje jak normalny człowiek... No ok. W wieku 6 lat raz uciekła z domu na pobliską polanę, gdzie pierwszy raz zobaczyła wilka nie wiedząc, że to groźne stworzenia. Pobiegła za nim, aż do siedziska Watahy Karmazynowej Nocy. Kojarzycie Mustanga z Dzikiej Doliny i scenę z małą Indianką, co mówiła 'konik'? Było coś podobnego! Tylko tyle, że kupo-oka mówiła 'fildzek' i przytulała każdego po kolei. Gdy miała 10 lat zaczęła rozumieć mowę zwierzęcą. Nic dziwnego patrząc na fakt, iż sama była ptakiem. Wtedy to też wilki zaczęły się zmieniać w ludzi, a brązowowłosa oficjalnie dołączyła do watahy. I tak teraz sobie żyje, raz pod postacią feniksa, a raz jako człowiek.
Przedmioty:
Niemagiczne:
  • Aparat
  • Notatnik i ołówek
Magiczne:
  • Amulet pozwalający zmienić się w feniksa
Pamiątki: Kamień zodiaku, który podobno ma właściwości magiczne. Niestety jeszcze nieodkryte.
Inne:
  • Dziewczyna jest piromanką
  • I kleptomanem. Do domu znosi wszelką porcelanę i inne znalezione graty związane z mitologią i magią.
  • Nienawidzi żelków.
  • I krewetek. (Serio, nie polecam.)
  • Je pałeczkami, przez co matka uważa ją za nienormalną.
  • Prześladuje ją Darkness ;____; (Tyksie kochany, zabierz go ;______; )
Kontakt: musa [H], Youkami Sakuruto [hangouts]

Od. Tyksony Team "Shadow" - Pokój V



Cóż, najgorsze było już za nami. Strasznie kręciło mi się w nosie po tym ostatnim. Czemu? Ta iluzja chyba źle na mnie wpływa. Kiedy weszliśmy do kolejnego pokoju, po tym jak ten mały wilk odkrył "sekret centaura", sprawdziliśmy kolejne pomieszczenie, pełne postaci i różnych iluzji. Ze względu na niektóre uniedogodnienia musieliśmy przejść od razu do następnego pokoju. Tytanię najwidoczniej nie obchodziły już skrzynki. Ja jednak cały czas uważałam, że trzeba się wziąć w garść i ruszyć dalej. Nie mogłam zresztą patrzeć na liżącą się dwójkę młokosów.  Nienawidzę "całusów". teraźniejszy pokój był całkowicie czarny, bez żadnych udogodnień czy innych pierdów. W pomieszczeniu znajdowały się za  to przykryte meble. Podeszłam do czegoś, co wyglądało jak łóżko i odsłoniłam je. Ku mojemu przerażeniu zobaczyłam...samą siebie. Leżałam i wpatrywałam się w lusterko. W dodatku miałam narzuconą na siebie szatę, jakby królewską. Była ona jednak niedbale założona, jakbym za chwilę i tak miała ją z siebie zrzucić. Pamiętam to. Wtedy zaciągnęłam po raz pierwszy do łóżka samą alphę, Warrena. Był to tylko jeden raz. Nie wiem do tej pory, co mnie takiego podkusiło, żeby go uwieść. Był seksowny i przystojny. Podszedł do "mnie" i oparł swoją głowę na ramieniu khajiit. Ta zaczęła cicho mruczeć i spojrzała mu głęboko w oczy.
- A więc jednak tego chcesz?
- Oboje wiemy, że tego pragnę. - opowiedział, po czym zaczął rozbierać mojego sobowtóra.
Będę szczera - nie zamierzałam sobie przypominać stosunku z alphą. Zarzuciłam więc płachtę na oba wilki w ludzkiej, oraz "kahjiitowej" formie. O dziwo, mebel znowu wyglądał, jakby nikt na nim nie siedział. Pamiętam wciąż ten dzień, w którym zrobiłam Ellanie największe świństwo w życiu. Dobrze, że chociaż wtedy byliśmy zabezpieczeni, bo inaczej dzisiaj miałabym bachora na karku, albo skończyłabym z nim w grobie. I tak wystarczył mi Viper. Właśnie...Percy. Do oczu zaczęły napływać mi łzy. Usiadłam na już zakrytym łożu i zaczęłam płakać, jak małe, niedorozwinięte szczenię. Bałam się o niego. Będę szczera - byłam do niego bardziej przywiązana, niż do Tytanii, chociaż miałam oboje na karku. Nie byłyśmy z Tytanią nawet przyjaciółkami. Można powiedzieć, że znajomymi. Ona zawsze była zamknięta w sobie, niedostępna. Otworzyła się jednie przed Razem. Gdybym mogła, nigdy bym nie zgłosiła się do tych cholernych igrzysk. Z jednej strony - Raz, który był moim, właściwie, kumplem, no i Tytania, która pomimo, iż nie była dla mnie taka dobra, jak dla swojego przyszłego, i tak czułam do niej jakiejś przywiązanie. W końcu w przeszłości opiekowałam się nimi oboje. Z drugiej strony - Viper. Słodki kurdupel, który kiedyś nieświadomi uratował mi życie. Miał wtedy cztery latka. Poza tym, była w końcu dumną "matką chrzestną" tego sukinsyna.
Po chwili wstałam i otarłam łzy. Ruszyłam w stronę pobliskiego mebla, również okrytego płachtą w kolorze ciemnego grafitu. Miałam teraz cichą nadzieję, że nie zobaczę samej siebie. Jednak się myliłam. Odkryłam potężne akwarium, w którym zamiast ryb, pływały mini trytony. Każdy z nich był widocznie niezadowolony z tego, że musi pływać w tak ciasnej przestrzeni. Nad trytonami, na jakiejś wysepce pływającej po akwarium, zauważyłam samą siebie, Vipera, Werrana, oraz jakiegoś basiora. Nie pamiętam nawet, jak się nazywał.  O ile się jednak nie mylę, był to bliski przyjaciel Ellanie. Mocno nieufny wobec Warrena. Poruszył niespokojnie łapą i spojrzał w stronę bawiącego się czterolatka w wilczej formie. Viper, jeszcze w brązowym futrze, ścigał motylki.  Właściwie, to każdy był na tej "makiecie"  w wilczej formie. Darkoss opierał się o głowę wadery i czujnie obserwował swoje dziecko. Ja tymczasem chodziłam sobie po plaży i zbierałam muszelki. Oglądałam je uważnie z każdej strony.  Do mnie podbiegł czarny basior. Uśmiechnął się i powiedział:
- Tyskie! Weź coś zrób, bo ten skurwiel dziecka nie pilnuje.
Odwróciłam się i spojrzałam głęboko w oczy basiora, po czym wycedziłam:
- Nie nazywaj mnie tak!
Basior poirytowany wyrwał mi z pyska muszelkę i rzucił do wody. Mój sobowtór warknął w jego stronę i spróbował łapą wyłowić muszelkę. Niestety, kiedy tylko dotknął ją pazurem, wpadła do wody i coś zaczęło ciągnąć ją za ogon. Bała się odwrócić głowę. Próbowała płynąć. Nieustannie machała łapami. Nie była jednak w stanie znowu wrócić na powierzchnię. Byłabym pewna, że zaraz się utopi, gdyby nie to, że wiedziałam, co będzie dalej.  Czarny wilk nawet do mnie nie podszedł. Nie pomógł. Wtem zjawił się mój wybawiciel. Młody Viper skoczył do wody, jak gdyby nigdy nic i pociągnął mojego sobowtóra za ucho. Wywlekł go w ten sposób z wody i zawołał radośnie do rodziców, wpatrujących się z podziwem na młokosa.
- Tyksia pływała! Tyksia pływała! Mamo! Tato!
Warren skinął tylko na syna głową, aby poszedł do matki, a sam do nie podszedł. Przemienił się w człowieka i zdjął z siebie polar, którym mnie okrył. Drżałam cały czas i miałam po tym trudności z oddychaniem. W dodatku kręciło mi się w głowie. Mężczyzna wziął mnie na ręce i zarzucił przez ramie jak worek, po czym zabrał mnie z wyspy.
Po tym wydarzeniu zakryłam płachtą kolejny przedmiot i ruszyłam zaciekawiona w stronę następnego. Przypominał kształtem jakiś wysoki filar. Odsłoniłam go. Sobowtór Vipera opierał się o kolumnę. Był wykończony dzisiejszym treningiem. Było to pięć dni przedtem, zanim nas zaatakowano. Chłopak wyglądał też na trochę zniecierpliwionego. Nagle odwrócił głowę i zniesmaczony rzekł:
- No nareszcie!
Obok mnie pojawiła się nagle moja podobizna. Przypatrywała się Viperowi z ogromnym zaciekawieniem i po chwili rzekła beznamiętnie:
- Głodny?
Na samą myśl o jedzeniu Viperowi aż zaburczało w brzuchu. Uśmiechnęłam sie więc i pokazałam mu hot doga, wcześniej ukrytego za moimi plecami. Zadowolony chłopak zatarł ręce i podszedł do mnie z niemałym zainteresowaniem. Ukradł mojemu sobowtórowi hot doga i zaczął się nim zajadać. Tutaj nie było akurat nic ciekawego w tej scenie. Raczej miałam z tym przykre wspomnienia, może nawet jeszcze gorsze niż te, opisujące skok w bok z Darknessem. Przykryłam płachtą filar i ruszyłam spokojnym krokiem w stronę kolejnego przedmiotu. To coś przypominało dużą skrzynię. Odsłoniłam to. Ku mojemu przerażeniu obok skrzyni pojawił się nagle Darkness z tym swoim wrednym uśmieszkiem.
- I jak? Podobają ci się igrzyska?
Tym razem jednak zwracał się bezpośrednio do mnie. Na wszelki jednak wypadek odwróciłam głowę, aby sprawdzić, czy to jednak prawda. I tak, była to prawda. Darkness wyciągnął swoją kosę i zaczął ją czyścić jakąś czerwoną szmatką.
- Myślałem, że zechcesz poroz..
- NIE CHCE! - wrzasnęłam i rzuciłam się w stronę skrzynki, ale Darkness odparł atak. Uderzył mnie w brzuch.  Stęknęłam z bólu. Uderzenie było bardzo mocne.
Mężczyzna prychnął i odwrócił się do mnie plecami zniesmaczony.
- Tęsknisz za Viperem. Wiem to. Kochasz go, jak młodszego brata albo nawet...jak syna. Nie łudź się jednak. Nie możesz mu pomóc, a wkrótce może nawet przyczynisz sie do jego śmierci. Niedaleka przyszłość jest dosyć brutalna. W głębi duszy chcesz, aby to Tytanie przegrała i kto wie...może nawet niedługo się to sprawdzi? W każdym razie nie będę cię tu zatrzymywał. Zapraszam do kolejnego room'u!
Po chwili Warren podał mi skrzynkę i zniknął tak nagle, jak się pojawił. Nie znam dobrze angielskiego, jedynie podstawy, ale wiedziałam, co oznacza słowo: room. Z zaciekawieniem otworzyłam skrzynkę. Po głowie jednak cały czas chodziły mi te słowa Darknessa. Czy ja naprawdę życzyłam tej słodkiej dziewczynce pecha? Lubiłam ją. Nawet. Trochę. W każdym razie, nie chciałam, aby ona zginęła, podobnie jak Viper. Po chwili jednak znowu zaczęłam się skupiać na skrzynce...
"Tyks w skrzynce znajduje: butlekę z wodą (+40 HP) oraz 400 punktów do rozdania. Następna pisze: TYTANIA"

Od Zdrajcy cd. Anubisa

  Dzieciak ładnie pachniał. To było coś, co jako pierwsze rzuciło się Zdrajcy w oczy. A raczej w nozdrza. Choć wilka zdziwiło, że tamten warczał, pozostając w dwunożnej formie.
- Jakbyś się nie bał, to nie musiałbyś się chować - powiedział chłopak obojętnie, siadając na trawie, bokiem do mnie. Jedna jego ręka znalazła się w cieniu. Czarnowłosy chwiejnie usiadł pilnując, by przypadkiem nie wychylić niedawno poparzonego nosa z cienia. Pochylił łeb do przodu i z zaciekawieniem zaczął węszyć. - Co robisz? - Dzieciak cofnął rękę z cienia i przekręcił się przodem do mnie.
- ...ach...iesz ...im - powiedział zdziwiony Zdrajca. Wilk nie znał zbyt wielu członków watahy, a tym bardziej ich zapachów, ale ten jeden zapamiętał. Trudno było nie zapamiętać, po tamtym pierwszym razie i kilku spotkaniach członków watahy. A jednak... tego basiora na nich nie było. Gdyby byli... Czerwonowłosy taksował nieznajomego bystrym, czujnym spojrzeniem.
- Jak na to nie patrzę, nie umiem tego zrozumieć - powiedział wreszcie. Czarnowłosy pochylił nieco głowę, a przy długi język wypadł z pyska. Na samym jego środku widoczny był ewidentny supeł... Wilk przytrzymał narząd jedną łapą, by drugą uporać się z problemem i ponownie wciągnąć organ do pyska.
- Pach...iesz ni... m - powtórzył starannie.
- Niby kim? - Chłopak nie spuszczał wilka z oka, jakby ten nagle miał skoczyć mu do gardła.
- ...arknes..m. A...phą - wyjaśnił Zdrajca i niespodziewanie dodał, dziwnie wyraźnie: - Zdrajca.
  Nieznajomy na te słowa...
(Anubis :P Ale przedstawił się swoim ulubionym imieniem XD)

Od. Kasai Team "Shadow" - Pokój IV

Wbiegłam do jakiegoś pokoju, który nie okazał się pokojem tylko portalem. Znalazłam się w lodowej jaskini jak na złość lodowej a nie przepadam za zimnem. Zrobiłam krok i po demna załamał się lód. Zjechałam po lodzie jakieś dziesięć metrów w dół na początku krzycząc. Na końcu wbiłam się w śnieg, podniosłam się na rękach z śniegu wypluwając trochę białego prochu. W oddali zauwarzyłam jeszcze jeden portal wskoczyłam do niego znalazłam się w jakiejś chacie. Rozejrzałam się dookoła i nic nie widziałam, zeszłam do piwnicy. I ujrzałam długi wąż dzieci przykutych do ściany. Ruszyłam powoli na przód.
-Ta i czego mam tu szukać?
Nagle usłyszałam szepty dzieci.
-Bestia,bestia się zbliża.
Nagle ziemia zaczęła trząść, a przede mną staną ogromny smok. Jak na złość lodowy smok.
-To są jakieś jaja!
Smok zaryczał, a w jego paszczy ujrzałam złoty ząb. Musiał uwarzac że jestem zwykłą przekąska po od razu zaatakował mnie paszcza. Złapałam się tego wiszacego czegoś z tyłu gardła i po chwili pościłam się i wyrwałam złoty ząb, niestety to nie było to co szukałam. Wszystko wokół zaczęło wirować, a gdy się uspokoiło zauważyłam że znajduje się na zamku centralnie przed siedziskiem króla. Pewnie zapytacie skąd to wiem. Po pierwsze wyglądał jak tron a po drugie siedział se możny pan w koronie. Korona była złota, na dodatek w tym pomieszczeniu większość moich mocy nie działała.
-Kim ty jesteś?
Zapytał siedzący na dziwnym tronie, a ja uklękłam i zeklam.
-Jestem nowym twoim nowym pomocnikiem, a raczej sługą.
Mężczyzna dobrze mi się przyjrzał, ale po chwili łyknął haczyk.
Gdy nastąpiła noc wykradłam koronę, ale to nie było to co szukam więc ruszyłam dalej w poszukiwania, a koronę octawilam. Obraz wokół mnie znowu się zmienił byłam w salonie a przede mną siedział chłopak.
 "Nyki otrzymuje 10 punktów do HP dla drużyny i tyle samo do wybranej umiejętności. Jako iż Raz nie zdąrzył z opowiadaniem, drużyna otrzymuje -5 punktów HP (każdy członek). Następna pisze: TYKS"

Od Hikaru Team "Crystal" - Pokój VII

Cóż, ten pokój, w porównaniu do poprzedniego, był zupełnie inny. Raczej nie tego się spodziewała. Po tym, co przeżyłam wcześniej, było mi już zupełnie obojętne, z czym będę musiała walczyć. Ale w tym pokoju nie widziałam żadnego zagrożenia. Było to niewielkie pomieszczenie, wypełnione jakimiś ubraniami, głównie sukniami. Oprócz tego, pod ścianą stał stolik wypchany po brzegi jakimiś kosmetykami i pachnidłami. Stojąc tak na środku pokoju, dostrzegłam, że sama mam na sobie błękitną sukienkę do kolan z licznymi zdobieniami i haftami – fuj. Nie byłam zwolenniczką takich ciuchów, no, mogłam się w nie ubrać, ale zbyt za tym nie przepadałam. Zamiast normalnych butów, miałam na nogach wysokie obcasy. Podeszłam do stolika, nad którym wisiało lustro. Moja twarz ukryta była pod grubą tapetą. To nie było zbyt przyjemne, mnóstwo pudru, cieniu do powiek i jeszcze ohydna szminka. A moje włosy, które tak kochałam za ich nieład, zostały zakręcone w szpetne loki i upięte w coś, co miało imitować koka, bo moje czerwone kłaki były zbyt krótkie, by zrobić z nich coś sensownego.
Zaczęłam grzebać między wymyślnymi kosmetykami, nie wiedziałam, do czego użyć połowy z nich, ale chciałam znaleźć coś, czym mogę zmyć makijaż. Niezbyt podobała mi się ta sytuacja, zaczynało mnie to lekko irytować. Znalazłam jakąś wodę, cholera wie, co to było. Już miałam zamiar wylać se całą zawartość na twarz, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się z impetem.
Do pomieszczenia wszedł jakiś szczupły i wysoki mężczyzna. Złapał mnie za rękę i wyciągnął na korytarz. Tam okrążyła nas chmara jakichś ludzi. Część z nich co chwila wyskakiwała przede mnie i nakładała coraz więcej pudru na moją twarz. Inni poprawiali rzęsy, cienie i usta, z których zdążyłam zlizać już szminkę.
- No, moja droga, ale się dziś ociągasz! – Prychnął nieznany mi, wysoki mężczyzna. – Cóż to by było, gdybyś się spóźniła! – ciągnął dalej, nie dopuszczając mnie do słowa. – Bill już czeka, zaraz zaczynamy.
Potykałam się o własne nogi, nigdy nie umiałam chodzić na wysokich butach niczym dama.
Znaleźliśmy się w miejscu pełnym krzątających się ludzi. Mnóstwo mikrofonów, kamer, dźwiękowców. Ludzie krzyczeli coś do siebie, przełączali jakieś guziki. Gdzieś z oddali słychać było, jak ktoś wyczytuje numery, był już na dziewiątym. Ustawiono mnie przy jakimś, na oko, dwudziestopięcioletnim mężczyźnie. Miał na sobie garnitur i patrzył na mnie z góry.
- Jak mogłaś się spóźnić?! – syknął niezadowolony.
- Co? – zapytałam zdziwiona.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Coś ci się stało? Zawsze byłaś taka zorganizowana, a dziś zgubiłaś się w przebieralni? – powiedział z ironią w głosie.
Głos w oddali wyczytywał kolejne numery. Gdy krzyknął „Para numer pięć!”, mężczyzna obok mnie ruszył przed siebie. Widząc jednak, że się nie ruszam, złapał mnie za rękę i pociągnął do przodu. Wyszliśmy zza jakiejś kurtyny lub czegoś podobnego.
Byliśmy w wielkiej sali. Naprzeciwko mnie, od ściany, przez 3/5 długości pomieszczenia znajdowały się rzędy krzeseł, na których siedzieli ludzie. Mnóstwo ludzi. Krzyczeli coś, hałas był okropny. Dalej, tuż przed widownią, znajdował się stół, przy którym siedziało kilka osób i bacznie obserwowało rozwój wydarzeń. Naprzeciwko nich, znajdowała się scena. Wielka, podświetlana. A za nami kurtyna albo nie, wielka ściana z ogromnym napisem „Tańcz!” I na tej scenie, oprócz mnie i nieznajomego mężczyzny, stały cztery inne pary, a tuż po naszej lewej stronie, wyłaniały się kolejne. W sumie, kiedy kolejne osoby przestały pojawiać się na scenie, doliczyłam się siedemnastu par.
Czyżbym trafiła do jakiegoś tanecznego show?!
Pary po kolei się przedstawiały, właściwie, niewiele obchodziły mnie ich imiona, chciałam tylko odnaleźć tę głupią skrzynkę. I w pewnej chwili mężczyzna, który najwidoczniej miał być moim partnerem, szturchnął mnie w ramię. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, czego on chciał?
- Przedstaw się – wycedził przez zęby.
Spojrzałam na widownie, wszyscy wbijali we mnie wzrok. Co miałam zrobić?!
- Haha – zaśmiał się mój partner. – Przepraszam za moją partnerkę, jest dzisiaj nieco zaspana! – zaczął tłumaczyć mężczyzna obok mnie.
Rozległ się głośny śmiech, tłum na widowni wydawał być się tym rozbawiony. Raczej nie byłam szczęśliwa z tego, że zostałam wystawiona na pośmiewisko. Niezbyt skupiłam się na dalszych wydarzeniach. Przynajmniej ludzie nieco zapomnieli o mojej wpadce. Zastanawiałam się, jak nazywa się mój partner. Bill? Tak go chyba nazwał ten wysoki mężczyzna, który mnie tu przyprowadził. Niestety, kiedy mieliśmy schodzić ze sceny, wywróciłam się. Źle postawiłam stopę, obcas się przekrzywił, a ja wylądowałam na ziemi, ku uciesze tłumu. Znów podniosła się wrzawa, ludzie śmiali się i krzyczeli. Bil chciał pomóc mi wstać, ale nie chciałam bawić się w bezbronną damę. Wstałam, otrzepałam sukienkę i zdjęłam szpilki. Następnie, na bosaka i z zadartym nosem zeszłam ze sceny. Gdy tylko znikłam widowni z pola widzenia, cisnęłam butami w ścianę z taką siłą, że ich obcasy wbiły się w nią i tak zawisły.
Właściwie, zazwyczaj nie gniewam się, kiedy ktoś robi sobie ze mnie żarty. Ale wystawianie mnie na pośmiewisko nie jest dobrym wyborem.
- Co to było?! – wydarł się na mnie ten szczupły mężczyzna.
Wzruszyłam ramionami i już chciałam odejść, kiedy zostałam porwana przez tłum stylistów i znów zaciągnięta do szatni. Tak zmuszona zostałam do założenia jakiejś kiczowatej kiecki do połowy uda. Ilość brokatu, jaki na niej był przyprawiał mnie o mdłości. Wręczono mi pudełko z butami, na szczęście nie były to kolejne szpilki a płaskie baletki. Gdy już byłam przebrana, zaprowadzono mnie do jakiegoś niewielkiego pokoju z kilkoma kanapami. Na ścianie wisiał telewizor, na którym wyświetlano obrazy ze sceny. I po chwili na scenie pojawiła się pierwsza para. Z głośników wydobyła się muzyka, a występujący zaczęli tańczyć.
Ja, w przeciwieństwie do oszalałej z zachwytu widowni, nie byłam zwolenniczką tańcowania. Kręcenie piruetów i rzucanie się po całej scenie raczej nie wzbudzało u mnie zachwytu. Chciałam dyskretnie wymknąć się z sali, nie miałam zamiaru siedzieć tu z tą zgrają wymalowanych panienek. Wszystkie z zapartym tchem obserwowały jak jurorzy oceniają parę numer jeden. Chwilę później na scenę wkroczyła kolejna para. Po nie więcej niż trzech minutach na scenie pojawiła się trzecia para, a następnie czwarta. Kurde, jeśli dobrze się orientowałam, to ja i ten cały Bill byliśmy piąci. Nerwowo zaczęłam rozglądać się i szukać skrzynki. Chciałam stąd uciec. Ale dotychczas nie widziałam niczego, co byłoby złote i przypominałoby skrzynkę. Muzyka ze sceny powoli cichła. Tuż za mną pojawił się Bill i mimo mojego oporu, pociągnął mnie do wejścia na scenę. Chwilę później oślepiły mnie światła reflektorów, a z głośników zaczęła lecieć jakaś kiczowata muzyczka. Nie zdążyłam nic zrobić, kiedy mój pseudo partner zaczął tańczyć. A ja oczywiście latałam za nim i rzucałam się niczym słoń w składzie porcelany. Cała widownia wbijała we mnie wzrok, słyszałam tylko cichy chichot, gdy po raz kolejny plątały mi się nogi. Bill piorunował mnie wzrokiem i próbował jakoś uratować całą sytuację. Ale trudno osiągnąć coś w tańcu, kiedy za partnerkę ma się taką osobę jak ja. Nie podobało mi się to. Byłam świadoma, że to wszystko to pewnie głupie zwidy, kolejne sztuczki zaplanowane przez Darka, który to wszystko zorganizował. Ale dalej się stresowałam i coraz bardziej denerwowałam się tą sytuacją. Właściwie, gdybym tylko miała swój miecz, mogłabym posiekać tego całego Billa i resztę tej zgrai na kawałeczki. Spojrzałam spode łba na mojego partnera.
Topił się.
Wyglądał niczym roztapiający się bałwan. I dopiero teraz spostrzegłam, że wszystko naokoło tak wygląda. Ha, w przypływie emocji, bezwiednie zaczęłam zwiększać temperaturę w pomieszczeniu. Cóż, myślałam, że już kontroluje moce, no, ale właściwie nic złego się nie stało. A przynajmniej pozbyłam się tych okropnych kreatur. I wreszcie nikt się na mnie nie patrzył. Po chwili resztki „ludzi” zapłonęły, podobnie jak cała scena, widownia i właściwie wszystko naokoło. Liny, na których wisiały wielkie litery napisu „Tańcz!” zaczynały pękać, aż po chwili na ziemię z głośnym hukiem spadło „a”. Rozpadło się na mnóstwo drobnych kawałeczków, które po kilku sekundach zajęły się ogniem. Gdzieś pomiędzy gruzami i innymi odłamkami, zauważyłam skrzynkę. Zaczęłam obniżać temperaturę, aż po dłuższej chwili nie przekraczała czterdziestu stopni. Podeszłam do skrzynki i otworzyłam ją…

"W środku Hikaru znalazła butelkę, pełną smakowej wody źródlanej (10 HP) oraz miecz (500 punktów do rozdania).  Kolejna pisze: YOUKAMI!"

Od. Galaxii "Pechowe dni 1/3"

A więc... Dołączyłam do Watahy Karmazynowej Nocy. Dlaczego? Czy serio to takie trudne? Po prostu nie miałam watahy. Tyle. Och, przepraszam, nie przedstwiłam się - Galaxia. Lat 3 miliony. Tak, aż tyle. Ale... Nie będę się tutaj rozpisywać. Wstał dzień. Była 6.00. Dzień pierwszy w WKJNie. Co tu będzie? Nie mam pojęcia. Może umrę? Zabawię się? Może... - Mówiąc to i jednocześnie wychodząc z jaskini runął na mnie deszcz. Po chwili usłyszałam głośny grzmot. No nie! Burza? Paskudne wspomnienia wracają. Boję się tego. Po prostu boję. Zaczęłam uciekać. Nie wiem, czego nie wrócę do jaskini i to przeczekam, ale tego nie zrobiłam. Byłam poza terenami watahy. Byłam cała mokra. Biegłam... Ciągle. Aż wreszcie... Natrafiłam na jakieś wielkie drzwi, które otworzyły się przede mną. Wtem wyszła stamtąd śnieżnobiała wadera. Wzięła mnie ze sobą. - Kim jesteś? - Zapytałam. - Jestem Suzy. - Odpowiedziała. - Yyy... OK... Fajna chatka! - Dzięki... - Ale... Później mnie wypuścisz? - Zależy... - Jak to zależy? Uśmiechnęła się złowieszczo i zamknęła drzwi. Zrozumiałam - będzie mnie tu trzymała

Od. Dessari "Powrót i Zdrada Watahy"

Nigdy nie czułam się tak źle. Nigdy nie budziłam się w nocy z krzykiem w strasznym lęku. Nigdy nie miałam wyrzutów sumienia. Nigdy. Póki niespodziewanie nie odeszłam od watahy nikomu o tym nie mówiąc. Było to niespodziewane odejście. Ale uważam ze pewnie nikt nie zauważył mojego zniknięcia. Jestem w sumie nikim, moja historia z watahą się zwyczajnie urwała. Zero kontaktu z jej członkami. Jednak coś ciągnęło mnie w jej stronę, nie wiedziałam co. Nie byłam w nikim... em.. za-zakochana? Nie... chy-b-a. Nie. Postanowiłam wrócić za śladami, za zapachem. Do domu. Odkąd odeszłam wiele w moim życiu się zmieniło. Ja się zmieniłam. Zmieniłam image. Zgubiłam lotniczą czapkę. Jeszcze miałam mętlik czy na pewno wracać. Ale po chwili już wiedziałam gdzie jest moje miejsce na ziemi. Jednakże postanowiłam przejść na lepszą stronę i odejść od Watahy Zachodu, a dołączyć do Karmazynowej Nocy. To był mój cel i tak postanowiłam zrobić.
"Dessari zostawiła WZ  i dołączyła do WKJN! Powitajmy ją radosnym wyciem!"

Lovely Dream

Art: Wolf by Whiluna. Elf by Safiru
Stronnictwo: Wataha Zachodu
Miejsce pobytu: Delta
Imię: Scarlet, może być Scar, Scary lub Let. Nazywaj ją jak chcesz.
Płeć: Wadera
Orientacja: Bi
Wiek: 18 lat, nieśmiertelna
Rasa: Zwykły wilk
Sympatia: Może kiedyś?
Rodzina: Niestety brak.
Stanowisko: Delta
Charakter: Scarlet jest bardzo miłą i sympatyczną Waderą. Nawet po jej imieniu można wywnioskować że jest to taka urocza dziewczynka. Ale czy napewno? Tak. Jest to miła, wesoła i zawsze uśmiechnięta dziewczyna. Może na taką nie wygląda. Wygląda bardziej jak elfica. Wracając do jej charakteru. Dziewczyna potrafi być wredna, jednak nie pokazuje tego. Nie jest taka zła :/ trudno opisać jej charakter, ponieważ zawsze jest taka sama, co jest bardzo dziwne.
 Aparycja: Let ma jasną cerę. Długie rude włosy sięgają do pasa. Posiada też lśniące zielone oczy oraz długie rzęsy. Usta dziewczyny są zawsze różowiutkie. Scar sama z siebie jest drobna. Ma chudą figurę, jednak kobiecą. Ma pewne kształty ale bez przesady. Jako wilk dziewczyna nie wygląda tak słodko. Można pomylić ją z Basiorem. Ma białe krótkie fotro, a na nim od nosa do ogona długi czarny pas.
Zainteresowania/Talenty:  Scar uwielbia rysować. To jej hobby i dobrze jej wychodzi. Wadera uwielbia też biegi i jest dobrym skoczkiem. Mogłaby uczyć w-f. Interesuje się starożytnością i Chinami. Umie mówić po japońsku, koreańsku i wilczemu.


Umiejętności: 
Siła: 300 Szybkość: 300 Zwinność: 240 Moc: 0 Technika: 250 Równowaga: 300 Zręczność: 400 Ukrycie: 250
Historia:Jej historia jest zwykła. Urodziła się obok Watahy Zachodu. Jej rodzice zawsze chcieli żeby dołączyła do Watahy Karmazynowej Nocy. Jednak w WZ coś jej się podobało. WZ jest sforą, a ona takie sfory lubi. Według niej były tam ciekawsze osobliwości. Wadera nie chciała jeszcze do żadnej dołączyć. Czekała latami. Dzieciństwo waderki nie było ciekawe. W końcu przyszła do Alphy WZ i postanowiła dołączyć.
Przedmioty:  Magiczne: latający dywan Niemagiczne: kosa, miecz
Kontakt: Scarlet123








Od. Vipera Team "Crystal" - Pokój VI

Już niedaleko. Czułem to w kościach. Biegłem. W powietrzu czuć było coraz więcej magii. Zgodnie z moimi obliczeniami, zostawialiśmy daleko w tyle Team Shadow. Udało mi się kilka razy włamać do jej umysłu i nie jest najlepiej. Już na samą myśl o tym na twarz cisnął mi się złowrogi uśmieszek. Nie wiedziałem wtedy, co się ze mną dzieję. Nigdy nie zachowywałem się w taki sposób. Nigdy nie życzyłem nikomu śmierci. 
Pokój był rozległy i przypominał mi zielony las na Delcie. Chyba Dragonwatch. Nie byłem jednak do końca pewny. 
Zdziwiło mnie jedno: dlaczego w lesie nie ma żadnych stworzeń? Żadnych zwierząt, czy faunów biegających tu i ówdzie. Cisza była bardzo niepokojąca. Poczułem chłód na plecach, jakby ktoś chuchał na mnie swoim lodowatym oddechem. Odwróciłem się, ale nikogo nie zauważyłem. Przez kilka sekund biegłem do tyłu, więc nie zdziwiło mnie to, że po chwili znalazłem się na ziemi. 
Syknąłem cicho z bólu i zacisnąłem zęby. Coś się pode mną ruszyło. Przerażony, nie zważając na siniaki, podniosłem się na równe nogi. Pode mną leżała jakaś mała istotka, wiercąca się przez sen, jakby cierpiała na jakieś koszmary senne. 
Przewracała się co chwilę na drugi bok i jęczała. Zauważyłem, że z boku wystaje jej bełt strzały. Jako, iż była to dziewczynka, z rogami i włosami opadającymi jej na twarz, kucnąłem i poprawiłem jej włosy.
Ku mojemu przerażeniu czternastolatką okazała się moja wierna towarzyszka - Fire. Zamarłem. 
Serce zaczęło walić o wiele szybciej. Fire spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Coś wyjąkała, a po chwili straciła przytomność.
Usłyszałem krzyk, jakby dorosłej kobiety. Pierwsze skojarzenie - ktoś z mojej drużyny. 
Chciałem wstać i pobiec w kierunku krzyku, jednak nie mogłem zostawić smoczycy samej w lesie, w dodatku ciężko rannej. 
Wziąłem więc Fire na ręce, tylko ostrożnie, aby grot się nie ułamał, i pobiegłem w stronę krzyczącej kobiety. Po chwili jednak nastała głucha cisza. Krzyk urwał się tak nagle, jakby ktoś wyłączył magnetofon. Przyśpieszyłem więc kroku. 
Znalazłem się w jakiejś dolinie. Niedaleko mnie siedział mężczyzna z kobietą na rękach. 
Nieznajoma miała sterczącą z brzucha strzałę, a mężczyzna wbijał ją tylko głębiej i głębiej. Jakby chciał, aby dziewczyna cierpiała. Warknąłem cicho i zwróciłem tym uwagę mężczyzny. Ten wypuścił z rąk, już martwą, dziewczynę i rzucił się na mnie ze sztyletem. 
W ostatniej chwili uniknąłem zetknięcia z ostrzem. Fire syknęła i skrzywiła się, co świadczyło o tym, że swoim uskokiem spowodowałem jej wielki ból. Po chwili jednak spojrzała na mnie i uśmiechnęła się blado, jakby próbowała wmówić mi, że nic jej nie jest. Nie byłem tego jednak pewien. Jeżeli strzała uszkodziła narządy wewnętrzne mojej towarzyszki, to czeka ją pewny zgon. Lub poważny zabieg, ale ja  nie jestem chirurgiem. 
Skupiłem całą swoją energię i skierowałem ją do rąk. Po chwili z trudem dotknąłem ziemi mając nadzieję, że zaraz wyskoczą z niej kryształowe góry. Nic takiego się jednak nie stało. Mężczyzna spojrzał na mnie, jak na wariata i znowu zaatakował. 
Kiedy jednak wyciągnął sztylet i rzucił się na mnie, zrobiłem łagodny unik i postawiłem mu nogę. Nieznajomy upadł zdezorientowany i przetoczył się kilka metrów. To dało mi czas, abym położył delikatnie moją towarzyszkę na ziemię i wyciągnął miecz.
Zabójca wstał i rzucił się znowu na mnie. Tym razem nie zrobiłem uniku. Po prostu zaatakowałem go pierwszy. 
Mój miecz, który miałem ze sobą oprócz snajperki, wbił się głęboko do klatki piersiowej mężczyzny. Ten nie wydał z siebie żadnego jęku i padł na ziemię martwy. 
Obróciłem jego truchło i wyciągnąłem ostrze, po czym wyczyściłem je starannie. 
Podszedłem do Fire i ukląkłem przy niej. Sprawdziłem, na oko, jak głęboko mógł być wbity grot. Była to ta sama strzała, którą posłużył się zabójca do pozbawienia życia kobiety. 
Podszedłem więc do niej i wyciągnąłem z ciała strzałę, po czym przyłożyłem ją do Fire. Strzała nie była jakoś szczególnie długa, miała może ze dwadzieścia centymetrów lub mniej. Wbiła się w ciało Fire dosyć głęboko. 
Nie mogłem jej od tak wyciągnąć, bo uszkodziłbym inne narządy. Skrzywiłem się i spojrzałem na dziewczynę:
-Wyciągnę cię z tego. - nie byłem tego jednak taki pewny.
Nastolatka spojrzała na mnie smutno. Teraz to ona mi nie wierzyła. 
Tara. Potrzebna mi była Tara. Jednak...moc w tym pokoju nie działała. Więc i kobieta by mi się nie przydała do tej roboty.
Zdjąłem z siebie to durne wdzianko i porwałem na strzępy. Najdłuższy pasek owinąłem wokół rany dziewczyny. Pomimo, że była w ciężkim stanie, gdy zobaczyła mnie bez podkoszulka, zarumieniła się. Próbowała to jednak ukryć przed moim wzrokiem. Rumieńce był jednak trudne do ukrycia. 
Podniosłem smoczycę i zacząłem iść z nią na rękach w stronę zamku Rivangoth. Wiedziałem jednak, że było to bezcelowe, ponieważ Rivangoth był jakieś dwadzieścia kilometrów stąd, o ile nie trzydzieści. 
Po jakiejś godzinie drogi byłem wyczerpany. Ukląkłem przy najbliższym drzewie i oparłem o nie Fire. Dziewczyna smacznie spała. Wiedziałem, że liczy się czas, ale nie mogłem cały czas nosić ją na rękach. 
Potrzebowałem pilnej pomocy. Nie obchodziło mnie to, gdzie jest skrzynia. Nie teraz. Miałem to teraz głęboko w czterech literach. 
Sam położyłem się na ziemi. Powoli niebo zaczęły przesłaniać chmury. Czułem się bezradny. 
Zamknąłem oczy. Chciałem się zdrzemnąć. Tylko na dwie minutki...
To był jednak błąd. Kiedy się obudziłem, na niebie już od dawna świeciło słońce. 
Przerażony, że zawiodłem Fire, odwróciłem się w jej stronę i zacząłem się wpatrywać w jej małe ciałko. 
Obok niej ktoś siedział. Kształtem przypominał połączenie kota z człowiekiem. Czyżby..khajit?! 
- Ranna. Smocze dziecię jest ranne.
- Tyle to ja odkryłem. - warknąłem i wstałem.
Khajit miał brązowe futro z cętkami w kolorze białym. Oczy miał koloru fioletowego, a ubrany był w skórzane, proste łamach. 
- Przybyszu. Czemu zostawiłeś tu tą małą na śmierć?
- Ona jest ze mną. - powiedziałem surowo. - Idziemy do Rivangoth aby..
- Wilki. - przerwał mi kot. - Złe istoty. One jej nie pomogą. Ja jestem jednak doświadczonym lekarzem. Chodź za mną, przyjacielu.
Coś kazało mi zabrać od niego Fire. Jednak ona i tak umierała, a ja nie potrafiłem jej pomóc. Skinąłem więc głową na tak. Po chwili kotowaty wziął na ręce dziewczynę i ruszył w przeciwnym kierunku, w którym ja z Fire przedtem zmierzaliśmy. 
Kilka metrów od miejsca, w którym "rozbiliśmy" swój "obóz" z dziewczyną znajdował się domek. Prawdopodobnie domek Khajit. 
Kotowaty wszedł do niego i położył dziewczynę na stole. Zdjął jej opatrunek i zaczął przykładać do rany różne zielska.
- Kiedy tylko odpocznie, przejdę do wyciągania strzały. A tym czasem udam się na spoczynek.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na kota. Nie mogłem mu pozwolić od tak odejść.
- Jak to możliwe, że jesteś na Spatium, a nie na wyspie z innymi Khajit? Jak ci na imię?
Kotowaty spojrzał na mnie ze smutkiem i powiedział:
- Nie chcieli mnie. Mój ojciec był wilkiem, który zgwałcił moją matkę. Ta, kiedy tylko mnie urodziła, porzuciła tutaj. Resztę nie chcę mówić. A imię nadałem sobie sam: Azir. Ty zaś jesteś Viper? Wiem, bo Fire mnie zna i opowiadała mi o tobie.
Spojrzałem na niego zdziwiony, ale nic już nie mówiłem. Kiedy kotowaty wyszedł z pokoju, wciągnąłem z szafki jego zioła i zacząłem przerabiać.
Anubis uczył mnie, jak zrobić miksturę na senność. Przydałaby mi się. Nie było trudno ją przygotować. Kiedy już wszystko było gotowe, zapaliłem świecę i włożyłem do niej znaleziony w pokoju nóż i nożyczki. Próbowałem je zdezynfekować. Po chwili do ust nieprzytomnej dziewczyny wlałem płyn.
Nie zakrztusiła się. Oddech jej zwolnił. Nie czekałem więc dłużej. Rozumiem, to niehigieniczne, ale nie miałem wyboru. Zacząłem rozcinać jej ranę. Strzała nie uczyniła wbrew pozorom wielu szkód. I po chwili bezpiecznie wyciągnąłem ją z rany. Nici. Do cholery zapomniałem o niciach i igle - pomyślałem i rzuciłem się na półkę.
Przeczesałem chyba wszystko, ale nigdzie nie było nici. Za to znalazłem skrzynię. Całą złotą. Otwarcie jej...zabije Fire, a uratuje mnie. Zagryzłem wargę. Co robić?! 
Rzuciłem skrzynię na podłogę i znowu zacząłem przeczesywać szafki i pułki. Znalazłem. W końcu. Do salonu wpadł nagle Khajiit. Spojrzał na mnie i wyciągnął ręce w stronę złotej skrzynki. Nie przejąłem się tym. Zacząłem zszywać ranę. Po chwili, gdy skończyłem, usłyszałem za sobą pomruk:
- Ahh.. warto było? Naprawdę?
Odwróciłem się i ujrzałem JĄ. Moja siostra trzymała w ręce skrzynię i uśmiechała się od ucha do ucha. Obserwowała ją z ogromnym zaciekawieniem. Azir zniknął. A więc dziewczyna mnie oszukała. 
Nigdy w życiu nie byłem tak mocno wściekł. Rzuciłem się na Tytanię. Wystarczyła sekunda, abym zamienił się w wilka i zaatakował ją. Wytrąciłem z jej rąk skrzynię i otworzyłem ją. 
Moja siostra spojrzała na mnie z pogardą.
- To nie koniec. Do zobaczenia na arenie końcowej. - i zniknęła, a ja spojrzałem do skrzyni.

W środku niej Viper znalazł kostkę do gry. Nic wartościowego, ale zawsze coś. Sięgną w jej stronę i ku swojemu uradowaniu odnalazł...mięsko. Krwisty stek. Wystarczy go ugotować i będzie idealnie!

Viper wygrywa: 600 punktów do rozdania oraz 20 HP dla dla drużyny! 
Następna pisze: HIKARU!