Od. Tytanii c.d Hellmestin

Szesnastolatka przekręciła się na bok. Jednak pisnęła tylko z bólu i wróciła po poprzedniej pozycji. Rozglądnęła się po pokoju. Nagle poczuła kłujący ból w okolicy serca. Zamknęła oczy i wychrypiała:
- Gdzie...?
- W moim domu. - powiedział chłopak
Tytania spojrzała jeszcze raz na Hellmestina. Tym razem ze zdziwieniem. Jak taką ruderę można nazwać domem, pomyślała. Chłopak jakby wiedział o czym dziewczyna pomyślała, uśmiechnął się i zaczął siorbać herbatę. Tiffany spojrzała łakomie na kubek, jakby nie pragnęła nic innego, jak tylko się napić. Przekręciła się jednak i próbowała zasnąć. Próbowała sobie wyobrazić, że jest w swoim ciepłym i przytulnym domu, a w kuchni krząta się Percy wraz z Anubisem. Zapewne znowu kłócąc się o pilota do telewizora. To wszystko jest tylko snem, próbowała sobie wmówić dziewczyna. Nie potrafiła jednak. Do oczy napłynęły jej łzy. W końcu udało jej się uspokoić. Po kilku sekundach dziewczyna już spała. We śnie ujrzała swoją szkołę. Była w korytarzu. Szkoła była prawdopodobnie zamknięta. Na korytarzu, oprócz Tytani były jeszcze dwie postacie, z czego jedna był Viper. Druga postać zbliżyła się w stronę dziewczyny. Tiffany niespokojnie uszyła ręką, jakby chciała odgonić cień. Ten jednak nadal szedł w jej stronę. W końcu postać nie wytrzymała i chwyciła Tytanię za ramiona, po czym powiedział:
- Uważaj na Viper'a...
Tytania rozpoznała ten głos. Odwróciła się i spotkała się twarzą w twarz z Razem.
- To tylko sen... - powiedziała, ale Raz zniknął.
Dziewczyna spojrzała więc w stronę Viper'a. Nie wyglądał groźnie. Wręcz przeciwnie. Uśmiechał się i podał dziewczynie rękę. Tytania odwzajemniła uśmiech i chwyciła brata za rękę. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Nagle otworzyła oczy i spojrzała na swoją rękę... której nie było. Tiffany nie mogła się powstrzymać i spojrzała na Percy'ego. Jego oczy... płonęły? Takie dawały wrażenie. Na głowie chłopak miał parę rogów, a w ręce zakrwawiony nóż. Uśmiechał się jak psychol. Nie poznawała go... Czy to był tylko chory wybryk jej wyobraźni, czy ktoś chciał jej coś przekazać?  Spojrzała z przerażeniem na brata. Nawet nie zauważyła, kiedy Percy zdołał wbić swój nóż w jej ciało. Nie czuła bólu, ale i tak była wystarczająco przerażona. To już nie był sen... to był prawdziwy koszmar. Nagle ktoś pociągnął ją za drugą, zdrową rękę. Był to Darkness. Sen się zmienił. Wadera była w pałacu. Już jako wilk. W swoim dawnym ciele. Obok niej stał Darkness. Trzymał coś w pysku. Był to pierścień na łańcuszku. Taki piękny.. srebrny... Wadera nie mogła się powstrzymać i skoczyła na basiora, odbierając mu pierścień. Biegła przed siebie. Znalazła się w lesie. Mrocznym i chłodnym lesie. Obok niej stał Raz, w swojej dawnej wilczej formie. Spojrzał na Tiffany. Był zaniepokojony. Z lasu wyskoczyła nagle mantikora. Dziewczyna obudziła się niespodziewanie z tego koszmaru. Spojrzała na Hellmestina, który o dziwo nadal był w tym pokoju. Było już ciemno. Tytania zapytała się chłopaka:
- Ile spałam?
- Coś około godziny....
Dziewczyna prychnęła cicho i wstała. Poczuła nagły przypływ energii. Nie była jednak uleczona, a jej dwie połamane nogi dały jej się we znaki. Na dodatek jeszcze te jej nieszczęsne połamane żebra! Położyła się wiec z powrotem. Nagle znowu ukłucie. Spojrzała na swoje żebra, a konkretnie w miejsce, gdzie znajdowało się serce. Pamiętała.. że Percy wbił nóż dokładnie w to miejsce. Serce biło jej jak oszalałe. Dziewczyna poczuła, że w każdej chwili może zemdleć. Gorzej... może zacząć się dusić. Ręce jej zadrżały, a oddech przyśpieszył. Spojrzała błagalnie na Hella. Ten jednak nic nie robił i wpatrywał się z zaciekawieniem na dziewczynę, aby zobaczyć, co stanie się dalej. Duszności... Tiffany zaczęła kaszleć jak opętana. Potem... zawroty głowy i ten cholerny ból... Do oczu napłynęły jej łzy. Nie wytrzymała w końcu i wykrzyknęła:
- ZABIJ MNIE!!!
Po tych słowach poczuła, że słabnie. Spojrzała na swoje bandaże, które niespodziewanie nasiąknęły krwią...
(Hellmestin? Czuję, że poniosę konsekwencje tego, co napisałam XD I nawet nie waż mi się jej zabijać!)

Od. Viper'a c.d Hikaru

Chłopak uniósł prawą brew w geście zaskoczenia. Nie miał najmniejszej ochoty rozpoczynać ten temat, ale Hikaru była jedną z nielicznych osób, którym ufał. Zwłaszcza, że większość osób z watahy to wyrzutki, pół demony, wampiry i Bóg wie co jeszcze! Chłopak westchnął tylko i podał dziewczynie książkę. W takich chwilach jak te, pragnął zapaść się pod ziemie. Dziewczyna biegała wzrokiem po kartkach papieru. W końcu jej wzrok stanął na pewnym zdaniu... Hikaru podniosła głowę znad książki. Spojrzała z zaciekawieniem na chłopaka i spytała:
- No dobrze, ale co to ma wspólnego z...?
- Jestem synem demona. Albo ja, albo Tytania powinniśmy odziedziczyć jego geny. Ale Tytania nie jest wbrew pozorom demonem, ponieważ została opętana. Pół demonów i demonów nie może opętać inny demon. Anubis też odpada, ponieważ nie ma żadnego z zakazanych żywiołów. Dowiedziałem się o tym, kiedy zabiłem warga. Jestem...
Zamilkł. Hikaru nadal wpatrywała się w Vipera. Chłopak jednak tylko wstał i skulił się w kącie. Zaczął coś powarkiwać pod nosem i nagle to się stało.  Świat zawirował wokół Percy'ego. Chłopak upadł na ziemie klnąc z bólu. Wbił sobie nawet swoje krótkie paznokcie w rękę, aby się "znieczulić". Z miejsca, w którym chłopak wbił paznokcie zaczęła wydobywać się stróżka krwi. Hikaru podbiegła do chłopaka i zaniemówiła, gdy zobaczyła jego oczy...
- Per-per... - wychrypiała, ale nie dokończyła.
Viper podniósł się z ziemi i zamienił w wilka. Z niewiadomych przyczyn basior zaczął pluć krwią, a potem nagle... jakby się uspokoił. Jego serce biło niespokojnie, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Wilk oddychał głęboko i niespokojnie. Spojrzał na Hikaru i wychrypiał:
- Odejdź, błagam...
Po tych słowach stracił przytomność...
(Hikaru? Lekki brak weny i czasu..)

Od Tenebrae do Kasai

Gdy mnie i Kasai oddzieliła ściana mgły wrzasnęłam
- Kas!
- Co tak wrzeszczysz. Nikt Cię nie usłyszy. - Odparł mój klon
- Poradzi sobie. Na pewno.
- Ale skąd ta pewność?
- Ja to po prostu wiem.
- Nie pamiętasz już domu? Gdzie byłyśmy odmieńcem? Gdzie każde zaklęcie było karane. Gdzie trzeba byli się kryć. I gdzie nasz brat został zabity. A za co? Właśnie za nas. Za niewinną Tene która urodziła się z urazem. Urazem zwanym magia.
Zaczęłam płakać. Miała rację.
- Ale ta wataha jest inna! Kasai też!
- A skąd wiesz że cię nie wygrają za jakąś kolejną inność?
- Wierzę że tak nie będzie.
  Otarłam łzy.
- Nie jesteś iluzją - stwierdziłam. - W takim razie czym?
- Jesteś istotą moich obaw i urazą.
  Rozłożyłam ramiona i ją przytuliła.
Mgła opadła.
Byłam sama.
Nic nie widziałam. Było ciemno. Zapadła już noc. Był mów więc nic a nic nie mogłam zobaczyć. Użyłam mojej mocy specjalnej. Skrzydła z wody. Zaniosłam się Bba wysokość paru metrów by zobaczyć okolicę. Nigdzie nie było Kasai. Oby nie uległa swojemu klonowy.
  Opadłam na ziemię. Nic nie znalazłam.
Zaczęłam szukać sobie jakiegoś noclegu. Zamieniłam się w wilka Ii pobiegłam w las.
W końcu znalazłam jaskinie. Prześpię się A rano poszukam Kas.
Szybko zasnęłam.
***
Rano gdy się pobudzić zobaczyłam Kasai leżąca u mego boku. Patrzyłam na nią A ona w końcu się obudziła. Popatrzyła na mnie i obie się uśmiechnęłyśmy. Udało nam się. Cieszyliśmy się ze znów jesteśmy razem.
(Kas? Pierwsze okrążenie za mną)

Od. Mine do Viper'a, Anubisa

Zamknięta w głupiej bańce przyglądałam się wilkom. Nie za bardzo wiedziałam o czum mówią, po chwili Viper chwycił mocniej miecz a Anu sprawił że bariera zniknęła. Percy rzucił się od razu na mnie , byłam przytwierdzona do podłogi , nie opłacało mi się walczyć. Szczególnie że ją nie chciałam ich zabić a oni mnie, chyba.
-Bądź grzeczna bo inaczej odetnę ci tą głowę.
Powiedział basior, a ją tylko przytaknęłam po czym związał mi ręce i zawiązał oczy. Anubis w okół nas stworzył iluzję ,wilki zawiązali mi oczy, wyszliśmy na miasto szliśmy bez przerwy. Usłyszałam dźwięk otwierania drzwi, wepchali mnie do środka, poczułam ostrze miecza na swoich plecach.
-Ruszaj!!
Szamba przed siebie zupełnie nic nie widząc, szliśmy chyba jakimś korytarzem między pokojami. Znowu się zatrzymaliśmy -Czyżby kolejne drzwi?
Powiedziałam sama do siebie w duchu. Po czym usłyszałam głos otwierania drzwi kluczykiem. Weszliśmy do środka, po czym poczułam ze kto mnie mocno popchną, ledwo co zaprotezowałam upadek rękami. Podniosłam się z ziemi, przybliżyłam się do ściany, ktoś podszedł złapał mnie za włosy i odchylił głowę do tyłu ciągnąć trochę do góry a następnie ściągnął opaskę z oczu. Bracia czyli Anubis i Viper byli na mnie bardzo wściekli, spojrzałam na nich. Vi podszedł do mnie i przyłożył miecz do gardła a Anu wstrzyknął mi coś. Po czym poczułam się osłabiona jedynie mogłam unieść na chwilę ręce na wysokości głowy. Po czym bracia wyszli z pomieszczenia.
-Nie przepadam za ciemnościom.
Powiedziałam z trudem sama do siebie. Pewnie uznaliby to za głupotę że ,,Demon" boi się ciemność.
***
Po jakimś czasie do pokoju wszedł Viper w ręce trzymał miecz, chwycił go porządnie i ruszył w moim kierunku. Parę metrów ode mnie zamachną się by zadać cios, zamknęłam oczy.....ale cios nie nadszedł otworzyłam oczy. Ujrzałam Anu który powstrzymał Vipera.
-Vi opanuj się, bo nie dowiemy się co z Tytanią.
Opuścił miecz a brat go puścił a ten od razu się zamachną i wbił miecz koło mojej głowy. Spojrzałam na nich z strachem w oczach a Percy zaczął kląć pod nosem i podchodząc do mnie po swój miecz.
(Vi i Anu)

Od. Enuri c.d Moon

Gdy zauważyłam ze biało-czarna wadera się ocknęła podeszłam do niej.
-Widzę, że się obudziłaś, przepraszam za twarde lądowanie ale mój przyjaciel cie za szybko pościł.
Podeszłam do wadery stanęłam nad nią, podciągam do siebie torbę która leżała niedaleko nas. Zamieniłam się w człowieka usiadłam na tyłku wadery, która cicho zaskomlała, rozjaśniłam poku niebieską kulom ognia po czym zaczęłam opatrywać wadera. Ogień świecił tak by nie zgwarzyła mojej ludzkiej postaci.Zamieniłam się w wilka stałam nad waderą łapy miałam z prawej I lewej strony, stanęłam obok niej i łapą pogłaskałam ja po grzbiecie.
-Nie bój się nic ci nie zrobię. Nazywam się Enuri ale możesz mówić mi Enu, ty jesteś z tej grupy co należy do Vipera prawda, muszę go znaleźć.

Od Hikaru cd. Vipera

Zamek alf na Delcie prezentował się naprawdę okazale. Chociaż kiedyś urzędowało tam wiele wilków, tak teraz większość z nich przeniosła się do świata ludzi. Sam Viper i Anubis również dużo częściej przez ostatni czas przebywali w swoim ludzkim domu. W tym czasie zamek stał pusty, bez żywej duszy. Lubiłam od czasu do czasu oglądać pałac alf. Wielokrotnie zaszywałam się w tamtejszej bibliotece by poczytać co nieco interesujących książek, które się tam znajdowały. A było ich naprawdę wiele. Zaczynając od tych najnormalniejszych jak kryminały i romanse, poprzez księgi poruszające tematy medyczne aż po te zakazane, do których raczej się nie dotykałam. Większość oprawiona została w twarde skórzane okładki jednak znalazły się i takie relikwie przeszłości, które zamiast okładki miały kawałki pomalowanego drewna wymalowanymi tytułami. Te ostatnie musiały zostać napisane wiele wieków temu.
Tym razem znów postanowiłam przejrzeć kilka ksiąg, ostatnio znalazłam ciekawą, poruszającą tematy demonów co mogło być przydatne w sprawie Mroku jednak po jej skończeniu łaknęłam więcej wiedzy. W zamku panowała grobowa cisza, z rękoma w kieszeniach zmierzałam w kierunku biblioteki. Naparłam na dużą, srebrną klamkę i pchnęłam masywne drzwi. Od razu podeszłam do siódmego regału z zakurzonymi księgami i zaczęłam przeglądać tytuły. Nagle się zatrzymałam i obróciłam głowę w prawo. Napotkałam zdziwiony wzrok Vipera. Podskoczyłam zaskoczona nagłym spotkaniem, jak mogłam go nie zauważyć?! Chłopak stał kilka metrów ode mnie i mierzył mnie zdziwionym wzrokiem.
- Hę? Hiakru, co tu robisz? – zapytał unosząc lekko brew.
- Umm, przyszłam poczytać - odpowiedziałam zmieszana po dłuższej chwili namysłu – a ty?
Nie spodziewałam się, że spotkam się tu z kimkolwiek. Przyjrzałam się uważnie chłopakowi. Przerzucił kolejną stronę w jakiejś opasłej księdze wypełnionej obrazkami, notatkami i luźnymi kartkami. Zaciekawiona podeszłam bliżej i spojrzałam chłopakowi przez ramie. Przeczytałam tytuł rozdziału, na którym obecnie był – „Czarna magia i jej właściwości”. Zdziwiłam się, po co mu to było?
- Coś się stało, że to czytasz? – zapytałam nie ukrywając zainteresowania.
Viper zamknął z hukiem księgę i odłożył ją z powrotem na półkę.
- Nie, to nie to – mruknął pod nosem zrezygnowany.
- Czego potrzebujesz? – spytałam wyskakując mu tuż przed twarzą by wreszcie mnie zauważył. – Wyobraź sobie, że spędziłam tu już dłuższy czas, może ci pomogę?
Chłopak spojrzał na mnie i pokiwał głową.
- Czytałaś gdzieś może, o oczach, które zmieniają kolor na żółty i „dymią” się na fioletowo? – zapytał przesuwając palcem po okładkach kolejnych książek.
Zamyśliłam się, jeśli dobrze pamiętałam, to chyba gdzieś o tym czytałam. Tak, to było napisane w jednej z zakazanych ksiąg, jedynej, którą postanowiłam przeczytać chociaż niewiele z niej rozumiałam, moja wiedza o demonach ograniczała się do minimum. Wyszłam z alejki i popędziłam na koniec biblioteki. Zdziwiony Viper wyjrzał za mną. Wróciłam po chwili taszcząc pod pachą opasłe tomisko. Miało około dwa tysiące stron i twardą okładkę przez co było jeszcze cięższe. Otworzyłam je na spisie treści i wyszukałam odpowiedni rozdział. W tym czasie Viper przeczytał tytuł księgi.
- „Demony”? – naprawdę myślisz, że te zmiany w oku mają związek z demonami?
- Mówisz o tym tak jakby to dotyczyło ciebie – zauważyłam podejrzliwie.
Nabierałam coraz więcej przekonania, że Viper ukrywa coś i za wszelką cenę nie chce mi o tym powiedzieć. Właściwie to jego sprawa ale mnie też to zaciekawiło. Chłopak drgnął gdy usłyszał moje słowa i zrobił się czerwony.
- Nie, wydaje ci się – odburknął próbując okiełznać emocje.
Westchnęłam i przekartkowałam rozdział w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Zatrzymałam się na tej z wielkim rysunkiem dwóch oczu. Jedno było zwykłe a to drugie miało żółty kolor, zwężoną źrenice i unosił się nad nim fioletowy „dym”.
- O to chodzi? - Podałam Viperowi księgę.
- Taa, chyba to.
Odszedł kilka kroków dalej i usiadł przy długim stole. Księga wylądowała z hukiem na blacie wzbijając kurz w powietrze. Chłopak kichnął nagle i pomachał ręką by odgarnąć pyłki. Po chwili jednak wstał i otworzył duże okno. Dalej stałam między regałami i przeglądałam kolejne tomy, w duchu jednak myślałam o co chodzi Vieprowi. Jeśli dobrze pamiętałam, to informacje dotyczące tajemniczych zmian w oku miały ścisły związek z czarną magią. Zaintrygowana tym faktem postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej. Podeszłam do Vipera i usiadłam naprzeciwko niego. Podniósł wzrok z nad książki.
- Hm?
- O co chodzi? – zapytałam bez zbędnych wstępów.
<Viper?>

Od Kano cd. Moon

Siedząc dobrze ukryty między gęstymi krzakami obserwowałem całą sytuację, która na szczęście przerwała ten monotonny dzień. Na ziemi kilka metrów przede mną leżała śnieżnobiała wadera. Przed chwilą spadła z nieba, dosłownie, nie mówię tu o żadnym aniele, ona najnormalniej w świecie spadła z wysokości około pięćdziesięciu metrów. Z hukiem wylądowała na ziemi wzbijając przy tym tumany kurzu w powietrze, próbowała się podnieść jednak już po chwili zaprzestała tego. Nad jasną waderą wylądowali dwaj krukoni i po chwili przybrali ludzkie formy. Pierwszy z nich, odziany w ciemny, poszarpany i dziurawy płaszcz, pochylił się nad wilczycą i złapał ją za sierść na łbie, uniósł pysk wadery w górę oglądając ją.
- Patrz jaka piękna zdobycz nam się trafiła – zaśmiał się jeden z nich spoglądając na wilczyce.
Śnieżnobiała wadera próbowała wyszarpać się z żelaznego uścisku jednak każdy ruch sprawiał jej najwidoczniej ból. Chyba nie powinienem się dziwić, w końcu spadła z tak dużej odległości, to oczywiste, że coś sobie złamała a przynajmniej stłukła. Drugi z krukonów wziął zamach nogą szykując się do kopnięcia wadery. Miał na sobie porządne buciory, już na samą myśl o oberwaniu czymś takim czułem ból. Zanim jednak to zrobił, wyskoczyłem na niego i nim zdążył zareagować, leżał już na ziemi z rozprutą krtanią, z której na wszystkie strony tryskała krew. Jego towarzysz wypuścił waderę i cofnął się o krok. Zmierzył mnie przenikliwym wzrokiem.
- Czego tu?! – warknął wyjmując sztylet z kieszeni spodni.
Zdecydowanie był silniejszy oraz masywniejszy niż ja. Zamiast skoczyć ku jego szyi, podciąłem go, a gdy ten upadł na ziemię przygwoździłem go stopą do podłoża. Szybkim ruchem wykończyłem go i spojrzałem na swoje dzieło. Dwaj martwi krukoni leżeli w kałuży szkarłatnej cieczy. Przyglądałem się temu cudownemu widokowi przez dobre kilka sekund zanim otrząsnąłem się z pokusy posmakowania ich krwi, nie jestem żadnym demonem ale widok krwi był dla mnie bardzo zachęcający. Moje ubranie również nie prezentowało się zbyt dobrze, cały, od stóp do głowy byłem umazany krwią. Odwróciłem się w kierunku leżącej wadery. Patrzyła na mnie przez zmrużone powieki. Chciała się podnieść jednak ból przeszkodził jej w tym.
A właśnie!
Chyba powinienem jej pomóc. Nie bardzo jednak wiedziałem jak się za to zabrać, nigdy nie miałem bliskiego kontaktu z medycyną i niewiele wiedziałem na ten temat. Rozejrzałem się naokoło w poszukiwaniu jakichś zielsk. Pod niewysokim drzewem rosła roślina o rozłożystych acz cienkich liściach postrzępionych na końcówkach. Zerwałem kilka z nich i zmoczyłem je w pobliskim strumieniu a następnie zmiąłem i porwałem. Powstało z nich coś podobne do zielonej papki. Wróciłem do wadery i rozłożyłem mokre liście na jej karku oraz łapach. Spoglądała na mnie niepewnym wzrokiem jednak po chwili znów zamknęła oczy. Chyba mój „zabieg” przynosił efekty. Oparłem się o pobliskie drzewo czekając aż wadera odzyska siły. Nie wiedziałem ile jej to zajmie ale w obecnej chwili smacznie spała.
Podskoczyłem gdy usłyszałem dźwięk łamanej gałęzi. Otworzyłem zaspane oczy i przetarłem je łapą. Zasnąłem. Wadera również się obudziła. Chyba też usłyszała tajemniczy odgłos. Zapadał zmrok a my dalej tkwiliśmy w lesie. Wilczyca podniosła się z miejsca i usiadła, chyba już mniej ją wszystko bolało. To aż dziwne, że nic sobie nie złamała przy upadku.
- Co mi zrobiłeś? – zapytała podejrzliwie przyglądając mi się – jak to zrobiłeś, że już nic mnie nie boli?
- Nie mam bladego pojęcia – odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy – obłożyłem cie od stóp do głowy jakimś zielskiem bo o ile dobrze pamiętam, to pomaga ono w złagodzeniu bólu.
Właściwie to nie kłamałem, pamiętałem tylko, że takie zielsko służyło jako coś w rodzaju opatrunku. Kolejny odgłos łamanej gałęzi. Wadera w jednej chwili postawiła uszy nasłuchując kolejnych dźwięków. Zapadła cisza po której z odległości kilkunastu metrów dobiegł nas zirytowany głos.
- Gdzie ci idioci się podziali?! Że też to akurat my mamy ich szukać!
Krukoni. Najwidoczniej szukali swoich towarzyszy, szkoda tylko, że ci już dawno nie żyli.
- Trzeba się ukryć – powiedziałem ściszonym głosem.
Wadera pokiwała głową na zgodę i wstała. Skrzywiła się z bólu, najwyraźniej wciąż była trochę obolała. Schowaliśmy się w krzakach obserwując sytuacje. Nie paliłem się do walki, dodatkowo miałem jeszcze na karku dość poturbowaną waderę, której imienia nawet nie znałem. Bronić siebie, jak i jej, przeciwko nie wiadomo ilu krukonom wydawało się być dość nieprzyjemnym wydarzeniem.
<Moon? Mój ty obolały wilczku?>

Od. Kasai c.d Tenebrae

Wilk nie to nie był jeden lecz dwa wilki i to dokładnie takie same jak my. W okół nas utworzyła się ściana z mgły, podeszliśmy do naszych kopii.
-Iluzja?
Powiedziałam cicho, cała nasza czwórka zaczęła chodzić w kolko. Jedną różnica było to ze mieli czarne białko było a nie białe a oczy koloru czerwone na dodatek były wredne. Tenber i mnie oddzieliła kolejna ściana mgły.
-Ten!!!
-Nie wrzeszcz tak i tak cie nie usłyszy!
-Nieprawda.
-Po co się tak denerwujesz?
Spojrzałam na drugom mnie.
-Ten sobie poradzi jestem tego pewna.
- Czemu jesteś taka pewna? Nie pamiętasz jak nas traktowali?
Traktowali nas jak śmieci, odrzutowiec, wysiewki nas, obgadywali myśląc ze nic nie wiedzieliśmy choć później zabraniali innym się do nas zbliżać. Pamiętasz to moce gdzie wylewamy łzy po czym w końcu stamtąd uciekłyśmy.
-Tak, ale później wróciłam gdy tylko mieli kłopoty.
-A na co co to było uratowałaś ich a oni oskarż za ten atak.
-Nieprawda!
-A właśnie ze prawda! Inaczej by cie nie wygnali!
Załamałam się usiadłam na ziemi tak ze nogi miałam wygięte do tylu po oni stronach, łzy spływały mi po twarzy. Zakryłam twarz dłońmi, oprócz mnie i drugiej zlej mnie nie było nikogo w końcu mogłam odreagować.
-Może masz racje, ale Tene i ta wataha jest inna.
-Skat możesz mieć takom pewność?
-Nie mam ale w nich wierze!
Podniosłam się z ziemi, ocierając łzy.
-Nawet jeśli wszyscy będą przeciwko mnie ja swoich nie opuszczę.
Zła ja ruszyła na mnie, roszeżylam ręce i ja przytuliłam a ona uroniła parę łez oczy wrócił jej do normalnego wyglądu a mgła opadła.
(Tene twoja wena czeka na start)

Od. Hope - ,,Sny dające do myślenia."

Eastern Forest Dragon Room Guardian by AnyaBoz



Wstałam i wyprostowałam się. Czemu widzę tak... nisko?! Wyciągnęłam ręce do przodu i spojrzałam na nie. O cholera. TO SĄ ŁAPKI! Nawet nie...  Wyglądają jak... Jak... Dłonie małp. Orzesz w mordę... W dodatku są RÓŻOWE! To najgorszy kolor jaki istnieje. Nad tymi... Kończynami było, na szczęście, czarne futro. Z lekkim przestrachem co zobaczę dalej skręciłam łeb. O... CZY JA MUSZĘ BYĆ KOLOROWA JAK TĘCZA?! Zaraz zwymiotuję! Całe podbrzusze i tylne nogi są czarne. Może być... Później... O fuu.. Błękit, biel i zieleń w jednym pasie. O.K.R.O.P.N.E. A grzbiet... No cóż... Mogło być gorzej. Pasy niczym na zebrze.  Rozglądnęłam się. Ooo... Woda! Podeszłam do niej, jednakże nie naruszyłam jej spokoju. Moja mina w sekundę wyrażała zażenowanie. No cholera jasna... Za nosem, wystawała para wąsów. Co ja w mężczyznę się zmieniam?! Nie wiarygodne! To powinno być karygodne i za takie klątwy na czyjeś ciało skazywać na śmierć! Dwie pary śnieżnobiałych kłów... O shit... Rogi?! Na prawdę?! Rooogi?! Trzeba było mnie w jelenia zmienić! Nie! Lepiej w jednorożca! Krwawe oczy. Okej... Przynajmniej to. Wąsy.. One... Się ruszają! Otworzyłam pysk. Przestały. Uff... Odwróciłam się, a moim oczom ukazały się, o zgrozo, "góry" przepełnione  piachem i śmieciami. Co to ma być? Bajka na Cartoon Network?! Zmrużyłam oczy patrząc na szczyt tej góry. Tam... Jakieś postacie się poruszały... Hyh. Idę tam. Rozejrzałam się po bokach. Yyy... Mam jakieś zwidy? Wszystkie drzewa zniknęły! Teraz tam jest tylko i wyłącznie piach. Podeszłam do tej "ściany". Tylko jak tam wejść, skoro dalej jest to samo? Cóż... Może mam moce mrówki i potrafię chodzić do góry nogami. Podniosłam lewą łapkę i przystawiłam ją do piaszczystej ścianki. O dziwo się nie rozsypywała. Przystawiłam drugą kończynę. Teraz stałam na tylnych nogach. Wykonałam kolejny ruch łapkami i znajdowałam się nad ziemią, powoli idąc w górę. Jakie to fajne! Posiadam moce mrówek! Podciągnęłam swoje ciało i spojrzałam na piaszczysty krajobraz, który niestety zakłócały śmieci. Wyprostowałam się.
-O! Patrzcie! Patrzcie! Ktoś nowy! Ktoś nowy! -Ktoś krzyknął, a za mną rozniosły się podekscytowane szepty.
Odwróciłam się.
-Jak tu trafiłaś?
Znowu ten sam głos. Jego właścicielem był pluszowy miś. Co proszę? Od kiedy pluszowe misie, przypominające Teddy'iego gadają?!
-Yyy...
Tylko to z siebie wydusiłam. Zastanawiało mnie jedno. Jak się tu znalazłam?
-Nie wiem. -Zmrużyłam oczy patrząc na wszystkie te dziwne stworki.- A kim Wy do cholery jesteście?!
Wskazałam po kolei na różową Pandę, zielonego Okonia, białego smoka, niebieską rybę i... BRĄZOWEGO KRETA O ZŁOTYCH KOŃCZYNACH I OCZACH?! Co to jest?!
-Co to ma być? Komedia, tak? Jakaś powalona ruska komedia?!
Czułam jak sierść na grzbiecie się stroszy. Wąsy latały w każdą stronę, a z oczu leciały krwiste płomyki. Rogi się wydłużyły tworząc długą i zabójczą broń.
-Tożto Niespotykany Wilk Wszechświata! -Krzyknął ktoś w tłumie i rzucił się na ziemię w geście pokłonu.
Niespotykany Wilk Wszechświata? O czym oni do reszty piep***ą? Naćpali się? Wszyscy?! To nienormalne! Po tym głosie wszyscy byli przy ziemi. Ich ukłon był niski, nie było widać niczyjej twarzy. Teddy Bear mamrotał coś pod nosem.
-Bardzo przepraszam, Pani. Jestem skruszony własnym zachowaniem, Pani. Bardzo Panią przepraszamy za to. Jeśli Pani pozwoli wytłumaczę gdzie się Pani znajduje. Jeszcze raz bardzo Panią przepraszam. Zgadza się Pani na moją prośbę? Będę zaszczycony, jeśli się Pani zgodzi. Wszyscy będziemy zaszczyceni zdaniem Pani.
Ile razy on powiedział pani? W każdym możliwym zdaniu! Kim ja więc jestem? Znaczy... Kim ten świat jest?
-Nie mówcie do mnie pani... Jestem Hope.
Usłyszałam zdziwione odgłosy. Taa... Bo ja coś z tego ogarnę.
-Możecie proszę wstać?
Wykonali moją prośbę. Moją uwagę przykuł ten kret. Cholerne krety, ale ja ich nienawidzę...
-Rozejść się. -Warknęłam.- A Ty. Zostajesz.
Krecisko zatrzymało się w pół kroku. Misiek również się zatrzymał i odwrócił.
-To chce Pani mojej pomocy?
-NIE! -Ryknęłam zirytowana.- ZJEŻDŻAJ STĄD!
Teddy odwrócił się i rozpoczął ucieczkę. Jak najdalej ode mnie. I dobrze.
-Kim jesteś?
-Zwę się Golden... -To coś, a raczej ona unikała mojego wzroku.
Byłam ogólnie potężniejsza od zwierząt jakie się tu znajdowały.
Zmierzyłam zwierzątko wzrokiem.
-Uciekaj. -Burknęłam.
Jaki, iż je tępię nie dam jej, ot tak odejść.
Odwróciła się i powoli odchodziła. Będąc 10 metrów ode mnie już biegła. Ruszyłam za nią. Obejrzała się, a gdy chciała zwolnić ja się odezwałam.
-BIEGNIJ! -Ryknęłam, a to przerodziło się w przerażający warkot.
Jestem dumna, że sieję w tym czymś strach. Kret przyśpieszył, a następnie wszedł w ziemię. Nie, nie ziemię. Piach. Chociaż...  Bardziej żwir albo.. Coś innego. Psychiczny uśmiech wpełzł na moją twarz. Zwierzę wyszło z ziemi i będąc daleko ode mnie zatrzymało się odwracają. Ona też się uśmiechała. Bardzo szeroko. Potknęłam się i uderzyłam w coś twardego głową. W pysku poczułam metaliczną ciecz. Ostatnie co usłyszałam przed ciemnością to:
-NIESPOTYKANY WILK WSZECHŚWIATA NIE ŻYJE! NIESPOTYKANY WILK WSZECHŚWIATA NIE ŻYJE! NIE...
Reszta słów rozegrała się w ciemności.
Otworzyłam oczy, kurczowo trzymając czyjąś dłoń. To Aaron. Powalony sen... Mocniej przytuliłam się do chłopaka, a raczej jego nagich i ciepłych pleców. Mruknął coś zadowolony. Uśmiechnęłam się do siebie i ponownie zamknęłam oczy.


Krzyk uciekł z moich ust. Biegłam najszybciej jak potrafiłam ale mi nie wychodziło. Ponownie się potknęłam. Prędko wstałam i dalej biegłam. Co jakiś czas zderzałam się z tymi nie wiernymi drzewami, które się przyjacielsko uśmiechały. Chwila moment... OD KIEDY DRZEWA SIĘ UŚMIECHAJĄ?!
-Pomóc? -Odezwało się drzewo.
Jeszcze lepiej.
-NIE! WALCIE SIĘ WSZYSCY! -Krzyknęłam ratując się przed upadkiem.
Mniejsza o to. Goniło mnie zwierzę z ulubionego filmu! Thanator'y są takie pięknie, ale jakie agresywne! Przyśpieszyłam. Teraz żadna moja moc nie działała. Tak jakbym była zwyczajnym wampirem. Mam nadzieje, że przeżyję.
Z tyłu usłyszałam łamiące się drzewo i gardłowe ryknięcie. O ile to było możliwe biegłam szybciej. Przede mną znajdował się złamany pień. Raczej drzewo, które leżało na drugim. Wbiegłam na nie i na szczęście utrzymałam równowagę. Koniec olbrzymiej rośliny. Zatrzymałam się i odwróciłam. Drapieżnik  ukazując zęby i warcząc zbliżał się do mnie. Przeklęłam cicho. Krok w tył. Rozłożyłam ramiona i uśmiechnęłam chamsko.
-Żegnaj.
Odchyliłam się do tyłu i zaczęłam spadać. W dół. Niczym w przepaść, która nie ma końca. Nogami w dół wpadłam do wody. Wypłynęłam na powierzchnię powoli tracąc oddech. O cholera... Rzeka i wodospad. Świetnie. Zatrzymałam się na wystającej skale. Podciągnęłam się i stanęłam na nogach. Wiem, że to było lekkomyślne, ale nie miałam wyjścia. Spojrzałam w górę. Przyznam, że kamień był dość długi. Powoli podeszłam do drugiego końca. Kilka długich kroków. Wyskoczyłam w górę z wyciągniętymi rękoma do sporej gałęzi. Złapałam się jej krawędzi i desperacko zaczęłam podciągać do góry. Chciałam szybko znaleźć się w tej bezpieczniejszej strefie. W mojej głowie szalała podświadomość.
Idiotko trzeba było spadać w dół! Teraz sobie kości połamiesz!
Miała rację... Ale się nie poddam!
Trzask.
-Masz pięć sekund.
Odezwał się jakichś głęboki głos. Zapewne drzewa. Wspinałam się coraz wyżej. Czas. Czas. Czas.
Ciągle to sobie powtarzałam, dopóty gałąź nie zaczęła się łamać.
-POMÓŻ MI, PROSZĘ! -Ryknęłam zażenowana.
Czy on mnie wysłuchał? Czy właśnie DRZEWO mi pomaga?
Wokół mojej nogi owinęła się inna gałąź.
-Nikomu ani słowa. -Dopowiedział.
Postawił mnie na ziemi. Wyprostowałam się by zachować te resztki straconej dumy.
-Bardzo dziękuje.
Ukłoniłam się. Teraz biegłam w drugą stronę od gadającego drzewa. Dobrze, że mi pomógł inaczej skończyłabym z pięknie wygiętymi kończynami. Zwolniłam i związałam włosy w kucyka. Kilka kosmyków opadło na moją twarz. Przede mną pojawił się ten... Kret?! No nie wierzę. Uśmiechnął się złowrogo i zapadł  pod ziemią. Po sekundzie zobaczyłam jak dokopuje się do mnie. Prędko się odwróciłam i zaczęłam biec. Czułam ucisk w płucach, ale biegłam dalej. Znalazłam się na polanie, a później w... parku. Mhm. Tak to można nazwać. Na środku polanki siedziało w dużych, a nawet olbrzymich odległościach pięć osób. Viper, Anubis, Tiffany, Aaron i jakiś dziwny chłopak. Przeleciałam obok dawnej alfy i obok pozostałych osób. Aaron kilka razy podstawił mi haka. Idiota. Spoglądnęłam przez ramię gdzie jest to zmutowane zwierzę. Dość daleko. Zaraz za wszystkimi ziemia się zapadnie. Będąc za Aaron'em przeskoczyłam przezroczystą linkę, którą nastawił bym się wywaliła. Zatrzymałam się, nachyliłam i bezczelnie go pocałowałam. Odwróciłam się i odbiegłam, gdy ziemia za wszystkimi wreszcie się zapadła.
-HOPEEE! -Krzyknęli wszyscy na raz.
Oj, była tam nienawiść. Nie spodziewali się tego. Obok mnie pojawił się mój ojciec. Wysoki, zawsze młodo wyglądający, białowłosy mężczyzna. Biegł w mym tempie.
-Znajdę kogoś kto pomoże Ci się  wyzbyć tego czegoś. -Wskazał palcem na tył.
-Jasne. -Mruknęłam.
Ile to ja biegłam? Godzinę? A, nie. Chociaż... Chyba, tak.  Przede mną rozpoczynała się kostka brukowa. Truchtem posuwałam się do przodu, a następnie zwolniłam. Uspakajałam oddech. Zatrzymałam się, gdy zobaczyłam tego samego chłopaka co tam, na łące. Był jeden problem. ON BYŁ ZUPEŁNIE NAGI I TULIŁ SIĘ DO DRZEWA! A, nie. On się do niego nie tulił. O jezu. Jak nie nekrofil to dendrofil. Świetnie. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Źrenice miał rozszerzone całkowicie. Czyżby nażarł się halucynków? Możliwe. Czuję od niego dużo narkotyków. To wszystko wyjaśnia. Podrapałam się po karku i odeszłam. Po trzech, może czterech minutach zatrzymałam się przy fontannie. Znajdował się tam mój ojciec i ten... mężczyzna. Skrzywiłam się. Na szczęście miał ubrania zasłaniające to co powinno być zasłonięte.
-No! Moja córunia przyszła! -Rzuciłam ojcowi ostrzegawcze spojrzenie. -Ekhm... To jest Hope, moja córka. - Czarnowłosy podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.- Hellmestin. Miło Cię poznać, Hope. -Chłopak uśmiechnął się. Nie wiem czy szczerze. Niechętnie przyjęłam, porządnie ściskając dłoń mężczyzny.- Mi Ciebie również. -Burknęłam.
Wolałabym go nie znać.
-Przejdźmy do rzeczy! -Chłopak odszedł ode mnie ciągle się uśmiechając.
Psychol.
Gwałcący drzewa.
-Hell zajmie się tym czymś pod zapłatą... -Uciął, ponieważ zniknął.
Czekaj, co?!
Zniknął. Po prostu wyparował.
Zostawił mnie z tym... kimś?!
Tak.
Dzięki!
Nie masz za co.
Tak o to wyglądają nasze codzienne wymienianie słów. Świetne, nie?
-Później powiem pod jaką zapłatą. -Burknął i odszedł.
Tak właśnie. Powoli mnie to już irytuje jak słyszę zagadkowe odpowiedzi. DOSZCZĘTNIE IRYTUJĄCE.
-A. BÓG JEST ZAJE**STY! -Hell krzyknął i odbiegł.
-BÓG. NIE. ISTNIEJE! -Ryknęłam. Musiał usłyszeć.
-Taa... -Dostałam w odpowiedzi.- Zapłacisz za to! -Usłyszałam jego głos odbijający się od.. nie wiem czego. Zabawne. Wyszłam z tego porypanego parku. Teraz patrzyłam się z rozbawieniem na członków watahy otrzepujących się z brudu. Zauważyłam również, brązowo włosą dziewczynę w złotej sukience, która czerwona na twarzy wchodziła do lasu. Obok stał sobie Hell. A jednak to doszczętny psychol. Nic nie poradzę. Teraz byłam w tym samym miejscu co wcześniej, gdy to cholerne krecisko przestało mnie gonić. Obok znowu pojawił się ojciec.
-Ej, młoda. Zmywajmy się stąd. Szybko! -Złapał mnie za łokieć ciągnąc.
Wyrwałam się.
-Nigdzie nie idę! Jaka to miała być zapłata?!
-To... -Przerwał mu Hellmestin.
-Dawaj mi hulajnogę, lub rower!
-Ale ja nie mam! -Uniosłam ręce do góry.
-Myślisz, że ja ślepy jestem?! TU JEST! -Wskazał palcem na moją nogę.
A, nie. Tu był rower. Górski rower. Uuu... Musiał być drogi.
-Dawaj!
Podszedł i złapał rower wsiadając na niego.
-A bierz!
-Będziesz mieć karę za BOGA! -Krzyknął, śmiejąc się psychicznie i wskazując palcem na coś na nami.
Odwróciłam się i mój tatulek również.
-A ja mówiłem, żeby iść... -Mruknął.
-ZOSTANIESZ UKARANA ZA OBRAŻENIE WIELKIEGO BOGA!
-Taa... Chyba wielkiego nieistniejącego Boga... -Burknęłam.
Skrzywiłam się z bólu, gdy dostałam w żebra od ojca.
-Za co?!
-Zamknij się.
-WYKONAĆ!
Spojrzałam na człowieka przypominającego Jezusa. O BOŻE. W jakich ja czasach jestem?!
O mało się nie wywróciłam, gdy kochany tatulek ciągnął mnie za łokieć.
-PUSZCZAJ UMIEM BIEGAĆ!
Wykonał to.
-Szybciej!
-Okej...
-ZŁAPAĆ JĄ! JĄ I TEGO MĘŻCZYZNĘ! -Krzyczała podobizna Jezuska.
Obejrzałam się przez ramię. Nie trudno było zauważyć, że rzucali w nas wszystkim. Gnojem, warzywami, wodą, widłami, owocami, obuwiem, dosłownie wszystkim! Mój rodzic się potknął i zniknął. Ubije go kiedyś. UBIJE! Obiecuje. Nawet po śmierci go znajdę i ubiję! Ciota nie będzie mieć łatwego życia. Nie ze mną takie sztuczki. Przede mną wszystko zanikało. Teraz widziałam tylko oślepiające światło.
Otworzyłam powieki. Ponownie leżałam w tym łóżku. Obok Aaron'a. Tym razem nie przytulałam się do jego pleców, a do klatki piersiowej. Jego oddech wskazywał na to, że nie spał. I to od dłuższego czasu. Zrozumiałam, że kurczowo trzymam w dłoniach kołdrę. Puściłam ją. Przejechałam dłonią po jego ciepłych plecach. Leciutko się uśmiechnęłam. Szkoda, że nie wie co mi się śniło... A, szkoda... Po chwili zastanowienia odezwałam się.
-Aaron? -Spytałam cicho.
-Hm?
-Przepraszam za to co zaraz zrobię. -Powiedziałam pewniej.
-Co...
Nie był w stanie dokończyć, ponieważ nasze wargi się złączyły. Zaskoczony nie odpowiedział. Pocałunek spowodowany przeze mnie był pełen uczuć i pasji. Chciałam przeprosić za tamto zachowanie. Wątpię, że  mi wybaczy, jednak nadzieja pozostała. Odsunęłam się od niego, od razu czując brak ciepła, którego potrzebowałam. Przeczołgałam się na drugi koniec łóżka, zwijając w kłębek. Nie byłam w stanie widzieć jego reakcji. Zamknęłam oczy.
Thanator.
Niespotykany Wilk Wszechświata.
Cholerny Złoty Kret.
Sny.
Nie zapomnę o tym.
No i o spotkaniu z ojcem.


(Szczerze? Jestem dumna z tego opowiadania, również z siebie. To działo się na prawdę! Z góry dziękuje za przeczytanie tych o to bohomazów. C:)

Od. Hellmestin'a c.d Tytania

Uśmiechnąłem się złowieszczo. Nie jest w stanie się ruszyć...Tak? Pierwsza myśl. Naćpałbym ją. Niestety, łatwo nie będzie. To nie mogło być prawdą. Znowu ten sam dzwonek. "Twoja kolej!" Niczym opętany rzuciłem się na osłabioną waderę. Miałem zamiar ją rozszarpać. Ale zamiar. Dostałem trzęsiawki. Zaczęło się od ogona, powoli przechodziła na całe ciało. Zszedłem z Tytani ciężko dysząc. Przemieniłem się w człowieka. Oparłem o ścianę baru.
-Jestem idiotą. Popierdolonym debilem. -warknąłem czując pojawiającą się na ustach pianę.
Połamana "Nemezis" zerkała na mnie co chwilę, albo...To była tylko iluzja. W kurtce. Tak. W kieszeni powinny być środki uspokajające... ALE CO TO MI DA? Teraz już nic. Cokolwiek proszę! Cholera! Haszysz?! Cokolwiek!!! Ectasy?! To mi by wystarczyło... Ale nie! JA CHCĘ HEROINĘ! Piana spływała mi po brodzie. Teraz nie byłem w stanie się ruszyć. Zacząłem ciężko dyszeć. I wtedy... Poczułem paczuszkę... CZEGO?! Hery! Wilczyca przyjrzała się białemu proszkowi. Nie dziwiło mnie to. Pff, nie mam po co się zastanawiać. Strzykawka, jak zwykle w prawej kieszeni kurtki. A zapalniczka? Ach, w tylnej kieszeni spodni. No i co z łyżką... Rozpacz, kolejne wstrząsy.
-M-Ma-Mas-Masz łyż-łyżkę? -spytałem Tytani.
-Nie.-mruknęła cały czas leżąc.
Okej. Koniec. Zacząłem męczącą wędrówkę ku barowi. Otworzyłem drzwi i wpełzłem do środka. Wszyscy siedzący, stojący spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
-Dać mi ły-łyżkę, albo wszy-wszy-wszystkich pozabijam. -warknąłem przeszywając każdego wzrokiem.
Zaczęli się śmiać. Debile. Uśmiechnąłem się psychopatycznie. Skupiłem się na łyżce przy barze. Myśl...Myśl. Łyżka wzleciała w powietrze. A, teraz. Czas na zabawę. Narzędzie przebiło głowę jednego z siedzących.
-Taka kara spotka każdego z was, który zdoła mi się sprzeciwić! -wrzasnąłem chwytając łyżkę.
Powróciłem do ściany karczmy. Proszek na łyżkę, zapalniczkę pod przedmiot oraz strzykawka. Wyprostowałem rękę, i usłyszałem mruknięcie połamanej. Ignoruj. Wbiłem strzykawkę w skórę. Odetchnąłem z ulgą. Wstałem i podszedłem w kierunku "Nemezis", która najwyraźniej domyśliła się o co mi chodzi. Przemieniła się w człowieka...
-A więc... Przydałoby cię opatrzyć. -uśmiechnąłem się lekko.
Schyliłem się i wziąłem ją na ręce. Nie śmiała się sprzeciwić, ani wyrywać. Nie dziwiłem się, bo niby czemu? Żebra i dwie kończyny. Okej. Zamknąłem oczy. Znaleźliśmy się w moim domu. Czy... Dom? Można było to tak nazwać? Nie wiem. Położyłem ją na jedynej czystej rzeczy w tym mieszkaniu. Kanapie. Szczerze? Nie wydawała się zadowolona z tego ot wydarzenia... Niestety, to Darkness przykazał mi zajęcie się nią. Wbiegłem do łazienki. Bandaż. Mhm. Znalazłem coś, co chociaż go przypominało. Usiadłem na brzegu sofy i spojrzałem na nią uroczo. Ma smaczną krew, i to mi odpowiada. Przynajmniej spała... Albo drzemała. Z trudem zdjąłem jej bluzkę. Kształty owszem miała. I dobrze, było na co patrzeć. Owinąłem bandażem tylko to co byłem w stanie. Z resztą, nie znam się na leczeniu. Herbata, mam ochotę na herbatę. Wstałem i zaparzyłem wodę. O ile się nie mylę, jest tylko malinowa. I dobrze. Sięgnąłem po czajnik i...
-Gdzie? -mruknęła cicho dziewczyna.

(Tytania... XD)

Od. Moon

Szłam lasem jak gdyby nigdy nic. Nagle poczułam że nie jestem sama.. Czułam czyjś wzrok na swoim ciele. Odwróciłam się lecz nikogo nie było nie wyczuwałam też żądnego wilka w okolicy. Czyżby znowu KTOŚ sobie o mię przypomniał? "Wykituje porostu wykituje. Chyba na prawdę oszalałam.. eh..." te myśli przepłynęły mi przez głowę. Ruszyłam dalej doszłam do pierwszych Dolin Górskich. Po około dwóch godzinach wdrapałam się na jeden z wyższych szczytów. Stałam i wpatrywałam się w Górski kraj obraz.

 Nagle coś porwało mię w powietrze byłam zdezorientowana nie do końca wieszałam do jest grane. Nagle to coś mię puściło. Runęłam na ziemie i straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam byłam w jaskini. Dość głęboko w jaskini. Nie widziałam praktyczne nic tylko lekkie zarysy stał i kamieni które leżały koło mię. Podniosłam łeb lecz szybko położyłam go powrotem na ziemi. Po bólu jaki poczułam podczas podniesienia łba zorientowałam się że jestem nieźle poharatana. Nie miałam siły się ruszyć. Nagle coś usłyszałam i poczułam na sobie czyjś wzrok. Chwile później ktoś nade mną staną lecz nie rozpoznałam co to było..

(ktoś?)

I po czystce...

Dałam wam dużo czasu (tam myślę..) i już wiem, jakie wilki były/są aktywne, a jakie wilki tylko robią postać, piszą nią jedno/dwa opowiadania i zwyczajnie odchodzą bez słowa. Po czystce liczba wilków naprawdę się zmniejszyła... Spośród 38 wilków zostało zaledwie... 26. Wilki, które od DZISIAJ trafiają do zakładki adopcje to: 
Ahri
Alice
Accailia
Avalon
Chichi
Fell
Hayley
Mokate
Nirvana
Ryu
Toxic

Ze względu na to, że niektóre z tych wilków zgłosiły się do zadania "Poszukiwania Platynowego Dysku" nabór na tę misję zostaje znowu otwarty. Liczba miejsc: 3. Wilki mają możliwość powrotu do watahy, poprzez ADOPCJĘ swojego wilka. Dałam wam szansę. Chodzi o to, że pomimo braku jakichkolwiek ograniczeń nie mogę sobie pozwolić na tego typu członków, którzy tworzą postać, a potem mają watahę głęboko w.... sami wiecie gdzie. Takie czystki będą organizowane raz na dwa/trzy miesiące. 

Pozdrawia Was, wasz kat. 

Od. Nemezis c.d Hellmestin



Czarna wadera ruszyła się dosyć niespokojnie. Na jej pysk wpełzł złowrogi uśmiech. Tytania nigdy, ale to nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Efekt jej ukochanej "mamusi" która przejęła jej ciałko. Kiedy opętywała tamtego wilczka, prawdopodobnie wystąpiły komplikacje. Albo zachowała część charakteru Mroku. Basior pokazał jej gestem, że zaczyna się już niecierpliwić. Wadera wysunęła powoli pazury. W każdej chwili była gotowa skoczyć. Może to i było samobójstwo, ale... heh, dziewczyna ma depresję  i już odkąd się urodziła pragnęła zginąć. Albo inaczej... odkąd została wskrzeszona. Basior zauważył, że Tytania dobrowolnie nie odda mu swojej krwi. Skoczył więc na nią i unieruchomił.  Wadera zaczęła się głośno wydzierać:
- NIKT NIE MA PRAWA! TO MOJA KREW! ZATRUTA KREW! SKAŻONA!
Basior nie zważał na protesty wadery. Wbił swoje obślizgłe kły w jej szyję. Dawniej, zatrułby się. Ale to wcale nie było dawne ciało Tytanii. Gdy basior był już w połowie, wadera nagle wyrwała mu się i ugryzła basiora w czaszkę. Zaśmiał się szaleńczo. Nic się nie stało. Moc nie zadziałała. Wściekła Tytania puściła go i już miała uciekać, kiedy poczuła czyjś ciężar. Upadła. Czuła wyraźnie, że jej kości pękają. Warknęła z bólu. Spojrzała w górę i ujrzała nieznanego sobie basiora. Ów basior nosił czaszkę na łbie i był nienaturalnie wysoki. Z oczodołów wyciekało coś czerwonego. Chyba krew. Basior zaśmiał się i wbił swoje kły w szyję wadery. Potem przestał i wytarł łapą zabrudzoną czaszkę. Zaśmiał się złowrogo i spojrzał na Hellmestina.
- Madame, tak nie powinno się traktować jednego z moich ulubionych wilczków. - mimo, iż patrzył na basiora, Tytania dobrze wiedziała, że chodzi mu o nią. - Częstuj się.
Czarny basior zszedł z wadery, ale ta, będąc tak niemiłosiernie połamana nie miała nawet siły wstać, a nie mówiąc już o ucieczce, czy choćby samoobronie. Zamknęła oczy. Poczuła znowu ten sam ból, jakby ktoś dobierał się do jej krwi. Otworzyła ślepia i spojrzała zdezorientowana na basiora. Jej wzrok biegał jak szalony po polance. Zobaczyła tego samego basiora w czaszce. Smolisty wilk przemienił się w rosłego mężczyznę. Wadera westchnęła i spojrzała na niego wściekła:
- Mógłbyś przynajmniej mi pomóc?
- Nie mam w zwyczaju pomagać, tym bardziej, że jestem Alphą.  A Alphy nie pomagają pierwszym lepszym waderom.
- Vi-Viper? - wyjąkała zdezorientowana.
Mężczyzna faktycznie przypominał po części Viper'a, ale nie było to za bardzo możliwe, gdyż chłopak nie był aż taki stary. No.. chyba, że napił się jakiegoś wywaru i zmienił postać. Mężczyzna spojrzał na "Nemezis" i wybuchną śmiechem.
- Przepraszam, ale chyba mnie pomyliłaś z moim synalkiem. Możesz mi mówić... Lord. Albo lepiej: Lord Darkness!
"Darkness.. ten niby słynny demon, który jest ze mną podobno spokrewniony?" - pomyślała smolista wadera. -"Czyli.. Viper też jest opętany? Skoro tak... to trzeba użyć drastycznych środków".  Nemezis podniosła sie z trudem z ziemi. Była przepełniona gniewem i chęcią mordu. To właśnie furia sprawiła, że wadera nie zważała już na ból. Skoczyła na Darknessa, który bez trudu uniknął jej ataku. Hellmestin przyglądał się całej tej sytuacji z rozbawieniem. Darkoss nie miał jednak ochoty bawić się z dziewczyną, więc po prostu wyciągnął nóż i przystawił go Tiffany do gardła. Już miał zadać śmiertelny cios, kiedy sobie coś przypomniał. Aktywował Souls i spojrzał z zaciekawieniem na waderę, która okazała się być jego córką. Darkness nie musiał wiedzieć już niczego więcej, niż to, że przed nim leży ranne jego własne dziecko, które jakimś cudem uciekło Mroku. Mężczyzna zaśmiał się szaleńczo i spojrzał znacząco na boga śmierci:
- Zostawiam ją pod twoją opieką. Ma połamane dwie kończyny i żebra. Jest również mocno wycieńczona. Róbta z nią co chceca, ale nie zabijaj jej. Mam co do mojej córci pewne plany... - po czym uśmiechnął się złowrogo.
Darkness wstał, otrzepał się z kurzu (jak to ma w zwyczaju) i odszedł spokojnym krokiem w stronę domostwa, pozostawiając Tytanię z narkomanem. Zdezorientowana wpatrywała się w Darknessa i z trudem wykrzyknęła:
- TCHÓRZU! STAŃ TU I WALCZ ZE MNĄ!!! CO ZROBIŁEŚ Z MOIMI BRAĆMI?!
Mężczyzna odwrócił się w stronę wadery i powiedział do niej o dziwo, opanowanym głosem:
- Anubis obecnie ślęczy nad książkami do alchemii. Daje mu dodatkowe lekcje, a Viper... no cóż... jest w bezpiecznym miejscu. Ale jeżeli koniecznie chcesz go ujrzeć, to poczekaj do jutra. O godzinie dwudziestej organizuję balangę. Będzie naprawdę ciekawie, a zaproszona jest cała wataha. Jeżeli chcesz możesz być moim Vipem. Do Vipów należą moje ulubione wilczki, więc to zaszczyt! Szkoda tylko, że jedyne co zrobiłaś w życiu to zdążyłaś jako opętaniec pozabijać parę członków watahy. Szkoda, że większość z nich miała niezbyt złe intencje... a chętnie bym kogoś zatrzymał...
Darkness spojrzał w stronę karczmy i odszedł powolnym krokiem od miejsca zdarzenia. Wadera tymczasem zaczęła się uspokajać, a po jej głowie krążyły niespokojne myśli. Czyżby Darkness wiedział?
(Hellmestin? Wspaniały ojczulek, nieprawdaż?)

Od. Tenebrae c.d Kasai

Zamilkłam. A więc o to chodzi.
W mojej głowie słyszałam cichutko szept. "Nie słuchaj jej. Mroku nic złego Nie tobi".
  Zacisnęłam powieki.
- Tene? W porządku?
- Jasne.
Wadera patrzyła na mnie nie pewnie.
- A tak dokładniej to co robi Mroku?
- No wchodzi mi do głowy
- I to wszystko?
- tak.... - odpowiedziała nie pewnie
- dobra nie ma co tu siedzieć chodźmy.
- Ale gdzie? - zapytała
- No nie wiem. Na co masz ochotę.
Zaczęliśmy iść w stronę miasta. Słyszeliśmy tylko śpiew ptaków.
Miałyśmy pecha. Zanim doszliśmy do miasta zobaczyliśmy.....
......Wilka. Wilka podobnego do nas...
(Kasai? Nie mogę się doczekać tego co wymyślisz  XD)

Od. Kasai c.d Tenebrae

Zamieniliśmy się miejscami Ten szybko usunęła. Spojrzałam na mężczyznę a następnie na drogę I znowu na niego.
-Długo pan jeździ tirami?
-Tak, będzie jakieś 20 lat, coś koło tego.
-Ciekawie.
  Rozmawialiśmy tak aż do miasta, obudziłam Ten. Mężczyzna zatrzymał się na pograniczu miasta, wyszliśmy z tira dziękując mu za podwózkę. Niedaleko nas znajdował się sklep, wygrzebaliśmy jakieś drobne z kiszeni i kupiliśmy coś do jedzenia i picia. Weszliśmy do lasu osiedliśmy pod drzewem, wypięłyśmy się trochę wody która kopiliśmy i zjedliśmy jakieś takie bułki.Położyłam się na trawie, zwinęłam się w kłębek, głowa bolała mnie jak diabli i ten cholerny głos.
- Kasai co się......
Nie słyszałam tej końcówki.
- N..Nic
  Zamknęłam oczy, wszystkie głosy zlały się w jedno.
- No powiesz?.
-To przez Mroku.
(Ten)

Od. Hope, Aaron c.d Darkness, Hope (część od Aaron'a)

Stałam obok Aaron'a. Dark gładził się po brodzie, jakby głęboko nad czymś rozmyślał. Dłonie trzymałam w kieszeniach bluzy. Odezwał się.
-Otóż to... Macie wybór. Po pierwsze; Macie pomóc mu odebrać jeden z trzech artefaktów, a konkretnie miecz, który ma Mroku...
Podrapał się po karku.
-Chyba, że zaatakujecie wraz ze mną jedną z jej fortec.
Spojrzeliśmy po sobie z Aaron'em.
-Po co mamy to robić? -Warknął piorunując demona wzrokiem.
-Bo mogę Was zabić. Nawet teraz. -Zaśmiał się.- Ale tego nie zrobię, bo jesteście mi potrzebni.
Zamyśliłam się. Jestem słaba. Fizycznie. Od kiedy rozeszliśmy się z Quinn'em...  Tak. Piłam potężną krew czystokrwistego, jednakże było to dawno... Dawno temu. Potrzebuje siły.
-Wstrzymaj nerwy. -Mruknęłam, pewna swego.
Uniosłam głowę patrząc dzielnie na Darkness'a.
-Jestem słaba.
-I...?
-Potrzebuje krwi.
-Czyjej? Mam najróżniejsze! Grupę A, O, B, AB. Nawet zwierzęcą! Jaką chcesz?
Pokręciłam głową na boki.
-Twojej.
Aaron przeklął. Czułam jak napięcie w dużym pomieszczeniu stężało.
-Aaa... Rozumiem. -Uśmiechnął się chytrze.- Ale pamiętaj. Coś za coś. Ja Ci dam swojej krwi, a Ty... Swojej. -Jego uśmiech się powiększył.
Nie wiedziałam, czy dać. Czy się zgodzić. Nigdy nikomu nie dawałam swej krwi... Prócz Quinn'a. Westchnęłam. Podjęłam decyzję.
-Okej.
Mężczyzna podwinął rękaw. Wystawił rękę w moim kierunku. Tym razem ja się uśmiechałam chytrze. On myślał, że jestem byle jakim wampirem? Na prawdę? Kiedy spotkał w połowie czystokrwistą? Hmm? W dodatku przodkowie mojej matki byli w większości demonami? Nikt nie wie, tym lepiej. Dla nich i dla mnie. Złapałam go za tą rękę, ściskając palce na głównych żyłach. Widziałam jak ręka blednie.  Był wyższy o wiele, więc drugą dłonią złapałam go za włosy ciągnąc w dół. Wiem jak się zachowywałam w stosunku do Alphy. Uśmiech wpełzł na moją twarz. Czekał na coś. Ah. Zrozumiał o co mi chodzi. Szyja mężczyzny była na wysokości moich ust. Wyszczerzyłam się szerzej, przez co było widać moje kły. Nikt nie mógł by ich zobaczyć.
-Podarowujesz niewłaściwej osobie swą krew... -Burknęłam.
Nim zdążył zareagować wbiłam nadzwyczaj długie zęby w jego szyję. Krew miał cóż... specyficzną.  Usłyszałam jak Aaron klnie i powstrzymuje się by nie rzucić na Demona. Moje wszelkie zmysły wzrosły. Ponownie miałam czulszy słuch, lepszą widoczność. No i oczywiście zapach. Uderzyła we mnie fala aromatu i... rozkładających się zwłok. Jeszcze nam oznajmi, że jest jakimś nekrofilem, czy coś... Zacisnął palce na moim ramieniu. Z niechęcią powróciłam do swojej wcześniejszej pozycji. Puściłam również jego rękę. Masował ją klnąc. Oj, mogę się tylko domyślać jaki ból w niej czuje. W ustach ciągle czułam ten świetny posmak. Metaliczny... Mmm... Miejsce w pobliżu warg miałam umazane krwią. Uśmiechnęłam się szeroko.
-Bardzo Panu dziękuje. Teraz swej krwi nie dam. -Pstryknęłam palcami, czując narastającą siłę.
Skrzywił się w niesmaku. Usłyszałam słowo "su*a" co mi się nie spodobało... Musiało być kierowane do mnie, w dodatku z ust Aaron'a... Smutne. Odwróciłam się na pięcie i z błyszczącymi oczami znalazłam się przy nim. Zawlokłam pod ścianę z wielokrotnie zwiększoną siłą. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
-Jestem silniejsza, Aaron'ie. Teraz nie jestem taka jak wcześniej.- W mojej dłoni zmaterializował się półprzezroczysty sztylecik. Niepozornie wbiłam go obok głowy młodzieńca. Czuję się jakbym cofnęła się w czasie o kilka lat. Jakże to cudowne uczucie... - Nie jestem w stanie skrywać swych uczuć. Wszystko będzie pokazywane.
Pod moją "nie uwagą" wbił swój złoty sztylet w rękę. Sapnęłam. Cóż za idiotyczny pomysł... Broń wyleciała z ręki. Cofnęłam się krok. Oblizałam ranę z dwóch stron, a ona prędko się zasklepiła. Uśmiechnęłam się trumfalnie. Mieszanie tych krwi wywołuje doskonałe rzeczy... Pomyślałam, że moja prawa ręka zmienia się w wilczą łapę. Wyprostowałam ją i tak się stało. Patrzyłam się na nią z jeszcze większym uśmiechem. Wysunęłam pazury. Ooo... Dłuższe i ostrzejsze niż wcześniej. Świetnie! Śmiałam się w duchu. Ręką powróciła do poprzedniego stanu.
-Oj, nie zastanowiłeś się komu dałeś tą krew. Oj, nie zastanowiłeś... -Uśmiechałam się szeroko, niczym psychopata.
-Jakże doskonale! -Darkness zaklaskał w dłonie.- Tworzę potwory! Pod moją władzę. -Wyszczerzył się w parszywym uśmieszku.
-Nie pod swoją. Teraz, Dark'u. Jestem niewyobrażalnie silna.
Me oczy zaszły kruczą czernią.
-A będąc tą duszą jeszcze bardziej.
Spojrzałam w oczy Demona. Szukałam lęku. Byłam u celu, gdy... cholera. Ma nałożoną blokadę.
-Ahh... Cwanie staruszku. Blokada na lęki? Sama bym na to nie wpadła...
Ciągle przemawiałam, stojąc do niego plecami. Odwróciłam się. Twarz mężczyzny wyrażała niesmak. Starał się jakiejś magii użyć na mnie? Oh. Zapomniałam. Nie może! Śmiałam się. Z niego! Co za idiota... Niby taki... Uhh...  doświadczony!  O cholera! Nie dam rady zaprzestać. Przetarłam twarz dłońmi. Chciałam mu powiedzieć wszystkie błędy jakie popełnij w tym jednym nieznaczącym ruchu... Jednakże ugryzłam się w język. Później to wykorzystam. W najlepszej chwili. W dłoni wirowała kulka czarnego płomyczka. Od dawna tego nie robiłam... Spojrzałam na pięknie zdobione siedzisko. Oczy błysnęły. Krzesło, a raczej tron zmienił się w nic nie znaczący popiół.  Gdyby to było w tej sytuacji, oczy Darkness'a na pewno wypadły by z orbit...
-CO TY ROBISZ?! -Ryknął podbiegając do kupki popiołu.- To było moje ulubione krzesło!
-A co, nie potrafisz sobie stworzyć? -Zakpiłam, a on zamilkł.
Czyli nie umiał? Ha! Jakie to śmieszne. Westchnęłam. Uniosłam dłoń. Pozostałości po meblu uniosły się w górę. Powoli formowały się w "tron". Lekko je wzbogaciłam. Uśmiechnęłam się. Czyli nie zapomniałam. Spojrzałam na obu mężczyzn. Stali z lekko rozchylonymi ustami. W tym samym momencie się pozbierali do jakiegoś ładu. Jestem z siebie dumna. Puściłam oczko Aaron'owi napotykając gniewne spojrzenie. Będzie przyyyypał. Stanęłam przy drzwiach.
-Która komnata, znaczy pokój został mi przydzielony? -Uśmiechałam się promiennie.
Mężczyzna się zaśmiał.
-Twój Romeo jeszcze. Macie pokój razem. Na końcu korytarza ostatni po prawej.
Wzrokiem wypchnął Aaron'a z pomieszczenia. Wyszedł, pokazując, że to on tu jest najdumniejszym zwierzęciem. Westchnęłam. Nie miałam zamiaru mieć pokoju z nim. No cóż... Przeżyję. Podskakując ruszyłam we wskazanym kierunku. Oh! Jak młodo się czuję!  Moje szkarłatne oczy powróciły. Stanęłam przed drzwiami. Aaron nie chętnie wlókł się za mną. Otworzyłam drzwi wparowując do pomieszczenia. Jaki luksus! Wielkie łoże w kolorze krwi obłożone jedwabiem. Meble z... sama nie wiem jakiego wieku. Ale jakie cudne! Olbrzymie pomieszczenie. W nim znajdowały się jeszcze jedne drzwi. Hmm... Zapewne łazienka. Na podłodze był się puszysty perski dywan. Ciekawe, czy wszystkie pokoje ma tak zdobione...  Rzuciłam się na wielkie łóżko, które z łatwością zmieściłoby 10 osób. Ręce podłożyłam pod głowę, a wzrok wlepiłam w sufit. Słyszałam kroki, a następnie cicho zatrzaskujące się drzwi. Aaron przyszedł.

Aaron

-Co ci odwaliło?! Porąbało cię! -warknąłem.
Kątem oka zerknąłem na moją dłoń. Zacisnąłem pięść. Spojrzałem na ścianę mrużąc oczy. Nie wytrzymałem. Moja ręka znalazła się na tynku, a właściwie tym co z niego pozostało. Wokoło pięści utworzyło się wklęsłe koło.
-Mnie? Oczywiście, że nie... -uśmiechnęła się chamsko.
Su**a. Z wielką chęcią zabiłbym ją na miejscu. Teraz... Nawet nie. Nie byłem wściekły na Darkness'a. Coś we mnie pękło. Źrenice zwiększyły się bardziej... Niż zazwyczaj. Lśniły kruczym blaskiem. Zatłukę ją. Ale...Ale nie teraz. W końcu przyszło nam współpracować. Niestety. Rozejrzałem się po pokoju. Nie w moim stylu. Stare meble i wielkie łoże. A na nim rozłożona wampirzyca. Cholera. Dlaczego? Dlaczego muszę gnić w tej wielkiej beznadziei razem z nią? Co mi odwaliło? Nie wiem. Zadaję sobie za dużo pytań. Powracając do rzeczywistości. Musimy, uch niestety. Zabrać miecz Mroku. Sam nie wiem w co się wpakowałem. OKEJ! Aaron koniec pytań do siebie. Odwala mi. Może to nawet dobrze? Ku**a! Facet ogarnij się! Myśl. Jak tą babę zmusić do współpracy. Patrzy się w ten sufit jakby coś tam było. Spojrzałem w górę. Owszem było tam coś niekuszącego. Kopuła. A u góry wiszące trupy. Masakra. Nekrofil, ja wale. W co ja się wpakowałem? Walnąłem się w czoło. Idę odpocząć. Tylko gdzie? Nie położę się na łóżku opanowanym przez Hope. Nigdy w życiu! Wanna! Podszedłem do jakiegoś pokoju. Wydaje mi się, że jest to łazienka, ale czy ja wiem... Wanna. Jest. Duża... Jest prysznic. Umywalka i kibel. Wszystko co potrzebne. Odkręciłem kran. Jakaś tam woda, z jednej strony cieszyłem się, że nie krew. Rzeczywiście po Darkness'ie można się wszystkiego spodziewać. Nie myśląc już o niczym innym, rozebrałem się i wlazłem do wody. Zamknąłem powieki i począłem myśleć, składać myśli. Hope ugryzła Darkness'a, trupy w pokoju. I zadanie, no tak. Zdobycie miecza Mroku. Uśmiechnąłem się słabo. Dziewczyna wstała i ruszyła do łazienki. D*bilka. Zasłoniłem wannę jakąś szkarłatną zasłoną. Zamek tyknął, a ona weszła do łazienki.
-Masz prysznic. A jak nie, to wypie**alaj. -warknąłem.
-Okeeej, okeej. Prysznic wystarczy. -odpowiedziała dość spokojnym głosem, normalnie jak nie ona!
Otworzyłem oczy. Ciekawe czy ma tu jakiś płyn do ciała czy coś... Hm. Ludzkie wątroby jako mydło? Chyba go pogrzało. O. Ma coś normalnego dla facetów. I dobrze. Kontynuując. Darkness ma iść z nami czy nie? Nie do końca to rozumiem, a szczerze chciałbym w końcu cokolwiek zrozumieć. Hope stała się de**lką. Okej, to zrozumiałem. W takim razie... Jest silniejsza, a ja skończę ćpając. Może nie będę jedyny? Tylko... Ona dostała coś w zamian. Usłyszałem syk.
-Coś się stało idiotko? -powiedziałem przysłodzonym głosem.
Nie odpowiedziała. I dobrze, mniej problemów. Ułożyłem się w wannie i rozkoszowałem ciepłą jeszcze wodą.
*15 minut później*
Hope wyszła. Odsłoniłem płachtę. Założyłem bokserki, nie chciało mi się ubierać całej reszty. Z resztą po co?. Otworzyłem drzwi. Spała. Rozłożona na całym łóżku. Nie obchodzi mnie to. Wanna jest niewygodna do spania. Rzuciłem się na łoże. Nie zamierzałem patrzeć na trupy. Wtuliłem głowę w poduszkę i zasnąłem. . Wybudziło mnie pukanie w moje palce. Co? Sam nie wiem. Otworzyłem oczy.
-Aaron. Aaron. To żyje. -powiedziała patrząc na zbliżającego się trupa.
-Daj spać... -mruknąłem przewracając się tyłem do Hope.
-TO ŻYJE! -wrzasnęła. -Aaron!
-Co... To twoja iluzja. -burknąłem próbując znowu zasnąć.
-Aaron to kładzie się przy mnie! -dopowiedziała.
-Co? Dasz radę. -powiedziałem nieprzytomny. -Przecież ta lampka była zapalona...
-DEBI*U. CIĄGLE CI MÓWIĘ, ONE ŻYJĄ! -warknęła zbliżając się do środka materaca.
-Odbiło ci. -przetarłem oczy. -Cholera! DARKNESS! -tym razem ja się wydarłem.
Wstałem. One żyją za sprawą Darkness'a. To oczywiste. Zerknąłem na powoli otwierające się drzwi.
-Heej! Jak wam mija nocka? -zaklaskał radośnie w ręce przyglądając się trupom. -Widzę, że się zaprzyjaźniliście.
-Nie. To on wepchnął mi się do łóżka. -powiedziała obrzydzona dziewczyna wskazując na zombie.
-Weź coś z nimi zrób, bo przez nią nie da się spać. -spojrzałem na białowłosą.
-Jasne jasne, i tak nie zostaniecie tu długo, jutro idziecie po miecz. -powiedział i wyszedł z pokoju.
Trupy zostały. Nie zrobił z nimi nic, super! Nie zaśnie ciota. Po chwili poczułem kogoś przytulającego się do mnie. Nie no czy jej odwaliło? Gryzie Darknessa, zachowuje się jak su**a. Kobiety nie zrozumiesz. Chociaż nie hałasuje... I dobrze, przymknąłem oczy i zasnąłem. W końcu.
*coś koło 7 nad ranem*
Hope nie było w łóżku. Z łazienki dobiegał szum wody. Ech...Mam czas jeszcze pospać. Ponownie zamknąłem oczy i wtuliłem się w poduszkę.

(Hope, oraz Darkness, krótka beznadziejność xD)